Rozdział 8

Jadę. Autobus zwany pożądaniem. Niskopodłogowy. Przegubowy. Gnający w znane, a może nieznane. Jestem szczęściarzem i siedzę. Okna pozamykane, bo niby jest klima, ale dość kiepsko dmucha. Kobiet jest może i więcej, ale wzrok jakoś mi się po nich prześlizguje, niemal nie rejestruję ich znaków szczególnych – patrzę oczami, ale jakby przeoczam. To nie z powodu uprzedzeń, a upodobań. Różne, przeróżne są upodobania ludzkie. Sztuka Sylwia, czyli koza pokazała to dobitnie. Ryczałem ze śmiechu, gdy była mowa o beczeniu, ale coś mnie przerażało w tym moim ryku, bałem się chyba, że człowiek sam dla siebie może być zaskakujący i nieodgadniony, a tym bardziej zszokować może swoich bliskich. Na niektóre upodobania – podoba się nam to czy nie – nie ma rady – niczyjej. Trzeba im ulegać. Tyle. Trudno mi sobie poradzić z opanowaniem mojego voyeryzmu. Podglądam. Jestem jak Peeping Tom z brytyjskiego filmu z 1960 roku, lecz z tą różnicą, że nie chcę zabijać. Różnica znacząca. Patrzę. I co z tego? W sumie po co to opanowywać? Co to komu przeszkadza? Jadę, więc patrzę. Patrzę, więc jestem. Niby czytam interesującą powieść Kuczoka (Gnój), Klimko-Dobrzanieckiego (Raz.dwa.trzy), Tokarczuk (Bieguni lub coś starszego), Iwasiów (Ku słońcu), Malanowskiej (Drobne szaleństwa dnia codziennego) albo Karpowicza (Balladyny i romanse, Niehalo, Gesty) – coś wzięło mnie na polską literaturę współczesną – ale tak naprawdę spod oka obserwuję wsiadających i wysiadających, stojących gdzieś obok, przemieszczających się wgłąb i na próżno szukających wolnego miejsca, i dlatego prześlizguję się też po literach i sensach – przelatuje mi przez myśl, że przeczytam jeszcze raz w domu, teraz przecież mam ważniejsze rzeczy do roboty: patrzę. Słoika od warszawiaka z krwi i kości nie odróżnisz. Warszawy od warszawki też nie – na pewno nie ze 100% skutecznością. Naprzeciwko mnie po maczowsku siedzi prawdziwy gieroj z typu tych kompletnie nieerotycznych; mężczyzna pozbawiony kompleksów i dumny ze swej męskości; taki trochę neandertalczyk, co swoją pozą na twardziela pewnie nadrabia niezdolność do twardości tam, gdzie myślicie, natomiast przykrywa zdolność do bycia seryjnym oklaptusem w najważniejszych momentach, kiedy właśnie powinien się wykazać i zabłyszczeć – ale cóż: zawód zamiast wzwodu; niektórzy tak mają, mimo wielkich chęci stwarzania pozorów, że jest na odwrót. (Wiem – złośliwy jestem, ale facet szczególnej sympatii we mnie nie wzbudza). Siedzi toto i chłodzi swoje zapewne przepocone jądra, a rozwalony ze swoim rozkraczonym kroczem jest tak bardzo, że niemal spycha z siedzenia współpasażerkę siedzącą obok, z nóżkami blisko siebie, kolanko do kolanka, z torebką spoczywającą nieśmiało na jej zgrabnych udach. Gdyby chociaż był przystojny i apetyczny, to można by mu wybaczyć tę jego niewybaczalną pozę, ale taki chłopek roztropek o oczach tęskniących za rozumem, a siedzi jak wielkie panisko, jak pan i władca i struga ważniaka. Phi! Spoglądam na stojących w przejściu, trzymających się poręczy. Stoi mężczyzna komiksowo szczupły, wyglądający zupełnie jak tyczka albo na przykład pelikan, ma głębokie niczym kanion w Kolorado zmarszczki słoneczne na twarzy – przesadził z opalaniem i zapewne jak na prawdziwego polskiego mężczyznę przystało nie używał żadnego kremu z filtrem, więc jak na prawdziwego polskiego mężczyznę przystało wygląda jak staruszek już około cztredziestkipiątki – przedwczesna erozja, korozja, demolka i dewastacja. Z jego