Rozdział 7

No, ale wrócę jeszcze do tej pierwszej zdrady, bo nadal nie powiedziałem wszystkiego. Powtórzę, że to nie była ta zdrada, z której powodu poszliśmy na terapię. Tak naprawdę to, jak się okazało, nie była to żadna zdrada – no może poza tym, że zdradziłem swoje uczucia, swoje pragnienia i swoją dupę, której miałem strzec jak oka w głowie, jak skarbu, a nie szastać nią na lewo i prawo. (Mimo użytego słowa „szastać”, nie myślcie, że zrobiłem to za pieniądze, ale to chyba nie ulega żadnej wątpliwości). Ona miała być na specjalne okazje i dla specjalnych ludzi – opcjonalnie dla ulubionego dildo w chwilach samotności lub kryzysu niedojebania, czyli dla mojej własnej przyjemności. Ale żeby dawać pierwszemu lepszemu, którego imienia na 100% nie jesteś pewien, nie mówiąc już o tym, czy w jego krwi nie płynie żaden podstępny wirus albo groźna bakteria, choć tego akurat nigdy być pewnym nie można? Więc to nie była zdrada mojego faceta – raczej zdradziłem szacunek do samego siebie – asertywność: zero. Sam nie wiem czemu, po co i dlaczego? Odpowiedź, że z nudów i samotności, mi nie wystarcza.
A w ogóle to cała ta sytuacja wyniknęła w sumie przez te narastające nie wiedzieć czemu napięcie, przez te różnice charakteru, które akurat wtedy dawały o sobie znać. Bo on stateczny i raczej domownik, a ja dusza towarzystwa i chętny kontaktów – ze wszystkimi – nie tylko pedałami. A on to tylko gejów by do domu zapraszał, same cioty by ciągle poznawał i nic tylko trójkąty, czworokąty mu w głowie były – bo to tylko seks i nic więcej. Mówił, że to kontrolowana zdrada, czyli właściwie żadna zdrada – raczej spełnianie własnych pragnień i wyjście naprzeciw temu, co prędzej czy później się w pedalskim związku pojawi, czyli chęci doznawania innych ciał. Miał rację – marzyłem o innych facetach, onanizowałem się czasami, myśląc o jakichś większych układach, wyobrażając sobie, że kilku facetów gwałci mnie po kolei i że jego tam w ogóle nie ma lub że jest, ale obaj potrafimy się tym bawić, nie mając z tym żadnego problemu. Jednak marzyłem o tym, bo wiedziałem, że ja właśnie mam z tym problem – że może i wyobrażam sobie wiele, ale w rzeczywistości na niezbyt wiele mnie stać w tej materii. Wiedziałem, że będę się bał, będę zazdrosny i nie będzie tak fajnie, jak miało być. On mówił, że do niczego mnie nie zmusza, ale że fajnie by było. Nie umiałem o tym rozmawiać. Zaraz wracały te zazdrości o jego przeszłość, ta irracjonalna zazdrość o żonę i kolejne dziewczyny – z jedną już prawie nawet decydował się na dziecko… Wiem, że się zmienił. Mówił mi to z tysiąc razy, ale ja coś nie umiałem tego pojąć, jak można się tak nagle, właściwie z dnia na dzień, zorientować, że się jest jednak gejem. Może któregoś dnia obudzi się i stwierdzi, że chyba się pomylił i jednak jest hetero? Uspokajał mnie, że to nie tak. No i w sumie wszystko się kupy trzymało, bo gdy pytałem, jak w ogóle mógł kochać się z tymi wszystkimi panienkami – że mi to przecież by nawet nie stanął – to on bez wchodzenia w zbędne szczegóły, których nie lubił, mówił, że dla niego to było po prostu jak przebiec 100 metrów – miał cel i go osiągał. No i może dlatego nauczył się tego, że seks może być tylko seksem, że to rodzaj kondycji i że nie trzeba w to mieszać uczuć. W sumie to logiczne, ale to w takim razie, pytałem go, skąd mam wiedzieć, czy mnie tylko rucha, czy też kocha? Odpowiadał, że to co innego, że nie powinienem wątpić w jego uczucia – że odkąd jest ze mną, jest sobą jak nigdy przedtem. I że jest ze mną szczęśliwy i pożąda mnie jak nikogo innego. No niby tak. Więc po co ten temat innych kolesi? Ktoś mi wytłumaczy?

Być może tak naprawdę nie chodziło o zazdrość o innych ludzi i o dla mnie zagadkową przeszłość nie do rozgryzienia w moim sztywnym podziale na homo i hetero. Może chodziło o coś bardziej zwyczajnie fizycznego i cielesnego – o nasze fallusy, a konkretnie ich wymiary. Bo jeśli w naszym związku ktoś nie miał i nie mógł mieć na tym punkcie żadnych kompleksów, to był to on. Rozmiar był dla mnie poważnym problemem, choć on nieustannie powtarzał, że najzwyczajniej w świecie sobie coś wmawiam. Był lepiej wyposażony przez naturę – to pewne i obiektywne, o ile uznamy, że lepiej znaczy dłużej i grubiej, a tak uznaje obiektywna większość ludzi – i pewnie właśnie z tego powodu do seksu podchodził luźno i bez stresu, a ja tylko do seksu z nim tak potrafiłem podchodzić, bo choć narzekać na rozmiar swojego małego nie mogłem, to w tych większych układach zawsze czułem się gdzieś w tyle i na straconej pozycji. Zachwyt był, ale tylko nad jego sprzętem, a nie moim – przy nim dosłownie i w przenośni wymiękałem.
Nie rozumiałem tego wszystkiego, a najbardziej nie rozumiałem tej chęci na spotkania z innymi. Zgodziłem się raz, przebolałem, zgodziłem się drugi raz, jakoś to było. Potem był trzeci – spodobało mi się, a potem czwarty i siódmy, i dziesiąty, i potem niby wszystko było ok, ale tak naprawdę wszystko mi było jedno, a potem to i seksu mi się odechciało, i wolałem sobie po prostu zwalić przy pornosie niż bawić się w te wszystkie przygotowania, lewatywy i całe to podnoszenie do góry nóg lub wypinanie zadka pozbawione tej kręcącej myśli, która może i towarzyszyła marzeniom, ale w realu oznaczała jedynie niewnoszące nic nowego do życia bicie piany, które można by po szekspirowsku skwitować „wiele hałasu o nic”.
– No i pamiętaj, że jesteś wolny – oznajmił Marcin. – Jak chcesz z kimś się przespać, to się prześpij. Zdradzisz mnie dopiero, gdy się zakochasz. A seks to seks i nic więcej.
– Przestań mi tak mówić! Nie jestem kurwą, która myśli tylko o tym, gdzie tu tyłek wystawić! – bulwersowałem się, bo nie znosiłem tego jego wkurwiającego mędrkowania.
– Ale gdybyś chciał, to wiedz, że możesz. Ja ci niczego nie mogę zabronić. I nie chcę cię w niczym ograniczać – ciągnął.
– I oczekujesz tego samego ode mnie, tak? – spytałem. – To może ty chcesz się puszczać i dlatego dajesz mi takie przyzwolenie, co? – próbowałem go podejść.
– Ja ci tylko mówię, że jesteś wolny, że wszystko musisz zbadać w swoim sumieniu.
– Zbadać… – burknąłem. – Co ja mam badać, jak ja nawet nie chcę o tym rozmawiać! – podniosłem głos. – Ja nie potrzebuję ani skoków w bok, ani żadnych trójkątów! Więcej stresu niż to warte.
– Ja ich też nie potrzebuję, ale uważam, że związek to dawanie sobie wolności i ja ci tę wolność daję, i z niej korzystaj, jak chcesz.
– A czemu mówisz o tej wolności tylko w kontekście seksualnym? – dopytywałem. – Jak już się jest w związku, to wolność można osiągnąć tylko w seksie?
– Nie. Nic takiego przecież nie powiedziałem. Ja tylko mówię, że seks jest granicą, na której przekroczenie się nie zgadzam. Pieprzyć się z kimś innym możesz, ale kochać już tylko ze mną.
Zastanawiałem się, czy on mówi serio, czy może sobie stroi żarty. To jakieś dziwne brednie przecież, niemające nic wspólnego z miłością.
– A może dla mnie granicą też jest seks, ale seks tylko z tobą, a nie z innymi? Bo może w ten sposób chcę ci pokazać, że umiem kochać tylko ciebie? Dla mnie seks to jest miłość, a dla ciebie to może być miłość, ale nie musi. Nie kumam…
– Jak nie kumasz, to powiedz mi, czemu myślimy o innych facetach? Czemu marzysz o tym, że uprawiasz seks z kimś innym? Po co ci te pornosy, które zawalają trzy czwarte całego dysku w kompie i całe pudło zgranych płyt DVD pod biurkiem? To też jest seks i jaki to ma związek z tym, że mnie kochasz? – Patrzył na mnie pytająco, jakby lekko wściekły, że nie potrafię go zrozumieć.
– Bo mnie to podnieca – odpowiedziałem trochę zakłopotany. – Ale przecież nie zdradzam cię z nikim w rzeczywistości! – dodałem, niemal krzycząc z oburzeniem.
– Tak? I dlatego tryskasz spermą, patrząc na pieprzących się kolesi na monitorze lub wyobrażając sobie, że jesteś z kimś innym niż ja? Jeśli seks dla ciebie to miłość, to w takim razie stosując twoje kryteria, już mnie wielokrotnie zdradziłeś. Więc jaka jest różnica pomiędzy uleganiem tym pragnieniom, popadając w sublimację a uleganiem im w rzeczywistości, realizując przy tym prawdziwe potrzeby? Nie oszukujmy się! Chcesz innych fiutów. Jeśli nie będziesz w to angażował uczuć, to jak dla mnie możesz spotykać się z kim chcesz w realu. Jednorazowo.
