Rozdział 9

Czy inni też tak mają? Czy mojemu Marcinowi zdarza się tak myśleć o innych gościach? Czy też chciałby przed nimi klękać? Czy rozczłonkowuje ich na członki, pośladki, uda, usta, oczy i łydki? Czy tak jak ja przyprawia sobie gębę zboczeńca? Bo kim jestem, jeśli nie pederastą zboczeńcem podszytym? Gombrowicz się w grobie uśmiecha. Mój ojciec się w grobie przewraca. Tak – to twoje dziecię wyrosło na takie niedorosłe qui pro quo. Często jestem tak jakoś pobudzony i potrzebujący jakichś wrażeń, że sam siebie nie poznaję w swoich wyrywnych myślach. Za bohaterką Rzeźnika Aliny Reyes mogę powiedzieć, że „krocze podchodzi mi prawie do gardła”. Myślę nim, fantazjuję, wulgarnie się rozmarzam. Trochę nawet wstyd mi za te moje myśli, które zawierają w sobie pierwiastki tego, czego sam nie lubię i z czym staram się walczyć. Ta złośliwość, jakaś wyniosłość, niedyskrecja, a do tego seksizm, który gdy dotyczy mężczyzn, wydaje mi się bardziej uzasadniony i nawet potrzebny – bo niech mają za swoje! Patrzę tak, jakby na przekór całym wiekom dominacji jedynie męskiego spojrzenia. Tu co prawda też patrzy facet, ale patrzy na innego faceta – patrzy tak, jak niektórzy/niemal wszyscy mężczyźni patrzą na niektóre/niemal wszystkie kobiety. I obiekt jest męski, uprzedmiotowiony, po cichu dowartościowywany lub poniżany. Ta moja hiperseksualność, to rozerotyzowanie to są jakieś natręctwa, stany niemal chorobowe. Popadam czasem w paranoję, że to taka erotyczna paranoja, seksualne ADHD, dewiacja albo seksoholizm. Czym się różnię w tym względzie od Roberta? Tylko tym, że rzadziej dochodzi co do czego i jestem bardziej monogamiczny z założenia? Myśli mam tak samo rozpasane. Mentalnym promiskuityzmem bym to nazwał. Są dni i godziny, że jestem niczym wyposzczona kotka i niemal każdy facet wydaje mi się interesujący i zmysłowy. Nawet Polacy, na których tak bardzo narzekają moje koleżanki. Przecież ich jest całkiem sporo – tych przystojnych i interesujących polskich facetów. A w tych klubach, gdy zdarzały się te flirty, to sam nie wiem, na co liczyłem. Nie chciałem się jedynie wygadać i ponarzekać sobie na trudny pedalski żywot – to jasne. A tych, którzy chcieli podać pomocną dłoń było sporo, choć wiadomo, że w większości sytuacji nie o podawanie pomocnej dłoni im tak naprawdę chodziło. Zdarzały się flirty, macanki, obściskiwania i całowanie. Czułem się rozdarty. Rozdzierało mnie poczucie przyzwoitości i chęć zmierzenia się z fantazjami malującymi się na wewnętrznej stronie powiek na jawie i we śnie. Może i zaczynałem myśleć o czymś więcej? Niech się ziszczą. Coraz częściej łapałem się na myśli, że czekam aż Marcin wyjedzie na te swoje szkolenia, aż zostanę zupełnie sam i będę mógł robić, co tylko zechcę: pójść do klubu, sauny, baru dla gejów lub godzinami się onanizować przy komputerze. Wiem, że gdzieś tam czeka na mnie Fantom. W Galli i w Heaven swoje kości dogrzewa sporo kolesi chętnych na chwilę zapomnienia. Gdybym chciał, to w Lodi Dodi spotkam starszego pana, który zrobi, co tylko zechcę. Nasza miłość mi spowszedniała, chcę miłostki, flirtu, zauroczenia, tych pocałunków, które są tak podniecające dopóki są choć trochę nieznane; pragnę kręcącej niepewności. Tylko ja – puszczony samopas. Ewentualnie jedynie na smyczy telefonu komórkowego, którego zawsze można nie odebrać. A zresztą – czy on by zadzwonił? Nie sądzę.

Do tego wszystkiego – tej huśtawki nastrojów i stagnacji, zbliżeń i oddaleń – doszła frustracja w pracy, bo ile można, uciekając przed wzrokiem szefa, prześlizgiwać się gdzieś między biurkami, a gdy cię już dopadnie, to słyszeć, że nie rokujesz na przyszłość (a to można na przeszłość?) i że mógłbyś się bardziej przyłożyć… Jak długo można samemu decydować się na to, aby być niewidocznym, ciągle ukrytym gdzieś pod stertą roboty raczej odtwórczej, papierkowej i czysto biurowej? Trudno w takim stanie trwać długo, mając własne marzenia i czekając na samozadowolenie i spełnienie. Nie umiałem i nawet nie chciałem zadbać o swoją reklamę i swój marketing w pracy. Miałem dość, ale brakowało mi zdecydowania, aby to rzucić. Czułem, że grzęznę po uszy. Czasami byłem na siebie zły, bo przecież zawsze miałem dość łatwe życie – nie licząc problemów w szkole, gdy chłopcy wiecznie się ze mnie wyśmiewali i raczej miłe to nie było – i w tym swoim łatwym życiu miałem szczęście, że wszystko szło gładziutko: miałem możliwość skończenia studiów, nigdy właściwie nie musiałem martwić się o pieniądze, dostałem pracę w wyuczonym zawodzie i trafiłem na fajnego faceta, z którym do pewnego momentu było super, ale w pewnym momencie, nieco na własne życzenie, zacząłem wchodzić w jakieś gówno, ale asekurancko tylko zatykałem nos, brnąc w nie dalej. Innym nie było tak łatwo, ale to ja narzekałem na pracę, użalałem się nad sobą, byłem nieustannie niezadowolony z własnych wyborów, które wydawało mi się, że rzutują bezpowrotnie na moje całe życie. Pewnie, że rzutują, ale po to są kolejne wybory, aby można było coś zmienić. Ja jakoś udawałem, że kadencja tych już wybranych jeszcze nie dobiegła końca i jakby ich termin przydatności był dożywotni. Łatwiej trwać w czymś, co już się zna – to takie pociągające, ale jakże złudne bezpieczeństwo.

No więc trwałem w niezadowoleniu z pracy i trwałem w niezadowoleniu w związku, właściwie nie robiąc nic, aby to zmienić. Szymon „Niezadowolony” Flisiuk. Nawet spanie mnie męczyło, bo powtarzające się sny nie były niczym przyjemnym. Niefajnie jest męczyć się całą noc z poczuciem, że ktoś cię goni, a ty nie możesz uciec, w ogóle nie możesz ruszać nogami, czujesz fizyczny ból, jesteś tym przerażony, ale ani rusz. Niemiło jest też patrzeć w lustro i widzieć w nim siebie, ale jakoś podskórnie czuć, że tak naprawdę to nie ty i że ta skóra odbita w lustrze to tylko maska. I tak na przemian. Jakby nie było innych taśm – tylko to lustro lub przerażające unieruchomienie. Freud i Jung z pewnością mieliby na ten temat jakieś teorie, tylko że jest tyle głosów, że ta cała psychoanaliza to jakiś koszmarny przeżytek.
Ciągle to samo. W snach ciągle to samo, w związku to samo, w pracy to samo. Zupełnie bez zmian. Raz nawet chciałem się postarać: przygotowałem kolację, zapaliłem świece, czułem się nieco śmiesznie, ale chciałem podjąć ten trud, przemóc się i uśmiechnąć się do niego, gdy przyjdzie. Dobre nastawienie to podstawa. Do potrawy dodałem wszystkie konieczne składniki plus nadprogramowo garść miłości i szczyptę nadziei. A on zobaczył te świece i wściekły krzyknął, że odstawiam jakieś głupie szopki, że śmieszne zaaranżowane kolacyjki uskuteczniam. Wkurw nie wiadomo skąd, który nie odbił się ode mnie jak od ściany, tylko wbił się we mnie i spowodował u mnie megawkurw. Wyszedłem z trzaskiem drzwi. Po chwili zaczął wydzwaniać, odrzucałem połączenia. Dzwonił natrętnie, nie odbierałem. Zadzwoniłem do Anki, że do niej jadę i wyłączyłem całkowicie telefon. Padał deszcz, a ja byłem tylko w cienkiej kurtce. Było mi zimno, ale jakoś wcale mi się nie spieszyło. Szedłem piechotą, choć wcale nie miałem blisko. Na trawniku zobaczyłem powyginaną parasolkę. Poczułem się jak ona: samotna, niepotrzebna, już niespełniająca oczekiwań, bo zepsuta, więc porzucona. Czułem się głupio. Także dlatego, że takie głupie porównania mi do głowy przychodzą. Gdy po godzinie, już u Anki, włączyłem telefon, odsłuchałem kilka wiadomości na poczcie głosowej. Że mnie błaga o przebaczenie, że przeprasza i żebym wrócił. Za namową Anki wróciłem. Przepraszał, tłumaczył, że nie chciał mnie zranić, że po prostu złapał go patrol z suszarką, wlepił mandat i stąd to zdenerwowanie – wyżył się na mnie. Odgrzał kolację, chwalił wszystko, mówił, że jest takie pyszne. Nawet był potem seks i wszystko niby było dobrze, ale tylko tak na niby. Nasze uczucie stało się jakoś nieobliczalne. Wiadomo, że miłość to nie matematyka – przynajmniej nie jak 2 + 2 lub inne proste działania dla przedszkolaków – ale zmienia nas czasem w zupełne dzieciaki, które obrażają się o byle gówno i nakręcają, a potem jak dorośli nie potrafią zapomnieć i przeżyć. Czułem się jakoś dziwnie. W tym domu, który był naszym domem, poczułem się obco. To nie było moje miejsce. Nie wiem, czemu akurat wtedy, ale poczułem się jakby mniej pewny tego, że przetrwamy i że dokądś ten cały nasz związek zmierza. Niby mnie przeprosił, ale nie czułem się przeproszony. Nie czułem się u niego jak u siebie i jak na swoim miejscu. Przeleciał mnie i mówił, że mnie kocha, ale ja jakiś byłem oziębły i wśród tych wszystkich naszych sprzętów i moich książek poczułem się jakby bezdomny. To oczywista przesada – wiem. Nawet nie domyślam się, jak czują się bezdomni i wstyd mi czasem, że psioczę na nich w myślach, gdy rozsiewają ten obrzydliwy smród w środkach komunikacji miejskiej. Łatwo powiedzieć, że są sami sobie winni, a przecież tak zazwyczaj podsumowuje się ich los. To nie była taka bezdomność bezdomnego. A ja czułem się jakoś oddomowiony. Ten mój pokój powodował jakiś niepokój i jakąś obcość. Nie wiedziałem, gdzie iść, ażeby poczuć się jak u siebie. U matki też nie było już dla mnie miejsca – co najwyżej mogłem zostać tam gościem. Marcin poczuł, że jestem wyobcowany i gdy ja nie chciałem odpowiadać na jego prośby i przeprosiny, to on się blokował i zamykał w sobie. Jak nie on, to ja – jak nie ja, to on. I tak ciągle i na przemian. Trwaliśmy więc we względnym dobrobycie, który tylko wyrywkowo zaspokajał potrzeby ze sławnej hierarchii Maslowa.

I tak nasze życie zaczęło przypominać różewiczowską Naszą małą stabilizację. Tylko ta nasza stabilizacja, którą ja raczej nazwałbym stagnacją, to była – jakby na fali mody na alternatywne wersje i historie przepisane na nowo i uwspółcześniane – taka gay version tej sztuki, przeniesiona do początku XXI wieku. Może przez te krwiożercze czasy była tym bardziej pusta, bo wypełniona ewidentnymi oznakami szalejącego konsumpcjonizmu, gadżeciarstwa, moralnego upadku i egzystencjalnej pustki, które jeszcze się tak nie rozszalały w epoce gomułkowskiej, którą opisywał Różewicz. Pewnie, że gadżety niby zaoszczędzają nam czas, bo zamiast szperać w encyklopediach i pytać kogokolwiek, po prostu otwierasz stronę wikipedii w swoim ultranowoczesnym smartfonie i od razu masz wszystko czarno na białym, a raczej na kolorowym wyświetlaczu. Jednak jeszcze nie tak dawno nie było dostępnej odpowiedzi niemal na każde pytanie w przeciągu kilku kliknięć zabierających kilka sekund i to właściwie bez różnicy gdzie jesteś, skoro masz łączność 3G lub łapiesz się na WiFi. Świat był inny; czas znaczył co innego. Teraz pieniądze produkują czas. Pieniądze wydłużają życie. Czas zyskał nanosekundy. Przestrzeń zyskała miarę mniejszą niż milimetry. Interwał czasoprzestrzenny. Jednostki. Zbiorowość. My. My w wielości. Ubrani w liczby. A jednak nadzy i bezbronni. Zagubieni w czasie, zagubieni w pieniądzach. Uciekamy. Oszczędzamy. Szczędzimy życia, nie szczędzimy siebie. Ale co z tego, jeśli ten zaoszczędzony czas zaraz zmarnujesz i strwonisz (jakie to ładne, powoli zapominane słowo) na bezsensowne siedzenie na youtubie, fejsie, pudelkach czy innych kozaczkach, dowiadując się, kto miał gdzie pryszcza, co ukradł, w co się ubrał i jak bardzo kiepsko się zaprezentował na czerwonym lub innego koloru dywanie. Czas przelatuje ci przez palce. Nie wiadomo, czy bardziej śmieszy czy przeraża ta mięsożerność – a raczej wszystko-, nawet padlinożerność – naszych czasów. I pochłonęła cię ta otchłań bez dna. Siedzisz w tej wypełnionej po brzegi pustce sam na sam ze swoim gadżetem zamiast człowieka. Twoja społeczność i twoje obcowanie z ludźmi przeniosły się na portale społecznościowe, gdzie szalejący jest powrót do kultury obrazkowej i gdzie nie ma ludzi – są tylko komentarze, memy, głupoty i zabijanie bezcennego czasu oraz gdzie obcość podszywa się pod obecność. Ukrywasz się wśród postów, zabijasz pustkę lub raczej ją tworzysz. Wysyłasz smsy, bo nie chcesz gadać. Trwonią się bezdomne darmowe minuty z abonamentu, przepadają bez śladu, nawet o nich nie pamiętasz i ich nie opłakujesz. Niektóre są wymienne na wiadomości tekstowe, które czasem służą nawet do zerwania związku lub wykrzyczenia prawdy. Bo łatwiej jest omijać oczy, którym krzyczy się prosto w oczy.