prawego boku stoi inny mężczyzna, dramatycznie łysiejący, niepotrzebnie stosujący stary sposób na zaczeskę lub tzw. pożyczkę, zamiast obstrzyc się na łyso – to przecież teraz modne, ponętne i niekoniecznie ze skinami skoligacone. Może i jest brzydko łysiejący, ale trzeba przyznać, że ma ładną proporcjonalną czaszkę i piękny profil twarzy, niemal posągowy, trochę aryjski, ale tylko trochę – tak w sam raz, aby nie przywoływać złych skojarzeń z neonazistami i im podobnymi dupkami. Pięść trzymająca poręcz ma kształt podobny do serca. Serce na dłoni? Może i tak – z oczu właściciela dłoni dobrze patrzy. Obok niego stoi dziadek i trzęsie się ze starości jak galareta – zaawansowana demencja starcza daje o sobie znać; na uszach ma włosy, a może to pajęczyna – kto to wie? Lata świetności z pewnością ma już za sobą – i to jakieś kilkadziesiąt lat temu – ale widać w nim nadal tę świetność i przeminiętą już przystojność i wnioskuję, że w przeszłości na pewno był z niego niezły łamacz lodowatych niewieścich, a może i nie tylko niewieścich, serc – teraz astmatycznie świszczy, z raczej już niewielką szansą na długą przyszłość i sercowe podboje. Przystanek. Pospolite ruszenie. Wchodzą, wychodzą, kotłują się. Wchodzi koleś. Ni to skejt, ni to dres, może wydra, może pies. Na głowie bejsbolówka. Męski. Dość niski – nadrabia wszerz, bo wzwyż już się nie da, ale jest seksowny. Na policzkach ma gęsty czarny zarost, zapewne twardy jak gruboziarnisty papier ścierny. Marzy mi się, że…, ale nagle kolo zdejmuje czapkę i z chłopaka-palce-lizać staje się kimś-kto-wygląda-jak-pół-dupy-zza-krzaka. Na łbie ma porobione jakieś, cholera wie?, szlaczki, a na czubku czoła zostawioną fantazyjną grzyweczkę à la psychol. Cóż za finezja!? Do tego chyba nie ma przednich zębów, co zauważam, gdy zaczyna gadać przez telefon. Niemal ideał sięgnął bruku. Spoglądam obok. Obok siedzi kobieta cała w garderobie w różnych odcieniach czerni – ciekawe czy to żałoba, przypadek, erzac odchudzania, surogat złudzenia optycznego, daltonizm albo może tylko modowa niekompetencja lub ignorancja (bo raczej trudno podejrzewać gotyckie ciągoty), a przecież w tym sezonie wiosna-lato najbardziej pożądane są krzykliwe kolory lub co najmniej pastele i trąbią o tym w każdej telewizji śniadaniowej oraz w każdym magazynie dla kobiet, chyba że akurat z powodu zbyt dużej ilości krzyżówek i kulinariów zabrakło miejsca na nowinki modowe. Przelatuję wzrokiem po reszcie i wpatruję się w migający za oknem krajobraz, a raczej miastobraz, czyli: ulice, samochody, budynki, billboardy, znaki drogowe, chodniki z bardziej rozebranymi niż ubranymi przechodniami. O, tamten jaki ładny! Ale chciałbym go zobaczyć z bliska… Nic z tego… Autobus gna. Książkę trzymam ciągle roztwartą na kolanach, czasem w nią spoglądam, ale tylko tak dla alibi. Patrzę dalej. Szukam niezbyt idealnego księcia z bajki. Czy o tak wiele proszę? Nie ma. Nie ma nawet jednego z tych facetów, którzy przypadkowo spotykają się z tobą wzrokiem i niby nie są gejami, ale gdzieś tam domyślają się, że ty nim jesteś i patrzą na ciebie z jakimś takim zainteresowaniem, a może poniekąd i swego rodzaju obietnicą, że z tobą to nawet i by skusili się spróbować, choć nie teraz, nie w tym wcieleniu lub może tylko teoretycznie, tak awaryjnie, ale jednak… Nie ma takiego typa. Jest za to kobieta piękna niczym Nike z Samotraki albo Wenus z Milo przed amputacjami; łysy brodacz chorobliwie wręcz chudy jak ofiara holocaustu, anoreksji, bulimii