O czym ten człowiek mówi? Skąd się wzięła ta rozmowa? Po co do tego mieszać te jakieś sublimacje, Freuda i pseudopsychoanalityczne interpretacje? Freud przecież się skończył, zdewaluował. Tak przynajmniej twierdzą niektórzy znawcy tematu. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż jego proste rozwiązania i symbole. I skąd w ogóle ten temat? Czy to dlatego, że on od zawsze miał mniejsze libido, a ja chodziłem czasami jakiś nieustannie niezaspokojony, jak jakiś erotoman czy męska nimfomanka, czyli, jak czytam w wikipedii, mężczyzna cierpiący na satyriasis, a więc hiperseksualność? Czasami jak dłużej nie było seksu, to jakiś poirytowany czepiałem się go, zaczynałem jakieś kłótnie, aż w końcu mówiłem mu: „zerżnij mnie, bo jakiś niedopchnięty jestem, niedoruchany i dlatego chodzę i marudzę jak stara baba”. Śmiał się, a potem rżnął i przez jakiś czas było ok. Wiedział, że mam duże potrzeby. Może dlatego powtarzał, że jeśli mnie nie zaspokaja, to mogę sobie szukać przygód na boku? I znów wychodziło na to, że miał gdzieś to, czy oddaję swoje ciało komuś innemu, bo dla niego to tylko seks i tylko ciało. W trakcie takich rozmów byłem tak nakręcony, że nawet nie wiem, co robiłem: siedziałem, stałem czy chodziłem w kółko – jakbym nie miał ciała i cały był z emocji. I w sumie zaczynałem bać się tej pojawiającej się gdzieś tam z tyłu głowy myśli, że może on ma rację – że może chciałbym tak oddać się komuś, tak czysto seksualnie doświadczyć bliskości z kimś innym niż on. Przecież czasem o tym myślę. A może boję się czegoś jeszcze – na przykład tego, że to nie będzie pozbawione uczuć? I że znienawidzę siebie, jego albo pokocham kogoś innego niż on?
Wyobraźnia działała mi na tyle, że widziałem, jak on zdradza mnie pokątnie i nawet sumienie go nie gryzie, bo to był przecież tylko bieg na 100 metrów – zmęczył się, ale nic więcej. No i irytowało mnie to jego wplątywanie w naszą relację filozoficznych haseł jak: wolność i sumienie. Drażniło mnie wchodzenie na ten poziom meta, który jakoś moim zdaniem był ucieczką w coś ogólnego – celowym zapominaniem, że tu chodzi o niego i o mnie – o nas i naszą relację.

Ale w sumie usprawiedliwiałem go trochę. On po prostu inaczej o tym wszystkim myślał. Czy naprawdę miałby potrzeby skoków w bok, skoro miał mnie zgadzającego się na to, co go najbardziej kręciło – trójkąciki? On miał może i mniejsze potrzeby ode mnie, trochę rzadsze, ale za to bardziej skumulowane i intensywne. Potrzebował więcej, jeśli chodzi o ilość uczestników, ja za to potrzebowałem więcej, ale jeśli chodzi o częstotliwość. A gdy chodzi o formułę naszych seksów, to w zupełności wystarczał mi on – nawet sam, bez tych przydupasów. I co tu zaradzić z tą częstotliwością? Kaśka śmiała się, żebym kupił mu viagrę i po kryjomu ją dawkował, dosypując rozkruszoną tabletkę do szklanek z napojem, jak to robią czasem na filmach. Powiedziałem o tym pomyśle Robertowi, bo miał znajomego lekarza, więc może załatwiłby receptę.
– No wiesz ty co? Taki facet, a viagry potrzebuje? – Robert jak zwykle nie mógł uwierzyć, że chodzi o mojego Marcina. Nie wiedzieć czemu, myślał zawsze o nim w kategoriach jakiegoś seksualnego boga. Tyle razy mu mówiłem, że Marcin jak już się weźmie do roboty, to jest super, ale problem polega na tym, żeby się do tej roboty zabrał, więc po to ta cała niebieska pigułka.
– Chcę spróbować, bo już mam dość ciągłej jazdy na ręcznym – powiedziałem.
– Ale nawet przy viagrze potrzebny jest jakiś bodziec – zaśmiał się. – Sam próbowałem!
– A kim ja, do kurwy nędzy, jestem, jeśli nie pierdolonym chodzącym bodźcem! – zareagowałem bez namysłu, uniosłem się wręcz, a Robert nieomal spadł z krzesła, więc i ja zacząłem się zaśmiewać, bo niezły tekst mi wyszedł tak całkiem przypadkowo.
Przestałem myśleć o viagrze. Uznałem, że szkoda zachodu z tą całą receptą. Może dotarło do mnie, że to chyba nie chodzi tylko o seks. Zawsze jakoś dawaliśmy sobie radę w zaspokajaniu się nawzajem. Może ta częstotliwość to był jakiś tam problem, ale wiedziałem i chyba w sumie rozumiałem to, że Marcinem rządzą nieco inne żądze. Ale jak już dochodziło do czegoś między nami, to zazwyczaj okazywało się, że warto było czekać, bo dawał mi naprawdę megarozkosz. Zdarzały się takie razy zupełnie – że tak je nazwę – techniczne, ale w większości przypadków było całkiem w porządku. On po prostu jarał mnie jak nikt inny – wystarczyło mi, że go dotknę i już – stawał mi mój mały i cały stawałem się dla niego, cały płonąłem (jak to się grafomańsko mówi) z pożądania. Nie chodziło tu o żadne rozmiary i nawet też nie o technikę, choć w tym względzie również nie mogę mieć żadnych zarzutów. Chodziło o to, że byłem przy nim zupełnie wyluzowany, ufałem mu jak nikomu innemu, chciałem, aby robił ze mną wszystko, na co miał ochotę. Niczego się przy nim nie bałem i nie wstydziłem. Z nim byłem otwarty niemal na wszelkie doznania. I dlatego zaakceptowałem fakt, że chce też innych w naszym łóżku. Zresztą już właściwie na samym początku naszej relacji przebąkiwał coś, że pewnie chciałbym spróbować z innymi, skoro czasami nawet po stosunku przyłapywał mnie na onanizowaniu się do jakiegoś ściągniętego filmiku lub rozbieranych zdjęć na seksportalach. To fakt – nieraz czułem, że raz to za mało, ale nie oznaczało to automatycznie tego, że od razu chciałbym pieprzyć się jeszcze z kimś innym. Raczej nawet przez dłuższy czas opierałem się jego pomysłom, aby wpuścić kogoś trzeciego do naszej sypialni. Ale on drążył temat i nie dawał za wygraną. W sumie to nawet coraz bardziej dochodziło do mnie, że jednak coś jest chyba na rzeczy – przecież jakieś trójkąty lub większe orgie były czasem w scenariuszach moich fantazji lub snów. Może jednak chciałbym?

Jak do tego doszło? Trzeba nacisnąć REW. Taśma się kręci – mechanizm chyba nie bardzo ma siłę przewijać, bo wydaje dziwny odgłos – coś w rodzaju jakby buczenia. Trochę już czasu minęło. Jesteśmy w roku 2007. Chyba około kwietnia–maja, bo pamiętam, że robiło się już ciepło i tego pierwszego kochanka, który okazał się nałogowym palaczem, wygoniliśmy na balkon, aby tam sobie kopcił te swoje śmierdzące szlugi, których zapach wyjątkowo przeszkadzał nawet popalającemu od czasu do czasu Marcinowi.
Ale zacznijmy od początku. Był to czas, gdy częstotliwość naszych erotycznych uniesień zmalała niemal do zera. Może przesadzam – i to sporo – ale, jak zacząłem zauważać, Marcinowi nasze wspólne intymne pożycie zaczęło zawiewać nudą. W rezultacie mi też jakoś się odechciało. Nie było w tym takiej iskry, która była z początku. Wkradła się monotonia, a monogamia oznaczała wierność samemu sobie i swoim dłoniom nieudolnie odgrywającym rolę partnera. Zdarzało się, że może i rano nam się chciało, był krótki moment uniesienia, chwilowej obietnicy czegoś odświeżającego – napalaliśmy się myślą, że wieczorem to tak się wybzykamy i tak sobie dogodzimy, że hoho i Jezu Chryste, ale przychodził w końcu ten jeszcze rano tak bardzo upragniony wieczór i ani mi się dupy nie chciało umyć, ani jemu ruszyć się sprzed telewizora. Procesy perystaltyki jelit były bezlitosne, bezlitosna była też nuda tych samych pozycji, tych samych jęków, tych samych zachowań, a więc dawaliśmy sobie spokój – też ten sam, ale jednak spokój. Potem tylko pstryk – wyłączaliśmy grające pudło i nawet bez mycia opatulaliśmy się kołdrą – i dobranoc. Zdarzało się, że zamiast stosunku z penetracją kończyło się na wspólnym onanizmie, dawanym na zasadzie jałmużny spuszczanku z połykiem albo nawet na samotnym obejrzeniu jakiegoś filmiku – zwyczajnie: pornosek i spać. Już od dawna się nie unosiliśmy siłą tych przysłowiowych motylich skrzydeł w brzuchu. Zamiast nich w naszych brzuchach zaczęły zagnieżdżać się jakieś ćmy, które niebezpiecznie ciągnęły nas do ognia. Prawda, że to mniej romantyczne? Ich szare trzepoczące skrzydła brudziły wszystko szarością pyłku, przybrudzały ścianki żołądka oraz ściany naszego mieszkania: ogień bez ognia, przeciąg bez przeciągu, powietrze bez powietrza. Duchota. Zaduch. Duchy. Ale nigdy dotąd nie ogarniały nas też takie lenistwo i rutyna codzienności, które potrafią przecież zabić najmniejsze przejawy chęci na cokolwiek. Schyłek i dekadencja, Rimbaud i Verlaine, Korab-Brzozowski i spleen – po polsku: nuda. Niby modernizm, a marazm. Marazm nad marazmy.