Próbowałem tę pustkę przezwyciężyć, uciekając w świat filmów i książek, ale takie „życie w zamian” tym razem jeszcze bardziej powodowało stagnację, emocjonalne odrętwienie i oziębłość. Pozory, och pozory, bo zjeżdżamy stabilnie po równi pochyłej w dół (a jakże!), ale udajemy, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, uśmiechamy się przyklejonym uśmiechem, a na ten przyklejony uśmiech odpowiada nam drugi przyklejony uśmiech i jest tak przefantastycznie, a my jak klauni stwarzamy pozorny świat, pozorny związek, pozorną miłość. To wszystko do złudzenia przypomina szczęście i bezpieczeństwo. Ale tylko przypomina, bo dobijająca jest ta niepewność, czy to w ogóle przetrwa i czy warto w tym trwać i czekać nie wiadomo na co – może na jakiegoś Godota? Mijamy się, krążymy po mieszkaniu. To krążenie to droga przez mękę, nasze mieszkanie to gehenna. I jest jakieś napięcie, ale milczymy. Aprobata. Tak bardzo jej potrzebujemy i tak bardzo nie potrafimy jej sobie okazać. Zaciśnięte zęby, zgrzyt, ruszające się szczęki. Szczęki 4 albo nawet 5. Horror czai się w naszych buziach, które w przeciągu sekundy mogłyby się stać przerażającymi paszczami rekinów. Zła mina do dobrej gry, bo nawet jak jest dobrze, to jest źle. Dobry szczery uśmiech został schowany głęboko w garderobie. Jesteśmy jak Victoria Beckham lub gwiazdy filmowe po botoksie. Przywdziewamy maskę niewzruszenia. Nie możemy ścierpieć naszych irytujących, drażniących głosów, a więc milczymy treściwie i zwięźle. Lub mówimy dyskretnie, ale wyraźnie i dosadnie, jak brzuchomówcy. Nie otwieramy ust, ale słyszymy przeklinania siebie nawzajem, wyklinania swoich imion wniebogłosy. A żeby cię, ty pokrako jedna, ty skurwysynu, ty taki i owaki!! Świat drży w posadach, wstrząs o sile 8 stopni w skali Richtera lub 10 w skali Mercallego powoduje nagłe ruchy tektoniczne, ale my się trzymamy, siedzimy w swoich okopach, pielęgnujemy nasze fasady, zagryzając zęby, a jednocześnie chcąc rzucić się do swych tętnic szyjnych, rozgryźć je, zagryźć się, wykrwawić. Stłumiona furia. Spazm zdjęty neospazminą. System obronny. Porozwieszane niewidzialne druty kolczaste. Albo kolce porastające skórę. Ludzie jeże. A potem to mija i wszystko nam jedno. W ogóle nam wszystko jedno. Wszystko nam. Wszystko jedno. Pojedynczo. Jesteśmy sami. Dramat. Dramat codzienności. Dramat prześlizgiwania się po powierzchni. Bezsilność. Sartre. Egzystencja nie poprzedza esencji, akcja nie poprzedza reakcji. Ani na odwrót. Nie ma odwrotu. Jest jednosylabowe nic. Lub dwusylabowa, ale tak samo samotna nicość. Niczegosięniechcość. Wszystko jest jakby stłumione; jakby się tkwiło w rodzaju letargu, może zimowego snu niezależnego od obecnej za oknem pory roku, więc mogącego trwać w każdej aurze i przez cały rok, cały boży rok… O Boże, kiedy to się skończy…?!

Patrząc od strony formalnej, tekst naszego dramatu wypełniałyby przede wszystkim didaskalia, a dialogów byłoby tyle, co kot napłakał. Zamiast rozmów w tle tylko: ciche stąpania naszej plączącej się pod nogami psiny, lektor z telewizora, jakaś muzyka z odtwarzacza, stuknięcia klawiatury, monotonny warkot komputera, bezwstydne piardy lub beknięcia, czasem chrapnięcia, dzwonek do drzwi świadków Jehowy albo domokrążcy ostrzącego noże, brzdęk łyżeczki o kubek, a potem trzask zamykanej szafki, szelest opakowania chipsów lub paluszków, szum kanalizacji, niby niesłyszalny dżwięk przekręcanej kartki tym razem i w tej sytuacji mający mimo wszystko moc huraganu, stukot deszczu lub gradu uderzającego o parapet lub odgłosy spacerujących po nim gołębi tak śmiesznie zaglądających do wnętrza mieszkania, ewentualnie jakieś odgłosy z klatki schodowej, szczeknięcia psów, odpowiedź naszej suczki, warknięcia dozorcy do albo na sąsiadów (zapewne coś w stylu, że mieli uprzątnąć ten burdel z korytarza), płacz czyjegoś dziecka, brzdęk chwytanych kluczy, otwieranie lub zamykanie drzwi, jakiś dzwonek telefonu i niewyraźna, jakby ukrywana, tłamszona dłonią rozmowa, dźwięki przygotowywania posiłków, zmywania naczyń, a potem lub może przedtem – właściwie niemal zawsze, więc co to za różnica? – setki pojedynczych złośliwości: burknięć, fuknięć, mruknięć, ciągu zrzędzenia i notorycznych pretensji, na które odbiorca nie zamierzał nawet odpowiadać nadawcy. Z czasu był też jakiś techniczny seks, ale zazwyczaj niemal kompletnie cichy i szybki lub ten odbywający się w samotności, samemu sobie, w chusteczkę i do pornosa puszczonego na monitorze komputera z wyłączoną fonią. I nocami: jego głośne chrapanie, moje ciche czytanie. Zazdroszczę mu. Nie musi. Nic nie musi. Czytać, oglądać, zdążyć. Tylko sudoku, portale, seriale. Ale i tak nie musi. Nie ściga się z czasem. Nie ściga ze śmiercią. Śpi. Chrapie. Śni. Czasami w nocy przebudzałem się ze świadomością uciętego erotycznego snu. Nieważne było kto z kim, chciałem kontynuować, stał mi. Mimo wielkich chęci kontynuowania snu, nie mogłem usnąć. Wtedy nie wytrzymywałem i próbowałem się dobierać do Marcina bez jego zgody. Nie leżeliśmy w objęciach; on obejmował się z Morfeuszem. Tęskniłem za pęczniejącym fiutem w mojej buzi, a jego fiuta miałem na wyciągnięcie ręki, trzeba było tylko sprawić, aby pęczniał i znalazł się w moich ustach. Takie molestowanie mnie jakoś kręciło. Napastowanie. Może nie powinienem, ale muszę. Pulsuje mi, jest twardy jak skała lub beton. Dotykam bardzo delikatnie, ostrożnie. Macam go; na razie się nie budzi. Chwytam go za genitalia i dość mocno ściskam, żeby sprawdzić stopień jego snu. Śpi twardo, dalej cichutko pochrapując. Jest zaskakująco twardy. Majstruję przy jego małym, który sztywno sterczy, zapowiadając chyba rychłe nadejście poranka. Nachylam się i biorę go do buzi. Wszelkie ruchy wykonuję jak czający się lampart lub inny dziki kot polujący na ofiarę. Żeby go nie obudzić – ostatnio jakoś dziwnie jest tak wprost mu dać znać, przyznać się, że go pożądam. Ostatnio jestem dla niego aseksualny – nie zauważa mnie, nie widzi, że jestem jak kotka w ruji, że seks aż się ze mnie wylewa i, żeby być uczciwym, muszę przyznać, że nie wylewa się tylko dla niego. Rozglądam się. Z nadzieją. Poszukująco. Jednak on ma ciągle to coś. Jego przyrodzenie ma nadprzyrodzone właściwości i nawet w chwilach obniżenia temperatury naszych wzajemnych relacji działa na mnie zawsze i o każdej porze dnia i nocy. Jestem nakręcony. Obciągam najpierw wolno, delektuję się, że aż mną trzęsie; potem przyspieszam. Zapomniałem już, jak bardzo jest smaczny. Lubię tę jego delikatną skórkę napletka. Zaczynam mieć gdzieś, czy się zorientuje, co się dzieje; chcę go doprowadzić ustami do wytrysku; chcę go pić. Staram się jak mogę, ale nie mogę, choć w przełyku czuję znajome pulsowanie. Nagle przekręca się na brzuch, odtrącając moją głowę. Nie przebudził się, na pewno nie zakumał, co się działo. Jego noga uniemożliwia mi dostęp do jego twardziela. Nie zasnę, jeśli tego nie zrobię – jestem zbyt nakręcony. Spuszczam się sobie na brzuch, gładząc go jednocześnie po włochatych pośladkach. Przed zaśnięciem, w przypływie nagłej miłości, daję mu czułego buziaka w plecy i zasypiam jedynie na wpół spełniony, bo ochotę miałem na więcej. Rano nie ma ani śladu po tej czułości. Jak zwykle. Bo nie ciągnąłem mu ten jeden jedyny raz. Korciło mnie setki razy, a z jakieś kilka udało mi się samego siebie doprowadzić do ejakulacji. On nigdy nie strzelił mi w ustach w podobnej sytuacji, chociaż bardzo się starałem. Może przez sen to trudne albo i niemożliwe, gdy już dawno minął czas młodzieńczych nocnych polucji. A rano znów cisza, wyrzucanie obspermionej, zaschniętej chusteczki do kibla, spuszczanie wody, spoglądanie w lustro, mycie zębów. Znów kolejny dzień niezbyt udanego związku.

W ogóle dużo się działo, a tak niewiele się mówiło i robiło wspólnie, bo było się ciągle obok albo w ogóle się nie było. Zamiast grać pierwszoplanowe role pełne dynamizmu i dialogów, odgrywaliśmy role statystów w swoich własnych życiach. Na dodatek mieliśmy do siebie stosunek przerywany – przerwami były ta wiele mówiąca cisza i to przekonanie, że nie warto do siebie nic mówić, bo i tak małe są szanse na porozumienie. Kompulsywne i zarazem kompensacyjne nic-nie-mówienie. Przychodziło mi czasem do głowy, że już się nie kochamy – to znaczy, że już niemal nie ma między nami stosunków seksualnych – a stosunek nas samych do siebie nawzajem też niewiele mówił o wzajemnej miłości, a wiele o jej braku lub wzajemnej nienawiści. Takie tam refleksje, z którymi nic nie robiłem. Po co zaczynać, skoro coś się kończy. Miłość umarła, ale w dzisiejszych czasach, zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej, jest silna moda na ekshumacje. Czy warto ożywiać trupa? Zegar tyka. Tyka jak bomba.