lub pauperyzacji społeczeństwa; a tuż obok mnie – i dlatego widzę dokładnie – bokiem stoi niezłe karczycho: szyja szeroka i krótka jak u boksera, dupka wąska i mała jak orzeszek, a wystające ze sportowych szortów łydki blade, chude i gładkie jak u niemowlaka – na boku jednej z nich obowiązkowy tatuaż w kształcie bliżej niezidentyfikowanych esów-floresów, czarny jak smoła, średnio apetyczny i mało oryginalny. Tuż przy nim matka anorektyczka (to plaga nr 1) albo bardzo nałogowa palaczka (plaga numer 2; PS: przydałby się jej skuteczny krem na pękające naczynka; PS2: w ramach odwracania uwagi od swojego braku jakiejkolwiek tuszy oraz z powodu smrodu nałogowego palacza, czyt. palaczki, używa sporej, wręcz alergicznej, dawki tanich perfum, a przesada w ich użyciu ma stworzyć izolujący kokon, uchronić przed smrodem tego świata, zwłaszcza autobusów i tramwajów; PS3: sposób ten nie działa na odwracanie uwagi, ale może powodować, i powoduje, silną alergię – pasażerka obok kicha). Chuda kobieta stoi z trzymanym za rękę dzieckiem niewiadomej płci o wyglądzie hipopotama, a więc z widocznymi zadatkami na zawodnika lub -czkę sumo w przyszłości – olimpijskie medale murowane. No i gdzie tu geny?, się zastanawiam. Może to przez wpływ środowiska, te wszystkie konserwanty, glutaminiany sodu i zajadanie stresów? Może zlecić mu terapię nikotynową? – jak widać po matce, działa. Jest też taka możliwość, że ta otyłość i brak szyi są sponsorowane przez McDonald’sa i słodzone napoje gazowane pite bez umiaru i jakiejkolwiek kontroli? Albo przez brak umiaru w stosowaniu częstego powiedzenia: oddaj mi trochę swojego ciała, a ja oddam ci swojego? Może to jego ciało jest z matki zdjęte z naddatkiem, czyli nadwagą? Tak czy siak, podobieństwa nie widać – ani w rysach twarzy, ani w zarysie sylwetki. Jaka matka, nie taki syn (może to nie matka?), ojca nie załączono – pewnie moczymorda dogorywa pod budką z piwem albo to tylko moje smutne czarnowidzenie. Przystanek. Tłok się rozluźnia, by się zaraz zagęścić. Mokre od jeszcze ciepłego jesiennego deszczu ubrania, kapiące parasole. Za poręcz chwytają dziewczyna obcięta na chłopaka i chłopak obcięty na dziewczynę i kontynuują zaczętą przed wejściem do autobusu rozmowę z bliźniakami obciętymi i ubranymi na bliźniaków. Chłopcy różnią się tylko blizną na czole u jednego i jej brakiem u drugiego – a tak to toćka w toćkę, identyko, jakby skórę zdjął jeden z drugiego lub jakby ich sklonowali tak samo jak kiedyś owieczkę Dolly. Choć w sumie, gdy się przyjrzeć dokładniej, to widać, że jeden jest jakby mniej doskonałą kopią drugiego: ma mniej udany nos, bardziej odstające uszy i w ogóle do brata jest podobny na zasadzie taniej imitacji, jakby podróby, faksyfikatu. Ciekawe który urodził się pierwszy? Może ten z wyglądu sfałszowany, a przy drugim natura poprawiła rezultat? Na oko nie dojdziesz. Kątem oka spoglądam na pewną parę. Całują się, przytulają, jedno siedzi drugiemu na kolanach, zachowują się jakby byli sami, normalnie uprawiają niemal necking. Nie muszę dodawać, że są hetero – to chyba rozumie się samo przez się, skoro tak się migdalą w polskim autobusie, w polskim mieście, które, mimo że jest polską stolicą i przy okazji największą polską metropolią, to jakoś nadal nie zezwala na obrazki bardziej równościowe. Gdyby tylko facet facetowi w taki sposób błądził rękoma po udach i piersiach, to by było święte oburzenie, a nawet obrzydzenie, ale w opcji chłopak-dziewczyna jest do akceptowalne, nikt