No i jest ten rok 2007, a więc mamy za sobą jakieś 2 lata naszego związku, w ciągu którego są różnego rodzaju zawieje i zamiecie, ale ostatnio najbardziej wieje nudą i trudno zamieść to pod dywan. Z dalekiej perspektywy czas ten nazywamy naszym pierwszym kryzysem. Zauważyłem, że ze strony Marcina pewne pobudzenie zaczęło pojawiać się, gdy przebąkiwał coś o jakiejś propozycji z netu: że ktoś tam chciałby niby z nami się umówić na „kawę z uśmieszkiem”, że jesteśmy fajni, że jakiś inny koleś by nam się całkowicie oddał… To właśnie mniej więcej wtedy Marcin zaczął intensywnie monitorować nasze wspólne konto, które założył jakiś czas wcześniej na gejowskim portalu sexrandkowym, o czym mnie nawet poinformował, ale jakoś mi to umknęło. Wchodził tam w jakieś długie dyskusje, angażował się w różne rozmowy. Nawet nie wiedziałem, że jako cel poszukiwań zaznaczył: luźna znajomość, przyjaźń, seks, inny/nieokreślony. Umieścił nasze wspólne zdjęcie, a niektórym podawał hasło do zdjęcia, na którym nasze kutasy prezentowały się niczym skrzyżowane szable. Byłem trochę zły, bo czemu nie powiedział mi, że to zrobił? Udobruchał mnie, mówiąc, że tylko tak sobie gada z tymi ludźmi i prawie nikomu nie daje hasła do zdjęcia z naszymi pałkami, że jedynie bada grunt i że przecież tak czy siak nie zrobi niczego beze mnie i bez mojej zgody.
Po kilku dniach małego focha zacząłem wypytywać, co kręci go w myśli, że ktoś mógłby do nas dołączyć.
– No że… – zaczął lekko zakłopotany, polerując o spodnie ekran telefonu, na którym dopiero co sprawdzał nasze wspólne konto na fellow. – Nie wiem. Na przykład, że obcemu kolesiowi będziemy mogli wspólnie zrobić loda, że jakiś facet będzie ci robił to, co zazwyczaj robię ci ja. Odezwał się taki przystojniak, wiesz? Zobacz. – Spojrzał rozpromieniony w telefon, poklikał, poklikał i pokazał mi fotkę dość młodego i przynajmniej na zdjęciu interesującego kolesia. Mógłby być twarzą i ciałem jakiejś kampanii reklamowej. Z tego, co widać, to wszystko ma na swoim miejscu. – Napisał, że jest uniwersalny i że ma kutasa 16 centymetrów – informuje Marcin. Patrzę na niego. Nie wiem, co powiedzieć. – Nigdy nie robił tego z parą – kontynuuje. – Nie chciałbyś? Ja sobie wyobrażam, że on będzie cię zaspokajać, a ja będę się temu przyglądał – dodał rozmarzony i perwersyjnie zagryzł wargę, a potem oblizał spierzchnięte usta, spoglądając na mnie jak oczekujący na aport pies.
– Naprawdę cię to kręci? – spytałem.
– A ty nie chciałbyś? – powtórzył pytanie. – Ja chciałbym spróbować. Poza twoim fiutem nie miałem żadnego. Chciałbym doświadczyć innych – wyznał, ale zaraz asekuracyjnie dodał: – Nie chcę cię zdradzać, co to to nie, ale chcę po prostu zaznać innych kutasów. Rozumiesz? Dlatego chcę seksu z innymi, ale i z tobą. Żebyś był obok. I tak mi się zdaje, że bardzo by mnie kręcił widok, jak pieprzy cię inny facet. Wyobrażam sobie to czasem. – Patrzył na mnie jakby nieco zlękniony tego, jak zareaguję. Powiedział bardzo wiele o swoich pragnieniach, które do tej pory były całkowicie skrywane albo jeśli już, to przemycane gdzieś między słowami jedynie w formie głupich żartów. Zaufał mi. Był szczery. Chyba nie kręcił, mówiąc o tym, co dla niego jest kręcące. Może nie do końca fajne było to, że zaczął poszukiwania bez mojej wiedzy, ale przecież przyznał się jeszcze zanim do czegokolwiek doszło, więc nie mogłem właściwie zarzucić mu nielojalności. Konwersował zresztą z profilu, do którego mógłbym mieć dostęp, gdybym tylko chciał, bo login i hasło zapisał na kartce i przyczepił do tablicy korkowej przy pececie najczęściej używanym przeze mnie. Jednak ja kompletnie nie interesowałem się monitorowaniem tego konta, o którym zapomniałem może dlatego, że wydawało mi się ono zupełnie niepotrzebne.
I ujął mnie swoją szczerością i odwagą. Nie wiem, czy podzielałem jego pragnienia, bo czułem niepokój przemieszany z rodzajem podniecenia, gdy myślałem o potencjalnym spotkaniu z kimś obcym w celach wspomnianych przez Marcina, ale stwierdziłem, że właściwie co mi szkodzi? Należy wierzyć w to, że człowiek uczy się na swoich błędach i najwyżej – nauczeni i doświadczeni – nie popełnimy tego błędu drugi raz. Jesteśmy kreatywni, więc zapewne wymyślimy sobie inne błędy do popełniania.
Poza rozmową z tym młodym gostkiem Marcin pokazał mi jeszcze inne konwersacje. Niemal żaden z tych kolejnych gości mi się nie spodobał. Niektórzy – zupełnie jakby ten portal był jakimś kółkiem różańcowym – przejawiali święte oburzenie, że para i że szuka na seks we trzech. W większości jednak byli to napaleni kolesie myślący, że będą mieli szansę zaliczyć dwa w jednym. Więc co my tu mamy? Ten za gruby, ten obwiązany sznurkami jak jakiś baleronik, ten taki młody szczypiorek, tamten to straszna przegięta cioturzyca, ten znów za stary dziadek, a ten jakby wątpił w swoją męskość i chyba chciałby stać się kobietą, skoro na każdym zdjęciu prezentuje się w rajstopach i szpilkach. Ja nic do nich wszystkich nie mam, myślałem, i niech sobie będą, życzę im jak najlepiej, ale jeśli już mam się zgadzać na spotkanie z kimś obcym, zaprosić go do nas i potem ma do czegoś w ogóle dojść, to chciałbym faceta w moim guście. Wszyscy niemal ze zdjęciami w obowiązującym standardzie, czyli sweet focia w lustrze z dzióbkiem albo z miną à la macho, wypiętą piersią i wciągniętym brzuchem – próżniacy patrzą w swoje odbicia, zakochani w sobie narcyzi.
O! Ten jest fajowy: męski, ze szczerym uśmiechem, a do tego dowcipny w tych swoich wiadomościach tak słodko zadziornych, ale nie do końca wulgarnych. Wysłał fotkę z ładną pałą – widać, że chlubi się swoją chlubą – więc po tym zdjęciu fiuta, zdjęciach sylwetki i twarzy z profilu oraz po miłej konwersacji można było pomyśleć, że koleś jest nie tylko hojnie obdarzony między nogami, ale że stwórca nie był jakimś tam skąpiradłem i wyposażył go równie szczodrze w dwie pracujące półkule mózgowe. Padło więc z naszej strony konkretne pytanie: „Czego oczekujesz w seksie?”. Z bijącym sercem ja, a nie wiem z czym bijącym, a może pulsującym już Marcin, wpatrywaliśmy się w monitor, oczekując odpowiedzi. W końcu przyszła i też była prostolinijna: „Aby jeden z was spuścił mi się do mordy, a drugi prosto do mojego rozochoconego tyłka”. Spojrzeliśmy na siebie zdegustowani. Odpisz mu: „Szczerze życzymy powodzenia w dalszym ryzykowaniu, bo my akurat na darmowego syfa ochoty nie mamy”, powiedziałem Marcinowi, a on napisał słowo w słowo i nacisnął enter. O co chodzi, że ci ludzie tak lubią ryzyko? Że niby jest ryzyko, jest zabawa? A wydawał się taki fajny. Szukaliśmy dalej.
Kolejny koleś robił takie żenujące błędy ortograficzne, jakby nadal tkwił w głębokiej podstawówce: pisownię „mug bym was wy ruchać, mam durzego huja” zapamiętam do końca życia. Może chłopak jest inteligentny, a ma tylko dysleksję?, próbowałem go tłumaczyć. W dzisiejszych czasach lubimy szukać usprawiedliwień na nasze wszelkie niepowodzenia, czemu więc nie usprawiedliwić dysmózgowia?, powiada nasz znajomy gej nauczyciel. Ale w sumie, pomyślałem, jeśli jego chuj jest ładny i duży, to nie jest ważne, czy jest przez „ch” czy samo „h”, no nie? Do ruchania i obciągania ortografia mi niepotrzebna, niektórzy nawet twierdzą, że lepiej jest się jebać po prostu prymitywnie, jak prymityw z prymitywem, niegramatycznie, pomijając zasady ortografii i interpunkcji, czysto impulsywnie, wręcz zwierzęco. Na zdjęciu rzeczywiście wyglądał zachujiście – opędzlowałbym takiego bez wahania, a i zaprosiłbym do swojej jaskini rozkoszy – przynajmniej w fantazjach nie byłoby z tym problemu. Marcin nie oponował, że koleś jest tylko aktywny… I chyba też miałby z nim ochotę przynajmniej na małe obciąganko. Co z tego, skoro chłopaczyna – nie wiedzieć zupełnie czemu – już nigdy nie odpisał na żadną wiadomość i na sprawdzenie jego zachujistego chuja przez samo „h” nie mieliśmy niestety żadnych szans.
Następny chciał spotkać się grupowo: ze swoim facetem i jeszcze jedną parą – tak na małe wspólne swingowanie. Jednak niefajny był ten jego facet, a zdjęcia tej zaprzyjaźnionej pary nie mógł nam pokazać, więc przestaliśmy z nim pisać, nie chcąc zaczynać od przysłowiowego kota w worku. Zresztą liczyli na wodne sporty i bez wątpienia nie chodziło im o wyjście na pływalnię, kajaki lub żeglarstwo. Te wodne sporty niewiele miały wspólnego z wodą i sportem w ogóle. Uryna, mocz, siki. Nabieranie moczu w usta, sikanie w odbycie, pryskanie uryną zwieraczami. Nic to. Zacznijmy może od mniejszych układów. Tak chyba będzie bezpieczniej.
