Rozdział 6

Przyjechał i miał mi za złe, gdy już zrozumiał, że to nie było kłamstwo. W ramach dowodów wyciągnąłem z kosza na śmieci już lekko przyschniętą prezerwatywę. Wtedy się wkurwił, że przecież to nie fair. I to jeszcze u nas w domu. I bez uzgodnienia z nim. I że nie powinienem. I że nie wierzy, że nie było mi dobrze, bo przecież mówiłem wcześniej, że było zajebiście. A na moje tłumaczenia, że zrobiłem przecież w końcu jedynie to, na co tyle razy dawał mi przyzwolenie, zaczął filozofować, że przecież on nie może mi niczego zabronić i że sam powinienem umieć powiedzieć sobie stop w imię naszej miłości i szacunku do naszego partnerstwa i naszego związku. Co za stek bzdur?, myślałem. Jakie patetyczne frazesy? A on dalej ciągnął, że przecież największy dar, jaki mogę od niego dostać, to wolność, a ja mu mogę się zrewanżować, dając tę samą wolność i że możemy z tych naszych wolności korzystać, ale w granicach rozsądku. W jego mniemaniu tym razem granica rozsądku została przekroczona, a ja powinienem być wróżką, która odgadnie, że jego tysięczne zapewnienia, że mogę robić, co chcę, to tylko takie gadanie, pod którym tak naprawdę kryje się chęć posiadania mnie jako własności, która co prawda ma czuć się wolna i wszystko może, ale tylko potencjalnie. Zeszłej nocy potencjalność się ziściła i on może pierwszy raz w życiu poczuł, że seks to nie zawsze tylko seks. Poczuł zazdrość i chciał wiedzieć: w jakiej pozycji, jak długo i jakiego miał, a jak wyglądał i jak całował. I w tej zazdrości wziął mnie niemal siłą i było niemal tak cudownie jak za pierwszym razem – bo to był nasz pierwszy spontaniczny i dziki raz od dawien dawna. Namiętny, ostry i pełen uczuć – sprzecznych. Zęby nam się zazębiały, dupy chciały się dupczyć, głowom nie chciało się głowić nad tym, co się wydarzyło – chciały czuć i tracić zmysły. Z każdym pchnięciem wiedziałem, że nie jest mu wszystko jedno, że mnie kocha i zarazem nienawidzi. Jakie to proste, pomyślałem – odpowiednimi ruchami frykcyjnymi uderzać w prostatę. Dawał mi klapsy w pośladki i choć dotychczas raczej tego nie lubiłem, to tym razem kręciło mnie to bardzo i aż syczałem i mruczałem, żeby bił mnie jeszcze mocniej. Ładował we mnie ten potężny ładunek sprzecznych emocji i miał siłę potężnego generatora. Generował we mnie złość, ale i jakąś dziką radość. Wiedziałem, że ja też go kocham, nienawidząc jednocześnie właśnie z powodu tego kochania. I pokochałem go jeszcze bardziej, gdy w trakcie orgazmu powiedział:
– Kocham cię, wiesz? I nie chcę już, abyś był wolny w taki sposób. Nie chcę, abyś pieprzył się z innymi beze mnie, dobrze?
– Dobrze – obiecałem mu i opadłem z sił. Udobruchany do cna. Tak – udobruchany to jest najbardziej odpowiednie słowo. Nasze serca biły jak szalone i ociekaliśmy potem.
Następnego dnia Marcin zadzwonił do tego kolesia ze szkoleń, że sorka, ale zaproszenie do nas jest jednak nieaktualne i skasował jego numer.

Tamtej nocy było wspaniale, spaliśmy wtuleni w siebie i nawet nie przerażało mnie to, że rano, które miało nastąpić za kilka godzin, będę znów musiał pójść do pracy, której wcale nie lubię i najchętniej wcale bym już tam więcej się nie pojawił. Ale nie miałem żadnej alternatywy, bo ta żeby nie iść nigdzie niestety nie wchodziła w rachubę. Mimo wszystko czułem się taki jakiś doładowany – sam sobie z uśmieszkiem pomyślałem, że to słowo w tej sytuacji jest cokolwiek dwuznaczne. Doładowany… Marcin nieźle się napracował i napocił, żebym tak się czuł. A rano? Jak cudownie jest się przebudzić i tak bez słów wtulić się na łyżeczkę w swojego ukochanego, wymacać jego penisa, który pulsuje od porannego wzwodu – och!, zwodzi mnie, wodzi za nos, oczy i usta i kompletnie uwodzi tym swoim wzwodem, mówię wam, mówię, że nie zawodzi… A potem? Potem cudnie jest wcisnąć rękę pomiędzy jego ciepłe uda i jednocześnie całować mu kark, przejechać dłonią po kosmatym torsie, otrzeć się zarostem o zarost, całować mu szyję, gdy on już troszkę wybudzony cichutko mruczy i się delikatnie uśmiecha, gdy gryziesz go leciutko w ucho. Chciałbym mieć czas, aby jeszcze chwilę zostać i zanurzyć się pod kołdrę, złapać go za jego twardniejącą pałę i zapałać szybką żądzą, może nawet oddać mu się tak na szybciocha lub chociaż zmolestować go, gdyby nie był gotowy na nic więcej. Aby być zupełnie szczerym, to przyznam, że przeszło mi przez myśl, aby go obudzić wyszeptanym do ucha hasłem: „kto rano wstaje, temu Szymon daje” i się wypiąć w oczekiwaniu na jego natychmiastową reakcję, a po reakcji akcję. Albo przynajmniej chciałbym chwycić w dłoń tego jego pięknego kutasa niczym jakąś pacynkę i, poruszając nim jakby był jakimś fraglesem czy innym stworem, zaśpiewać za niego jeszcze raz tę optymistyczną pieśń, którą śpiewałem już kiedyś na jego ranne we wzwodzie powitanie. Zgadniecie jaką? Pewnie nie zgadniecie… „Jak dobrze wstać skoro świt, jutrzenki blask duszkiem pić”. Ale było przy tym śmiechu! W końcu to Radość o poranku. Radość, która chciałem, aby wypełniła mnie od środka. Nie o tym myślał Janusz Kofta, pisząc ten tekst – to pewne, że nie był to hymn o porannym wzwodzie, ale bawiło nas to niemiłosiernie. Był to śpiewający penis jak się patrzy. Widziałem chyba kiedyś taką animację gdzieś w necie, ale ta nasza wersja była o wiele lepsza. Oj, wiem. Wiem, że głupi jestem, może i nawet żenująco głupi, ale takie bywa szczęście.
Jednak tym razem nie miałem czasu na takie poranne żarty ani tym bardziej dłuższe poranne szaleństwa. Wcale nie chciałem, ale posłusznie wstałem i pobiegłem się szykować, a przed wyjściem dałem Marcinowi jedynie buziaka prosto w usta na pożegnanie, a właściwie przywitanie, a on go miło odwzajemnił gestem posyłania całusa, ale widać nie chciał jeszcze witać dnia i cudownie przekręcił się na drugi bok, odkrywając nagie pośladki, które gdy tylko zobaczyłem, to musiałem jeszcze delikatnie pogładzić i pocałować, przywitać też je i pożegnać zarazem. Och, jak mnie ogromnie rozczulał ogrom tego piękna, które jakby na nowo dostrzegłem… Ale cóż? Musiałem iść, aby potem posłusznie i nawet z uśmiechem pracować jak mróweczka cały boży dzień aż do 17.
W pracy co jakiś czas myślałem o tym, że dawno nie było nam tak miło i że dawno nie oddawałem mu się z taką radością i szaleństwem. Wspominałem sobie te dogłębnie miłe chwile dzisiejszej nocy, a do tego jeszcze ten poranny buziak i zapatrzenie się w jego kształtne i kudłate pośladki, w które kiedyś tak bardzo lubiłem się wtulać, a on mi na to tak chętnie pozwalał. Wrócimy jeszcze do tego na dłużej czy to tylko taki jednorazowy wybryk?, zastanawiałem się. Oby to trwało, chciałbym bardzo…
I dzięki tym wszystkim przyjemnym myślom oraz dzięki tej cudownej nocy powracającej w pamięci nawet zbytnio mnie nie wkurwiały te kolejne prace nad reklamami, powielające stereotypowe podziały ról płciowych, w których ciągle tylko denne rozmowy pani z margaryną, pani z jogurtem, pani z proszkiem do prania lub płynem do mycia naczyń albo pani z farbą lub odżywką do włosów. I weź tu człowieku bądź kobietą. Niby świat idzie do przodu, jest równouprawnienie, ale kobieta w reklamach to ciągle niewolnica służąca – za darmo! – rodzinie albo lalka uwięziona w pułapce wizualnego ideału, do którego musi dążyć. A faceci? Z nimi lepiej wcale nie było. Wisiały mi te męskie podnoszenia kufli, przeżywanie bramki niemal jak orgazmu, przedłużanie męskości megawypasionymi autami i te wszystkie supermęskie zachowania, które zniewalały miliony kobiet, a mi kazały nie czuć się pełnowartościowym mężczyzną, jeśli ośmieliłbym się realizować swoją wizję męskości w nieco odmienny sposób. Miałem to wszystko w dupie, nawet ten straszny seksizm, który i tak coraz mniej miał wspólnego z rzeczywistością, biorąc pod uwagę coraz silniejsze kobiety i coraz słabszych mężczyzn, i coraz większą wolność, aby być sobą i realizować siebie, jak się chce. Bo w realnym świecie coraz rzadziej zdarzały się kobiety takie stereotypowo kobiece, czyli wiotkie, słabe, delikatne, niezdecydowane, a za to często pojawiały się robiące wiele, aby zobrzydzić te stereotypową kobiecą wiotkość lub ją wykorzystać do swoich celów. A i realni faceci bywali tacy niemęscy, za to usilnie starający się, żeby być atrakcyjnymi ciachami, zadbanymi bardziej od niejednej kobiety.