nie interweniuje, nie protestuje, nie wyklina, nawet gdy cyc niemal na wierzchu. Ponad nimi stoi facet o fizjonomii czarnego charakteru; obok starowinka o srebrnych włosach najwyższej próby; elegancik w garniaku w kancik o gębie kibola (ma ładnie owłosione dłonie); chłopiec grający w coś na swoim smartfonie; inny czytający zawilgoconą i marszczącą się od deszczu Naszą Legię (gruby łokieć, opięte dresy, twarz podrostka); jeszcze kolejny zasłuchany w dźwiękach płynących z dousznych słuchawek (trochę menelowaty, ale z pięknymi oczami i misiowatym zarostem); a do tego mężczyzna wyglądający na posiadacza grzebienia w tylnej kieszeni spodni (to oznaka, że urodził się dość dawno temu). I nikt nie wchodzi w żadne interakcje. Akcji brak, nuda.  Choć przepraszam – wpatruje się we mnie jeden koleś z polikami chomika przez „ch” oraz – o ile gejradar mnie nie zawodzi – zapewne także homik przez samo „h” z czego wnioskuję, że poliki ma marzące o masażu od środka jednym z egzemplarzy organu płciowego, w który wyposażona jest męska część ludzkości. Mimo odczuwania jakiejś sympatii, chłopak mnie zupełnie nie kręci – za młody, za szczypiorek, za duża różnica wieku, za rozciągnięta koszulka, na której ściągaczu u szyi wiszą zbyt duże jak na mój gust okulary przeciwsłoneczne, które powoli można odłożyć na półkę do następnego sezonu. Ucinam interakcję, akcji brak. To jednak nie koniec – mamy godziny szczytu. Do tego tłok i upał, że aż skwierczy, więc ten menelowaty koleś podwija długie rękawy bluzy (po co mu w ogóle to ciepłe odzienie?!) i ociera nadgarstkiem spocone czoło. Obok zauważam laskę głupio chichrającą się do telefonu (co za irytujący chichot!), kobietę z napuchniętymi oczyma i malującym się na jej twarzy cierpieniem (może choroba, może czyjaś śmierć, może bezrobocie, a może mąż poszedł do sąsiadki po cukier i już nie wrócił – ot, rodzinne dramaty) oraz dziewczynę po uszy zaczytaną w książce i zarazem po dziurki w nosie mającą świat prawdziwy (utonęła w świecie przedstawionym powieści, wciągnięta przez wir fabuły). Kogo ta powieść? Wytężam wzrok. Grochola, a więc Katarzyna. Wielu mówi: „nigdy w życiu”, a ja nie lubię mówić nawet „nigdy”, a do tego lubię medialny obraz tej babki, więc może kiedyś się skuszę na mały spróbunek – nie mówię: nie. Kazia Szczuka chwaliła Trzepot skrzydeł. Obok zatwardziałej czytelniczki siedzi rosły niedorosły nastolatek z kapturem na głowie, a pod nim dużymi słuchawkami stereo, który na starszą kobietę raczej niechcący szturchającą go siatą spogląda wzrokiem mówiącym coś w ten deseń: „co do kurwy nędzy! pies cię jebał, stara babo, i nie podskakuj mi tu, bo też mam miesięczny, starzy płacą podatki i miejscówka mi się należy jak psu micha, więc nie wyskakuj mi tu ze swoją książeczką inwalidzką i wiekowym już wiekiem, bo to żadne powody, żeby akurat dupsko posadzić tu na moim miejscu, a kto młodszy i zdrowszy, ten pierwszy i lepszy, a jak chciało się siedzieć, to trzeba było z domu nie wychodzić lub w poczekalni u lekarza zaanektować sobie krzesełko, bo tam pewnie spędzasz niemal wszystkie swoje przedpołudnia, sądząc po twojej bladej cerze i chorowitym wyglądzie, a tak w ogóle to jam jest przyszłość tego narodu i odsapnąć se muszę, bo ciężkie życie mnie czeka w tym starzejącym się kraju, więc powiś sobie tu nade mną, postękaj i wachluj się do usranej śmierci tą swoją kościstą dłonią, a usiądziesz po moim trupie lub raczej po swoim się nasiedzisz za wszystkie czasy, a to już niedługo, więc spadaj na szczaw, prukwo jedna, i zapamiętaj, że tacy jak ty to już powinni wynieść się na ten drugi świat, gdzie jest Alicja z krainy czarów i wszyscy święci, więc mówiąc krótko i podsumowując: wy!