Pokręciłem nosem także na całą resztę innych gości, którzy się do nas odezwali. Na tego grubego gościa; tego starszego, co chciał nas do swojego jacuzzi zaprosić; tego, co ubrany był w takie oldskulowe rzeczy i wyobrażałem sobie, że musi mieć także poliestrowe, lub z innego sztucznego materiału, skarpetki i bezapelacyjnie muszą śmierdzieć mu stopy smrodem nieznośnie obrzydliwym. Nie to, żebym był taki wybredny – może po prostu trochę się bałem i usilnie szukałem minusów. Obawiałem się oszustów. Słyszało się tu i ówdzie historie, że czatujesz z przystojnym gościem – wydaje się taki elokwentny, zabawny, czarujący, ponadto tak sympatycznie i kręcąco niegrzeczny, a do tego na zdjęciu taki seksowny i w ogóle – więc wchodzisz w to jak w dym, nastawiasz się, że to taki trochę zadufany w sobie, ale niezły w te klocki i taki megasamczy fafarafa lub lepiej figo fago, więc umawiacie się konkretnie, słyszysz dzwonek do drzwi, otwierasz, wpuszczasz, zamykasz za nim, odbierasz kurtkę, wieszasz ją w szafie, a on się rozbiera, zdejmuje resztę odzienia i wpatrujesz się w niego i wizualizujesz sobie tego kolo ze zdjęcia, które ci wysłał, i nie możesz odnaleźć podobieństw – to chyba ta gra obrazkowa ”znajdź różnicę” zamieszczana w różnych gazetach (różnic nie sposób zliczyć) albo jakaś podpucha, sobie myślisz, lub może to jakiś nowy odcinek programu Mamy cię!, może wkręca cię ktoś podły, bo ten przystojniak z fotki to na pewno nie ten łysiejący i zaniedbany facet stojący przed tobą. I trudno go rozpoznać z facjaty, ale także z reszty jego ciała, które jakby było w stanie widocznie postępującej degradacji, bo trudno powiedzieć, że remontu, skoro na fotce była burza włosów, zbudowana klata, a pod nią prawie kaloryfer, a tu jakiś zwał tłuszczowy przyszedł w zastępstwie tej obietnicy z fotki – jakiś obrzydliwy paszkwil jego samego sprzed lat przypełzł i na domiar złego zatkało cię, zamurowało kompletnie i nie umiesz powiedzieć „nie”, więc on rozbiera się do rosołu, przy czym poci się jak świnia, a na domiar złego, jakby tego było mało, z jego pachwin atakuje cię jakaś grzybnia i straszą sztywne włochy na jajcach. A fuj! Paszołwon, maszkaro jedna! Wynocha! To jakiś horror, a może nawet thriller, bo to wszystko całkiem realne! Ależ mnie ciary obrzydzenia przeszły, wstrząsnęło mną całym tak nieprzyjemnie. I co, jeśli trafimy na takiego? Wyrzucimy go z domu na zbity pysk czy damy mu do pyska, litując się nad jego ciężkim losem i czasem tak usilnie pracującym na jego niekorzyść? Ach, te szekspirowskie dylematy… Dać czy nie dać? Oto jest pytanie…
Żartuję sobie trochę, ale można się dać zrobić w bambuko, tak umawiając się w sieci. I weź tu człowieku człowiekowi zaufaj, weź tu pedale traf na swego wymarzonego! Jak się przed tym uchronić? Gejradar nie zawsze może pomóc – może nawet zaszkodzić, zakłócić obiektywny odbiór… Pedalskie oczy mogą kłamać – chyba tak. Trudno – szukamy dalej. Co za różnorodność! Ten to zwykły dresik, ale taka odmiana chucherkowata, maciupeńka, mało apetyczna, choć mówi się: mała klatka, duży ptaszek – może coś w tym jest… Tamten postanowił pokazać tylko swoją dziurkę, a dziurkę ma chyba jak każdy, choć te sławne ostatnio wybielanie odbytu by mu na pewno nie zaszkodziło, a może i nawet dodałoby uroku. Ten od razu zachęca, że jest bottom, nie owija dupy w bawełnę, tylko bez ceregieli rozkłada nogi w literę V i prezentuje otwór schludnie przygotowany do ostrej zabawy, wygolony, zapewne pachnący. A jak fikuśnie jajca spiął takim gumowym ściskaczem? Może to gumka od weków, takich słoików? Inwencja ludzka nie zna granic…
Co mamy dalej? Tu „master dla cwela”, potem „dyskretny szuka dyskretnego”, tam „konkret szuka konkreta”, a na kolejnym profilu „młody szuka sponsora”. Jeszcze ktoś inny pisze: „chętnie pomogę chętnemu” a następny szuka mundurowego: marynarza, robola, pilota, policjanta, lekarza w kitlu, wyrośniętego harcerzyka lub druha – nieważne w sumie kogo, aby w uniformie: najlepiej sołdata jakiegoś albo nawet księdza. Przecież na tych portalach są też i ci w habitach – w końcu to także ludzie i mają swoje potrzeby niewspółgrające z narzuconym niewspółmiernie do natury ludzkiej celibatem. Ludzie o tym wiedzą, biskupi pewnie też – sami mają na boku jakieś baby lub przydupasów, bo jak się okazuje, tak oddać się tylko Bogu nie jest wcale łatwo, a porządek boski (wertykalny) musi być przeplatany porządkiem ludzkim (horyzontalnym) – to nieodzowne tak dla zdrowia psychicznego. I wojskowa zasada: don’t ask, don’t tell ma tu w pełni swoje zastosowanie. Swoją drogą z księdzem to dopiero może być podniecająco i śmiesznie. Po wszystkim ten duchowny stęknie „Bóg zapłać”, da rozgrzeszenie i pomodli się o lepsze jutro do Przenajświętszej Panienki i wstawiennictwo murowane. Śmieję się, ale pewnie tak się zdarza. C’est la vie… A żołnierza to sam bym chciał doświadczyć… Odkąd służba wojskowa jest zawodowa, to idą tam raczej zdecydowani goście, takie byczki, a nie na siłę zmuszane chucherka zaraz po szkole lub studiach. Pamiętam swoją komisję wojskową. Końcówka liceum, a może już wakacje; nie pamiętam. Zastanawiałem się, czy im nie powiedzieć, że jestem homo – ponoć takich nie biorą, ale to przecież wstyd, ujma i dyshonor – wyśmieją, obrażą, zgnoją spojrzeniem. Będą sprawdzać mi szerokość odbytu? Czy nie jest rozjechany? Naprawdę to robią? Stałem nagi, licząc, że dostrzegą moją piętę Achillesa w postaci pokracznych kończyn nieskalanych po pierwsze: bicepsem, po drugie: tricepsem, po trzecie i czwarte: w ogóle nieskalane żadną męskością i dojrzałością, jakby zupełnie nieistniejące niczym u Nike z Samotraki lub także okaleczonej Nike z Olimpii, i miałem nadzieję, że to wystarczy. Nie byłem waleczny jak mitologiczna bogini zwycięstwa i było to widoczne na pierwszy, drugi i każdy kolejny rzut oka. Wstydziłem się swoich skurczonych i jeszcze chłopięco zmarszczonych jąderek oraz siusiaka z żołędzią obciągniętą dokładnie napletkiem jak u dzidziusia. Skuliło się to wszystko jakby ze strachu, że dostanę kategorię A. Dostałem właśnie taką, ale z automatu przeniesiono mnie do rezerwy, bo poszedłem na studia. Zresztą chyba jakoś w tym czasie zniesiono powszechny obowiązek odbywania zasadniczej służby wojskowej i mogłem odetchnąć z ulgą. Na szczęście od tamtego czasu przybrałem nieco na wadze, muskulaturze i owłosieniu, ale nie zmieniło to faktu, że i tak wojsko nadal mi nie po drodze – zwyczajnie niezbyt żołnierską mam duszę. Chociaż… Rozpiąć czyjś żołnierski rozporek, to bym rozpiął i zasalutował…
Dalej przeglądamy profile. Wielu z tych gości w opisie nazywa siebie normalnymi; podkreślają to, jakby norma była czymś najważniejszym. Szukają także normalnych, mając jakby przekonanie graniczące z pewnością, że jeśli ciota, to obowiązkowa zaburzona, niezrównoważona emocjonalnie, jakaś ułomna lub pierdolnięta. Kolejny na swoją skórę założył jeszcze jedną: czarną, zwierzęcą, wyćwieczoną lub wycekinowaną, jak wolicie. A tamten ma na profilu miliony zdjęć twarzy, co prawda z zakrytymi oczami, ale za to z różnymi fiutami, bo chyba wie, że twarzowo mu z tymi chujami w gębie – można rzec nawet, że chujowo, ale w sensie pozytywnym – i widać, że ma chłopak przy tym niezły ubaw, bo perwersyjnie oblizuje wary, wydyma usta dymane kutasami zmienianymi jak w kalejdoskopie: wielgachnymi, małymi, czarnymi, obrzezanymi, strzelającymi lub tuż po wytrysku. Co za kalejdoskop! Jaki wachlarz możliwości! Oj, zrobiło się gorąco! Mają ci ludzie fantazję. Na moment zapomnieliśmy nawet, że szukamy kogoś na numerek. I zauważyliśmy że już późno, więc uznaliśmy, że tak czy siak dzisiaj nie ma już czasu na dalsze poszukiwania. Marcin włączył dość starego pornosa z Blakiem Harperem (który wtedy był już ekspornogwiazdorem) i zaczęliśmy się zabawiać, dublując pozycje mięśniaków z ekranu. Nasze figle na szczęście były w wyższej rozdzielczości. Akompaniowały nam odgłosy aktorów, co dodatkowo nas jarało. W czasie gdy brał mnie na pieska, mocno uderzając o moje pośladki swoimi biodrami, powiedział zadyszany:
– Wyobraź sobie, że jakiś inny koleś cię tak bierze od tylca, a ty mi obciągasz tam z przodu. Chciałbyś tak, co? – Chwycił mnie zdecydowanie za biodra i mocno nadziewał na swojego twardego drągala. Miarowo, jak do metronomu, przyjemnie jednostajnym ruchem. – Chciałbyś, co? – powtórzył; budziła się w nim bestia.