Cóż! Może to frazes, ale czasy się zmieniły. Teraz to są przystojne kobiety i piękni mężczyźni. A i często okazuje się, że faceci hetero potrafią być takimi cipami, z jakimi zawsze kojarzono tylko pedałów, za to pedzie równie często okazują się bardziej męscy i mają więcej testosteronu od niejednego gawędziarskiego wielbiciela minetek, co to mocny tylko w gębie, ale jak przyjdzie co do czego, to nawet językiem zaspokoić nie potrafi, nie mówiąc już o poziomie intelektualnym – przecież już od dawna jest więcej lepiej wykształconych kobiet niż mężczyzn. No zmienia się ten świat, a niektórzy nawet twierdzą, że staje na głowie: MTV nie jest już muzyczną telewizją i nadaje same głupawe reality show; Edyta Górniak po tych botoksach i liftingach wygląda czasem zupełnie jak Michael Jackson, bo przecież wraz z rozwojem technologii HD należy inwestować w nowoczesne metody oszukiwania starości (nawet fotoshopem); powstają też kobiece ligi w piłce nożnej; straż miejska może karać za nieposprzątanie kupy po swoim psie; a za kilka lat świat dowie się, że bracia Wachowscy nie są już braćmi, tylko bratem i siostrą. Normalnie jakiś matrix, nie? Na dodatek nie wszystkim kobietom i mężczyznom podoba się to, co dzieje się z coraz mniej jednoznacznymi wizerunkami płci. I tak źle, i tak niedobrze. Bo kobiety mają być niezależne i wykształcone, ale przy okazji niech pozostaną też kobietami – niech nadal piorą, gotują i chowają dzieci, jak na prawdziwe kobiety przystało. A mężczyźni niech będą partnerami, niech będą delikatni i współczujący, ale jak się to kobietom znudzi, to i tak znajdą sobie staroświeckiego macho, prawdziwego mężczyznę, szowinistyczną świnię, co przyprze do muru, potraktuje jak uległą kobietkę i siłą przywróci naturalny porządek rzeczy. I niech ci faceci nie ubierają się w te modne szmaty, bo weź tu rozpoznaj orientację delikwenta, skoro co trzeci ubiera się jak przegięta ciota?! Nawet dresiarze chodzą teraz wystrojeni w oczojebne kolorowe polówki, których jakiś czas temu by na pewno nie założyli, bo gdzież tam róż, pomarańcz, jaskrawa zieleń czy fiolet pasują do prawdziwego mężczyzny? A teraz? Paradują nieświadomie ubrani niemal w tęczową flagę! Do tego niejednokrotnie palą pedałki! Co to ta moda robi z faceta? – tylko komplikuje sprawę kobietom i pedałom, bo weź się tu domyśl, czy pod tym metroseksualnym kolesiem kryje się hetero czy może homo? Nie wiadomo! A może nawet ten dres to kryptociota? Normalnie jajko niespodzianka, miszmasz i bądź tu człowieku mądry i się nie pomyl! Homo przebrani za hetero, hetero przebrani za homo…

W drodze do domu zrobiłem zakupy. Marcin przywitał mnie uśmiechem, pocałunkiem oraz rozciągniętymi slipami i poplamionym kawą podkoszulkiem, zdradzającymi, że cały dzień nic nie robił, a jedynie pozwalał sobie, aby ogarniało go słodkie lenistwo. Aż dziw, że nie zajął się sprzątaniem, bo w zlewie zalegały jakieś naczynia nawet z wczoraj. Kochałem go i chciałem z nim znów się kochać jak ostatniej nocy. Na moje pytanie, czy coś jadł, odpowiedział, że robił sobie jedynie kanapki. Gdy wspólnie rozpakowywaliśmy torby z zakupami, zauważył, że kupiłem mu chupa chupsy i z radości rzucił mi się na szyję.
– Ależ ja cię kocham, wiesz? – powiedział roześmiany.
– A skąd wiesz, że to dla ciebie? – prychnąłem.
– A niby dla kogo? – rzekł pretensjonalnym tonem, chyba wiedząc, że poprzednią kwestię odegrałem niczym aktor.
– Dla mojego kochanka – rzuciłem ot tak, a on spojrzał mi w oczy spode łba. To nie było śmieszne. – No przecież ty jesteś moim kochankiem, nie? – wyjaśniłem natychmiast, bo nie podobał mu się ten ciężkawy dowcip, i klepnąłem go w pośladek. – Co sobie pomyślałeś,  głupolu jeden?!
– Ale żartowniś z ciebie… – powiedział i skradł mi całusa. – A wiesz, że przeczytałem dziś w gazecie, że Morze Aralskie właściwie wyschło, a nadal jest we wszystkich atlasach i na globusach? Pamiętasz z geografii, że to było jedno z największych jezior na świecie? Dlatego nazywano je morzem.
– No pamiętam – potwierdziłem.
– I czym to przebijesz? – Powróciły nasze ciekawostki. To dobry sygnał. Marcin oczekiwał, że go czymś zaskoczę.
– A na przykład… – zacząłem zastanawiać się, o czym ostatnio słyszałem, a czego mógłby nie wiedzieć Marcin. – Nie wiem, czy wiesz, że… – Co by mu to zapodać?, myślałem, ale nic nie przychodziło mi do głowy. On już w tym czasie rozwijał z papierka swojego ulubionego mlecznego lizaka, patrząc na mnie tym swoim szelmowskim, pełnym samozadowolenia uśmieszkiem. – O! Mam! – krzyknąłem dumny sam z siebie. – Wiesz, że tuńczyk może być nawet wielkości delfina? Ja myślałem, że to taka mała rybka jak śledź, że mieści się do puszki, a dowiedziałem się…
– Zonk – przerwał mi zblazowanym i tym razem pełnym już nawet samouwielbienia tonem. – Pewnie, że wiem. Masz coś innego? – dodał nieco perfidnie.
– Kurcze… – Myślałem chwilę, a on wpatrywał się we mnie, walcząc jeszcze z folijką. – O! Tego pewnie nie wiesz! – rzuciłem nagle, jednocześnie wkładając część kupionych produktów do lodówki, a zostawiając na blacie tylko te, które przydadzą mi się do zrobienia obiadu.
– No słucham – rzekł, wkładając do buzi lizaka, będąc jakby pewnym, że nie powiem niczego zaskakującego.
– Wiesz, co to jest SIDA?
– SIDA? – powtórzył zdziwiony.
– To taki skrót – podpowiedziałem.
– A! Wiem! już kiedyś mi mówiłeś. To AIDS po francusku. Oni lubią wszystko przerabiać po swojemu. UFO też jakoś tam przetłumaczyli. Tak przynajmniej mówiłeś…
– No tak: OVNI – powiedziałem zrezygnowany. – Czasem masz zaskakująco dobrą pamięć – przyznałem. – Szkoda tylko, że jak czasem coś mówię, to mnie nie słuchasz i potem mówisz „pierwsze słyszę” – musiałem wbić szpilę, nie umiałem się powstrzymać.
– Ty się lepiej nie mądraluj, mądralo ty jedna, tylko przebij moją ciekawostkę! – I palnął jakby mobilizująco:  – Frajerze…
– Zaraz ci dam frajera!
– A dawaj, dawaj! – Ciućkał ciągle swojego lizaka, głupio się gapiąc z tą irytującą pewnością siebie.
– Dobra! Sam tego chciałeś. – Podszedłem do niego i wyperorowałem mu prosto w twarz: – Krowy mają cztery żołądki, a przez to wielki wpływ na ocieplanie klimatu, bo produkują metan czy coś tam, ale na pewno nie żaden dwutlenek węgla. No i dlatego wołowina nie jest ekologiczna. Jakoś tak… – dorzuciłem na koniec niepewnie, bo miałem świadomość, że zabrzmiało to niezbyt logicznie.
– Serio? – powiedział zadziwiony. – Trzeba o tym poszperać.
– No mogłem coś pomylić, ale tak mi ktoś w pracy mówił – dodałem zadowolony z siebie.
– A wiesz, że Kim Ir Sen zabronił Koreankom noszenia torebek, twierdząc, że to oznaka zachodniego indywidualizmu? – Widać, że chciał mnie czymś przebić.
– Oj, chyba zmyślasz. Oni tam są pierdolnięci, ale że aż tak?
– To jest straszne, nie? – powiedział trochę jakby przerażony i współczujący.
– A! – krzyknąłem. – Mam coś jeszcze, czego na pewno nie wiesz – powiedziałem pewny swego.
– No to dawaj! – dopingował.
– Wiesz o tym, że Koranu nie można odśpiewywać?
– Jak to nie można, skoro oni śpiewają? – Marcin odpowiedział wątpiąco.
– A widzisz. My to tak odbieramy, że oni śpiewają, a oni tak naprawdę to jakby melorecytują. Jest zakaz śpiewania Koranu, bo to świętość, a śpiewanie kojarzy im się z zabawą i dlatego nie można go śpiewać. No i co? Nie wiedziałeś o tym!
– No to mnie zaskoczyłeś – zadumał się i pokiwał głową z uznaniem.
– Ale wiesz, tak twierdzą tylko jacyś ortodoksi.
– Oj, ty moja mądralo – powiedział i przytulił się do mnie. – Tym razem chyba wygrałeś – oznajmił, patrząc na mnie z udawaną złością, ale zaraz dodał: – Ale i tak cię sprawdzę, czy mi żadnych bujd nie sprzedajesz.
– A se sprawdzaj, jak chcesz! – rzuciłem i dałem mu siarczystego buziaka. – A teraz daj mi spokój albo pomóż mi w przygotowaniu obiadu.
– A muszę? Obejrzałbym sobie nowy odcinek Gotowych… – powiedział, wpatrując się we mnie błagalnym wzrokiem i ściskając mnie w kroczu. – Ty robisz przecież takie dobre rzeczy bez niczyjej pomocy…
– Już przestań mi tu kadzić i zejdź mi z oczu! – podniosłem niby groźnie głos i udałem, że chcę go uderzyć ścierką, którą nagle chwyciłem. – No spierdalaj przed telewizor!