-pier!-da!-laj!”. I to tak w telegraficznym skrócie. Nawijka w głowie pewnie była jeszcze dłuższa i bardziej hip-hopowa, w końcu nie bez powodu koleś nosi spodnie z krokiem w kolanach i bluzę o trzy rozmiary za dużą – gdzieś musi pomieścić ten słowotok wylewający się z niego całego kilogramami oraz ten brak kultury afiszujący się łamaniem zasady savoir-vivre’u, że młodszy ustępuje miejsca starszemu, schorowanemu, być może na skraju życia i śmierci. Zamykam książkę, wstaję, zaczepiam panią, mówiąc: „proszę usiąść”. Kobieta dziękuje, siada siadem ciężkim, siatki kładzie sobie na udach. Rozglądam się z wysokości moich oczu wbitych w głowę gdzieś na wysokości 180 cm. Chciałbym wbić wzrok w kogoś interesującego. Nie ma. Nikogo. Przed niekulturalnym chłopcem miejsce zajmuje także pulchny i korpulentny facet z dyndającym u dołu twarzy grymasem zdenerwowania, objawiającym się trzęsiawką w brodzie i na górnej wardze – może właśnie myśli, że ktoś ukochany, medycyna paliatywna albo, nie daj Boże, sam Bóg postawili na nim kreskę, znaczy się kropkę, i go przekreślili; oraz chłopak o twarzy pospolitej i dlatego tak przezroczystej, że gdy skoczyłem wzrokiem na następną osobę, to zdawało mi się, że ów chłopak był właściwie bez twarzy – jakby wymazał ją ktoś gumką myszką z mojej pamięci. W tle przepycha się jakiś gość. Nie należy do najprzystojniejszych – można nawet powiedzieć, że jest dość brzydki – nieforemny jak Boris Karloff ucharakteryzowany na Frankensteina  – ale ma w sobie coś uroczego, wzruszającego, jakoś pięknego. Już w Biblii napisano, że piękno jest w oku patrzącego. Zgadzam się, to wszystko prawda. Następna osoba to starsza pani, bida z nędzą – pewnie to od niej przez chwilę zalatywał ten specyficzny zapach starych szaf i kosmetyków zakamuflowanych gdzieś pod ubraniami jeszcze od czasów reżimu, do czasu kiedy alergicznie wypsikana kobieta plaga nr 1. lub plaga nr 2. przytępiła sobą wszystkie inne zapachy. Ziewam. Nuda. Otwieram książkę, podtrzymując za górną część, przyciskam ją sobie do klatki piersiowej. Prześlizguję się po jakimś zdaniu, ale nie czaję, nie jarzę, powrócę potem, obiecuję sobie – jak dobrze, że słowo zapisane i wydrukowane wcale tak łatwo nie umyka jak czasem myśli, myśli ulotne. Albo ludzie. Tak szybko odchodzą. Ksiądz Twardowski. Przystanek. Starsza pani rękawiczką przeciera zaparowaną szybę, jakby chcąc się upewnić gdzie jest. Szarówka. Wysiada między innymi ten koleś z gęstą brodą. Wchodzą kolejni pasażerowie, stając się moimi współpasażerami. Między innymi dzieci z tornistrami na plecach. Z ich ust bucha para jak z lokomotywy w wierszu Tuwima. Zamknijcie do cholery te drzwi!, krzyczę w myślach. Do środka wpada mroźne powietrze i kilka płatków śniegu. Ktoś głośno tupie, chcąc zapewne pozbyć się z obuwia ciężkiej chlapy. Nikogo ciekawego. Znów ziewam, lecz próbuję zdławić, stłumić w zalążku to szerokie, niekulturalne rozdziawianie japy. W końcu jestem uczestnikiem sytuacji publicznej, więc nie wypada się tak rozdziawiać na całego. Na dopiero co zwolnionym miejscu szybko zasiada na oko pięćdziesięcioletnia kobieta. Na twarzy rysuje się jej zawód i powołanie (nauczycielka) oraz – może i jestem nieco uprzedzony, ale także – preferencja polityczna (Prawo i Sprawiedliwość) i