– Chciałbym teraz innemu obciągać – powiedziałem, jakby się jąkając od tych jego pchnięć, i rzeczywiście chciałem to zrobić. Niuchnąłem poppersa i podałem Marcinowi. Po chwili zmieniliśmy pozycję. Położyłem się na plecach i podciągnąłem nogi do góry, przytrzymując je w zgiętych kolanach. Czułem go całego, wchodził głęboko. Bzykając bardzo miarowo, jednocześnie walił mojego naprężonego kutasa. Wyobraziłem sobie, że klęczy nade mną jakiś byczek, że wylizuję jego jądra, pochłaniam oba i memlam językiem wewnątrz wypełnionych jego moszną ust. Przy otwartych oczach miałem jakby omamy – widziałem wszystko bardzo wyraźnie: i wiszące jądra tego wyobrażonego kolesia, i podtrzymującego mnie za jedną kostkę Marcina – wszystko jakby nakładającymi się na siebie obrazami. Dyszałem z otwartą buzią. Wypuściłem z niej zakleszczone jaja i zagłębiałem się językiem w jego wygolony odbyt, prawie dochodząc.
– Przestań, bo zaraz dojdę! – jęczę i chwytam jego rękę, wstrzymując walenie mojego fiuta. Widzę już tylko Marcina. Czuję, że orgazm był tuż tuż, a może nawet i już był, taki niewidoczny. Niektórzy mówią na to: orgazm mentalny. Fiut mi pulsuje jak po ejakulacji.
– Ja też zaraz dojdę – mówi Marcin, ciągle ładując mnie miarowo.
– Jeszcze chwilę. Jest tak cudownie – szepczę, ściskając go za sutek i jakby lekko odpychając.
– Nie dam rady –  mówi i widzę lęk w jego oczach, bo nie wytrzymał, nie zapanował nad wytryskiem, spuszcza się do wewnątrz. Jedno pchnięcie za dużo i po!-szło! Mleko się rozlało. Gorące mleko we mnie. Czuję je. Chciałbym mu wylizać pałę jak na pornosach, ale wiem, że odepchnąłby mnie, mówiąc, że to niehigieniczne. Wyszedł z mojej rozjechanej dupy, nachylił się nad moim kroczem i zaczął mi obciągać sflaczałego już niemal doszczętnie kutasa.
– Nic z tego nie będzie – mówię. – Już miałem orgazm bez wytrysku.
– Naprawdę? Nie dasz rady? – pyta, ściskając mojego małego.
– Było cudownie, ale już nie dam. – Czochram go po włosach.
– Szkoda…
Położył się obok. Poleżeliśmy krótką chwilę, głośno dysząc, pocałowaliśmy się czule i poszliśmy umyć zęby. Szedłem na odrętwiałych z podniecenia i niezdarnych z wyczerpania nogach; były jak z waty. W lustrze patrzyliśmy na siebie z uśmiechem. Ja ściskałem go za seksownie kosmate pośladki, a on próbował jeszcze majstrować coś przy moim małym. W łóżku wtuliliśmy się w siebie, a gdy już prawie usypiałem, usłyszałem przeciągły szept:
– Kocham cię.
Pocałował mnie w policzek i odwrócił się plecami. Tak mu zawsze było wygodniej. Myślał, że śpię, a mimo to powiedział to na głos. Nie odpowiedziałem, tylko wtuliłem się w niego, jeszcze raz oplatając go swoimi kończynami – jak bluszcz albo jak jakaś ośmiornica lub krwiożerczy zombie. Całowałem go w kark, a potem ugryzłem w szyję. Zjadłbym go. Ścisnąłem go za fałdę skóry na brzuchu, a on zarechotał, odwrócił głowę i ugryzł mnie w ucho. Po chwili puściłem go i przekręciłem się na drugi bok. Wróciłem myślami do tych ogłoszeń z sieci. Ludzie tam pozorują, kantują, konfabulują, ale udają to, co chcą, aby było realne, zdradzając w ten sposób swoje fantazje i kompleksy. Odkryłem, że ta cyberprzestrzeń ma w sobie tyle samo prawdy, co zmyślenia. Podobnie jak rzeczywistość. Przesunąłem pod kołdrą swoją rękę za plecy i wyszukałem pośladek Marcina. Był, niezmyślony, ciepły, przyjemnie kosmaty. Prawdopodobnie usnąłem z uśmiechem na twarzy. Serce i dusza na pewno mi szczeniacko chichotały.

Rano przebudziłem się, gdy poczułem coś – w sumie sam nie wiem co – w okolicach krocza. Odruchowo poruszyłem nogami i chciałem odepchnąć to ręką. Natrafiłem na coś, co gdy otworzyłem oczy i uniosłem głowę, okazało się twarzą Marcina. Był już ubrany, wyglądał na gotowego do wyjścia.
– Spuść mi się do buzi – powiedział i zaczął ciągnąć dalej mojego twardego już kutasa.
– Oj, misio… – wymamrotałem i moja głowa ciężko opadła na poduszkę.
– Nie marudź, tylko strzelaj!
– A która godzina? – spytałem z lekką chrypką.
– 6. Robię ci właśnie pobudkę. Strzel mi do buzi – rzekł i zachłannie połknął mojego sztywnego fiuta.
– A ty?
– Ja nie chcę – przerwał na chwilę obciąganie. – Spuściłem się wczoraj.
Podnieciłem się. Obciągał bardzo łapczywie. Chyba chciało mi się też siku, co wcale nie pomagało. Ale on siorbał. Mniam mniam, mlaskał. Starał się. Lizał mi jądra, skrupulatnie lizał żołądź i gryzł napletek. Syczałem bardziej z przyjemności niż z bólu. Skutecznie mnie wybudził, choć przyjemnie byłoby także w półśnie. Wkładał go aż po przełyk, a następnie szybko brandzlował ręką, aby chwilkę odpocząć. Gdyby mógł, to by połknął tego mojego bakcyla, który coraz bardziej rozrastał się i pulsował w jego buzi i miał moją twarz zbliżającego się ekstatycznego jęku. Krztusił się, ale widziałem, że ciągle mu mało. Uniosłem się na łokciach. Byłem coraz bliżej. Wiedział to, bo sztywniały mi nogi i wyginałem stopy. On też tak robił przy zbliżającym się orgazmie. Obciągał jeszcze szybciej, głęboko. Jedną ręką chciałem sięgnąć jego rozporka, ale się przesunął. Głośno dyszałem, a on ślinił się i głośno siorbał. Jęknąłem przeciągle, a on w tym momencie zatrzymał się z moim fiutem głęboko w swoim gardle. Położyłem mu dłoń na głowie niemal jakbym go błogosławił. Strzeliłem w sam jego środek. Zalałem go falami. Fale poruszyły moim ciałem. I dopiero po chwili wypluł go ze swej buzi, przełknął zawartość, mlasnął, oblizał usta, a potem łapczywie zlizał wszystko do cna, mówiąc z zadziornym uśmiechem:
– No to teraz jesteśmy kwita. Laska z rana jak śmietana – powiedział i ostentacyjnie otarł wargi o zewnętrzną część dłoni, a palcami drugiej dłoni wytarł kąciki swoich ust, jakby specjalnie robiąc z tych czynności kabaret.
– Głupol! – parsknąłem. – A ty nie chcesz teraz?
–  Ja wieczorem. Chcesz, to znajdź kogoś. Ja wychodzę. Będę około 19.
– Co tak wcześnie wychodzisz?
– Muszę lecieć! Mówiłem ci wczoraj, że mam różne sprawy… I wstawaj już! Pa!
– Pa!
– I wyjdź z psem.
Dał mi buziaka, zabrał spod lustra torbę z laptopem i zniknął. Usłyszałem zamykanie zamka w drzwiach. Psinka stanęła pod nimi z nadzieją, że jej pan się zawróci. No tak, poszedł coś załatwiać – przebąkiwał coś o tym wczoraj, ale nie pamiętałem dokładnie. Wstałem, wysikałem się, umyłem, zjadłem szybkie śniadanie (płatki z mlekiem), a potem dość długo piłem kawę z mojego ulubionego włoskiego ekspresu. Ciągle byłem otumaniony miłymi wspomnieniami wczorajszego wieczoru i dzisiejszego poranka. Zasiedziałem się, więc wyprowadzenie naszej suczki było jedynie szybkim sikiem, na pewno nie żadnym spacerem. Na schodach, gdy nasza sunia bezpardonowo wtarabaniła się jakiejś nieznajomej mi starszej pani pod nogi, pociągając za smycz, całkowicie automatycznie powiedziałem do niej „uważaj, suczko”. Kobieta dziwnie na mnie spojrzała, z rodzajem obawy, jakbym wypowiedział to zdanie właśnie do niej. Przypomniało mi to, że zaraz po tym, jak wzięliśmy naszą psinę ze schroniska, usilnie szukaliśmy dla niej jakiegoś imienia, ale żadne zwyczajnie psie nam się nie podobało. Rzeczy powinno się nazywać po imieniu. Zresztą nie tylko rzeczy, psy także, więc szukaliśmy odpowiedniego. Miałem pomysł na Widzimisię, ale Widzimisia się jakoś nie przyjęła. Fanaberia też nie przeszła, a to dlatego, że psie uszy nie reagowały na taką obrazę, a jeśli już reakcja była, to pełna pretensji i wściekłości. I została po prostu psinka lub suczka. W domu dosypałem jej szybko suchej karmy i wybiegłem na tramwaj, ale i tak, mimo dobrych chęci, spóźniłem się do pracy. Gdy wróciłem, zrobiłem szybki makaron z czosnkiem, oliwą i parmezanem i na nowo zacząłem w necie przeglądać konta różnych kolesi. Najpierw wpisałem w przeglądarkę tylko gayromeo.com, ale po kilkunastu minutach prowadziłem już rozmowy na kilku portalach jednocześnie.