– Oj dobra, dobra, ty mój brutalu. – Skradł mi buziaka, zwinął jabłko i rzucił się na sofę w salonie, a ja cieszyłem się sam do siebie jak głupi do sera. Nie mogłem opanować tej radości i nawet w sumie nie chciałem tego robić, bo to uczucie było jakimś powrotem do tych już przeszłych chwil, które kiedyś były normą, a dziś były wyjątkiem, który dobitnie potwierdzał smutną regułę, że łatwiej i częściej jest nerwowo i złośliwie niż przyjemnie i z miłością.

Zrobiłem makaron z rukolą, anchois, odrobiną chili, migdałami i parmezanem. To składniki z grubsza – innych nie zdradzę, bo to moja własna wariacja na temat przepisu znalezionego w necie i może kiedyś jeszcze nim kogoś zaskoczę. Do tego reńskie białe wino, półsłodkie, czyli zwykłe i tanie Liebfraumilch, bo jak już wspominałem żaden z nas nie był smakoszem w kwestii win – do sommeliera nam było daleko jak na księżyc – a więc każde, nawet najtańsze półsłodkie wino z Lidla lub Biedronki, było lepsze niż jakieś tam drogie, a cierpkie jak cholera chardonnay czy inny pinot.
Do obiadu Marcin ubrał się nawet w coś bardziej eleganckiego od majtek, wszystko mu smakowało i zachwalał mnie pod niebiosa. A po jedzeniu była znów przyjemna rozmowa. Niewiarygodne. Wystarczyło się puścić, aby przewrócić ten chory porządek do góry nogami. Gdybym o tym wiedział, zrobiłbym to dużo wcześniej. Powiedziałem mu, że chciałbym przez jakiś czas spróbować zapomnieć o seksie z innymi kolesiami – że teraz tylko my. Przyznał mi rację. I było sielsko anielsko. Miło się do siebie uśmiechaliśmy, pytaliśmy: czy chcesz herbatę?, a może zrobić ci kanapkę?, czy może chcesz lody albo zrobić ci loda? i czy pokochasz mnie dziś tak romantycznie jak kiedyś? I nikt nikomu niczego nie odmawiał. Tylko przez chwilę zrobiło się nerwowo, gdy Marcin spytał, czy to był pierwszy raz, kiedy go zdradziłem, a ja mu odpowiedziałem, że wielokrotnie go zdradzałem na jego własne życzenie przy nim samym i jakoś mu to nie przeszkadzało. Zamknął się i pocałował mnie, tak jak dzień wcześniej i tak jak dzień wcześniej miało być cudownie i namiętnie, ale niestety bolało mnie w trakcie, więc skończyło się na wspólnej miłości oralnej, tak czy siak zakończonej oralnym wyznaniem „kocham cię”, urozmaiconym chyba jak jeszcze nigdy dotąd stwierdzeniem „jak nigdy przedtem”. I było pięknie i słodko aż do wyrzygania, ale mimo to żaden z nas nie rzygał. I chcieliśmy więcej i więcej.

Ale to nie była ta zdrada. Bo według dotychczasowej marcinowej definicji zdrada bez miłości to żadna zdrada. To było puszczenie się. I co? Jednak okazało się, że czasem można pomylić się co do swoich własnych reakcji, bo niby problemu miało nie być, niby mogłem się do woli puszczać, a jednak jakiś problem się pojawił, gdy już się tego puszczenia dopuściłem. Po tym całym zdarzeniu Marcin chyba nieco zmienił zdanie na temat seksu na boku. Cieszyłem się i myślałem, że warto było się poświęcić, bo z perspektywy czasu to zdarzenie nieco na wyrost traktowałem i opisywałem jako megapoświęcenie. Dodatkowo ta moja zdrada stała się czymś, co nas trochę oświeciło, co nami potrząsnęło, co dało nam mniej więcej pół roku rewelacyjnej przerwy od beznadziei i szarości w związku, od szukania fucking friend’ów, od życia „obok” i „zamiast”. Jak to mawiają: nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło. Znów jakbyśmy się zakochali w sobie. Znów byliśmy ciekawi siebie i siebie słuchaliśmy. Znów dbaliśmy o to, aby drugiemu było dobrze. I Marcin wierzył w to, że może powinienem próbować zacząć chodzić na kursy kucharskie, bo to jest to, co lubię i w czym się odnajduję i spełniam. Nie znam się na kuchni jak Makłowicz, Nigella czy Jamie Oliver, ale eksperymentuję, wymyślam i najważniejsze, że ludziom smakuje. Może rzeczywiście w to powinienem zainwestować czas i pieniądze? Może powinienem zacząć myśleć o samorealizacji – teraz to takie modne słowo i wszyscy się samorealizują, więc czemu nie ja?
I zainwestowałem. Los czasami ma jakieś wyczucie czasu i właśnie w momencie, gdy mój kryzys w pracy sięgał zenitu, a ja mimo wszystko nie miałem w sobie siły, aby samemu się zwolnić, nastąpiła redukcja etatów i zredukowano mnie bez pytania. Nie to, żebym płakał. Mimo że obiektywnie można pomyśleć, że utrata pracy to nic pozytywnego i – najogólniej mówiąc – to przejaw tego, że w życiu się nie powiodło, to ja miałem poczucie nie klęski a jakiegoś triumfu – jakby właśnie mi się udało coś niesamowitego albo raczej jakby światu nareszcie udało się zrobić coś specjalnie dla mnie. Miałem wrażenie, że mnie i światu wyjdzie to na dobre. Wiedziałem, że finansowo damy sobie radę – Marcin dość dobrze zarabiał. Jednak ja dla własnego spokoju zacząłem słać CV do różnych agencji, tak naprawdę mając nadzieję, że nikt nigdy się nie odezwie, a za to z nieba spadnie mi jakaś szansa od losu kompletnie odmieniająca moje życie zawodowe, które powoli dogorywało, a którego ja mimo wszystko nie miałem najmniejszej ochoty reanimować. Gdy sprawdzałem, czy ktoś odpowiedział na mój list motywacyjny i CV wysłane mailem i okazywało się, że jakichkolwiek odpowiedzi brak, godzinami i nie bez przyjemności mogłem siedzieć przed kompem – słuchać muzy na YouTubie i LastFMie, sprawdzać newsy na Pudelku i wiadomości na Gazeta.pl oraz przeglądać zapętlone ze sobą strony porno i zasysać z netu gigabajty pornoli i arcydzieł filmowych innych gatunków, których nie sposób było zobaczyć w telewizji i kinach. Potem te filmy oglądałem albo jeśli to były pornosy, to przewijałem suwakiem w poszukiwaniu ulubionych pozycji, najlepszych ujęć i najbardziej jarających mnie modeli, a co poniektórych znałem nawet z imienia i nazwiska, znaczy się z pseudonimu. Po strzale w chusteczkę albo brudne majtki lub skarpetkę, wiedziałem, że wieczorem będę chciał jedną z pozycji podpatrzonych na filmie wypróbować z Marcinem, choć z doświadczenia wiedziałem, że tylko na filmie wyglądały one na wygodne i dające niepowtarzalne doznania.
Czytałem też dużo książek, chcąc choćby odrobinę zmniejszyć zaległości, których przecież nigdy się nie da nadrobić, bo niemal każdego dnia poznawałem nowe nazwisko artysty, nowego pisarza, tytuł filmu, którego nie widziałem, a bez którego niby nie można żyć. Jakoś dawałem do tej pory radę – na przykład bez takiego Tarkowskiego, którego widziałem jedynie pół filmu i nieomal umarłem z nudów – ale mimo wszystko łapałem się w ten rytuał powinności – że muszę zobaczyć jeszcze to, muszę przeczytać tamto, że być może owe dzieło otworzy mi oczy na świat lub przynajmniej da niezapomnianą rozrywkę. I powolutku nadrabiałem te zaległości, zdając sobie sprawę, że świat i ludzkość i tak mnie prześcigną z tą ich wielością nie do opanowania i nie do nadgonienia. Z nimi nie mam szans. Ale nie ustawałem w próbach i niczym Syzyf pchałem swój kamień lub kamienie innych, które niby miały być takimi dziełami, a okazywały się w sumie nie wiem czym – nie przemawiały do mnie zupełnie lub kompletnie nie rozumiałem zachwytów nad nimi i ich renomy.
Czasami zdarzało mi się wracać myślami do tej sytuacji zwolnienia z pracy – odbierałem je tak jakby w makroskali, zapominając o moim szczególnym przypadku, bo w sumie nie ma się co oszukiwać: mi to zwolnienie spadło jak gwiazdka z nieba. Może nie to, że się o nie modliłem czy coś takiego, ale nie była to moja praca marzeń a raczej koszmarów i wiedziałem o tym od dawna. Męczyłem się tam.