zupełny brak jakichkolwiek preferencji seksualnych (może to i lepiej, bo zapewne z chęcią rzuciłaby się chyba tylko na swojego księdza proboszcza, a trudno ręczyć za jego silną wolę – w końcu ksiądz to też człowiek i ma swoje potrzeby kolidujące z nakazanym celibatem i wielu katolików to rozumie, wybaczając niecne uczynki swoich proboszczów). Protekcjonalność w jej wzroku zalatuje jednocześnie jakąś impertynencją, zawzięcie objawia się zaciśniętymi zębami gotowymi do zgrzytania – mieszanka to wybuchowa, lecz jakże pożywna – to dzięki niej stawia czoła światu i jest jak taran, czołg, całkowicie water- i bulletproof, a do tego child-resistant. Jak na belferkę przystało, odżywia się podrobami, zjadła już niemal wszystkie rozumy – zwłaszcza te nie swoje, bo tu niestety deficyt, mimo swoistego przekonania, że jest dokładnie na odwrót. Ale spokojna głowa – dziś będzie mogła się poznęcać nad pustymi, jak to ona mówi, móżdżkami dzieci w klasie, więc z głodu na pewno nie umrze i jutro znów zasiądzie w autobusie w drodze ku swemu powołaniu. Obrzydliwość bierze człowieka, gdy pomyśli, że to może być prawda – takie nauczycielki przecież istnieją i świetnie się mają, zresztą jak cały martwy system edukacji, który kolejne próby reform raczej dobijają niż reanimują. Następny ktoś to siedzący, domyślam się, pradziadek (emeryt, rencista, może weteran wojenny) ze stojącym nad nim, strzelam: prawnukiem (przyszłym prawnikiem – wiem to, bo trzyma w ręku podręcznik do prawa karnego i zakuwa). Niezbyt przystojny – wnuk, znaczy się, prawnuk w zasadzie. I w sumie nie ma w ogóle na kim oka zawiesić… Nagle spostrzegam, że przygląda mi się gość w średnim wieku – w PESEL-u na początku pewnie 6-tka – który mimo z górką czterdziestki, może nawet pięćdziesiątki na karku i jakby pod prąd swojej płci biologicznej, jest w permanentnej ciąży, o czym świadczą mleczne piersi oraz okrąglutki brzuch dołączony do reszty ciała i zwisający jeszcze poniżej jednego (część garderoby) zwisu męskiego i ponad drugim (część ciała, organ, który zdrowej budowy mężczyzna widzi, gdy pochyli głowę, a w ekstremalnych przypadkach, jak ten tu oto, nie widzi go wcale bez pomocy przedmiotów odbijających rzeczywistość). Facet stoi dość blisko i centralnie się we mnie wgapia. Może w odpowiedzi na przyuważone moje wgapianie? Ale czego chce? Czemu jego jeden policzek wygina się powoli jakby w lekkim uśmiechu? Co oznacza to jego oko zarzucone jak wędka właśnie w moim kierunku, nawet niemrugające i jakby pełne nadziei? Czyżby chciał złowić mnie na wieczorną kolację bogatą w kwasy omega-3? Widzi, że widzę; wiem, że wie i on wie, że ja wiem, a ja widzę, że on widzi, ale nie, kochanieńki!, nie dam się!, zwłaszcza takiemu pasibrzuchowi jak ty, co to wiezie gdzieś swoje opasłe brzuszysko oparte na niezbyt stabilnych szczudłowatych nogach! Poluj dalej i zarzucaj sieci. Lecę na innych, szkoda, że oni nie lecą na mnie… Znów się zatrzymujemy. Drzwi się otwierają. Autobus wypluwa tłum ludzi, a oni zbiegają do metra albo – jak kto woli – dosłownie zapadają się pod ziemię, jakby w Hades. Wolne miejsca, pojazd opustoszał, siadam przy oknie i wyglądam przez nie. Tam zasyfione chodniki, rozjeżdżone trawniki, remonty i rekonstrukcje – krajobraz jak po bitwie. Film polski z 1970 roku. Andrzej Wajda. Olbrychski i Celińska. Wiosna. I kwitnące bzy. Gdyby odpowiednio zadął wiatr, to prawdopodobnie można by poczuć piękny zapach tych fioletowych kwiatów. Drzwi się zamykają. Wracam