Czasami samotnie lub z Anką albo Robertem chodziłem do kina. O rany! – to cud, że jak dotąd nie było o Robercie przynajmniej akapitu, a tylko mimochodem wspominałem, że jest ktoś taki jak on. Nadrobię to od razu.
Znamy się od dawna. To właśnie z nim miałem swój pierwszy dorosły seks, choć w sumie trudno było nazwać go dorosłym, skoro ubawu przy tym było co niemiara, a i nawet seks to raczej nie był, mimo całkowitej nagości i – krótkiej, bo krótkiej, ale jednak – penetracji, w sensie ja Roberta, bo on innego kierunku już nawet wtedy nie uznawał – w końcu honorowy dawacz dupy z niego wyrósł jak się patrzy. W naszym zbliżeniu było coś jakby nieerotycznego, jakoś rozbrajającego i rozbijającego całe ewentualne napięcie seksualne w drobny mak. Powtórka nam nie groziła. Dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki – zwłaszcza takiej. Wiedział to Heraklit i wiedzieliśmy to my. To byłaby porażka o zabarwieniu kazirodczym, dlatego po tej jednorazowej – nawet niezbyt romantycznej – komedii obaj postanowiliśmy, że szukamy dalej – każdy na własną rękę, każdy swojego królewicza. Poszukiwania Roberta częściej kończyły się w łóżku, a i przemiał był większy. Twierdził, że na początku chodzisz z chłopakiem, bo na sam jego widok miękną ci nogi, a twardnieje coś między nimi, ale potem to nagle mija i znów chcesz poczuć to, co było na początku. Dlatego wciąż zmieniał partnerów. Siedział w kafejkach internetowych, w których nie uświadczał kawy, ale przecież nie na kawę tam przychodził. Najczęściej umawiał się na randki z kategorii tych szybkich, ale czasem przemieniały się one w nieco dłuższe, kończące się o poranku. Zakochiwał się tak szybko, jak się odkochiwał. Zdawał relacje z tych spotkań ze wszystkimi szczegółami (niewidoczne detale nie były dla niego nigdy detalami), czasami pokazując z dumą zdjęcia tych gości zamieszczone na jakichś portalach randkowych jakby jako dowód, że ten okaz to nie takie tam byle co, a trofeum jak się patrzy. Ja tak nie potrafiłem. Może nawet chciałem, ale nie umiałem. Zazdrościłem mu tej pewności siebie, bezpośredniości, że w ogóle się nie denerwował tymi spotkaniami. Swoją drogą, miał już pewną wprawę… A ja? Moje poszukiwania zazwyczaj nie doprowadzały nawet do łóżka. Większość kolesi była nastawiona na jednorazowość i odhaczanie – zwykłe zaliczanie jakby potwierdzające ich nieustającą ponętność i atrakcyjność.
Robert pochodził z małej wioski na Mazurach, a do stolicy przyjechał na studia – skończył romanistykę i w ogóle świetnie znał języki. Z czasem zauważyłem, że lubił bardzo poznawać też języki innych – zresztą nie tylko języki. Śmiałem się, że z niego to taki poligamiczny poliglota… Jak się poznaliśmy? W klubie przez znajomego, wielbiciela opery i przede wszystkim Marii Callas, który mawiał: „pewnie, że można żyć bez Callas, ale co to za życie?”. Nam się jakoś udawało. W sensie mi i Robertowi. Potem nasz meloman wyjechał do Anglii. Miało być na chwilę, ale już nie wrócił. Słuch jakby zaginął. A Robert? Miał niesamowicie niewyparzony język, co na początku mnie szokowało, ale po kilku spotkaniach do tego przywykłem, a nawet to polubiłem. Lecz w przeciągu jednej chwili w zadziwiający sposób potrafił z prostackiego slangu przejść na nienaganny styl nietuzinkowego wysławiania się, zupełnie jakby był kimś innym, lepszym, z wyższych sfer. Przez innych często dość szybko oceniany jako buc i megaloman, ale to dlatego, że nie znali jego dystansu do siebie. Pamiętam, jak mi kiedyś powiedział, że był dość problemowy już od samego początku, od porodu, i dlatego jego matka miała cesarkę, więc cóż poradzi, że z tego wszystkiego zasługuje na cesarskie życie? Było to rozbrajające. Cechowały go brak kurtuazji, brak wyczucia, że coś nie wypada i poczucie, że wypada powiedzieć wszystko, bez ogródek. Sporo było w nim cynizmu i pewności siebie połączonej z jakimś takim brakiem złudzeń i dystansem do siebie. O rodzinnym domu zawsze mówił niezbyt wiele, a to, co powiedział w dość rzadkich chwilach bezironicznej szczerości, można było właściwie streścić w dwóch zdaniach: że napatrzył się w swoim życiu na nieszczęśliwych rodziców – ojca tyrana i matkę uciekającą w alkohol – i dlatego uciekł od tego podłego życia jak najprędzej i jak tylko najdalej mógł. Wracać nie chciał.
Kiedyś, gdy jeszcze w studenckich czasach w wakacje skoczyliśmy z grupką znajomych nad Jezioro Mikołajskie, to dosyć niespodziewanie zabrał mnie pekaesem do swojego domu rodzinnego. Uprzedził mnie, że chałupa się sypie i że w ogóle brud, smród i ubóstwo. Tymczasem ja na te wszystkie drewniane okna z lufcikami, zwisające paprotki, piece kaflowe i staromodne żeliwne kaloryfery z żeberkami patrzyłem z rodzajem rozrzewnienia, bo przypominały mi one moje własne szczeniackie wakacje spędzane u babci na wsi. Nie był to Wersal, choć wersalka akurat stała na przeciwko meblościanki rodem jeszcze z lat siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych. W centralnej części mebla z powykrzywianymi drzwiczkami szafek grał stary, jeszcze kineskopowy telewizor. Usiedliśmy na wersalce przykrytej kolorową kapą, a sprężyny przypomniały o swoim istnieniu specyficznym dźwiękiem. Było w tym wszystkim coś mi szalenie bliskiego. Może właśnie dlatego, że nie był to żaden pałac, a w tym schludnym, pomimo uprzedzeń Roberta, domostwie widziałem podobieństwa do domu mojej babci Jadzi, do którego w dzieciństwie tak bardzo lubiłem przyjeżdżać i nie chciałem od niego uciekać, w odróżnieniu od Roberta, który mówił o swojej wiosce i swoim rodzinnym domu z obrzydzeniem i jawną pogardą. Wszyscy wsiochy i wszystko wsiórskie – to jego słowa.
Matka Roberta była dla mnie bardzo miła – widać, że się ucieszyła z naszego przyjazdu – zaraz po niezbyt klejącej się rozmowie zabrała się za obieranie kartofli, a do Roberta rzekła ciepłym tonem: „Synuś, idź narwij kopru”. Nie odpowiedział nic, po prostu wyszedł i zaraz wrócił. Mimo jej uśmiechów i starań, Robert był dla niej dość oschły. Nie wyglądała na wstawioną ani nawet na kacu – może już nie piła, a może tylko trafiliśmy w ten okres pomiędzy jednym a drugim pójściem w tan. Gdy spytał o ojca, odpowiedziała, że jest gdzieś w polu, a Robertowi widocznie ulżyło i jakby się rozluźnił, ale i tak nadal zgrywał przed nią kogoś, kim nie był i jakby uciekał przed jej dotykiem. Za to ona, jakby chcąc nadrobić wszystkie stracone lata, próbowała go złapać, a gdy jej się wymykał, mamrotała pod nosem ze smutkiem, że jej synuś już nigdy jej nie wybaczy i patrzyła na mnie wzrokiem zbitego psa, po czym sprawdzała miękkość kipiących ziemniaków. Po niecałej godzinie od naszego przyjazdu na stole kuchennym przykrytym obrusem z ceraty w motywy kwietne wylądował obiad składający się z parujących ziemniaków ze skwarkami i koprem oraz zsiadłego mleka. Mama Roberta nałożyła mi jak chłopu do kosy, choć pewnie domyślała się, że ja w życiu kosy w rękach nie trzymałem. Ledwo, bo ledwo, ale zjadłem tę furę ziemniorów, bo przecież nie wypadało zostawiać. W trakcie jedzenia próbowała dopytywać o studia, o mieszkanie w Warszawie, ale Robert, znów jakiś spięty i zdenerwowany, odpowiadał na okrętkę albo raczej na odwal się. Po obiedzie szybko zadecydował o wyjściu, a mama spytała, jak my wrócimy nad nasze jezioro, skoro nie ma autobusu. Powiedział, że złapiemy stopa i zachowywał się tak, jakby chciał stamtąd uciec jak najszybciej, jakby przewidywał, że zaraz coś się stanie. W drodze spytałem go, czemu tak wystrzelił jak filip z konopi. Niby bał się, że później nie złapiemy podwózki, ale ja domyśliłem się, że bał się powrotu ojca. Gdy spytałem, czy jego rodzina o nim wie, odpowiedział, że nigdy im nie powie, bo ojciec by go zamordował. Kiedyś podsłuchał rozmowę, w której tatuś krzyczał, że nogi z dupy by Robertowi powyrywał, gdyby tylko okazał się pedałem. Matka niby nic takiego nie powiedziała, ale pewnie też by mu nie wybaczyła, że całe życie na synusia chuchała i dmuchała (choć osobliwie  wyglądało to jej chuchanie i dmuchanie wedle pobieżnej relacji Roberta), a tu z synusia pedał wyrósł… Krzyż pański z tym chłopakiem. Nie tak miało być! Oj, nie tak!
Ja też nie umiałem powiedzieć swojej matce, ale nigdy nie miałem postanowienia, że tego nie zrobię. Można powiedzieć, że zbierałem się w sobie. A matka Roberta naprawdę się nie domyślała? Wzrok miała dobry, a w jego przypadku naprawdę trudno było nie dostrzec tych zamaszystych gestów, podniesionych brwi i w ogóle tych wszystkich teatralnych i dość przerysowanych zachowań. Przecież jego fizyczna męskość znikała natychmiast wraz z otwarciem buzi i jego przerysowaną mimiką twarzy. Gęsty i ciemny zarost oraz dość potężne – a na pewno większe od moich – łapska zdawały się być tylko charakteryzacją, gdy tylko jego kocie ruchy przenosiły jego męską powierzchowność w rejony wręcz karykaturalne i z Roberta robiły Robertę, która nie chodzi, a fruwa, która nie obraża się, a strzela teatralnego focha, która będąc nim, jest nią – Robertą, gwiazdorsko paradującą przez świat ze swoimi falującymi pośladkami. Gdy w deszczowy dzień Robert chował się pod parasolem, to swym zamaszystym gestem robił z niego parasolkę, a z siebie panienkę drobiącą kroczki w ucieczce przed potarganiem fryzury. Kto jak kto, ale on potrafi kręcić tyłeczkiem. Lewy pośladek, prawy pośladek – siódme piętro, dwunaste. Naprawdę można tego wszystkiego nie widzieć? Cóż – ludzie często nie chcą widzieć niewygodnych prawd lub o nich głośno mówić. Myślą, że dopóki się o nich nie wspomina, to tak jakby one nie istniały. Jednak Robert podsłuchał ich rozmowę. A skoro o tym w ogóle rozmawiali, to może jednak jakoś się domyślali. Nie chciał im nic a nic mówić i z niczego się tłumaczyć, więc zawziął się w swoim męstwie i przy rodzicach starał się poskramiać wszystkie objawy swojej rozbuchanej normalnie orientacji. Nie wszystko dało się zniwelować – w przypadku niektórych gejów idealny kamuflaż jest bardzo trudny i wręcz niemożliwy. Musi być też równie bolesny, co wart śmiechu i kpin.
W drodze powrotnej na nasz kemping pomyślałem, że być może Robert zabrał mnie do swojego domu z lęku przed samotnym wstępem do tego świata, który nakazywał mu być kimś, kim nie jest i kim nigdy nie będzie. Rzadko go takiego widywałem – trochę jakby przestraszonego, trzymającego się w ryzach, jakoś tak się samokontrolującego. Widziałem to i nie musiałem o nic pytać – on nie musiał mi niczego tłumaczyć. Nie bał się pokazać przy mnie swojej słabości i swojego lęku – łączyło mnie z nim coś wyjątkowego. Byliśmy od siebie zupełnie inni, ale jakaś magnetyczna siła kazała nam się o siebie troszczyć, dzwonić, dopytywać o wszystko albo nie pytać o nic. Nie wyobrażam sobie, że kiedyś mógłby zniknąć – w sumie to nie wiem, co musiałoby się stać, aby tak się zadziało.