A tak ogólnie zastanawiając się nad problemem rynku pracy, myślałem, że w zasadzie to chyba zawsze jak w firmach tną wydatki, to tną też głowy tych najmniej doświadczonych pracowników. I tak, pomijając kompletnie moje zaangażowanie w tę pracę i w ogóle abstrahując od agencji reklamowej, jak to możliwe, aby ktoś młody i dopiero co po studiach mógł mieć wielkie doświadczenie i umiejętności, bo przecież tego szukają i właśnie tego oczekują wszyscy pracodawcy. Chory ten świat, że starych i z doświadczeniem przyjmować nie chcą, bo są starzy i już według nich średnio zdolni do podążania z duchem czasu, a młodych i świeżo po studiach nie chcą w ogóle zatrudniać lub jeśli zatrudnią, to w przypadku kryzysu pierwszych zwalniają jako niedoświadczonych i zbyt młodych. To gdzie ci młodzi ludzie mają praktykę zdobywać? No oczywiście – na stażach i wolontariatach – za friko mają zachrzaniać. Bo najlepiej, żeby zaraz po studiach mieli już za sobą 10 lat doświadczenia i to najlepiej na różnych stanowiskach. I żeby mieli ileś tam dyplomów, różnych fakultetów i kierunków, a i studiów podyplomowych też kilka, nie wspominając o biegłej znajomości kilku języków obcych w mowie i piśmie poświadczonej oczywiście odpowiednimi certyfikatami. Ja wiem, że z tym moim angielskim to powinienem się bardziej postarać. Teraz to żaden atut, a po prostu norma – zresztą tak samo jak prawo jazdy i obsługa komputera. Już dawno mówiono, że teraz bez tego wszystkiego to ani rusz. Ale co ja zrobię, że dla mnie to nie takie hop-siup. Prawka nie mam, bo nigdy do samochodów mnie nie ciągnęło – może przez ten wypadek mojego ojca, a może przez to, że motoryzacją nigdy się nie fascynowałem. Ja nawet nie zbierałem tak jak inni chłopcy obrazków z gum turbo. Zresztą w mieście z dość dobrą komunikacją można się przyzwyczaić do autobusów i tramwajów – dodatkowo to też dość ekologiczne. A jeśli chodzi o komputer, to obsługiwać potrafię, ale bez przesady – do informatyka to mi baaardzooo daleko. A angielski? W CV mam wpisanego first’a i nikt się tego nie czepiał, więcej nie wymagał. To o co wam w ogóle chodzi? Za młody? Starzeję się każdego dnia, kiedy siedzę w domu i coraz bardziej skupiam się na opanowywaniu wiedzy o pornoprzemyśle, zwłaszcza tej odnogi gejowskiej, hollywoodzkiej z mięśniakami w wersji bear (duzi i owłosieni, misiowaci, chętnie brodacze) lub równiutko wygolonymi, których podziwiam jednakże nieco mniej, bo preferuję męskie owłosienie. Niektórych aktorów, o czym już wspominałem, poznaję po kształcie przyrodzenia. Lecz do czego mi się to może przydać? Przecież w Polsce to nawet pornobiznesu nie ma, więc i nikt mnie nie zatrudni w reklamie i marketingu czegoś, co nie istnieje. A może ci eksperci od czytania CV, ci ludzie w human resources wyczuwają, że na tę reklamę i marketing poszedłem trochę owczym – czy jak to się tam mówi – pędem i nigdy nie byłem w tym zbytnio dobry, lotny i tym zafascynowany, skoro na moim koncie spektakularnych sukcesów raczej nie ma, a w zainteresowaniach raczej nudna literatura, nudne ambitne kino, a nie jakieś zajebiste sporty ekstremalne. Mniejsza z tym. Nie ma co narzekać, że nie odpowiadają – trzeba dziękować niebiosom! Przecież nie chcę znów ślizgać się tam pomiędzy wystajlowanymi ludźmi, zakochanymi przede wszystkim w pracy i w sobie. Może powinienem pomyśleć o czymś innym. Tylko o czym? O tym gotowaniu?
Z przyzwyczajenia wstawałem ciągle rano o tej samej porze, jakbym szedł do pracy. Gdy Marcin zostawał w domu, to zazwyczaj mijaliśmy się gdzieś, on włączał sobie radio, a ja słuchałem muzyki i czytałem książki. Gdy go nie było, to czasem już od samego rana grało pudło, które teraz już nie było pudłem, a zgrabną plazmą, i leciało tak sobie w tle – jakiś kanał muzyczny lub TVN24. Tak ze dwie godzinki poświęcałem na szukanie w necie pomysłu na siebie. Robiłem to bez przekonania i w sumie tylko tak na odwal się, jakby jedynie dla uspokojenia sumienia, które kazało mi coś robić – cokolwiek. Szukałem też jakichś ofert, niechętnie, ale jednak głównie w branży reklamowej, pisałem listy motywacyjne, ale bez większej motywacji, bo jednym okiem ciągle zerkałem w stronę migających na ekranie telewizora obrazów. W końcu zostawiałem to całe poszukiwanie ofert i leżałem godzinami przed telewizorem, w którym gwiazdy gotowały, śpiewały, tańczyły i wciskały kity, polecając w TVMango garnki, co same gotują, noże, co kroją wszystko i jakieś przyrządy do ćwiczeń, co same ćwiczą i odchudzają całkowicie bez ludzkiego wysiłku. No ja też mam lekki brzuszek, ale w takie cuda to ja nie uwierzę. Śmiać mi się chciało, patrząc na te uśmiechnięte gęby, gdy to coś wibrowało, odchudzając lub właściwie wibrując, odchudzało. Naiwność ludzka nie zna granic, żeby sparafrazować słowa naczelnikowej gminy granej przez Bożenę Dykiel w Wyjściu awaryjnym. To jest dopiero majstersztyk reklamy, że ludzie kupują to badziewie po obejrzeniu takiego badziewia. Ale że reklama dźwignią handlu wiadomo od dawna. Woda z mózgu. Neuromarketing. Mam znajomego, co z tych telezakupów ma już chyba wszystko: pokrowiec na rower, którego właściwie nie posiada, bo nie lubi pedałowania; kuchennego robota, co miał sam po sobie sprzątać; mopa obrotowego, który podłogę wyciera do sucha; sławny pas do elektrostymulacji, który chociaż nikogo nie odchudził, to każdy chce go mieć. Rany! Skoro wszystko jest na sprzedaż, to i wszystko można kupić, więc ten znajomy chciał kupić smukłą figurę, zdolności, a nawet talent. Wszystko nowoczesne, rewolucyjne! Gdyby mógł, to kupiłby także miłość, przyjaźń i szczęście – i mnóstwo megatrwałych baterii, aby one nigdy nie ustały w trwaniu. A wszystko to bez wychodzenia z domu! Obiecanki cacanki, a naiwny człowiek uwierzy we wszystko niczym żona alkoholika niepotrafiąca od niego odejść. Wszyscy czekamy na cud – może nadejdzie wraz z fantastycznym produktem, który na ekranie sprawiał ludziom taką radość, czyniąc świat lepszym i łatwiejszym.
Po obejrzeniu kilku fantastycznych wywiadów nakręconych z fantastycznie zadowolonymi posiadaczami fantastycznych produktów pstrykałem dalej. Na kanałach informacyjnych ktoś się awanturował, ktoś płakał, komuś porwano dziecko lub jakiś uczeń pobił i wyzwał nauczyciela. No i wystarczyło nacisnąć jeden przycisk i już inny świat. Dawno nie miałem okazji tak sobie siedzieć przed telewizorem kilka godzin z rzędu. Było to wszystko w sumie zadziwiające, a właściwie zadziwiająco ogłupiające. I jakoś mało mnie to ruszało: i te medialne śmiechy, i te medialne płacze i lamenty. Wszyscy się na wszystkim znają, więc politycy mówią o zdradach, pisarki gotują, tancerze wyznają, jak bardzo marzą o nagraniu płyty, zwykli ludzie wypowiadają się na temat strefy euro, psychologowie analizują zachowania polityków, politycy psychologizują na temat zachowań ludzkich, wróżki i wróże popisują się słownictwem z zakresu medycyny i radzą jakiemuś patafianowi, który zadzwonił na 0-700 natychmiast iść do lekarza, bo wyczytali w kartach, że wszystkie gwiazdy na niebie lub inne, jeszcze mniej jasne, układy magiczne coś tam mówią i ostrzegają przed ciężką chorobą. A tak w ogóle to niemal wszyscy chcą być gwiazdami lub celebrytami i marzą, aby mieć swoje 5 minut, zaistnieć, zaskoczyć czymś niesamowitym, wypłakać się przed kamerą, przyznać do skrywanych dziwactw, wyrzucić z siebie wszystkie żale, zaprezentować swój talent, który często był talentem tylko według nich – coś à la najgorsza śpiewaczka świata Florence Foster Jenkins. Ale cóż, ludzie teraz lubią konteksty (że biedne dziecko z sierocińca; że dziewczyna tracąca wzrok; że ktoś chorujący na rzadką chorobę; albo że starsza pani spełniająca swoje być może ostatnie marzenie), więc wysyłając smsa, chcą pokazać, że mają serce, że współczują, że dają szansę i pozwalają przejść dalej – do następnego etapu, w którym nastąpi tym bardziej bolesne zderzenie z rzeczywistością już nie tak łaskawą. Ale cóż! Taki świat. Nawet telewizje muzyczne, o czym już wspominałem, niemal już nie puszczają muzyki, serwując w zamian głupie reality shows przeplatane jakąś absurdalną sieczką z klipami, w których jeśli kobieta, to obowiązkowo cycata, wylaszczona i niemal mokra w kroczu od tych stęków i achów – normalnie porno w biały dzień bez cenzury i żadnej kontroli, żesz kurwa mać! Za co to człowiek płaci ten abonament i po co ta kablówka! Co to się stało z tą telewizją, żeby na dobry film lub program o kulturze w publicznej stacji trzeba było czekać do 23? Dobrze, że chociaż powstała TVP Kultura… Tylko że jedna jaskółka wiosny nie czyni… Natomiast jeśli od rana frapuje cię kwestia imienia twojej przyszłej żony lub interesuje cię: ile będziesz mieć dzieci, ilu lat dożyjesz, zastanawia cię data twojego ślubu albo jeszcze nie wiesz, w jakiej pozycji się pobzykać dziś wieczorem, to ślij smsa! Telewizja muzyczna prawdę ci powie – już od samego rana! Tylko za 2.49, czyli właściwie za bezcen! Za to na TVN24 i innych Polsatach News świat jakby się znów zaciął – ciągle tylko, co powiedział ten, a co tamten, czy ten podał rękę tamtemu (wiadomo kto nie podał i komu, bo ZOMO i dziadek z Wehrmachtu, i zamach, i grupa trzymająca władzę, i na pewno homolobby). I kto umarł, a kto zmienił resort, gdzie był wypadek autokaru, kto wpadł z łapówką, a kto zawalił sprawę autostrad i kto czekał w kilometrowej kolejce do lekarza. I to samo co chwilę, co kwadrans, co godzinę – i tak w koło Macieju. A jak ktoś ważny umarł albo w wypadku zginęło kilkoro rodaków, to i ramówkę zmieniali i pasek się pojawiał krzyczący, że świeć Panie nad jego/jej/ich duszą i Matka Boska i Wszyscy Święci. I jak nie urok, to sraczka, znaczy się – jak nie tragedia, to jakaś afera za aferą, których istotę można będzie poznać po kilku latach, gdy już nikt o nich nie będzie pamiętał albo nie będzie można poznać już nigdy, bo sprawy przycichną, dowody wyparują, a zainteresowanie i emocje opadną. Ale jest news, jest kąsek – niech się popodniecają z nami ci przed telewizorem, a zaraz zobaczą sobie te wszystkie reklamy jogurtów, proszków i ubezpieczeń samochodu i polis na życie, bo przecież dopiero co było o tym, że nieszczęśliwe wypadki chodzą po ludziach, że nie wiadomo, kiedy będzie nagłe bum i momentalny koniec – zginąłeś na zielonym świetle lub jakiś wariat wystrzelał ciebie i innych kilkadziesiąt osób jak kaczki, bo ma chorą misję, a ty mu się świetnie nadałeś, żeby info o tej jego chorej misji natychmiast znalazło się w mediach – a więc zabezpiecz swoją rodzinę i nie zostawiaj jej z niczym. No, tego wróżki rzeczywiście nie mówiły, aż tak dosłownie nie straszyły – jakaś niewiadoma musi być. Ale nawet kanały informacyjne były przekaźnikami spreparowanego lęku – jak nie ostrzeżeniem przed powodzią, tornadem lub atakiem terrorystycznym to przynajmniej zapalnikiem strachu, że zmierza do nas nieuniknione lub że baryłka ropy, szalejąca inflacja i kurs franka zabiorą nam przyjemność w postaci dopiero co reklamowanego ulubionego jogurtu 0%, na który zaraz nie będzie nas stać. Normalnie strach się bać i koniec świata!