wzrokiem do wnętrza. Same niedobitki. Gdzie są ci przystojniacy?, ja się pytam. Nie kręci mnie ten człowiek na podobieństwo złomu metalowego i brudnopisu, w którym uczeń o zdolnościach do rysunku rysował rysunki. On jest wytatuowany aż tak, że niemal skóry nie widać, a kolczyki różnych kształtów ma w nozdrzach, brwiach, wardze dolnej i górnej, nawet na karku, nie wspominając oczywiście o standardzie, czyli uszach, chociaż standardzie zmultiplikowanym razy 3, a może i 4. Swoją drogą zastanawiające jest, czy zakolczykowany jest też gdzie indziej, właśnie tam, gdzie myślicie. Zrobił tu, to może zrobił i tam. Ale w sumie co mnie to… Nie lubię tatuaży ani piercingu. Zwłaszcza w takim nagromadzeniu. I oto jest – widzę go. Nareszcie! Alleluja! Trochę luj! Przepycha się w moją stronę przez grupę uczniów stojących na skrzypiącym podczas zakrętów przegubie. Zmierza ku mnie! Zwinnie jak zwierzę. Patrzę zwierzęco. Zwierzę ku mnie zmierza. O takiego kogoś jak on mi chodziło. Niemal miłość od pierwszego wejrzenia. Stanął nieopodal. Zaraz mi stanie. Jak zachować zimną krew, gdy gorąca krew uderza do głowy i nie tylko głowy? Serwus, przystojniaku! Chwycił poręczy. Nie siada, chociaż mógłby, bo wolnych miejsc sporo. Ale niech stoi. Lepiej go obserwować w stojącej okazałości, niczym w pełnej krasie. Postura niczego sobie. Ma w sobie coś z Boruca, może kapkę z Bena Cohena – jednym słowem: ciacho i trochę taki niegrzeczny zakapior w jednym. Kapuje, że się w niego wgapiam? Widzi to? Mierzę wzrokiem, obwijam wirtualnym centymetrem przedramiona, grube nadgarstki, mierzę obwód klatki piersiowej. Jesteśmy skrojeni na inną miarę. Wydaje się, że w jego oczach muskuły boksują się z szarymi komórkami i nie wiadomo co wygrywa. Wiem, że jest hetero – mój gejradar definitywnie skreśla go jako geja – ale w zasadzie to, co by mu szkodziło, myślę sobie, gdybym mu tak niezobowiązująco pociągnął? Takiego to bym chciał spotkać wieczorem w ciemnym zaułku albo nawet lepiej: na wyspie zaludnionej tylko nim i mną, mną i nim, nim we mnie, co noc, co dzień, codziennie. Na takiej wyspie nie miałby wyjścia i musiałby marnować swoje nasienie w czeluściach mojego chętnego i jedynego w zasięgu wzroku i możliwości krocza. Z braku laku to może i nawet by mnie kochał i pożądał. Och…! Rozpędziła mi się wyobraźnia: ja + on = WNM. Ale co?! Mam wręcz nieodpartą na niego chęć i wcale nie przeszkadza mi jego zaczerwieniona, trądzikowa cera, dość gęsto rozsiane pod oczodołami kaszaki i to, że w myślach pozwalam mu sobą niejako pomiatać, a nawet sam sobą pomiatam i mam z tego frajdę. Wpadł mi w oko, mrugam, mrugam na niego, ale on udaje, że nie widzi, nie rozumie, nie da. Wszystko na „nie”! A ja tak bym chciał „tak”! Ma wydatne usta, długie rzęsy, zielonkawe oczy. Dość skąpo prezentuje się ta jego broda na brodzie – jak rzadko zasiana trawa na trawniku – ale za to na przedramionach ma dość włosia do mierzwienia. Lubię mierzwić. Niech tylko nie okaże się, że w gębie zgliszcza, bo często tak jest, że diabeł tkwi w szczególe na pierwszy rzut oka niewidocznym – przystojniak otwiera usta, a tam jakby Hiroshima i Nagasaki w jednym. No można się przeliczyć; póki co gęby nie otwiera…Widzi chyba, że lustruję go podejrzanie, pewnie podskórnie czuje na sobie mój wzrok i może ta świadomość go nie łechce, a jakoś druzgocze. Minę ma jakby groźną, ale to chyba taka poza przyklejona na stałe, jak na byczego dryblasa przystało – taka facjata na buca łamane na: bez kija nie