Ale wracając jeszcze do kina, to nigdy nie miałem problemu z samotnym chodzeniem na filmy – przyzwyczaiłem się i nawet to lubiłem. Szedłem na film, a nie do kina, więc niekoniecznie potrzebowałem towarzystwa. Towarzystwo zresztą było tak czy siak – zwłaszcza na pedalskich premierach można było zobaczyć wielu przystojnych kolesi. Salę falami opanowywały zapachy wód toaletowych przeróżnych projektantów. Podniecająco było słyszeć drapanie się po nieogolonej brodzie faceta obok, który dodatkowo czasami zdejmował sweter lub bluzę z długim rękawem i prezentował swoje seksowne przedramiona, a czasem i ramiona. Ale to nie po to chodziłem do kina – to efekty uboczne – miłe i w ogóle miło zaskakujące, ale jednak efekty uboczne. Chodziło o film, dźwięk, ciemność, zasiąście w fotelu. W odróżnieniu od tych wszystkich, co piracą na potęgę, wolałem zobaczyć premiery na dużym ekranie. Ci piraci często mają się za takich kulturalnych i zawsze na bieżąco, że jeszcze przed oficjalną premierą mają już wszystko obejrzane i ocenione na filmwebie. A to, że nie chodzą do kina, to nie żadna tam kwestia pieniędzy, a zwyczajnie tego, że w kinie jest niewygodnie i tylko prostaki tam chodzą i odbiór zakłócają, rechocząc w nieodpowiednim momencie. Po prostu: tylko świnie siedzą w kinie i już – nie zmieniło się to mimo zmian ustrojowych! No tak – bardzo ładna wymówka. Wszystko się kupy trzyma i w ogóle… Cóż – konsumenci kultury… Ja w takim razie mogę być świnią. Niech tak będzie. Samotną świnią nawet – celebrującą ten czas doświadczania historii opowiadanej na ekranie od czołówki aż po same napisy końcowe. Marcin na szczęście rzadko mi towarzyszył. Nauczyłem się nawet mu nie proponować wspólnego wyjścia. Bo w kinie to on był nie do zniesienia – tylko mnie wkurzał, ciągle czymś szeleszcząc oraz głośno i ostentacyjnie okazując, jak to się strasznie nudzi. Dlatego nie namawiałem go, aby mi towarzyszył, nie zmuszałem, a właściwie teraz to on by mnie nie zmusił, abyśmy na jakiś film wybrali się razem. I niech se siedzi w domu, leń i malkontent, myślałem. Nie będzie mi zakłócał i psuł odbioru! Teraz to już nawet nie pyta, gdy przyjdę po kinie do domu, o czym film był, bo „trzeba było pójść, a nie się teraz głupio pytać!”, odburkiwałem.
Jeśli chodzi o moją pracę, to Marcin trochę mnie chyba też nie rozumiał. Zastanawiał się ciągle, jak można najpierw studiować pięć lat coś, czego się nie lubi, a potem szukać pracy właśnie w tej znienawidzonej branży. Mogłem przecież rzucić te studia, zacząć coś nowego, na przykład tę filologię polską, a nie ciągnąć te całe marketingi bez sensu, by potem tylko narzekać, irytować się i w domu się na nim wyżywać. Tak naprawdę to miałem jemu za złe, że nie starał się być moim przyjacielem. Czułem, że wszystko mu jedno, czy jestem z siebie zadowolony, czy nie. Najważniejsze, że on dobrze zarabiał, że on lubił to, co robił i że on nie pomylił się w wyborze swojej pracy, nieomylny mister perfect. Robił nowe kursy, zdobywał nowe umiejętności – ciągle się dokształcał. Egoista w dupę kopany. Ale nie powiedziałem mu o tym. Nie mówiłem mu nic. Niemal nie rozmawialiśmy.
Nadal prawdopodobnie nie wiedział, że Anka z Łukaszem starają się o dziecko. Przynajmniej ja mu nic o tym nie mówiłem, a on też nie przekazywał mi, że dowiedział się tego od Łukasza. A gdyby tylko pojawił się ten temat, to mógłbym go zaraz zaskoczyć zaskakującymi mnie ciekawostkami, których dowiedziałem się od Ani – na przykład, że kobiety w ciąży nie mogą farbować włosów przez jakieś toksyny zawarte w farbach i że nie powinny też spożywać surowizny, czyli przykładowo: sushi, szynki parmeńskiej i carpaccio. Ale skoro nie gadaliśmy, to mu o tych ciekawostkach nie wspominałem, nawet gdy widziałem, że pożera kolejnego chupa chupsa, a on nie miał dlatego okazji odpowiedzieć swoimi najnowszymi nowinkami, bo jemu też brakło języka w gębie na inicjowanie wszelkich rozmów – nie tylko tych istotnych, ale także tych głupawych. Nie mówiliśmy sobie o tysiącach rzeczy. Przy sobie stawialiśmy się niemal niemowami.
Jednak tak gwoli prawdy, to trzeba Marcinowi oddać sprawiedliwość, że nie był znowu takim kompletnym egoistą. Tak naprawdę przemawia przeze mnie złość. Mówił przecież niekiedy w tych chwilach, gdy zdarzało nam się wymieniać jakieś zdania, że mogę na niego liczyć – doradzał, żebym się jakoś ogarnął i coś wykombinował. Ale ja nie chciałem tego słuchać, bo się bałem i denerwowało mnie to jego gadanie i naiwna wiara, że wszystko, co sobie wymarzysz się spełnia. Mniej optymistycznie podchodziłem do sprawy. Łatwiej marzyć niż wymarzyć, niestety. I ucinałem jego przypływy dobrych chęci i próby przytulenia jakąś słowną agresją, bo wydawało mi się, że w całej tej jakiejś paranoi naszego staczającego się na dno związku te chwile odbiegające od normy określonej milczącą frustracją i złością są jak dzień dobroci dla zwierząt, a zwierzęciem być nie chciałem, choć właściwie z tymi swoimi agresywnymi odzywkami czasem się nim stawałem – i to dzikim i trudnym do okiełznania.

Niestety – warczałem na niego, on czasami odwarkiwał coś po swojemu i żyliśmy jak dwa nietolerujące się psy lub pies z kotem i w sumie lepiej bywało, jak go nie było. Ciągle zdarzało się, że wyjeżdżał na kilka dni, a ja wtedy mogłem odetchnąć. Chyba jeszcze nie wspominałem, że prowadził szkolenia w zakresie pisania wniosków i starania się o fundusze unijne. Spotykał dużo ludzi w pracy i często nie było go w domu – może dlatego, jak już w domu był, to wolał sobie pooglądać ulubione seriale, popykać w jakąś gierkę na kompie i wreszcie posiedzieć bez ludzi. No chyba że te gejowskie znajomości – tylko je traktował nieco lepiej. Seriale ściągał ciurkiem z internetu albo oglądał online i jako że biegle znał angielski, to nawet bez napisów mógł wszystko bez najmniejszego problemu zrozumieć. U mnie języki to była pięta achillesowa. W szkole miałem ruski, tzn. rosyjski, i francuski i ich nauka niby dość dobrze mi nawet szła, ale potem w ogóle ich nie używałem, więc jakby wyparowały. Gdyby ktoś mnie przycisnął i spytał, jak stoi mój np. francuski, który przecież widniał w moim CV, to musiałbym powiedzieć, że on niestety całkiem leży. Angielski miałem na studiach, a do tego chodziłem na intensywne lekcje prywatne, więc komunikatywnie i biernie zawsze dawałem radę – gorzej z inwencją i chęciami. Tak jakbym po angielsku nie miał o czym mówić – jakby nie było w ogóle interesujących mnie tematów. A za to Marcin – brylował. Swobodnie, z nierozpoznawalnym akcentem, nawet dowcipkował bez problemu i dosłownie na każdy temat mógł porozmawiać. Za granicą to on wszystko załatwiał – łatwiej dla mnie i bezpieczniej, myślałem – po co wygłupiać się ze swoim dukaniem przy kimś, kto gada perfect.

Dlatego też nie oglądałem z nim tych seriali – musiałbym ciągle pytać, co ktoś tam powiedział lub siedzieć z translatorem. Z drugiej strony ja w ogóle nie byłem serialowy. Niby miałem większą sposobność, by być na bieżąco przynajmniej z tymi, które leciały wieczorami w telewizji, bo pracowałem w standardowych godzinach (nie licząc okresów jakichś strategicznych kampanii, gdy pracowaliśmy w firmie do późna), a wcześniej, jak jeszcze nie pracowałem w agencji, a tylko studiowałem, to też mogłem mieć pełno czasu na ich śledzenie. Ale mnie to w ogóle nie zajmowało. Prędzej czy później czułem się znudzony daną konwencją i pomysłem – choćby było to wydarzenie na skalę Siedmiu stóp pod ziemią, to i tak w którymś momencie czułem się znudzony i gdy inni ciągle mieli niedosyt, to ja już miałem przesyt. Poza oczywistościami z dzieciństwa typu Dynastia, Dallas, Słoneczny patrol, Beverly Hills 90210 i Północ Południe, to w dorosłym życiu obejrzałem chyba tylko jeden serial od deski do deski – Queer as folk w wersji amerykańskiej. Chwała Bogu, nie kręcą już kolejnych sezonów – pięć to i tak sporawo. Podobał mi się, bo było w nim dużo pedalskiego bezpruderyjnego seksu, ciekawa para lesbijska, mnóstwo uczuć miotających bohaterami i zaangażowanie społeczne, które może i naiwne, ale jakoś wzruszało mnie tą naiwnością. Może na recenzenta lub krytyka się nie nadaję, ale nie wiem, jak inaczej mam uzasadnić swój pozytywny stosunek do tej pedalskiej opery mydlanej. Po prostu lubiłem podobne filmy i książki. No ale wróćmy do Marcina – chciałem powiedzieć, że jak pracował, to pracował, a jak nie pracował, to siedział godzinami w tych swoich serialach lub grzebał w telefonie, trochę z dala ode mnie. Bzykanko raz na jakiś czas, raczej jako odbębnienie tematu, a o wiele częściej zachowania autoerotyczne, tyleż wyzwalające, co bolesne, bo przypominające, że nie jest dobrze, skoro bardziej można liczyć na swoją własną rękę, niż na partnera, który chyba myśli podobnie, bo też mu się nie chce zagadać i cokolwiek zainicjować, choćby miało to nawet jedynie odrobinę przypominać nasze dotychczasowe najlepsze wyczyny łóżkowe lub okołołóżkowe. On mnie nadal podniecał; bez wątpienia działało na mnie jego ciało. Pewnie wystarczyłoby, że wykazałby odrobinę chęci, jakiejś żarliwości, nawet namiastkę pożądania i mnie dotknął. Marzyłem, żeby zdarł ze mnie dżinsy, a potem bieliznę. Ale nie chciałem mu tego pokazywać – robiłem wiele, żeby nie dać mu do zrozumienia, że mi na nim zależy. Nie wiedziałem tak naprawdę, czy tak było, a może właściwie czekałem aż on mi to udowodni jako pierwszy. Chyba był to rodzaj dumy, jakiegoś dziwnie pojmowanego honoru. I dlatego nie prosiłem, sam nie wykazywałem zainteresowania i potrzeby. W łazience wypróżniałem jelita, pęcherz, a pod prysznicem także jądra. Czasem to był impuls, ale częściej premedytacja. Wolałem samemu. Bez fatygowania Marcina. Zastanawiałem się, co z nami jest? Czy ja go jeszcze kręcę? Czy nadal jestem dla niego atrakcyjny? A może już nie? Może ma kogoś, kogo bzyka na boku? Może nie jestem mu już potrzebny? Byłbym zazdrosny, gdyby miał kogoś innego? Pewnie tak. Byłem zazdrosny już o same domysły. Wyobrażałem sobie, że może się z kimś spotykać, że mi nic nie mówi, że dlatego nie ma ochoty na seks. Gdy przychodził do domu, przyglądałem mu się, wpatrywałem w jego gesty i spojrzenia. Czy się zmieniły? Czy on się zmienił? Na pewno się do mnie zdystansował, spowszedniałem mu, może nawet jakbym trochę przestał dla niego istnieć albo jakbym istniał, ale na zasadzie stałego wyposażenia wnętrza. Kiedyś podpatrzyłem, że też mi się przygląda zamyślony. Wpatrywał się we mnie jak w coś bardzo enigmatycznego, osiągając moment takiego jakby prześwietlania: że patrzysz, ale już nie widzisz, widzisz tylko swoje tajemnicze myśli, nie ma cię tu, odleciałeś. Myślał podobnie jak ja? Czy też miał ochotę przejrzeć mi telefon? Podsłuchiwać, założyć pluskwy? – czy to możliwe? Chciał sprawdzić moje kontakty? Przeszperać ostatnie połączenia i smsy? Czy zastanawiał się, kto do mnie pisze, gdy leżący na komodzie ściszony telefon mruczał poruszany wibracjami, gdy przychodziły tajemnicze wiadomości?
A więc podejrzenia, marazm, samotność. Jedynie czasem wspólnie zjedzony obiad niemal w kompletnej ciszy, a na deser kurtuazyjna wymiana kilku zdań o rachunkach, jego kolejnym wyjeździe i że przyjdzie jakieś tam zamówienie z allegro, więc czy mógłbym odebrać… Poza tym nic – pustka. Ograniczony kontakt, wstrzymywane emocje lub ich brak. On sobie, ja sobie. Osobne życia. Każdy sobie rzepkę skrobie. Ja w wolnym czasie kucharzyłem, przemeblowywałem mieszkanie od czasu do czasu, chodziłem po zakupy – normalnie perfekcyjna pani domu byłaby ze mnie dumna – gdybym tylko lubił sprzątanie, którego tak bardzo nie lubiłem, o co zresztą odbywały się często powracające awantury z tymi samymi zarzutami i tą samą nieudolną obroną swoich pozycji. Bo ja to to, a ty to to. Jak mantra, której daleko do oczyszczających i uspokajających hinduistycznych lub buddystycznych zawołań. I moja racja jest mojsza, a twoja – twojsza. Koterski. Marek. Znowu. Codzienny dzień świra. No a od poniedziałku do piątku do pracy.