Co prawda było kilka kanałów filmowych, ale większość filmów, które tam puszczali już widziałem albo akurat leciały jakieś strzelaniny lub głupie debilokomedie nie w moim klimacie. Szybko musiałem się wyrwać od tej telewizyjnej żenady, więc zaczytywałem się książkami, których zdołałem wcześniej nakupować na Bearbooku i w innych tradycyjnych księgarniach, ale jak dotąd nie miałem czasu wziąć się do ich lektury. Może choć trochę nadrobię, myślałem, patrząc na te książkowe regały w salonie i przedpokoju, na których już niemal nie było miejsca. Po skończeniu jednej zawsze był ten sam dylemat: co teraz? Nadrobić klasykę czy może coś z nowości…?
I dopiero z czasem, zamiast porannej kawy i telewizji śniadaniowej, zacząłem biegać po okolicy, wykorzystując buty, które kiedyś kupiłem w nadziei, że przydadzą się od zaraz, a przydały się dopiero teraz. Kondycji nie miałem, więc zacząłem od marszu przeplatanego truchtem, a pomagała mi w tym specjalna aplikacja na iPhone’a, którą za darmo ściągnąłem z Apple Store. Mówiła, ile przebiegłem i w jakim czasie, pokazywała nawet trasę biegu na mapie, a w tle mogłem sobie ustawić muzykę, jaką tylko chciałem. Wypluwałem płuca. Było męcząco, ale po jakimś czasie przyjemnie na tyle, że nawet gdy było lekko chłodno, wychodziłem trochę pobiegać. Po treningu robiłem sobie śniadanie, czytałem, próbowałem szukać jakichś kursów kucharskich, a póki co – ku uciesze Marcina – próbowałem przeróżnych przepisów z domowych książek lub z portali w sieci – zwłaszcza takich, które wiedziałem, że będą nieprzekombinowane na tyle, aby jemu smakowały. On lubi eksperymenty, ale bez przesady – wiadomo, że najlepiej najeść się można ziemniorami z kawałem mięcha i marchewką z groszkiem lub buraczkami, a nie jakimiś dietetycznymi naleśnikami z kozim serem, kiełkami lucerny i zielonym pesto. Oj nie, kochany! Niedoczekanie twoje, aby jeść codziennie tradycyjny polski obiad, choć raz na jakiś czas – czemu nie? Nie mam nic przeciwko ziemniakom – nawet bardzo je lubię – ale ile można?!

No więc gotowałem, czytałem, biegałem i cieszyłem się, bo cieszyło mnie to łatwe i smakowite życie, które czasami doprawione było nieco ostrzejszym i pikantniejszym wieczorem lub niespodziewanie rankiem – domyślcie się, o co mi chodzi, a domyśleć się nie jest trudno, biorąc pod uwagę moje libido. Jednak trochę czułem ciągle tę presję, że powinienem mieć już jakiś etat, że może za dużo mnie w domu i że Marcin tego mnie siedzącego nieustannie i stacjonarnie na dupie w końcu nie zniesie – w sumie mijał już drugi miesiąc – a my ciągle mieliśmy nadzwyczaj dobry okres – dawno nam się taki nie przydarzał. Cieszyło mnie to nasze dogadanie w łóżku, bo wiem, że od niego tak wiele zależało. Ludzie, a zwłaszcza faceci i tym bardziej ich szczególna odmiana – geje – są w tym względzie dość prości. Nie da się tego ukryć, choć czasami starają się ową prostotę zatuszować pewnymi formami finezji i kamuflażu, żeby tak eufemistycznie określić rodzaj kłamstwa. Nie dam głowy, że wszyscy są tacy sami, ale pewnie większość. No i w tym łóżku było świetnie niemal jak na początku. Poza łóżkiem też. I mieliśmy znów do siebie cierpliwość – rozmawialiśmy ze sobą, pytaliśmy, czasem nawet żałowałem, że może niepotrzebnie kiedyś zdecydowaliśmy, że oznaką zaufania i naszej wspólnej miłości jest niezamykanie drzwi, gdy któryś z nas siedzi w łazience. Nieważne, czy siedzi na sraczu czy bierze prysznic. Może powinniśmy mieć więcej tej intymności, tak tylko dla siebie? Teraz już chyba było za późno na ponowne ukrycie się za zamkniętymi drzwiami – znaliśmy swoje wszystkie odgłosy ciała – także te, których przy innych byśmy się wstydzili, a które czasami bywały jedynymi naszymi konwersacjami jakże wymownie obrazującymi i przede wszystkim udźwiękowiającymi to, gdzie i jak głęboko siebie mamy. Mam cię gdzieś, pedale, wypierdział Marcin – spierdalaj, chuju, beknął Szymon. Nad tą miłą wymianą zdań unosił się przemiły zapach niewspólnie zjedzonych posiłków, niewspólnie także trawionych w niewspólnych żołądkach i jelitach. Już nie chciało mi się inicjować takiej rozmowy – że może spróbujmy tę obrzydliwą intymność zamknąć za drzwiami łazienki – bo nie wydawało mi się, aby Marcin uważał to w ogóle za istotne. I było dobrze. Teraz wymykające się pierdy lub beknięcia ilustrowały chociaż niewinne uśmiechy i potrafiliśmy się śmiać z obleśnych odgłosów naszych ciał i z nas samych. Było zabawnie. Było spokojnie. Było delikatnie. Jeśli agresywnie, to tylko w czasie seksu i to z umiarem, bo żaden z nas zbytnich ekstrawagancji w kierunku s/m nie wykazywał. Ja nawet jak nigdy dotąd starałem się sprzątać, zmywać, a muszę ponownie zaznaczyć, że do pedantów nigdy raczej nie należałem, w przeciwieństwie do Marcina. I była sielanka, bajka i życie jak w Madrycie.
Na domiar tego bezmiaru szczęścia i miłości miałem też czas na to, aby sobie popisać, co zawsze sprawiało mi przecież ogromną radość. Kupiłem sobie niedawno Słownik poprawnej polszczyzny, a następnie Słownik terminów literackich. Czytałem o nurtach i prądach w literaturze oraz zastanawiałem się, jak tworzyć powieść z formalnego punktu widzenia. Jak komplikować wątki, zaciekawiać i zaskakiwać czytelnika, jakimi sposobami wodzić go za nos, czy zmieniać style czy może lepiej konsekwentnie trzymać się jednego, jak bardzo czerpać z tego, co już było, a na ile zapomnieć o całym dorobku ludzkości. Główkowałem nad tym, czy zależałoby mi na tym, aby wpisać się w jakiś nurt literacki oraz w ogóle jak pisać, aby miało to ręce i nogi. Ale tak naprawdę zależało mi na tym, aby moje pisanie miało nie tylko kończyny, ale też serce, fiuta i pięść – właściwie całe ciało od stóp do głów i aż po same koniuszki palców. I żeby te słowa napisane tym całym ciałem waliły jak obuchem w łeb, otrzeźwiały, skłaniały do myśli, podniecały. Zboczony mam język w gębie, więc i zboczony jest mój język polski – pisałem, niegrzecznie bawiąc się słowem i licząc, że to chwyci za serce i za fiuta. Pisząc, byłem szczęśliwy. Przy okazji uczyłem się szybkiego bezwzrokowego pisania na klawiaturze. Nazywa się to pisanie pełnopalcowe. Przyda się na pewno. Stukanie dwoma palcami wskazującymi na dłuższą metę jest dość męczące.
Polepszyło się nam. Nie mogłem w to uwierzyć. Był spokój. A może to tylko cisza przed burzą? Przecież dopiero co walczyliśmy na noże, słowa i cisze podszyte frustracjami. Teraz znów było dobrze i nawet nie wiedzieliśmy, co takiego się wydarzyło. To wszystko było niewiarygodne jak rozbój w biały dzień, ale się działo. W nocy także. Czarnej nocy.