podchodź. Zagryza zęby; widzę to na policzkach. A może w rzeczywistości jest łagodny jak baranek, kto to wie? Jeśli jednak nie jest krainą łagodności, to prawdopodobnie z chęcią by mi obił mordę za te moje spojrzenia na wskroś pedalskie, bo pewnie gdzieś podświadomie wie, że ze mnie pedał, skoro tak się wpatruję w niego jak sroka w gnat. Oj, jaki gnat kryje się pod tym jego ubraniem? – robi mi się gorąco na samą myśl… Do tego ten upał na zewnątrz; prawie lato. Klimatyzacja niby huczy, ale coś nie chłodzi, nie zmienia klimatu, nie studzi moich gorących pragnień – robi się skwar nie z tej ziemi. On pewnie czuje temperaturę tego mojego świdrowania oczami – temperaturę niemałą, to chyba jasne jak gorące słońce na firmamencie. Mimo jakiegoś ryzyka i niepewności, co będzie, ciągle łypię okiem w jego kierunku. Ciekawe, czy ma owłosioną klatę? I czy uda ma odpowiednio masywne, takie piłkarskie, pasujące do tej tak na wpół atletycznie wyrzeźbionej klaty apetycznie zarysowującej się na podkoszulku. Brodawki mu sterczą jak pokrętła w radioodbiorniku – odstają, kręcą mnie – pokręciłbym, polizał, nawet przygryzł. Nie ukrywam również, że chciałbym zmierzyć ściśnięciem palców jędrność jego pośladków. Jestem głodny, jestem głodny jego ciała – kiszki marsza mi grają i ślinka cieknie niemiłosiernie – jem oczami, pożeram go wzrokiem i apetyt mój rośnie w miarę jedzenia, bo jakoś czuję się nienażarty niczym prawdziwy głodomór, bo jak tu się najeść samym widokiem. Oblizuję wargi. Patrząc na niego, udaję niby obojętność, ale tak naprawdę lustruję go uporczywie i pożądliwie – wychodzi to ze mnie, brak mi nad tym kontroli. Co z oczu, to z fiuta. Moim otumanionym spojrzeniem chuć aż się wylewa. Wtajemniczeni na pewno by to zauważyli. Zrobiłbym mu zdjęcie, gdybym mógł, lecz nie mogę, nie wypada. Może zapamiętam te kształty, zachowam pod powiekami. Choćby do wieczora. Wszystko mi jedno w co jest ubrany, bo i tak rozbieram go wzrokiem do naga, rozczłonkowuję, równocześnie zastanawiam się, jakich wymiarów (długość, obwód) i kształtów (stojący ku górze/ku dołowi, prosty/krzywy) członek kryje się pod tym materiałem wypukłym właśnie w tym newralgicznym miejscu tak mnie silnie intrygującym. Co tam jest za cacko ukryte? Naprawdę nie dałby polizać? A co mu właściwie szkodzi? Oj, gdybym miał czarodziejską różdżkę, to zaczarowałbym go na chwilę, aby móc się do niego bezkarnie zbliżyć i dokładnie wymacać wszystko warte wymacania. Czary mary, abrakadabra, hokus pokus! Nic. Ciągle miarowo dycha i świadomie mruga powiekami. A więc nie klęknę. Nie sprawdzę organoleptycznie zawartości jego majtek. Zresztą musiałbym zaczarować wszystkich innych pasażerów, żeby nie wzbudzić niepotrzebnego szoku. Jego strata! Na nic moje gwarancje, że jestem dobry w te klocki… Na nic oblizywanie ust – przy nim nadal pierzchną… Szykuje się do wyjścia. Podnosi plecak, który leżał pomiędzy jego nogami. Spogląda na mnie, lecz patrzy, jakbym był zupełnie przezroczysty – spogląda na wskroś przeze mnie, nie zauważa mnie, znieważa tym niezauważeniem. Przystanek. Wychodzi. Mimo wszystko przez myśl przebiega mi myśl, aby za nim wysiąść, śledzić go, deptać mu po piętach i po jego cieniu – tak blisko – zobaczyć jak bardzo kręci biodrami, jak napinają się jego łydki w trakcie marszu. Za późno. Drzwi zamykają się, temperatura opada, autobus rusza, od pętli do pętli, cztery pory roku, zapętlenie, Vivaldi i jeszcze raz lato przechodzi w jesień. A autobus staje się tęsknotą.