I przyszedł ten weekend, klub, koleś (chyba Konrad, ale głowy nie dam – dałem przecież dupy, więc starczy tego dawania – nigdy kolesia więcej, nawet przypadkiem, nie spotkałem, nawet w sieci). Potem był taniec, obiecanki, macanki, taxi i seks. Wiem – powtarzam to już któryś raz, ale to nasze oddalenie to była chyba droga do tego bzyknięcia się z tym kolesiem. Tak przynajmniej siebie usprawiedliwiam. I wiem, że ciągle nie mówię nic o tej drugiej zdradzie – tej, która stała się niemal bezpośrednim przyczynkiem do pójścia na terapię. Ale moje życie to był wtedy jeden wielki chaos nie do ogarnięcia, więc jak to wszystko opowiedzieć jeśli nie chaotycznie?
Próbą ogarnięcia chaosu była terapia. Znalazłem kogoś. Przychodzimy. Nie wiedziałem nawet, jak ta kobiecina będzie wyglądać, rozmawiałem z nią jedynie przez telefon. Głos pasujący do trzydziestolatki, ale w sumie mogłaby mieć i nawet z pięćdziesiąt.
Wchodzimy. Jest to zwykłe mieszkanie przerobione na gabinet. Kilka pokoi. Przedpokój z wieszakami, kuchnia, chyba toaleta, bo drzwi z taką przymgloną szybą w górnej ich części i jeszcze dwie pary zamkniętych pełnych drzwi, a za nimi stłumione głosy. Dwie minuty po 21. Usiedliśmy w milczeniu na krzesłach, przed nami stosy przeterminowanych gazet jak u fryzjera. Nagle jedne drzwi się otwierają, obok nas przemyka wysoki, szczupły gość typu biznesmen – garniak, walizka w dłoni, wypucowane buty – zakłada płaszcz, mówi „do widzenia”, wychodzi. W drzwiach, przez które on dopiero co wyszedł, staje na oko 45-letnia blondynka. Czuję, że zaczynam się denerwować.
– Panowie Szymon i Marcin?
– Tak, to my. – Słyszę w swoim głosie chrypkę. Chyba zaschło mi w gardle.
– Dobry wieczór – rzuca Marcin. Zapalony do pomysłu terapii, jakby stracił impet. Co prawda pokłóciliśmy się o jakiś bzdet, ale to chyba nie jest wystarczający powód, aby teraz obrażać się na cały świat? A może to wystarczy? Anyway – jak to się teraz mówi z angielska – nie zwracam uwagi na tego palanta. Wkurwia mnie. Nie odezwał się ani słowem przez całą drogę. Dupek!
– Proszę, wejdźcie – mówi kobieta.
W środku są dwa fotele i jedna kanapa. Odruchowo wybieramy fotele. Chuda, zgrabna blondyna w dopasowanych dżinsach i w różowym sweterku w serek pyta:
– Może coś do picia? Woda, kawa, herbata?
– Ja dziękuję – odpowiadam dość nieśmiało, jakby nieswój.
– Ja też. Dziękuję bardzo – mówi Marcin.
Terapeutka siada z boku kanapy i zakłada nogę na nogę. Uśmiecha się. Ja nie wiem, co mam zrobić ze sobą, jak się ułożyć. Mam lodowate ręce, ale czuję, że są wilgotne.
– Mam na imię, ale panowie już chyba to wiecie, Martyna. Ale proszę mi mówić na „pani”. Z doświadczenia wiem, że na początku to w sumie pomaga terapii. W niektórych przypadkach po jakimś czasie przechodzę z pacjentami na „ty”. Zobaczymy, jak będzie w naszym przypadku.
A więc jesteśmy „przypadkami” i „pacjentami”. No ładnie. Patrzy się na nas z uśmiechem. Jakby czekała. Tylko na co?
– No dobrze, panowie. To z czym przychodzicie? Powiedzcie coś o sobie.
Marcin spojrzał na mnie. Wiem, że muszę zacząć – to był mój pomysł i w sumie przeze mnie tu jesteśmy. Biorę głęboki oddech i zaczynam tak jakoś cicho:
– Ja nazywam się Szymon i to ja dzwoniłem do pani. – Czuję, że głos mi drży i nie mogę tego opanować. – Jesteśmy w związku od ponad 7 lat. Mieszkamy razem… – zastanawiam się, mimowolnie spoglądając na Marcina – jakieś prawie 6 – kończę.  –Mieszkamy u Marcina w domu. – Robi mi się sucho w gardle. Przełykam ślinę, której moje ślinianki prawie nie produkują. Myślę, co dalej? Walić prosto z mostu czy może przedłużyć jakoś ten wstęp? Serce mi wali jak młot pneumatyczny. – Nasz związek chyba wymknął się nam spod kontroli. Zdradziłem Marcina. Zakochałem się. – Rany, powiedziałem to, pomyślałem. Nawet na niego nie spojrzałem. – Nie wiem, czy to zakochanie ma sens… – mówię, jakby się tłumaczę, zawieszam się. – W sumie to chyba nie, bo tamten związek w gruncie rzeczy jest niemożliwy… – Znów chwila pauzy. Denerwuję się, to znaczy: pocą mi się ręce, lekko dygoczę, drży mi głos, a niepokój powoduje, że moje ciało staje się nie moim ciałem i nie mogę opanować jego drżenia, dygotu, pocenia się. – Nie jestem na tyle głupi, aby mieć nadzieję na związek na odległość – rzucam jakby od czapy. Spoglądam na Marcina, on wpatruje się we mnie. – Kiedyś między nami było dobrze, nawet bardzo – dorzucam nagle – więc może warto spróbować zawalczyć. – Mówię to, ale sam w to nie bardzo wierzę. Chyba chciałem, aby ładnie to zabrzmiało. Tak na początku…
Dopowiem tylko, że szukając jakiejś terapii, podczas rozmowy telefonicznej pytałem naszych potencjalnych terapeutów o stosunek do homoseksualizmu. Nie chciałem, abyśmy trafili na kogoś, kto będzie leczył nas Biblią lub czymkolwiek innym z naszej orientacji. Gdy rozmawiałem przez telefon z panią Martyną, powiedziała, że przychodzą do niej hetero, geje, lesbijki, pary heteroseksualne, ale i zdarzyła się także para homoseksualna i że to nie jest dla niej żaden problem. Była czwartą osobą, z którą rozmawiałem. Pierwsza jakoś dziwnie na chwilę zaniemówiła, gdy powiedziałem, że „ja i mój partner poszukujemy terapii”, więc w sumie od razu zorientowałem się, że nie jest to ktoś odpowiedni. Kolejne dwie zareagowały mniej ostentacyjnie, ale coś mi kazało szukać dalej.
No więc drżę cały z nerwów. Mówię, że może warto spróbować, ale szczerze mówiąc, to zależy mi jedynie na tym, aby zrobić dobre pierwsze wrażenie, bo na drugie pierwsze wrażenie przecież nie ma szans. Nie wiem, czemu gram i gmatwam to jeszcze bardziej – może trzeba walić prosto z mostu, mówiąc, że przyszło się tak na odwal się i kompletnie bez wiary w powodzenie. Trzęsie mną. Nie umiem tego przezwyciężyć. Nie podejrzewałem, że to może być takie stresujące. Wkładam splecione ręce między uda i zakładam nogę na nogę. Nie wiem, czy mi wygodnie, ale głupio mi się tak wiercić.
– A pan czemu tu przyszedł, panie Marcinie? – odzywa się po chwili ciszy terapeutka.
Chyba myślał, że nie będzie musiał niemal nic mówić, dlatego robi jakąś dziwną minę, ale odpowiada dość szybko:
– No… bo czuję, że to dla nas ostatnia szansa.
– Tylko dlatego? – dopytuje.
– No ja w nikim się nie zakochałem. I tak naprawdę nie odkochałem się w Szymku. Ale tak wiele nas dzieli, że nie wiem, czy to ma sens. Może warto spróbować porozmawiać z kimś, a właściwie przy kimś innym, bo w domu nam już nie wychodzi.
On też się denerwuje. Chce sprawiać wrażenie wyluzowanego z tą swoją nogą na nogę, ale znam go nie od wczoraj. I jakoś tak dziwnie mówi. Tak samo jak ja. Jakby ostrożniej. Jakbyśmy szukali słów.
– A pan, panie Szymonie, skoro się pan zakochał w kimś innym, to po co ta próba?
– Bo… z perspektywy to ja wiem, że tamto zakochanie było czymś nierealnym i czymś raczej w pijackim zwidzie, ale… jakoś otumaniło mnie to, dało mi do myślenia, spodobało mi się. Zatęskniłem za tym zakochaniem, flirtem, za tymi spojrzeniami z początku…