I byłem bezrobotny – bez większych sukcesów i większego doświadczenia zarówno w pracy jak i w byciu bezrobotnym, ale również bez większych chęci, aby pracować w swoim wyuczonym zawodzie. Myślałem o czymś innym – coraz częściej o jakimś kucharzeniu w małej restauracyjce, ale kto zaufa komuś nawet bez szkoły gastronomicznej i bez żadnego wcześniejszego choćby kelnerowania? No może kiedyś się uda, myślałem. Może najpierw jakiś kurs się znajdzie. Na pewno nie zaszkodzi. Rozglądałem się trochę leniwie. Bez napinki. Byłem przecież szczęściarzem nieznającym paniki związanej z lękiem o swój los i przetrwanie do pierwszego.
I jakiś czas po redukcji mojego etatu w mojej byłej agencji reklamowej całkiem niespodziewanie los postanowił zredukować z tego świata moją babcię. Złamała sobie rękę, przewracając się na klatce schodowej, a w szpitalu lekarze rękę wsadzili jej w gips i dali jakieś leki przeciwbólowe, lecz że od dłuższego czasu chorowała na arytmię, mając przy tym spore nadciśnienie, to jej stare serce niestety nie wytrzymało. Z wiadomych względów trochę częściej zacząłem rozmawiać z mamą. Ktoś jej mówił, że to wina lekarzy i że można by się sądzić, ale w sumie przecież babcia była już dość niedołężną i schorowaną starowinką, powtarzającą często, że „starość Panu Bogu się nie udała” – babuleńką, która nie chciała się przeprowadzić ani do mojej mamy, ani do żadnego domu opieki i wiedziała o tym jej synowa, i wiedziałem o tym ja – jej jedyny wnuk półsierota, którego tak strasznie hołubiła po tragicznej śmierci swojego jedynego syna. Oj, babciu… Będę zawsze pamiętał twoje błękitne oczy i ciepłe delikatne dłonie, którymi zawsze na powitanie dotykałaś mnie po policzkach, przyciągając moje czoło do swoich ust, a potem tarmosiłaś mnie po nosie i mówiłaś, że musisz dokończyć pasjansa, w którego potrafiłaś grać pasjami. Szkoda, że zbyt mało wypytałem cię o twoje powstańcze historie, o powojenną tułaczkę z prababcią i o pradziadka, którego nawet nie widziałem na żadnym zdjęciu, bo żadne nie ocalało. Ciągle myślałem, że mamy czas, że zdążę wypytać o poprzednie mieszkania w Warszawie, o dzieciństwo mojego ojca, o dziadka, którego nawet nie poznałem, bo zmarł jako młody, ale schorowany weteran wojenny, gdy mój ojciec był jeszcze małym chłopcem. Przepraszam babciu, że nie dałem nam szansy na to, abyś mogła to wszystko dokładnie opowiedzieć. „Gdybym wiedział, że rzeczy przestaną istnieć, starałbym się lepiej je zapamiętać”. To cytat z przepięknego filmu Avalon Barry’ego Levinsona o rodzinie rosyjskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Pomyślałem właśnie o tobie, gdy usłyszałem to zdanie w filmie. Czasem myślę, że gdybym dotkliwiej przeżył śmierć mojego ojca (może byłem na to za mały), to pewnie intensywniej wykorzystałbym czas z tobą, wiedząc, że czas nie jest wieczny dla nikogo. Przypominałaś mi o tym, mówiąc czasem, że ty rośniesz już do ziemi, ale ja się tylko śmiałem, ciesząc się, że ja staję się coraz bardziej dorosły, lecz ja nie rozumiałem głębszego sensu tego, co do mnie mówisz. Mimo częstego używania słowa „wieczny”, nic nie jest wieczne – może tylko niedoskonałość i walka dobra ze złem. Babciu Stasiu – brak mi ciebie i twoich głębokich oczu. Rest in peace, że tak się z angielska wyrażę, choć dosłowne polskie tłumaczenie – odpoczywaj w pokoju – jest całkiem niczego sobie.
Lecz nie o śmierci babci myślałem, oczekując jakichś pozytywnych rozwiązań i szans od losu. Jednak zgodnie z zasadą szczęścia w nieszczęściu, babcia – prawdopodobnie zupełnie nieświadoma tego, że nie dam jej nigdy prawnuków – w testamencie zapisała mi cały swój majątek, który stanowiło mieszkanie w centrum Warszawy wraz z jego całym wyposażeniem: fornirowanymi meblami, wyliniałym dywanem, w większości starodawnymi sprzętami AGD i RTV, kilkoma niewiele wartymi obrazami i sporą ilością książek zalegającymi na półkach i regale. Wśród nich znalazłem jeszcze sporo takich, które były drukowane na grubym, pewnie makulaturowym, a teraz już bardzo pożółkłym papierze; część z nich miała nawet jeszcze nieporozcinane kartki, z czego wniosek, że nigdy nie zostały przeczytane. Były to w większości jakieś nieznane dzieła w olbrzymich nakładach (zapewne tzw. socrealistyczne produkcyjniaki) – dziś już się w książkach nie drukuje informacji o ilości drukowanych egzemplarzy. Znalazłem też Portret Doriana Graya Oscara Wilde’a – zniszczony i zdaje się przestudiowany wielokrotnie, bo nawet z pozaznaczanymi fragmentami i podkreślonymi gdzieniegdzie zdaniami i większymi fragmentami. Przeczytałem ten Portret jeszcze raz i niespodziewanie wzbogacił on portret mojej własnej babci, który na nowo odmalowywał się w mojej głowie zaraz po jej śmierci. Odkryłem, że to właśnie z dzieła Wilde’a babcia miała swoje często powtarzane powiedzonko: „Wszyscy cierpimy karę za to, czego się wyrzekamy”, nad którym nigdy jakoś szczególnie się nie zastanawiałem. Czemu nigdy nie zgadaliśmy się z babcią na temat literatury w ogóle, a Wilde’a i jego Doriana w szczególności? Może dlatego, że zawsze na jej stoliku przy fotelu leżał jakiś Balzak, Dumas, Prus, te „lepsze” harlequiny, czyli Mniszkówna i Danielle Steel, lub inne Sagi o ludziach lodu czy innych nie tylko skandynawskich ludach. Takie lektury to trochę nie moja bajka, myślałem. Byłem już wtedy na etapie literatury gejowskiej, w ogóle literatury przeklętej i tej bardziej niegrzecznej klasyki światowej – już po Genecie, Millerze, Rimbaudzie, Kafce i Marquezie, a ciągle przed Cortazarem, Cendrarsem, Calvino, Keruackiem, Faulknerem i Rothem (Philipem, ale i Henrym), nie mówiąc jeszcze o Jelinek, Kertesz’ie, Eugenidesie oraz Masłowskiej, która zapewne w tamtym czasie to nawet sama o samej sobie nie śniła jeszcze jako o pisarce. Muzyka słuchana przez babcię to też nie było dla mnie nic szczególnie ciekawego. Ciągle włączała sobie winyle z muzyką klasyczną – to dzięki niej poznałem Strawińskiego, Musorgskiego, Brahmsa, a nawet Chopina – a jeśli już puszczała rozrywkę, to też jakąś taką mało rozrywkową, bo trudno za rozrywkowe uznać smęty Marii Koterbskiej, Sławy Przybylskiej albo Anny German. Rozmijały się nasze gusta dość drastycznie, zwłaszcza po tym jak przestałem słuchać piosenkarek w stylu Frąckowiak, Jurksztowicz czy Sośnickiej. Jeszcze gdy po kryjomu, nie przyznając się nikomu z klasy, słuchałem Kasi Kowalskiej, Edyty Górniak, Varius Manx lub nawet Agnieszki Maciąg, to mogłem z babcią o tym pogadać, popuszczać jej te piosenki bardzo różnej przecież jakości – w tym celu przynosiłem swój przenośny boombox – ale potem, gdy zacząłem słuchać czegoś klasycznie rockowego jak np.: Doorsów, Janis Joplin, Patti Smith i Edyty Bartosiewicz albo czegoś jeszcze bardziej ciężkiego, w stylu Nirvany, Pearl Jam, O.N.A. lub Kazika, to temat nam się jakby skończył, co nie oznaczało, że pedalskie diwy kompletnie przestały dla mnie istnieć – co to to nie. Mama także nie podzielała moich zachwytów nad muzyką – żadną. Ona jakby w ogóle nie potrzebowała słuchania czegokolwiek – jedynie opery, tylko że te mydlane. Telenowele i telenowele – jedna za drugą. Siedziała u siebie, a ja zamknięty w swoim pokoju spisywałem teksty ulubionych piosenek w kajeciku i uczyłem się ich na pamięć. Ach, to były czasy… Byłem wtedy jeszcze tak głupiutki i naiwny. Nie rozumiałem do końca, co się ze mną dzieje; trzymałem język za zębami, nikomu nie mówiąc o odkrywaniu swoich małych zboczeń. Teksty piosenek kierowałem do chłopaków – nieważne, że napisane z perspektywy kobiecej i przez kobiety śpiewane. Wzruszałem się, myśląc o tym, czego pragnę; bałem się tego; czasem się nienawidziłem. Ręce świerzbiły mnie, aby się ciągle dotykać, być może dlatego, że coraz silniej pragnąłem być dotykany i nieustannie marzyłem, żeby dotykać innych mężczyzn, choć przecież tak naprawdę do tamtego czasu (poza tym chłopakiem z piwnicy) nie dotykałem jeszcze nikogo. Szukałem cielesności – męskiej cielesności. Śledziłem ją w filmie, w magazynach, w raczkującym internecie. Nie wiedziałem co prawda nic a nic o fotografiach Mapplethorpe’a ani Diane Arbus, ale już za niedługo miałem pójść na wystawę prac Nan Goldin w CSW, bo w gazecie znalazłem notkę, że na swych zdjęciach przedstawia między innymi nowojorskich homoseksualistów. Nie znałem też jeszcze obrazów Francisa Bacona, lecz już wkrótce miałem tę niewiedzę nadrobić i dowiedzieć się, że Bacon jako szesnastolatek został wyrzucony przez własnego ojca z domu, po tym jak ten przyłapał dorastającego Francisa na przymierzaniu bielizny matki. Czy wszystkie dzieci są takie ciekawskie i zboczone, czy tylko te homoseksualne?, zastanawiałem się. Czy „normalne” dzieci też tak szybko patrzą w kioskach w ten róg z pornografią? Pytania były czysto retoryczne – wiedziałem, że w większości tak. Chłopaki z klasy wymieniali się przecież heteryckimi świerszczykami i to od dawna. Ja odważyłem się kupić pierwsze pismo dla gejów. To była moja lekcja męskiej anatomii. Jakże dosadna. Już od dawna wodziłem wzrokiem za mężczyznami i rozbierałem ich wzrokiem, ale i tak nie dostrzegłem nigdy tego, co zobaczyłem w tej pornogazetce. Nie mówiłem o dziewczynach, ale milczałem też o kolegach – o Piotrku także, chciałem, by był tylko dla mnie.