Podobały mi się u niektórych gierki słowne w opisach, które w zamierzeniu pewnie miały być grą wstępną do tego, co mogło rozegrać się potem już realnie w łóżku. Często gęsto kończyło się pewnie tylko na języku polskim pisanym i ten język nie miał nawet okazji zaprezentować swej inwencji pozasłownej w całej swej oralności. Na przykład: „suka szuka” – prosto, a jednak z pomysłem, dobitnie, a do tego z pięknymi instrumentalizacjami głoskowymi: aliteracją i rymem. „Gram na flecie” – proszę!, jakiego mamy wykształconego muzyka! „Ciasna, ale własna”. Czyżby napisał to jakiś stary, ale jary? Nie – ma 22 lata. Zresztą stary nie miałby już ciasnej, zadrwiłem w myślach. „Mam pociąg do expressowej miłości. Dziś w pociągu relacji WAW-KRK relacja ty-ja. Anybody?”. Omajgad! W pociągu to ja bym chciał, ale czy chcę do Krakowa i to dziś? – zresztą wpis chyba dawny i taki wiszący na stałe – ułańska fantazja tylko i nic więcej… Patrzę dalej: „Miłośnik wzajemnej adoracji, penetracji i obciągacji” – nic dodać, nic ująć. „Najpierw clubbing, potem rimming” – no proszę, jak z angielska, ale koleś to chyba nie żaden angielski dżentelmen. Dalej: „SPERMOMEN” – nareszcie jakiś pedalski superbohater, bo ten cały Batman, o którym sam twórca mówi, że jest gejem, to taki nieśmiały w tych kontaktach mm. A ten Spermomen to bohatersko supertryska czy superpołyka?! Patrzcie następny: „Maria Rozdziewiczówna zawsze dziewica” – jakże to dwuznaczne! To ona rozdziewicza czy już rozdziewiczona? Boże, jakie to wszystko śmieszne! Zaraz chyba umrę, bo nie byłem świadom, że to portal satyryczny… Bywało też czasem tak jakby baśniowo – niektórzy ewidentnie odjeżdżali w inną przestrzeń: „Poszukuję wróża, aby bałamucił mnie swoją magiczną różdżką…”. O rany – jak słitaśnie… Życzę autorowi jak najlepiej – niech znajdzie nawet i księcia z bajki, a co!
Wrócił Marcin. Krzyknąłem mu, żeby wziął sobie makaronu. Przyszedł najpierw do mnie do komputera.
– Szukasz? – Pocałował mnie w czoło i wcisnął rękę pod moją rozpiętą koszulę, szczypiąc mnie w brodawkę.
– Przeglądam. – Uśmiechnąłem się trochę zaczerwieniony, sam nie wiem czemu.
Wyszedł z pokoju i wrócił za chwilę z makaronem.
– Posypałeś sobie parmezanem? – spytałem.
– Takie jest dobre – zbył mnie, wlampiając się w monitor; wiedziałem, że mu się po prostu nie chciało.
Na ekranie jakiś koleś prężył swój sześciopak. Chyba nigdy żaden z nas takiego się nie dorobi. Kolejny miał opis: „Kto przeleci żonatego hetero?”. Spojrzeliśmy na siebie, nie dowierzając.
– Jak on jest hetero – powiedział Marcin –  to ja jestem…
– Hetero – dokończyłem za niego po chwili i zaczęliśmy się głośno śmiać.
Jakiś facet napisał do nas wiadomość. Że z chęcią by nas poznał, podał hasło. Pulchniutki i niemal zero owłosienia. Trudno to nawet nazwać piwnym bebechem albo pudłem rezonansowym dla tubalnego głosu. Pofałdowany niczym duży różowy bobas. Grzecznie podziękowaliśmy, odpisał, że mimo wszystko dziękuje za odpowiedź i że tak naprawdę nie spodziewał się, że go zechcemy. Smutne to, ale co zrobić. Przecież na pewno są gdzieś tacy, co lubią większe rozmiary. Napisał ktoś kolejny. Tradycyjnie pojemna wiadomość „cze”, na którą ja miałem ochotę odpowiedzieć „odpie”, ale się powstrzymałem i nic nie odpowiedziałem. Przeglądaliśmy dalej. Wśród odwiedzających nasze konto zaciekawił nas jeden profil z opisem: „Outercourse”. W zdjęciach profilowych różne przekreślone dilda, kulki analne, wibratory, penetratory. Co to wszystko znaczy? Nawet Marcin nie wiedział, choć angielski znał dużo lepiej niż ja. Z googli dowiedzieliśmy się, że to seks bez penetracji. Na przykład przez telefon, palcami, stopami, miłość hiszpańska, odgrywanie ról. Aaa – to my to stosujemy czasem i nawet o tym nie wiemy. No proszę. Swoją drogą, choć niby dogadam się po tym angielsku bez większego problemu, to tych nazw zachowań seksualnych jest tyle – tych jakichś skrótów, tego slangu mnóstwo – że jak czasem zarzucą tu tymi spankami, slingami, waxami, cbt’ami, bdsm’ami, doggingami, cuckoldami i innymi cudami, to siedzę nad słownikiem i się tylko zastanawiam, czego to ludzie nie wymyślą, czego nie zapragną i jak dupy nie zechcą wystawić, żeby tylko było im dobrze. Wychodzi na to, że ja to stary nudziarz jestem i tradycjonalista.
Przeglądaliśmy dalej te profile i można je było właściwie wszystkie podsumować tym samym stwierdzeniem: „chłopak na gwałt poszukiwany!”. Niemal wszystkim tym kolesiom chodziło o jedno – każdy właściwie krzyczał to samo, tylko trochę innymi słowami. Bo nawet ten, co zaznaczył, że szuka tylko przyjaciół, informuje wszem i wobec, że jest aktywny i ma fiuta obrzezanego i w rozmiarze XXL. No tak – fucking friend to też friend. I kto wie, czy może np. ten „trzeci pedał u roweru na dymano hehe;)” nie miał już przyjemności z tym, który czuł się „głupszy od swojego smartfona, ale za to prostszy w użyciu” i czy dymał tego, który wyznawał bezwstydnie: „mój kurwidołek wykurwiście chce się kurwić” albo czy wzbogacił kolekcję „kolekcjonera męskich ust”? Tyle tam było pewności i tyle zdecydowania – czy oni wszyscy mieli już siebie nawzajem?
Inwencji słowno-wulgarnej było w tych opisach mnóstwo, ale sensownej rozmowy z nikim nawiązać się nie udawało. To, co na początku zachwycało, śmieszyło i bawiło do łez, po jakimś czasie męczyło całkowicie. Marcin zaproponował, że możemy spróbować znaleźć kogoś na czacie. Prawie zapomniałem, jak to się kiedyś robiło. Wchodzisz, zaraz pojawia się kilkanaście okienek, czatujący rzucają się na ciebie jak na świeży kąsek i zadają mnóstwo pytań, które można by skwitować właściwie jednym: „sex teraz?”. Nie chodzi tylko o jakiś kontakt face to face czy jego pedalską odmianę cock to cock – niektórzy liczą przecież jedynie na zabawę przez telefon lub przez kamerki, a nie chodzi tam przecież o żadne oglądanie twarzy. Spytałem Marcina, czy już wchodził na takie czaty. Przyznał, że tak, ale tylko z ciekawości i bez celu, żeby kogoś znaleźć dla siebie. Coś mnie jakby ukłuło, ale nic nie powiedziałem.
Zalogowaliśmy się na czaterii z wszystko tłumaczącym nickiem: paraWAWnow, ale co? – przyjaźni to my tu szukać nie zamierzamy. Po kilku standardowych rozmowach (cyferki: wiek/wzrost/waga/kutas, pozycja: a/p/uni, co lubisz?, masz lokum?, wymiana foto?) wybraliśmy tego jedynego. Jakoś szybko to się odbyło. Może dlatego, że do tych rozmów wypiliśmy kilka piw, co mnie na pewno trochę ośmieliło. I w końcu jest – przyjechał do nas. Było stresująco od samego początku, jakoś dziwnie – w realu nie był taki przystojny jak na zdjęciu, choć tragedii nie było. Nie umiałem się rozluźnić, pociły mi się dłonie, zasychało w gardle, więc nerwowo popijałem kolejne piwo. Widziałem, że Marcin jest nakręcony, mi nie stanął, jemu tak, tamtemu też – i to stał mu jak maczuga! – jedynie ja byłem ciągle spięty i nie chcąc robić afery, umiałem się jedynie wypiąć. Poczułem się jak dziwka, ale nie powiedziałem nic – ani słowa. W ciszy, bez nawet jednego jęku, oddawałem się im na zmianę. Koleś ruchał mnie na klęczkach, jednocześnie ciągnąc Marcinowi. Gdy stękając, spuszczał się w gumę, Marcin trysnął na jego odgiętą do tyłu szyję i szybko uklęknął przy mnie. Potem koleś wyszedł ze mnie i zaraz wyszedł z mieszkania, bo rozmowa się nie kleiła. W końcu. Nie chciałem, aby mnie dotykał. Marcin – no bo kto – tamten przecież wyszedł. Żałowałem, płakałem, miałem pretensje o to, jak patrzył na niego, że tamten był zajarany jego kutasem i o to, że się spuścili, a ja nie i wcale nikogo to nie obchodziło. I nic to, że tylko pierwszą falą orgazmu strzelił na tego kolesia i zaraz szybko nachylił się do mnie, szepcząc mi do ucha „kocham cię”. To nic, że wtedy jeszcze ostatnie frykcyjne ruchy odbębniał ten inny koleś… Za drugim razem, jeśli się rozluźnię, będzie lepiej, powiedział.