Może w ogóle powinienem od tego zacząć, a nie bawić się w jakieś opowieści o tej pierwszej zdradzie, o trójkątach, Tajlandiach i jakichś problemach z pracą? Bo jeśliby tak się zastanowić i zadać sobie pytanie „od czego to się wszystko zaczęło?”, to trzeba by było chyba zacząć od tego spojrzenia, tej miłej pogawędki, tego przyjaznego uśmiechu, tego pierwszego wrażenia, jakie na sobie wywarliśmy – tak pozytywnego może dlatego, że nikt nie starał się, aby to wrażenie było dobre – a następnie tego tańca tylko zwariowanego i w ogóle nieerotycznego, a dopiero potem tej dłuższej rozmowy, w której każde słowo zbliżało nas coraz bardziej, bo on też lubił filmy, teatr, książki, szalone imprezy, lubił poznawać ludzi w ogóle, a nie tylko gejów, a do tego uwielbiał podróżować i w planach, tak jak ja, miał Australię, Nową Zelandię i zobaczenie wieżowców Nowego Jorku z perspektywy Central Parku. W ogóle chciał zobaczyć wszystkie kontynenty. Tak przynajmniej mówił. Uwielbiał różnorodną kuchnię – był fanem nowych smaków. No, nie może być! Ideał. Fascynujący! Taki patrzący na świat podobnie do mnie. Spijaliśmy sobie z dziubków każde słowo, każdą głoskę, każdy przecinek. Nie był tylko miły, podobał mi się także wizualnie. Miał niesamowicie pełne wargi, piękne mimo popękania. W kurtce miałem świetną pomadkę. Użyczyłbym mu. Opowiadał, że jest świeżo po rozstaniu ze swoim facetem. Właśnie dogadywali się, co zrobić ze wspólnym mieszkaniem. Potem ze zrozumieniem słuchał o kryzysie w moim związku i o tej całej Tajlandii, i moich i Marcina trójkątach. U nich w związku też erotycznie bywało różnie i jakieś eksperymenty się zdarzały, ale w gruncie rzeczy rozstali się nie z powodu jakichś zdrad, a przez dojmującą świadomość, że traktują siebie już raczej jak bracia, a nie zakochani faceci.
I później, już niemal nad ranem, zaproponował mi, żebym pojechał do niego – że obejrzymy jakiś film z laptopa, napijemy się jeszcze drinka i sobie pogadamy. Taxi miało być za 10 minut. Poszliśmy jeszcze na dancefloor. Było głośno, muzyka dudniła jak oszalała. Stroboskopy dawały po oczach, srebrna kula niezmiennie wirowała. Przysunął się do mnie i krzyczał mi coś do ucha, muskając mnie nieogolonym policzkiem. Nie tańczyliśmy w rytm muzyki, mieliśmy swój własny rytm. Nie wiem już, co mówił, ale pamiętam, że potwierdzająco kiwałem głową, a nawet korzystając z tej beztroskiej i nic niby nieznaczącej jeszcze sytuacji, położyłem swoją rękę na jego ramieniu i objąłem go niby jedynie po to, aby być bliżej i lepiej go słyszeć. I nagle on położył swoją dłoń na moim biodrze, delikatnie przysuwając mnie do siebie jeszcze bardziej, a ja spojrzałem na niego i wiedziałem, że byłbym skłonny zgodzić się na wiele. Ciasno przywarliśmy do siebie biodrami i ciasno robiło się w naszych rozporkach – poczułem to, bo zaczęliśmy się intensywnie o siebie ocierać udami i kroczami i w przeciągu sekundy nasze ręce błądziły już po pośladkach. W końcu się pocałowaliśmy, ale tak nieśmiało, subtelnie, jakby trochę wstydząc się tej nagłej bliskości. Był uroczy. Spłonął rumieńcem, a pożar starał się ugasić nerwowo dopijanym do dna drinkiem, który czekał na nas na stoliku przy filarze podpierającym sufit. Ależ on mi się podobał!, myślałem, oblizując wargi. Pierwsze koty za płoty. Ale na nas już czas. Zeszliśmy do taksówki. Świtało. Zajęliśmy wspólnie tylne siedzenie. W trakcie drogi uśmiechaliśmy się do siebie niemal non stop. Mieszkał w wynajętym na kilka dni mieszkaniu nawet nie wiem gdzie, bo całą drogę taksówką przegadaliśmy. Był tu poniekąd w związku z pracą, ale przedłużył swój służbowy wyjazd, bo bardzo lubił Warszawę. Mówił, że zaczytywał się Złym Tyrmanda i innymi warszawskimi książkami, na przykład: Konwickiego, Wiecha i Nowakowskiego. Wstyd się przyznać, ale ja o Warszawie pamiętałem jedynie Szwedów w Warszawie, legendy Or-Ota (czyli Artura Oppmana), Kamienie na szaniec i oczywiście Pamiętnik z powstania warszawskiego Białoszewskiego. Ja, warszawiak z krwi (połowicznie) i kości (całkowicie, żadna niezłamana jak do tej pory) i nie czytałem Tyrmanda – hańba!, pomyślałem sobie i spłonąłem rumieńcem. Mówił, że uwielbia to miasto, którego niemal nikt nie lubi. Normalnie zjawisko! – zazwyczaj ludzie na Warszawę narzekają; mówią, że jest brzydka, że to miasto-składak, że mnóstwo tu koszmarnych budowli (patrz: gargamelowaty gmach TVP, niby nowoczesne szklane domy w ciągu starych kamienic w centrum albo szpecące olbrzymie domy handlowe w stylu Arkadii i Złotych Tarasów). Większość też twierdzi, że jest nieprzychylna ludziom z zewnątrz. Zadziwiające, że powtarzają to zazwyczaj właśnie ci, którzy w większości są przyjezdni, a jednak jakoś się tu ostali. Tu zresztą prawie wszyscy są skądś tam – wożą swoje słoiki z wekami i sałatkami oraz plastikowe pudełka wypchane sałatkami i krokietami i załadowują nimi zamrażalniki i lodówki – wystarczy spojrzeć, jak Warszawa pustoszeje w święta i wakacje. To częściowo przez ten brak ludzi tak często plajtują tu knajpy i restauracje. A ci, co tak narzekają na to miasto, to niech wracają do siebie na dobre, jak im tak źle. Dla mnie Warszawa i tak jest jedyna i niepowtarzalna. To jest moje miejsce na ziemi. Ukochane. (Wmawiam to sobie). Ono jest postmodernistyczne i to jego zaleta, a nie wada. (Wmawiam to sobie). To miasto z historią, różnorodne i dość otwarte jak na polskie standardy. (Wmawiam to sobie). Panuje tu architektoniczny misz-masz i nie ma jednego centrum, oryginał miesza się z podróbką, inteligencja z ciemnotą, pisowiec z platformersem, wysoka kultura z dresiarstwem intelektualnym, a młody hipster z powstańcem z przepaską „Polski Walczącej” na ramieniu, ale czuję się tu dobrze. (Wmawiam to sobie). To taki aglomerat. Wielka aglomeracja. I wbrew wielu ludziom bez serc to miasto ma serce jak na dłoni – żywe, bijące, ciągle krew pompujące – wszędzie widać tętnice, wyprute żyły, rozdarte tkanki, nadszarpnięty albo zrogowaciały naskórek. Nie wierzysz? Idź na Pragę lub Wolę – one gdzieniegdzie pamiętają jeszcze tych, którzy to miasto kroili żywcem, zarzynali i wycinali w pień. To tam widać to, co w angielskiej nazwie Warszawy było złowrogą przepowiednią, bo przecież: „Warsaw saw war”, czyli Warszawa widziała wojnę. I stało się. Dziś mamy już tyle lat po wojnie, lecz poharatana przeszłość dobitnie jeszcze wyziera czerwoną cegłą, sypiącym się pustostanem, a tu i tam w tynku ostały się ornamenty od zabłąkanych albo niezabłąkanych kul. I mimo wszystko ona powstała z martwych, zabliźniła rany, żyje i jest. Przeszłość też. Przeszłość jest ciągle żywa – przynajmniej tu, choć wielu nie chce o niej pamiętać z różnych powodów lub bez powodu. Może to nie jest ten niegdysiejszy Paryż północy, ale nie odbierajcie Warszawie uroku! To nie jest Budapeszt, Praga lub Kraków, lecz one nie były celem zmasowanego ataku historii, która zapragnęła zaprosić tu dwóch największych tyranów XX wieku. I dlatego historii to Warszawie na pewno nie odbierzecie. Niektórzy nazywają to nadzwyczaj dobitnie: Hitler zabił, a Stalin zgwałcił – sadyzm, a potem nekrofilia, bo na gruzach zafundowano Warszawie przeogromną, obcą i niepasującą do tego miasta rakietę – gotową do startu, ale jednak niechcącą nigdy odlecieć, uczepioną niczym huba drzewa, wrosłą niczym narośl na skórze, brodawka, jakaś parcha. Mimo wszystko fascynująca ta rakieta i ja bym jej wcale nie chciał burzyć. Bo co? Odbudowano by dawne centrum? Zrekonstruowano by te wszystkie wyburzone kamienice? Nie sądzę. Przecież to miliardy złotych by kosztowało… I tak ten stalinowski gigant – chcąc nie chcąc – stał się wizytówką tego miejsca. Stoi niczym ością w gardle. Ale to – choć może nieco przerosły, ale jednak – szczegół. Bo tak w ogóle w tym przypadku diabeł tkwi w ogóle, a nie w szczególe. W mentalności ludzkiej, w polskiej bylejakości, w narodowym bezguściu, w urzędniczej papierologii, we wszystko-nam-jedności, która nie jest jednością nic a nic. Wystarczy spojrzeć na zapyziałe i obskurne przedmieścia, architektoniczny nieład, który bardziej odpowiednio trzeba by nazwać burdelem na kółkach. Brud, smród i ubóstwo; syf, kiła i mogiła. Polacy nie dbają, Polacy nie czują się odpowiedzialni, Polacy nie wiedzą, że ten rzucony na ziemię papierek po lodzie lub batonie to nie jest tylko mały szczegół – to jest ogół, smutny ogół, po którym hula złowrogi wiatr jak po rozkopywanym i zakopywanym na nowo Placu Piłsudskiego lub straszącym Placu Defilad.
On widział to podobnie. Podobnie jak Robert pochodził z Mazur, lecz ukończywszy studia, zamieszkał w Gdańsku, gdyż właśnie tam znalazł zatrudnienie. Taksówka zatrzymała się, zapłacił, nie chciał moich pieniędzy. Weszliśmy do klatki i szybko schodami na pierwsze piętro. Kontynuował temat z taksówki – mówił o pracy, że robi coś związanego z teatrem – coś bardziej organizacyjnego – i wkrótce miał przenieść się na dłuższy staż do Francji. Płynnie mówił w tym języku – nie to, co ja – niemal wszystko zapomniałem. Mieszkanie miało mało mebli. Schludne, czyste, minimalistyczne. Nalał do szklanek wody i dosiadł się do mnie na kanapę. Chyba chciałem mu trochę zaimponować i powiedziałem, że czasami coś sobie pisuję nie całkiem do szuflady. Wypytywał o ulubione tematy, podziwianych pisarzy i był pierwszą spotkaną przeze mnie osobą, która znała Alana Hollinghursta. To on powiedział mi o miniserialu BBC na podstawie Linii piękna. Pominąłem informację o poziomie mojego angielskiego, który pewnie nie byłby wystarczający, żeby w oryginale pojąć inteligenckie, a czasami finezyjnie wulgarne dialogi bohaterów, ale obiecałem, że nadrobię zaległość. Wątpię, aby w sieci były napisy po polsku… Ach, tak miło nam się rozmawiało. Puścił z youtube’a trailer Samotnego mężczyzny i powiedział, że koniecznie musi to nadrobić. Ja już widziałem, ale nadal grali to w kinie i powiedziałem, że z chęcią wybiorę się z nim jeszcze raz jutro, które było już właściwie dzisiaj. Powiedział, że niestety musi wracać do Gdańska. Ogarnął mnie smutek. Nie chciałem, aby wyjeżdżał. Mnie samemu trudno było w to uwierzyć, ale poczułem z nim jakąś silną więź i nie chciałem go stracić. Nie myślałem jeszcze o przeprowadzce do Gdańska, o związku na odległość, o przypomnieniu sobie francuskiego, aby bez problemu móc go odwiedzić we Francji, ale miałem w sobie jakieś dziwne uczucie podekscytowania, którego nie chciałem utracić. Coś kazało mi się cieszyć chwilą, ale jednocześnie czułem przerażenie, że i tak z tego nic nie będzie. Skupiałem się zatem na czymś bardziej teraźniejszym. Myślałem o tym, że ma piękne oczy, cudowny uśmiech, że ufam w to, co mówi, że jest niesamowicie seksowny, że na mnie działa i mnie pobudza i że właściwie to mógłby mnie jeszcze raz pocałować, a ja ten pocałunek na pewno bym odwzajemnił. W jego oczach widziałem coś nieokreślonego, co górnolotnie można by nazwać imponderabiliami lub po prostu tym czymś. No wiecie o co mi chodzi. Tak się mówi: mieć to coś. On to miał. Wpatrzony w niego zastanawiałem się, czy zrobić to, czy może czekać aż on to zrobi. Dość szybko zdecydowałem, że to ja muszę zrobić ten drugi lub któryś z kolei krok – kilka, a z całą pewnością ten pierwszy był już za nami. Nie spytałem go, czy chce – po prostu to zrobiłem. Ja chciałem – chciałem mu pokazać, że go pragnę. Tym razem dotknęły się także nasze języki, splotły się w uścisku niczym nasze ręce, ramiona i ponownie coraz bliżej przylegające do siebie uda. I całował nawet tak jak lubię – tak, jakby nasze usta do siebie pasowały, jakby języki nam nie przeszkadzały – i mogłoby to trwać i się nie kończyć. Tak miałem też od samego początku z Marcinem – od początku uwielbiałem nasze pocałunki, a przecież nie z każdym jest to przyjemne. Po tych wszystkich historiach z trójkątami wiem, że to nie zawsze jest łatwe tak się zestroić. Niektórzy całują się jakby chcieli cię pożreć, inni – wpychają język po sam przełyk, kolejni – tak jakoś naciągają wargi na zęby i świbrują szorstkimi językami jak jakieś gady czy płazy. Z Marcinem było idealnie, choć właściwie z nim to już prawie nigdy nie było pocałunków. Na pewno nie takich jak te teraz. Ale oddaliłem myśl o nim. Zająłem się sobą i nie robiłem niczego nikomu na złość – żadnemu Marcinowi. Robiłem sobie dobrze. Sobie i mojemu ideałowi. Byłem szczęśliwy. Było przyjemnie i bezstresowo. Byłem z nim – nazywał się Jacek. Pięknie pachniał – poczułem to dopiero wtedy, gdy się do mnie zbliżył na kanapie już u niego w wynajmowanym mieszkaniu – w klubie było prawdopodobnie za dużo przeróżnych zapachów wokoło, aby dokładnie to poczuć. Rozebraliśmy się do bielizny. Drżałem. Miał piękne ciało. Zamiast brzucha i ramion nie miał żadnego kaloryfera ani wielkich muskułów, a po prostu skórę miłą w dotyku, ciepłą. I dobrze. Ale był proporcjonalnie zbudowany: duży, dość nabity i taki męski – tak jak lubię. Na klatce piersiowej miał lekko widoczne włosy układające się w kształt podkreślający rzeźbę piersi. Sutki mu sterczały, a w slipach sterczał zawinięty w jedną stronę penis chyba dość obiecujących rozmiarów. Dysząc, całowałem go po brzuchu, schodziłem coraz niżej, drażniłem go przez materiał majtek, pulsował. I nagle zniknął cały w moich ustach. Miałem wprawę. Fiut naprawdę fajny; taki, że fiu fiu. Był nawet większy od penisa Marcina. Od częstego robienia lodów różnym kolesiom w ustach nabywa się specyficznej miarki – nazwać to można pamięcią warg i przełyku. Moje migdałki mówiły mi, że mam do czynienia z grubym olbrzymem około 20 cm długości. To był king size – prawdziwy king, a nawet kong! Bezapelacyjnie był to największy okaz w mojej buzi jak do tej pory. Zachwycająco aksamitny w dotyku. Mówią, że małe jest piękne, ale zapewniam, że są przypadki, gdzie małe jest wkurwiające i nie może równać się wielkiemu. Na pewno zdarza się też na odwrót, ale tu miałem w ustach dowód na stwierdzenie, że size matters. Ledwo starczało mi ust na tę objętość – nawet moje palce nie mogły całkowicie objąć tej grubości zakończonej apetyczną, mięciusieńką skórką napletka. Pod kutasem zwisały w wygolonej mosznie urocze, choć zaskakująco małe jajeczka w rozmiarze XS – podobnie jak u Marcina – nieco niepasujące do tego wielgachnego olbrzyma w rozmiarze XXL. Aż przez myśl mi przeszło, że sprawiedliwość jakaś musi być na tym świecie, skoro taki olbrzym zaopatrzony jest w jedynie takie tyci tyci kuleczki wielkości sporawej czereśni albo żołędzi – i dobrze, przecież nie można mieć wszystkiego. Choć z drugiej strony to przez te jajka tyciusieńkie jego monster wydawał się jeszcze bardziej monstrualny, większy co najmniej o jeszcze jeden X. Ale zostawmy te dywagacje. Obciągając, dławiłem się, ale tak przyjemnie i łapczywie. On patrzył na mnie jakby z podziwem, że gdzieś podziałem całą jego męskość wewnątrz siebie i wprawnie robię z nią coś niesamowicie przyjemnego. Mógłbym przyssać się do tego cuda na wieczność, ale Jacek znienacka podciągnął mnie do góry. Zaczął palcami miętosić zawartość moich bokserek, w tym samym czasie całując mnie po szyi i ocierając się kilkudniowym zarostem o moje policzki. Językiem wwiercał się w moje ucho. A potem przebył tę samą drogę na moim ciele, którą jakiś czas wcześniej ja przebyłem na jego. Robił to zachłannie i ostentacyjnie głośno – robił to bardzo dobrze, skrupulatnie i dogłębnie. Jego pełne usta pełne były mojego kutasa. I wtedy to ja podciągnąłem go do siebie, bo bałem się, że zaraz dojdę, a tak szybko jeszcze nie chciałem. I przytuliliśmy się, i tylko lekko i delikatnie całowaliśmy, i muskaliśmy opuszkami palców po ramionach i wokół brodawek. I potem leżeliśmy wtuleni w siebie. Nasze ręce ciągle delikatnie błądziły po naszych ciałach, aby się odnajdywać i gubić na nowo. Mruczeliśmy, cichuteńko stękaliśmy i dyszeliśmy. Było jak w niebie. I żaden z nas nie napierał, aby osiągnąć orgazm, bo i bez niego byliśmy spełnieni w tym permanentnym mentalnym szczytowaniu. W końcu on usnął, a ja nie spałem aż do rana. Rozmyślałem o tym, że przy nim jest inaczej niż przy innych obcych, że nie jestem spięty, nie czuję się zblokowany. Może to on? Może to ten? Ten jedyny? Było już jasno, gdy nad jego ciałem unosiłem swoją dłoń, powtarzając, jakby dublując jej ruchami kształt jego bioder, ud, piersi, ramion i pokrytych lekkim meszkiem pośladków. Tak samo było pierwszej nocy z Marcinem. Nie chciałem go dotykać, tzn. chciałem, ale nie chciałem go obudzić. Przyglądałem się mu, inwentaryzowałem wszystkie piegi, pieprzyki, małe znamiona, nawet zaczerwienienia od jakichś syfów, ale nic mi nie przeszkadzało, a nawet to zbliżało go do mnie jeszcze bardziej – nie był do końca idealny, a mimo to był – brałem go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Mógłbym wpatrywać się w niego godzinami tak samo szaleńczo, obłąkańczo i (p)oddańczo jak epileptyk z opowiadania Gombrowicza szaleńczo, obłąkańczo i (p)oddańczo wpatrywał się w swojego mecenasa Kraykowskiego, ale fizjologia jest nieubłagana tak samo jak pożądanie i niestety zachciało mi się siku. Delikatnie wymsknąłem się z uścisku jego zarzuconej na mnie nogi i na palcach poszedłem do łazienki. Usiadłem cicho na desce i kierowałem członkiem tak, aby strumień moczu spływał cicho po wewnętrznej stronie muszli, a nie hałasował, wpadając prosto do wody. Na półce pod lustrem zobaczyłem butelkę perfum Play od Givenchy. Powąchałem. Wiedziałem, że reklamuje je Justin Timberlake i w uszach zadźwięczała mi jego piosenka Like I love you, którą tak bardzo lubiłem. Wróciłem do łóżka, do którego wszedłem najdelikatniej, jak to możliwe, aby go nie zbudzić. Wpatrywałem się w jego na wpół przykryte ciało. I w końcu obudził się, chociaż wcale mi nie przeszkadzało, że spał tak długo. Mógł spać, mógł się obudzić – ja chciałem tylko przy nim być i patrzeć. Najważniejsze było, że jest obok. Spojrzał na mnie z uśmiechem, a potem pocałował mnie długo i czule. Bałem się, że mam kapcia w buzi, ale nawet jeśli tak było, to widocznie jemu to nie przeszkadzało. Rozumiałem to – kiedyś napisałem taki wiersz:

nic mi nie przeszkadza
poranny kapeć w gębie
ani nawet śpioch w kącikach oczu
ślinka i tak cieknie
i kropelka lśni za żołędzi
poranny wzwód coranny
wymiana płynów na dzień dobry
a potem kawa koniecznie z mlekiem

Wiersz napisałem na początku związku z Marcinem i tak się właśnie wtedy czułem. Nie miałem wstrętu do żadnych jego wydzielin, żadne zapachy nie były odpychające, w ogóle wszystko chłonąłem z ciekawością małego dziecka próbującego i rozpoznającego świat. Teraz było podobnie. Na moim elektronicznym stylizowanym na lata 80.-te zegarku bezgłośnie wybiła 11. Niedługo potem Jacek rozchylił lekko oczy i się uśmiechnął, ukazując swoje nieco królicze zęby. Położył się na plecach i cudownie wyprężył swój tors połyskujący przyciętymi włosami w kolorze jasny blond. Przeciągle ziewnął. Miałem wzwód, który chciałem ukryć, ale on i tak go zauważył i tylko unosząc lekko jedną brew, musnął delikatnie dłonią moje jądra, a potem objął na chwilę sztywnego penisa. Pocałował mnie z języczkiem jeszcze raz i napiliśmy się mineralki prosto z butelki, po czym on znienacka wyszedł z łóżka. Idąc w stronę łazienki, odwrócił się do mnie i zaprezentował w całej okazałości swoje ciało i kutasa, który jeszcze kilka godzin wcześniej tak szczelnie wypełniał moje usta. Posłał mi całusa, romantycznie zdmuchując go ze swojej dłoni. Zniknął za drzwiami, a ja szczęśliwy rozciągnąłem się na łóżku i rozmarzyłem się, że pójdę do niego i on weźmie mnie od tyłu. Ale nie byłem przygotowany. Niestety. Nie mogłem ryzykować tego zażenowania. A nie było czasu na lewatywę. Zresztą wstydziłbym się tak przy nim, trochę głupio. Zza drzwi dobiegał szum wody. Wstałem i w kieszeni kurtki znalazłem gumę – do żucia. Mimo wszystko chciałem choć trochę odświeżyć sobie oddech, więc zacząłem ją żuć. On umyje zęby – ja co najwyżej mogę zaraz wycisnąć na palec trochę jego pasty i prowizorycznie wysmarować sobie nią zęby, a potem wypłukać buzię. Gdy wyszedł, zadzwonił budzik w jego telefonie. Wyłączył go, a potem dość pospiesznie zaczął się pakować, cały czas obserwując mnie z figlarnym uśmiechem. Ścieliłem łóżko, a on w trakcie ścielenia podszedł do mnie od tyłu, jedną dłonią ścisnął mój nagi pośladek, drugą złapał mnie pod ręką, chwytając za moją pierś, a wargami przyssał się delikatnie do mojej szyi. Powiedział: „fajnie było cię poznać”, a ja wiedziałem, że to jest nasze „do widzenia” i jutro już nie będzie żadnego „dzień dobry” i żadnego porannego spojrzenia w oczy, porannego pocałunku i porannego wzwodu – nie z nim i pewnie z nikim. Zaraz miał przyjść właściciel odebrać klucze. Wiedziałem, że nie było czasu na pieszczoty. Ubrałem się w swoje wczorajsze ciuchy – nie czułem się świeżo, miałem lekko tłuste włosy, a na kąpiel również już nie było czasu. Poszedłem do łazienki jedynie obmyć twarz i przepłukać jamę ustną. Na przeguby nadgarstków psiknąłem sobie tym jego Play’em. Patrząc w lustro i przeczesując palcami włosy, pomyślałem, że jednak chciałbym zdążyć przed przyjściem właściciela z jakimś jeszcze jednym pocałunkiem, z jakimś przytuleniem i zacząłem żałować, że przed zaśnięciem nie mieliśmy orgazmów, że mu się nie oddałem. Marcin nie tylko był daleko na jakimś szkoleniu, on w ogóle był daleko ode mnie, a z Jackiem poczułem bliskość, której tak potrzebowałem – jakbyśmy do siebie pasowali, nic nie było na siłę. Z Marcinem została tylko jakaś fasada, za nią pustka i wszystko to tylko prowizorka. Z Jackiem łechcąca była ta tajemniczość, ponętny był seksapil – jego, ale mój też, bo tak się czułem – ponętny był ten seksapil nie do opanowania. No i była rozświetlana oczekiwaniami przyszłość: kręcąca, obiecująca, chwilowo jakby pełna szans i perspektyw. No i już w sumie podszedłem do niego, chwyciłem jego dłoń i miałem go pocałować, gdy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Nie było nawet żadnego domofonu, żadnych dwóch minut czekania na windę, jazdy na górę, przejścia korytarzem pod drzwi. Tak po prostu – pierdut! Już jest. Tuż pod drzwiami. Właściciel, który okradł mnie z tej chwili, którą zaplanowałem. Jacek pocałował mnie w policzek i odwrócił się, aby pójść otworzyć drzwi, a nasze ręce zawisły nad podłogą w ujęciu niemal jak na fresku Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej. Tę chwilę długo pamiętałem jako coś bardzo bolesnego i nie czułem przy tym żadnej żenady ani śmieszności. W dupie miałem, czy tak ktoś sobie pomyśli, bo ja poczułem, że właśnie wtedy została stworzona ta wątpliwość, czy ja i Marcin to właśnie to. A Jacek odjechał, nie zostawiając ani telefonu, ani żadnego innego namiaru. Żałowałem, że nie zrobiłem mu rankiem żadnego zdjęcia i w myślach malowałem jego portret pamięciowy. Czułem, że jeszcze raz muszę iść do kina. I na tym Samotnym mężczyźnie poczułem się naprawdę jak single man. Na nadgarstkach próbowałem wywąchać jeszcze jego perfumy, ale nie było ich czuć. Wracając z kina, poszedłem do perfumerii i psiknąłem się nimi. Dobijał mnie jego brak i nie wiem sam, na co liczyłem.