Ale ja miałem przecież mówić o babci… Czy ona się tego wszystkiego domyślała? Czy widziała, że jestem inny? I czy też tak miała jako mała dziewczynka, że korciło ją, aby podejrzeć nagość dorosłych? Na półce miała albumy Kossaka, Van Gogha i Podkowińskiego. Niemal żadnej nagości – poza Szałem Podkowińskiego wszystko ubrane od stóp do głów. A dla mnie nawet ten Szał był jakiś taki nieerotyczny… Na ścianie wisiała kiepska reprodukcja tego obrazu, oczywiście w nieprzystającej do oryginału skali i wydrukowana na kiepskim papierze, który zapewne od wilgoci zaczął się już marszczyć. No nie podobał mi się; musiałem przyznać, że kobiece ciało mnie w ogóle nie ruszało. Filmowo też się z babcią nie zgrywałem. Może wcześniej lubiła coś bardziej ambitnego, ale na stare lata w preferencjach filmowych, tzn. telewizyjnych, dogadywać by się mogła jedynie z moją matką. Klany, Zbuntowane anioły i Mody na sukces. Telenowele rządziły i pochłaniały babcię. Sądząc po przejęciu, z jakim je oglądała, można powiedzieć, że żyła nimi bardziej niż własnym życiem, a nawet, bardzo ważnym dla niej do pewnego momentu, życiem sakralnym, bo stojące na kineskopowym telewizorze obrazki z Janem Pawłem II i obok Chrystusem były jakby niezauważalne, a obrastające kurzem nie zachęcały do pójścia na mszę lub zmówienia różańca, który jeszcze kilka lat wcześniej jeśli akurat nie był używany, to leżał na pewno w wiadomym miejscu, tuż pod ręką, w wiklinowym koszyczku na stole. Ale przyszedł dzień, gdy zauważyłem zniknięcie różańca. Obrazki zostały, lecz czarne paciorki połączone złotym łańcuszkiem gdzieś przepadły. Zniknęły lub się gdzieś zawieruszyły, tak jak zawieruszyła się głęboka wiara widoczna nawet w najbardziej świeckich i objawiających się na płyciźnie życia czynnościach dnia codziennego, i zupełnie jak kamień w wodę – nie ma: znikło, przepadło, zginęło. I chwała za to, że babcia nigdy nie wierzyła wiarą wyznawców ojca Rydzyka, choć moherowy beret miała – w kolorze fioletu, miły w dotyku, z antenką. Pustkę po różańcu i ciągłych modlitwach wypełniła nowa religia – telewizja, a w niej seriale. Ja gardziłem tymi tasiemcami, bo miałem ambicje, żeby odciąć się od kultury masowej i telewizyjnej sieczki produkowanej zupełnie bez krztyny artyzmu. W tym czasie wydawało mi się, że polubię francuską Nową Falę, ale po obejrzeniu kilku filmów ten pogląd się sam zrewidował. Niektóre z tych dzieł nie przetrwały próby czasu – i były to manieryczne, przeintelektualizowane i męczące gnioty (może trafiłem na te gorsze?). Mimo to szukałem dalej – zazwyczaj rzeczy trudnych, mrocznych, ciemnych, zakazanych, przełamujących tabu. Jakiś Lynch, von Trier, Almodóvar, Cronenberg, Polański lub Żuławski. Odnajdywałem w nich siebie. Próbowałem docierać do dzieł potwierdzających moją tożsamość. I choć czytałem całkiem sporo, zawyżając pesymistyczne wyniki badań dotyczące czytelnictwa polskiej młodzieży, to trzeba przyznać, że do tamtego momentu i tak pewnie przeczytałem mniej niż napisał sam Kraszewski, którego skądinąd babcia miała kilkadziesiąt – wcale nie takich cienkich – powieści w swoich wysokich przeszklonych komodach i szafach, sądząc po zużyciu stron, wyeksploatowanych do imentu.
Marcin bardzo mnie wspierał, wiedząc, że dość blisko żyłem z moją coraz bardziej odjeżdżającą w stronę swojego osobnego świata babcią. Miała początki Alzheimera, głuchła. Siedząc przed telewizorem rozkręconym niemal na cały regulator, odjeżdżała; mówiąc po naszemu: łapała zawieszki. Może dlatego rezygnowałem z pytań o wojnę. Ustaliliśmy, że aby nie wzbudzać niepotrzebnego zamieszania, Marcin nie pójdzie ze mną na pogrzeb. Jakoś sam nie wiem czemu, ale pomyślałem o mamie, której pewnie byłoby trudno stawić czoła tym wszystkim podejrzliwym spojrzeniom, czemu jestem z jakimś facetem, a nie z dziewczyną, i powiedziałem mu, że chyba będzie lepiej, jak zostanie w domu. Nie oponował. Na pogrzeb przyjechała niewielka grupka dalszej rodziny babci. Pojawiła się nawet moja ciotka spod Wrocławia jako jedyna reprezentantka rodziny ze strony mojej matki. Nie było Marcina, nie było też Roberta, bo gdzieś poleciał, Anka z Łukaszem też pracowali, ale była za to Aga. Może chciała przyjść, bo kiedyś – jeszcze przed tym zniedołężnieniem spowodowanym tym Alzheimerem – kilka razy odwiedziła wraz ze mną babcię, a potem zawsze wspominała te wizyty z jakiegoś rodzaju rozrzewnieniem – pewnie dlatego, że jej obie babcie już od dawna nie żyły i nie mogły przygotować jej tak pysznego obiadu jak moja. Z Agą w ogóle łączyła mnie jakiś szczególna więź – to ona jako pierwsza dowiedziała się, że jestem gejem, na co szybko odpaliła, że spoko, że ona też, natychmiast tłumacząc, że po angielsku słowo „gay” oznacza także lesbijkę. Czemu jej zaufałem? Może się po prostu wyczuliśmy? Homoseksualny radar?
Pojawienie się Agi na cmentarzu to nie był żaden pomysł odegrania mojej przykrywki – po prostu ona sama czuła potrzebę złożenia bukietu kwiatów na grobie mojej babci i symbolicznego pożegnania się. Mama wiedziała, że to moja znajoma z liceum – nawet ją poznała – ale nigdy nie wiedziała, że jest lesbijką – nie były to tematy do rozmów, bez względu na to, czy dotyczyły mnie czy innych. Aga nie należała do tego rodzaju lesbijek chłopczyc, więc nie było to wcale takie oczywiste jak w niektórych przypadkach. Nie wiem nawet, czy mama potrafiła to rozpoznawać i czy kiedykolwiek to zauważała, i  czy w ogóle się nad tym zastanawiała. Jedno jest pewne – gdy szliśmy w kondukcie, trzymając się pod ramię, nie patrzyła na nas z nadzieją, że coś mi się odmieniło i że może to ktoś więcej niż tylko stara koleżanka z klasy. Ale pewnie odetchnęła z ulgą, że nie musiała się wstydzić sytuacji, w której zamiast Agi mógłbym wspierająco obejmować się z Marcinem.
Dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł, aby pokazywać babcię w otwartej trumnie. Pamiętam swoją traumę, gdy kiedyś podczas wakacji na wsi zobaczyłem nieżywą przyjaciółkę mojej mamy, przystrojoną kwiatami i z różańcem zaplecionym wokół dłoni. Leżała w trumnie na katafalku w przykościelnej kostnicy. Chyba nikt celowo mnie tam nie zabrał. Raczej sam z ciekawości wepchnąłem się między ludzi chcących pożegnać się z piękną kobietą, dobrą sąsiadką, młodą matką, wnuczką, córką i żoną, która utopiła się w jeziorze, gdy ponoć niespodziewanie złapał ją skurcz. Raczej nie zdawałem sobie sprawy, że trumna będzie otwarta. A może dlatego tam mnie tak ciągnęło? Nie pamiętam. Wszedłem do środka kostnicy akurat w momencie, gdy jej mąż, trzymając małe, około dwuletnie dziecko w ramionach, gładził ją jedną ręką po twarzy, a potem pocałował w czoło i w usta, a ona mimo to nie wstała jak Królewna Śnieżka. Naprawdę oczekiwałem, że będzie jak w disnejowskiej bajce. Może nie stało się tak, dlatego że lato było w pełni? Może gdyby padał śnieg… Śniło mi się to potem wiele razy. Czasem, że podbiegam pod tę kostnicę i zaglądam przez okno do środka, a tej kobiety tam nie ma, a czasem inne wersje: że ona jednak wstaje jako makabryczne zombie; albo że słyszę te garście ziemi uderzające o wieko trumny, a pod rozłożystym kasztanem widzę grabarzy opierających się o szpadle i łopaty; albo że widzę ją już w zamkniętej trumnie, złożonej do grobu i przysypanej ziemią – jakby od wewnątrz – i ona się budzi i nie może się wydostać, dusi się i oczy aż jej wychodzą z orbit jak na horrorach klasy B. A po tym, jak dowiedziałem się, że jej martwy brzuch, na którym były splecione palce jej kościstych dłoni, był trumną dla martwego płodu dziecka, śnił mi się też mały trupek, taki przerażający miniszkielecik wewnątrz jej własnego szkieletu. Nie lubiłem tych snów, choć horrory raczej mi się podobały, a na pewno wzbudzały moją ciekawość. Edgar Allan Poe był wtedy jeszcze poza zasięgiem moich możliwości, ale już wkrótce miałem zobaczyć w telewizji cykl krótkich filmów grozy Poe według Cormana, w którym po raz pierwszy zetknąłem się z zasypywaniem żywych ciał i tego typu mrożącymi krew w żyłach historiami. I od czasu ujrzenia tamtej martwej kobiety w trumnie wystawianie zwłok na publiczny widok to nie był moim zdaniem zbyt dobry pomysł.