Nie chciałem słyszeć o kolejnym spotkaniu. Nigdy. Z nikim. Zapomnij! Nie ze mną te numery i te numerki! I Marcin zrobił się taki czuły. Widać było, że jest mu przykro. Przepraszał, całował, czuł skruchę, a ja zażądałem, aby wziął mnie natychmiast i żeby zmył ten niesmak. Zmył go przefantastycznie i obiecał, że już nigdy nie zmusi mnie do niczego, nie namówi, sam nie zaproponuje.

I jakby zaczął się starać – jakieś szaleństwo w niego wstąpiło. Rankami budził mnie jego oddech na karku, ręce błądzące po moim tułowiu i uśmiech szczęścia, gdy tylko spojrzałem w jego oczy. Stał się tak zaskakująco miło nieprzewidywalny. Kiedyś niespodziewanie zaczął dobierać się do mnie w parku, gdy wracaliśmy od Anki i Łukasza. Zupełnie jak na początku naszej relacji, nie mogłem się od niego opędzić i choć chciałem być cały jego w każdej sekundzie, to grałem niedostępnego. Kilka minut później jego sperma chlupotała wewnątrz mnie i ociekała po tylnej części moich ud. Ale to było ekscytujące! Przecież ktoś mógł nas widzieć, zresztą to chyba karalne tak kochać się – zwłaszcza po pedalsku – w miejscu publicznym nawet pod osłoną nocy i drzew. Zadziwiała mnie jego chuć. Przekonywał mnie, że odblokował go ten seks z nieznajomym, że doładował mu baterie, że teraz ma ochotę na więcej, po czym gdy następnego wieczoru wyszedłem z kąpieli, zobaczyłem, jak sam się zabawia z dildo, czekając z nażelowaną dziuplą na mojego ptaszka. Rozochociło mnie to, więc stanąłem przed nim, pozwoliłem zerwać mu z siebie slipy, stanął mi przed jego oczyma i napęczniał w jego ustach, a jemu stanął chyba jeszcze bardziej, bo aż od tego stania widocznie pulsował. Zacząłem odgrywać rolę aktywa i chyba nawet okazało się, że nie wyszedłem całkiem z wprawy, tyle że wiedziałem, że Marcin znacznie bardziej odnajduje się w roli ogiera, którego dosiadają inni, więc bez gadania pozwoliłem mu się wykazać. Odwróciłem role, dosiadając go po chwili i ujeżdżałem, skacząc jak nakręcony niczym na szalonym rodeo. A potem on wstał, kazał mi uklęknąć, wypiąć się i trzymając za włosy, zajeżdżał mnie od tyłu jakbym był jego klaczą. Ogier. Miał do tego końskie zdrowie. Dogłębnymi ruchami swojego cudownego organu, za sprawą którego niewątpliwie można jego właściciela nazwać wybornie obdarzonym, powodował u mnie dosłownie arie dźwięków piano na przemian z forte, których nazwanie stękami i jękami byłoby nieuczciwym i podłym umniejszeniem nie tylko ich samych, ale i tej inwencji z mojej strony jako kogoś rozwierającego usta i inne gościnne czeluście oraz ze strony Marcina w roli dyrygenta, który tak sprawnie kierował całą orkiestrą tych wszystkich dźwięków acapella, które pełniły rolę delikatnych smyczków, zniewalających wiolonczel i pompatycznych, obezwładniających bębnów i ilustrowały niemal kresowość przeżyć zaznawanych nawet bez wspomagacza w postaci poppersa. Było taaaakkk doooobrzeeee i taaak dłuuuggoooo, a ja chciałem, żeby to trwało wieeecznieeeee. Te dźwięki naszej rozkoszy to był dopiero wkład w rozwój kultury muzycznej, którego niestety nikt dotąd jeszcze nie zdołał zapisać w nutach, bo nawet Serge Gainsbourg ani Igor Stravinsky nie potrafiliby oddać tej głębi rozkoszy zaglądającej tam, gdzie wzrok nie sięga. Może siłą tych dźwięków była właśnie ich ulotność, ich jednorazowość, momentalność, której wspomnienie nigdy nie dorówna pierwowzorowi? Och, jak było ekstatycznie!!! Graliśmy sobie nawzajem pierwsze skrzypce. Po eksplozji w uszach nastąpił szum niczym eksplozja braw, owacje na stojąco. Ciągle stojący i sztywny, chciałem krzyczeć: bis! biiiiisss!!!
A więc ten trójkąt tylko coś ożywił, niczego nie zburzył, coś odblokował i odświeżył. Może warto zaryzykować jeszcze raz?, myślałem. Teraz ja zaproponowałem. Marcin oponował, że to za duże ryzyko, że znów źle się z tym poczuję. Obiecałem, że tym razem na pewno nie omieszkam i o tym powiem, jeśli tylko tak się zdarzy. I niebawem w progu naszego mieszkania pojawił się przystojny, megamęski i wysoki biseks z portalu randki.sex-zone, którego wyselekcjonowaliśmy nieco dokładniej. Na przywitanie ścisnął mi dłoń swoją potężną, nieco szorstką łapą i poczułem, że w porównaniu z moją była tak wielka, że mógłby w niej mnie całego zamknąć. Miał dobre oczy, czułem się bezpieczny, miał mnie w garści. Nie był tak pewny siebie jak w necie – był wręcz nieśmiały i zestresowany: drżał mu głos i trzęsły się ręce. Było to nawet jakoś ujmujące i wzruszające. Zrobiliśmy mu drinka. Wspomniał coś o żonie i dzieciach – 3-letniej córce i 8-letnim synu – a potem powiedział, że całkiem niedawno odkrył ciągoty do mężczyzn – jak to nazwał – przez przypadek. Jako seksoholik wybrał się z kolegą do burdelu i wzięli sobie do spółkowania jedną dziewczynę na spółkę, bo inne były wtedy zajęte, a nie chcieli potem czekać jeden na drugiego. I zauważył z niedowierzaniem, że gdy obracali tę jedną pannę, to bardziej niż ta laska kręcił go ten jego kolega, kutas kolegi, kolegi falujące jądra, jego kształtne pośladki i owłosiona, ładnie zbudowana klata. Napalił się. Chciał dotknąć go oraz tych wszystkich jego części składowych – jego całego chciał dotykać. Nie dotknął. Jaki hetero dotyka innego hetero? – bał się, że tamten – chociaż niby luzak – zrobi aferę i z powodu tej obawy nic się między nimi nie wydarzyło. Za to w domu potajemnie zaczął szlajać się po pedalskich portalach w necie i szukać pedalskich miejscówek na mieście. Chorobliwie rozmyślał o seksie z facetem. Przypominał sobie zapamiętane kadry z tego seksu w trójkącie. Rozgrywał w myślach alternatywne wersje tego zdarzenia. Szukał. Trafiał w różne miejsca. Był ze trzy-cztery razy gdzieś na mieście w branżowych lokalach, ale czuł się tam nieswojo i wpadał za każdym razem w paranoję, że ktoś znajomy go przyuważy, więc zaprzestał wychodzenia w takie miejsca. U nas miał być jego analny debiut – do tej pory było jedynie obciąganie, niewinne pedalskie palcóweczki w saunie i ruchanie innego gościa – więcej cudownych grzechów pedalskiego cudzołóstwa nie pamiętał, bo jak dotąd jeszcze nie pozwolił na więcej sobie ani nikomu innemu.

No i jest u nas. Żonaty i dzieciaty facet, który chce zaznać żywego kutasa w swojej ciasnej nierozprawiczonej jeszcze szparze! Zawsze było to jakoś kręcące, że taki gość, który na co dzień, a właściwie co noc leży sobie grzecznie i po bożemu z żoną pod kołderką, może chcieć chętnie i całkiem niegrzecznie nadstawiać swój owłosiony tyłek innym facetom. „Obciągnę i dam się wyruchać żonatemu” to częsta fantazja na pedalskich portalach: – dla wielu nie ma nic bardziej podniecającego niż heteryk bzykający laski, który bzyknie także i geja – tak jakby od niechcenia, dla sportu lub tak na dziko, jak jakiś niewyżyty jebaka, co rucha wszystko to, co się rusza. Ale żeby żonaty koleś nadstawiał tyłka to już top of the top tych nieszablonowych, a może właśnie szablonowych fantazji. Niewiarygodnie to fascynujące i – jak się czasami okazuje – niewiarygodnie prawdziwe, bo ten nasz tatusiek i mężuś nie dość, że chciał spróbować z dwoma kolesiami naraz, to jeszcze za jednym zamachem sam chciał dać dupy. Oj, Filipie, Filipie – bo tak powiedział, że ma na imię – niegrzeczny z ciebie tatusiek. Gdy po rozmowie przeszliśmy do rzeczy, to mimo że umówiliśmy się, że to on ma być pasywny, to jakoś nas, a przede wszystkim mnie, zdziwiło, że taki rosły samiec, a się tak bezpardonowo wypina ze swoimi apetycznie owłosionymi pośladami. Zauważył małą konsternację i rozbrajająco powiedział: „ja naprawdę tego chcę i marzę o tym od dawna”, dodając, że anal jako aktyw ma już za sobą i teraz kolej na niego, aby – cytuję: „poczuć chuja w dupie”. Wielki, męski facet, który na początku wydawał się potulnym i nieśmiałym chłopczykiem, okazał się zdecydowanym i świadomym swoich pragnień kolesiem. Spojrzeliśmy na siebie, a on w tym czasie powiedział: „wyjebcie mnie jak burą sukę” i już ostatecznie rozwiał nasze wszelkie wątpliwości. No dobra – facet rzeczywiście tego chce. Jak było?, spytacie. Otóż nasz debiutant nadstawiał tyłka jak się patrzy – aż dziw bierze, że był to jego pierwszy raz. Wyposażeni w żel poślizgowy rozdziewiczaliśmy jego zgrabny tyłek. Na ptakach mieliśmy oczywiście rozwinięte gumki. Seks z nieznajomymi musi być bezpieczny; życie samo w sobie jest wystarczająco niebezpieczne, aby to ryzyko jeszcze świadomie zwiększać. Jęczał z rozkoszy jak wielki niedźwiedź – niczym potężny miś splatał swoje muskularne ramiona za głową i mruczał, i wył, i parskał, zachwycony jakby opędzlował dopiero co cały wielki słój pysznego miodu. Był przy tym tak męski, że niemal spuściłem się od razu po wejściu w jego ciepły i ciasny otwór. Ruchaliśmy naszego samca alfa na zmianę – trochę ja, trochę Marcin. On niezmiennie dawał dupy, na zmianę – trochę mi, trochę Marcinowi – i widać było, że jest przy tym bardzo, bardzo zadowolony – można powiedzieć, że nawet w siódmym niebie. Upociliśmy się przy tym strasznie – gdy w niego wchodziłem, to moje mokre włosy łonowe kleiły się do jego pośladków. Doszliśmy niemal symultanicznie – jęk rozkoszy i biała ciecz rozlała się na misiowym owłosionym brzuszku naszego Puchatka. How sweet!:) Mruczał jeszcze długo i ocierał się brodą o nasze szyje i policzki, całował, dziękował za to, że było tak cudownie. Zachowaliśmy kontakt na kolejny raz.