– …Zdaję sobie sprawę, że to coś nierealnego. To była tylko jedna noc i jeden poranek. Było cudownie, ale my się nawet nie znaliśmy. To była taka ułuda miłości, jakby podróba, blaga, mój taki wymysł i nic więcej. Tak naprawdę to byłem miły i fajny, uroczy i przystojny, dowcipny i elokwentny, bo… – Co tak naprawdę chcę powiedzieć?, pomyślałem i dokończyłem: – Bo takiego siebie lubię i w gruncie rzeczy chciałbym taki być. Tylko że w związku wiemy o sobie więcej i znamy się już także z innych stron. Czasami trudno się pohamować. – Jakby zatroskany spojrzałem w podłogę pokrytą czymś w rodzaju linoleum i po kilu sekundach dodałem: – I dla Marcina trudniej się starać niż dla kogoś nowego.
Marcin chyba jakoś nie miał ochoty nic powiedzieć. Wychodziło na to, że ja nabroiłem, a on tylko siedzi i słucha. Jakby był taki do rany przyłóż i zawsze w porządku. Świętoszek i serce-żesz-kurwa-mać-na-dłoni. Ale co mi tam. Opowiedziałem, że bardzo brakuje mi tej początkowej chemii, ale nie wiem co zrobić, by ponownie poczuć tę bliskość, która kiedyś nas łączyła. Dzisiejsza bliskość nas zabijała. Marcin trochę patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „co ty pierdolisz?”, ale nie zważałem na to. Chyba wczułem się w swoją rolę tak bardzo, że nawet byłem bardziej przekonujący w tym mówieniu o zaniepokojeniu tym, co się dzieje w naszej relacji, niż sam mógłbym wcześniej przypuszczać. Może ten niepokój trochę odgrywałem?
– Czyli wierzy pan, że jest jakaś szansa? – spytała pani Martyna.
– Chciałem sprawdzić, czy jest. Niczego w sumie nie zakładam.
– No dobrze – westchnęła. – Chcecie jeszcze panowie coś dodać na początek? – spytała i zaraz sama dorzuciła, jakby jej się nagle przypomniało: – Albo powiedzcie, czy chodziliście wcześniej na jakieś inne terapie, indywidualnie albo grupowo?
Zacząłem ja:
– Ja chodziłem przez chwilę na terapię indywidualną, bo miałem stany depresyjne. To było bardzo dawno. Jakoś na początku studiów. Chyba z samotności, choć przecież wiem, że depresja nie musi mieć żadnych powodów, aby się ujawnić. Brałem antydepresanty, ale już nie biorę. Serotoninę mam chyba w normie. I teraz właściwie czasem sobie myślę, że tę całą depresję to sobie jakoś wymyśliłem i chyba wmówiłem, bo czułem się nieszczęśliwy. Destruktywne zachowania, samookaleczenia, próby samobójcze. Więcej zmyślałem niż robiłem. Było to bardziej zaaranżowane niż impulsywne. Jakbym chciał czuć się nieszczęśliwy, bo wszyscy są przeciw mnie i podobne bujdy.
– A co pan brał? – spytała. – Jakie leki?
– No jakieś psychotropy.
– Ale pamięta pan nazwę? Było to przepisane przez psychiatrę?
– Tak. Bio… coś tam… – nie mogłem sobie przypomnieć.
– Bioxetin?
– Właśnie! – Dobra jest, pomyślałem.
– Okej. I już pan nie bierze?
– Nie. To był raczej krótki epizod. Dawno i nieprawda.
– I nie nazwałby pan swojego obecnego samopoczucia depresją?
– W życiu! Trochę się o tym naczytałem i teraz wiem, że to nie była depresja, choć sam tak lubiłem nazywać swój stan.
– Czyli raczej był to epizod, tak?
– Raczej tak. Być może nawet zmyślony, jakby wyreżyserowany, tak jak już powiedziałem.
– A pan, panie Marcinie? – zwróciła się w jego stronę.
– Ja pracuję w trzecim sektorze – rzekł – więc czasami w trakcie szkoleń jest taki wymóg, aby zaliczyć jakieś sesje lub w programie takich szkoleń są różne takie à la psychodramy. A poza tym uczestniczyłem w terapii dla rodzin alkoholików, ale to dość dawno, mając jakieś 20 lat.
– Nie mówiłeś mi o tym – wyrwało mi się dość znienacka.
– Jak to nie mówiłem? Co ty zmyślasz…
– No naprawdę pierwsze słyszę.
– Acha… Skleroza nie boli… – skomentował i poczułem, że muszę przygotować się na jakąś złośliwość. – To, że nie lubię opowiadać o własnym ojcu i rodzinie, to jeszcze nie znaczy, że nie mówię o tym w ogóle. Trzeba słuchać, a nie wpuszczać jednym a wypuszczać drugim uchem.
– Nie przypominam sobie… – powiedziałem lekko speszony, ale trochę też zły, bo myślałem, że mnie w coś wkręca.
Naprawdę nie przypominałem sobie o tej jego terapii. Mówił kiedyś – dawno temu – o problemie alkoholowym w rodzinie, o tym, że matka ciężko to znosiła, ale w sumie znosiła i wyżywając się na nim, trwała dalej w tym toksycznym związku, jakby bojąc się go zakończyć. Mówił, że w domu nigdy nie było spokojnie – nie była to ta sielska rodzina, w której nie było mowy o podnoszeniu głosu, a więc i tym bardziej o podnoszeniu ręki. Lali się na potęgę, nienawidzili, a obowiązującym w domu językiem była podwórkowa łacina. I świątek, piątek czy niedziela – zawsze było źle. Bóg się rodzi, a tu awantura na 103 fajerki. Jutro klasówka, a tu ojciec marudzi, że matka go zdradza, ona dostaje kurwicy i się drze wniebogłosy. Żadne z nich nie potrafiło powiedzieć stop. Jemu też się czasem oberwało. Matka nie piła, ale za to miała skłonności do niekontrolowanej agresji. To dlatego Marcin nie miał i nie ma z nią najlepszych relacji. Z ojcem też, chociaż już ponoć wcale nie pije, zaszył się i chodził do AA. Marskość wątroby to nie przelewki. Już dawno ponoć miał umrzeć, ale złego to Pan Bóg ani żadne licho nie ruszy – przynajmniej tak twierdzą niektórzy. Marcin odwiedza ich tylko właściwie w święta i wozi ich na groby dziadków w Zaduszki. I te rodzinne groby to jedyna przeszłość, do której zdarza im się wspólnie wracać. W ciszy, bez rozmów, bez wspominania. To wiem. Ale o tej jego terapii to pierwsze słyszę. Właściwie, czy wiem coś więcej?
– Dobrze, panowie. Może warto byłoby przypomnieć sobie nieco faktów z waszych żyć, tych jeszcze sprzed waszego związku. Wiem, że jak długo jest się razem, to często się nie wraca do już dawno odbytych rozmów i potem się nie pamięta, coś tam wypada z głowy, wietrzeje, ale może po prostu trzeba jeszcze raz o tym porozmawiać. A póki co – mówiąc to, spojrzała na zegarek – musimy kończyć. I chciałabym – powiedziała, wstając – abyście do następnego spotkania pomyśleli sobie, czego oczekujecie od siebie w związku i czym jest dla was rodzina, dobrze? – Podeszła do drzwi i otworzyła je. Jakoś minęło, pomyślałem. Całkiem szybko. I uff. Jakoś nie było aż tak strasznie.
– Dobrze. Dziękujemy. Aa! Jeszcze pieniądze. Pani płacimy? – spytałem.
– Może być mnie, może być w tym pokoju przy łazience, ale nie wiem, czy tam ktoś jeszcze jest. No właśnie: łazienka jest po prawej od wejścia. Zorientowaliście się?
– Nie było potrzeby, ale dobrze wiedzieć. 130, tak? – upewnił się Marcin.
– Tak, 130.
Wyjął pieniądze z portfela.
– Dziękujemy.
Już miał właściwie wyjść, ale odwrócił się jeszcze.
– Chciałem jeszcze powiedzieć, że nie wiem, czy będziemy mogli być tutaj co tydzień. Czasem mam w weekendy szkolenia i nie ma mnie wtedy w Warszawie już od piątku.
– Ale za tydzień możecie? – pani Martyna przymknęła jeszcze drzwi.
– Za tydzień – tak.
– No to będziemy się dogadywać następnym razem – uśmiechnęła się dobrodusznie.
– A jeszcze mogę mieć jedno pytanie? – spytałem.
– Proszę bardzo – odparła przyjaźnie.
– Ile w ogóle standardowo trwa taka terapia?
– Nie ma reguły, ale minimum rok.
– Aż rok? – powiedziałem jakby rozgoryczony i zirytowany jednocześnie, robiąc przy tym dość kwaśną minę. Myślałem, że najwyżej kilka miesięcy.
– No trzeba na to czasu, aby było to skuteczne i miało sens.
Nie wiedziałem, co mam na to odpowiedzieć. Pewnie naciąga tak wszystkich i przeciąga w nieskończoność te sesje.
– To widzimy się za tydzień, tak? – rzuciła jakby urywając temat, po czym ponownie uchyliła nam drzwi.
– Tak. Do widzenia – odpowiedziałem, wychodząc.
– Dziękujemy jeszcze raz i do zobaczenia – powiedział Marcin.
W przedpokoju czekała już dziewczyna w typie emo. Wymalowana na czarno i ubrana jak z jakiegoś futurystycznego filmu, ale w sumie wyglądało to dziecinnie. Takie Tokio Hotel. Ten zespół. A może wyglądała jak ta sadomaso-gotyk-kurwa z Masłowskiej, tylko taka bardziej plastikowa, pachnąca słodkimi perfumami Hello Kitty? Ciekawe, jak długo ona już tu przychodzi?
W sumie to było nawet ok. Tylko że aż rok? Ile to kasy? A może jednak szybciej pójdzie? Ale ta cała pani Martyna całkiem miła. I nie dopytywała, nie ciągnęła tego tematu zdrady. Nie czułem się jak największa świnia. Marcin właściwie milczał i jakoś ja więcej mówiłem. Ale tak w ogóle to chyba nieźle poszło. W samochodzie niemal wcale ze sobą nie rozmawialiśmy. Marcin tylko zapytał, czy ta psycholog mi się podoba.
– Wydaje się konkretna i sympatyczna – przyznałem.
– Chyba tak… – potwierdził, ale widziałem, że o czymś nadal myśli, że coś chce powiedzieć. Po chwili, spoglądając na mnie spytał: – A myślisz, że to się w ogóle uda?
– Kto wie? – odpowiedziałem.
Ja nie wiedziałem.

W domu już następnego dnia było po staremu. Pomimo, że w czasie lunchu widziałem się z Anką i sprzedała mi newsa, że będą z Łukaszem starać się o dziecko, to nie powiedziałem o tym Marcinowi. Nie chciało mi się z nim gadać. Każdy z nas wspólnie spędzany czas zabijał na swój własny sposób. Siedział przed kompem i coś tam sobie sprawdzał, trzymając w buzi swojego chupa chupsa, a ja najpierw gotowałem bez słowa, a potem to, co ugotowałem podałem mu do biurka z kompem i zjedliśmy wszystko bez słowa i całkowicie osobno, bo ja usiadłem na kanapie przed telewizorem, a on nie połasił się, aby dotrzymać mi towarzystwa i jadł przed komputerem. Ubrałem się i także bez słowa wyszedłem na kurs kulinarny, który odbywał się popołudniami. Wynajęta była stołówka hotelu i w sumie podobnie to wyglądało jak jakieś zawody w typie Hell’s Kitchen Gordona Ramsaya. Uczestnicy nie musieli być po jakichś szkołach gastronomicznych, ale w większości byli. Znali się na rodzajach mąki i win, ale często nie mieli fantazji. Ja potrafiłem z niczego zrobić coś i to prowadzącemu kucharzowi się podobało. Do tego miałem zmysł estetyczny i moje dania wyglądały jak małe dzieła sztuki – czasami aż szkoda było jeść. To nie była żadna szkoła, która da mi papierek potrzebny do znalezienia pracy w zawodzie kucharza, bo takie kursy w szkole policealnej to trwały właściwie od dwóch lat wzwyż, więc zapisałem się na próbę na taki kurs miesięczny.
Przez ludzi z tego kursu znalazłem sobie pracę dorywczą, aby zdobyć doświadczenie jako kelner. Tak naprawdę także po to, aby móc wyrwać się z domu. Obsługiwaliśmy imprezy firmowe i jakieś eventy. Najpierw sprzątałem w kuchni, obserwując jak to wszystko działa, a za chyba czwartym razem już kelnerowałem, bo jeden z kolegów z kursu, zresztą gej, miał dobre kontakty z kolesiem, który te imprezy organizował. Coś między nimi było, chociaż ten szef na pewno miał jakąś laskę i dziecko – tak to przynajmniej wyglądało – sam widziałem jak kiedyś przyjechała po niego z tym maluchem. A tam… Co mnie to. Nie wnikałem. Podglądałem za to szefa kuchni. Pan Wojtek, około pięćdziesiątki, gruby jak bambaryła, szalenie dowcipny. Polubił mnie. Pozwalał mi podpatrywać swoją pracę. Był rzemieślnikiem, świetnym. Jego potrawy zawsze smakowały tak samo i to on uświadomił mi jak bardzo jest to ważne. Zawsze wydawało mi się, że w kuchni najważniejsza jest fantazja, a okazuje się, że fantazja może wszystko zepsuć. Później przeczytałem o tym w poleconej przez pana Wojtka książce Kill Grill Anthony’ego Bourdaina i zacząłem starać się, aby nie eksperymentować za wszelką cenę, a skrupulatnie zapisywać dokładne proporcje składników swoich dań, bo już wiedziałem, że jeśli kiedykolwiek będę miał swoją restaurację i komukolwiek coś u mnie zasmakuje, to wróci, by zjeść to tak samo przyrządzone i tak samo dobre, a nie odgrzaną wariację na ten przeszły temat.
Dom. Przysłowiowe cztery ściany. Ostatnio było dość spokojnie. Obchodziło się bez kłótni, bo niemal w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy. Wracałem późno, a raczej wcześnie rano. Tylko raz spytał, po co chodzę zapieprzać jak głupi osioł za te marne grosze na prawie całe nocki. Nie robiłem tego dla kasy – to jasne. W sumie to chyba uciekałem przed tą ciszą, która zapewne panowałaby, gdybym został w domu. Nawet gdy kładliśmy się razem, to ćwiczyliśmy silną wolę w zasypianiu do siebie plecami. On po swojej, ja po swojej stronie łóżka – wpatrzeni w niewidzenie naszych twarzy, a jeśli odwróceni ku sobie, to nieświadomie, przypadkiem, sennie. Ale pieniądze. Wiem, że Marcin nie wymagał ode mnie pracy zarobkowej za wszelką cenę. Przez całe życie, miałem przecież szczęście do tego, aby nie musieć starać się o kasę. Życie niewątpliwie było dla mnie łaskawe pod tym względem i wiem, że miałem i mam szczęście jak mało kto. Jednak nie chciałem czuć się, jakbym był jego utrzymankiem i potrzebowałem robić cokolwiek, mimo że on nigdy nie wszczynał awantur o pieniądze. Jednak gdybyśmy mieli stwierdzić, kto kogo utrzymuje, to bardziej utrzymywał on mnie niż ja jego. Ale daję słowo – nigdy z premedytacją tego nie wykorzystywałem. Nadal dokładałem się z tego, co dorywczo zarobiłem oraz z tego, co zostawiła mi babcia. Nie wszystko przecież leżało na lokacie. Konto już od dawna mieliśmy wspólne. I już od dawna nie liczyliśmy co twoje, a co moje. Ale też od dawna nie było już tak dobrze jak przed Tajlandią i jak na samym początku. Nie było kłótni o kasę, ale o resztę to i owszem. Najczęściej o byle gówno. Po raz enty robił mi awanturę o bałagan i syf. „Do kurwy nędzy!”, krzyczał. „Mógłbyś chociaż raz umyć okna i poodkurzać!”. Niestety. Miał rację. Nie zauważałem konieczności sprzątania. Na początku mu to nie przeszkadzało. Ja też wtedy miałem więcej cierpliwości. Czasami za tymi czasami tęskniłem i czując się jakby na permanentnym końcu, pragnąłem ponownego początku. Tylko że chyba niekoniecznie z nim.