I się zaczęło. Z nim kilka razy – było fantastycznie, podniecająco, raz to ja dałem mu się bzyknąć, gdy jego bzykał Marcin. Potem był koleś, który ewidentnie mi się nie spodobał. Przez telefon miał taki supergłos, można rzec, że przystojny: niski, zadziorny i rozbrajający, a jednocześnie trochę radiowy i z dobrą dykcją. Brzmiał tak dźwięcznie jakby był samą Chaką Khan. Nakręceni miłą i luźną pogawędką, daliśmy się namówić na spotkanie u niego. Mieszkał w punktowcu na Żoliborzu, niedaleko nas, nie musieliśmy jechać, 10 minut piechotą; po drodze w nocnym kupiliśmy browary i przezroczystą reklamówkę z nimi wręczyliśmy gospodarzowi zaraz po zamknięciu drzwi i grzecznym przedstawieniu się. Jego imię zapomniałem natychmiast. I w sumie od pierwszego dźwięku, jaki z siebie wydobył, już nie było tak miło, jak się zapowiadało. Jego głos nie był już taki seksowny, on był chudy i taki jakiś żylasty – czar, który być może pojawił się tylko w mojej głowie, nagle prysł. Te żyły były przerażające – niczym pręgi szły przez jego czoło, skronie, szyję, ręce, a nawet (jak się potem okazało) łydki i pachwiny – ale nie mogłem od nich oderwać oczu. I jakoś spiąłem się, sam w sumie nie wiem dlaczego. Może przez to jego mieszkanie jakoś trochę zasyfione i zagracone. Albo przez to, że on sam najpierw wydał się nie tak wyluzowany jak przez telefon, a potem nazbyt aktywnie parł do miziania, wtulał się tak intensywnie i był obleśny z tym swoim dogłębnym całowaniem się i oślinionym jęzorem. Do tego jeszcze ten fiut: patykowaty i krzywy, oślizgły cienias, cienki bolek, znów, tak samo jak jego całe ciało, inkrustowany gęsto nabrzmiałymi żyłami, zupełnie nieapetyczny, z zaczerwienionym, jakby stłamszonym stulejką napletkiem. Były tylko lody. I na szczęście dość szybko, chyba zaskakująco nawet dla samego siebie, osiągnął ekstazę, która mnie skutecznie i ostatecznie od własnej ekstazy powstrzymała. Zlał się sobie na brzuch. W pępku i wokół niego utworzyła się spora kałuża. Jego sperma była dziwna. Jakby skondensowana lub zwarzona, jak jakieś białe bobki lub rozgotowany ryż, miękkie kamyczki albo właściwie plwocina z grudkami nie wiadomo czego. Marcin nerwowo chciał dogonić tego patyczaka, usilnie waląc sobie konia i wyszczerzając zęby. Tamten szczypał go w brodawki i jakoś to wszystko razem było dla mnie odrażające. Zblokowany, stałem się zazdrosny, że Marcin tak bardzo nie dostrzega mojego niezadowolenia i że najbardziej liczy się dla niego jego własny strzał w dziesiątkę. Dopiero po orgazmie zorientował się, że coś jest nie tak. Wracaliśmy do domu w milczeniu, a potem odbyła się dość ostra i nieprzyjemna wymiana zdań zakończona ugodą, że następnym razem mamy pilniej baczyć na siebie nawzajem.

Potem w przeciągu jakiegoś roku zdarzyło się jeszcze kilku innych gości i na powtórkę jeszcze raz ten biseks Filip, który liczył na jeszcze częstszy seks, najlepiej w godzinach jego pracy, czyli 9-17. Z nim tych spotkań było nawet kilka, a raz urządziliśmy sobie spotkanko w piątkę z jeszcze inną parą. Ja i Filip byliśmy pasywami. Było tak ekscytująco, że po pierwszym razie był jeszcze jeden, a ja swoje sławne powiedzonko o tym, że z owoców to najbardziej lubię szampon marki Fructis i warzywa, a ze słodyczy chipsy i robienie lodów wzbogaciłem o nową mądrość ludową – że ze sportów to uwielbiam jedynie gry zespołowe, takie jak seks grupowy i gang bang do białego rana. Naprawdę nie przepadam za owocami. Gdybym to ja był biblijnym Adamem, to nadal mieszkalibyśmy wszyscy w raju. Nie połasiłbym się na żadne jabłko, choćby było nie wiadomo jak piękne i czerwone. Nie byłoby żadnej Arki, nie utonąłby Titanic, Stalin byłby przykładnym monarchą i nie byłoby wojen, chorób i klęsk żywiołowych. (Nie jestem pewien tylko, czy nadal żyłyby dinozaury, bo one chyba były jeszcze na chwilę przed Adamem i Ewą, a nawet przed samym Bogiem). A tak – niestety: wygnani z raju robimy różne grzeszne rzeczy i chyba nie ma ucieczki od tych owoców zakazanych. Oj, korcą te grzeszki, korcą. Na przykład takie trójkąty i bardziej złożone figury geometryczne. Kto by pomyślał, że matematyka może mieć w sobie coś tak fascynującego… A po nich ta napowietrzona dupa, w którą niczym hydraulicznym tłokiem wpompowano litry sześcienne gazów burczących potem w jelitach i szukających wyjścia w postaci syczących cichaczy. Po jakimś czasie kontakt z biseksem się dość nagle urwał. Niestety. Zmienił numer – może jego żona wypatrzyła coś w kompie lub telefonie – i zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Oby nie dosłownie – u Ewy Drzyzgi prezentowano różne przypadki zazdrości małżeńskiej, w tym tasak na męża pedała. Oby to nie był ten przypadek.
Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że trochę nazbierało się tych naszych trójbocznych romansów (większe układy zdarzały się o wiele rzadziej). Nie mówię tu o jakiejś niesamowitej częstotliwości – średnio raz na trzy, może nawet cztery miesiące. Tylko wtedy – w okolicach tego biseksa – jakoś było tych seksów sporo częściej. A tym trójkątom towarzyszyła sinusoida w naszych relacjach i raz było lepiej, bo takie spotkanie czasami najpierw nas konfliktowało, a w rezultacie jeszcze bardziej łączyło i spajało, ale zdarzały się też i inne spotkania, że w trakcie było ok, ale potem nie wiedzieć czemu już nie było tak fajnie i robiło się gorzej, pojawiało się jakieś oddalenie, jakieś obrzydzenie – głównie moje – bo znów poczułem się jak kurwa, a najbardziej bolało to, że sam na to – nie wiem w sumie po co? – się zgadzałem. W mojej głowie zaczynały się tworzyć schody, ale nie były to żadne stairway to heaven, a raczej bardzo strome schody w dół.
I czym dłużej o tym wszystkim myślałem – o tych seksach, trójkątach, złościach, naszym oddalaniu się od siebie – to tym bardziej rosło we mnie przekonanie, że już nie jestem dla Marcina taki atrakcyjny jak kiedyś, że już mu nie wystarczam i pewnie dlatego chce czegoś więcej, szuka, rozgląda się. Sam doświadczałem czegoś podobnego, choć nie potrafiłem się do tego tak wprost przyznać. W klubach głowa kręciła mi się w kółko jak jakiejś lalce. W tańcu ukręcała się niemal od tego obracania się wte i nazad i szukania chwilowego szczęścia, bo na więcej pewnie i tak bym sobie nie pozwolił. Rozglądałem się, szukałem oczami zaczepienia z innymi, tego uśmieszku, tego zmierzenia wzrokiem od stóp do głów. To samo na ulicy, w środkach lokomocji, w centrach handlowych. Wyhaczałem wzrokiem interesujących mnie facetów i przypatrywałem się im zachłannie. Do pewnego momentu myślałem, że dryfuję pośród tych ulic zupełnie bez celu i sensu – dopóki, dopóty nie orientowałem się, że gnają mnie te ponętne umięśnione łydki, nieogolone policzki, szyje z kształtnymi jabłkami zachęcającego do grzechu Adama oraz widoki opiętych na pośladkach modnych chinosów lub dopasowanych dżinsów, zazwyczaj w kolorze jasnobłękitnym, których sam bym nie założył, ale jakoś działały na mnie u innych, wydawały się jakby miękkie, ciepłe w kroczu, dobrze opinające biodra, uda i pupę, po prostu seksowne i zachęcające. Uwielbiałem latem tych mężczyzn maszerujących przez miasto, wypatrzonych gdzieś w kusej koszulce, krótkich spodenkach – skąpani w słońcu, skąpym odzieniem odkrywali dla mnie choć ociupinkę z tego, co mnie tak bardzo kręciło. Albo ci rowerzyści. Wzdychałem do ich potężnych ud, napiętych muskułów i odpowiednio masywnych pośladków. Popedałowałbym razem z nimi, oj, popedałował! Jednak najczęściej w facetów wpatrywałem się w autobusie. Tam chwytało mnie to chwilowe złudzenie, że skoro jedziemy w tym samym kierunku, to może skończymy w tym samym miejscu, z tymi samymi chęciami na więcej niż tylko autobusowa przejażdżka.