A na pogrzebie babci jednak pożałowałem. Oczywiście nie tego, że nie była wystawiona na widok publiczny w otwartej trumnie, ale tego, że nie było przy mnie Marcina. Gdy już składali trumnę w otworze w ziemi (pod którym spoczywał już dziadek) i gdy zaciskałem wargi, aby się nie rozszlochać i rozryczeć w głos, to zatęskniłem za nim i to do niego zapragnąłem się przytulić, choć i tak uważam, że to, co zrobiła Agnieszka, gdy idąc ze mną w żałobnym orszaku, tak mocno ściskała mnie za koniuszki palców i gładziła po plecach, chcąc podnieść mnie na duchu, było piękne. Przytuliłem się z mamą i ciotką i przyjąłem kondolencje od jakichś dalekich krewnych oraz dawnych znajomych i sąsiadów babci. Potem mama, ciotka i ja poszliśmy na grób ojca, który był w innej części Wólki. Na nagrobnej tablicy obok imienia i nazwiska ojca wygrawerowane było też imię mojej matki. Żyła i stała obok, ale już zafundowała sobie złote literki na cmentarzu i wieczną leżankę kilka metrów pod ziemią. Wariatka, pomyślałem, spoglądając na nią w złości, że głupia chce mnie zostawić i poniekąd przez nią czuję się w tej chwili taki samotny, bo to jej chciałem zrobić dobrze, nie zabierając Marcina. Gdyby umarła, zostałbym niemal sam: obaj dziadkowie i teraz już obie babcie odeszły, zostałaby mi jedynie dalsza rodzina. I Marcin. Może tylko on. Zacząłem myśleć o pogrzebie ojca. Nie pamiętałem niczego. Pustka. Jakaś dziura. Un trou de memoire, jak mawiają Francuzi. Na pogrzebie babci Jadzi nie byłem. Mama pojechała sama, ja nie mogłem. Gdy wróciłem do domu, powiedziałem Marcinowi, jakie to było niesprawiedliwe, że nie mógł być przy mnie podczas ceremonii. I doszedłem do wniosku, że przecież mógł, tylko to my niepotrzebnie skomplikowaliśmy sprawę, przejmując się innymi, a przede wszystkim moją matką. Łzy napłynęły mi do oczu i rozryczałem się. Wieczorem gdy się już uspokoiłem, zaczęliśmy wspólnie obmyślać przyszłe działania związane z mieszkaniem po babci. Stanęło na tym, że sprzedajemy, choć matka dzwoniła, żebym się nad tym zastanowił, bo warto mieć coś swojego. Decyzja jednak zapadła.
Część co cenniejszych i bardziej mnie interesujących dzieł z książkowej kolekcji babci zabrałem do domu, a resztę sprzedałem w antykwariacie. Mieszkanie nieco odremontowałem – właściwie tylko trochę odświeżyłem, bo babcia mimo swoich 78 lat dbała o swój dobytek (ściany z mała pomocą Marcina i Roberta pomalowałem na biało, boazerię w przedpokoju także; do pomocy przy sprzątaniu wynająłem panią, która umyła okna i wypastowała parkiet) – a następnie, mimo ciągłych nękających mnie telefonów i głośnych sprzeciwów mojej matki, wystawiłem na sprzedaż. Marcin już mnie zameldował u siebie jakiś czas wcześniej i zapewnił, że mogę u niego mieszkać ile chcę, bo jego mieszkanie to jest nasz wspólny dom. Dawał mi w ten sposób do zrozumienia i chciał mnie zapewnić, że z nieruchomością po babci mogę zrobić, co tylko zechcę. Sprzeciw matki wobec sprzedaży mieszkania nie był podyktowany żadnym sentymentem, a jedynie chęcią, abym miał coś dla siebie – coś swojego, tak na wszelki wypadek. Mieszkanie nie było ani jakoś piękne, ani nawet zbytnio związane z moją rodziną. Babcia zamieniła się na nie w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, rezygnując ze sporo większego gdzieś na Ochocie przy Pomniku Lotnika, którego nie miałem szans nawet pamiętać, choć matka mówiła, że ponoć tam kilka razy byłem jako mały chłopiec. Pieniądze, jakie babcia zarobiła na zamianie mieszkań w dużej części podarowała mojemu ojcu, który kupił za nie upragniony ponoć samochód. Niedługo potem wjechał nim w drzewo i czasem, gdy spędzałem u babci Ani popołudnia po szkole, wydawało mi się, że obwiniała się o jego śmierć, cicho pochlipując z różańcem w ręku. Trochę absurd, ale chyba tak było. Nie mogła przeżyć tego samochodu, który nazywała „przeklętym podarunkiem śmierci”.
Kupiec znalazł się dość szybko. Było to trochę kasy, bo mieszkanie nie było wcale małe – 56 metrów, a do tego miejscówka świetna (zaraz przy Metrze Politechnika) i budownictwo nie z wielkiej płyty, a takie zaraz powojenne, dosyć porządne. Instalacje gazowe i elektryczne wymieniono, rury też, okna plastikowe. O wszystko zadbała wspólnota mieszkaniowa – tak samo zresztą jak w budynku mamy – całkiem prężnie działają teraz takie wspólnoty. Część z antyków wzięła mama, a resztę sprzedałem lub wyrzuciłem, jak na przykład relikt poprzedniego ustroju, wykwit prekursorskiej myśli symbiotycznej wieszczący wszystkie cuda typy 2 w 1, czyli półkotapczan, którego babcia nie chciała zamienić na nic innego, twierdząc, że jest niesamowicie wygodny, mimo kilku odstających sprężyn. Długo zastanawiałem się nad taką ciemną toaletką z litego drewna, którą moja babcia wolała nazywać buduarkiem, przy którym od dziecka po wielokroć siadałem, przeglądając się w trzech lustrach niczym w trójwymiarze. Jedno duże lustro było po środku, a po bokach dwa mniejsze, każde zamontowane z ukosa, żeby widzieć siebie z obu profili. Ołtarz, istny ołtarz jak w gotyckich świątyniach tym bardziej, że ramy luster zdobione były ornamentami. Lustro ze starości miało brązowawe jakby piegi i lekko deformowało odbijający się w nim obraz. Na blacie przed nim leżało zawsze mnóstwo różnych babcinych przyborów, bibelotów i szpargałów: szczotki, spinki, broszki, ciężkie piżmowe perfumy, lakiery i pudry, lokówka, mała poduszeczka z igłami i przewleczonymi przez nie nitkami, którymi babcia cerowała moje podarte skarpetki albo swoje rajstopy, w których poszło oczko. W rogi luster powtykane były czarno-białe zdjęcia, jedno nawet naszej trójki gdzieś przy drabinkach, a inne ojca z wojska; wydawał się na nim przystojny. Niezbyt mieliśmy na to miejsce u siebie, więc ostatecznie poprosiłem mamę, aby zabrała ten mebel do siebie. Dała się ubłagać, choć wcześniej złośliwie ponarzekała trochę, że robię z jej domu graciarnię (a więc jej dom nie był już moim…?).
W sumie to mógłbym (tak jak radziła matka) wynajmować to mieszkanie, ale jakoś słysząc wiele zapewnień ze strony Marcina, że wkrótce poza zameldowaniem uczyni mnie także współwłaścicielem swojego przestronnego mieszkania również w dobrej lokalizacji, które sam bardzo polubiłem i zacząłem poniekąd traktować jak swoje, pomyślałem, że na co mi użeranie się ze studentami, którzy najpewniej wynajęliby mieszkanie po babci i zakłócali starszym sąsiadom sen, robiąc szalone i głośne imprezy do białego rana. Gdy zaczęliśmy dowiadywać się, co trzeba zrobić w sprawie uwspólnienia majątku, okazało się, że to nie takie tam hop-siup. Według prawa jesteśmy sobie obcymi ludźmi, więc uczynienie mnie współwłaścicielem nie jest takie proste i tanie. Te wszystkie podatki od darowizny, jakieś opłaty notarialne, wpisy do ksiąg wieczystych itd. A to i tak nie rozwiązuje spraw dziedziczenia, bo rodziny mają do niego większe prawo niż nieformalny, a więc dla prawa zupełnie obcy, partner. Mimo małych wątpliwości zdecydowaliśmy wspólnie, że mieszkanie po babci sprzedajemy.
Tak więc śmierć babci Ani nie tylko dotknęła mnie jako dramat odejścia kogoś, kogo bardzo kochałem, ale zapewniła mi także na jakiś czas niezależność finansową. Mogłem swobodnie rozwijać swoje zainteresowania kulinarne, rozglądać się za jakąś pracą i nie czuć presji, że coś muszę. Dzięki ci, babciu! Jeśli kiedyś otworzę knajpę (a czasami mi się zdaje, że chciałbym), to nazwę ją po prostu U Babci. Może pretensjonalnie, ale co tam. To u ciebie się stołowałem i ty mnie karmiłaś, bo mama to najlepsza zawsze była w odgrzewaniu. Ty też lubiłaś eksperymentować w kuchni. Najpewniej mam to po tobie. Pamiętam, jak zachwycałaś się oliwkami, rukolą i octem balsamicznym, które przynosiłem ci na spróbunek. Uwielbiałaś też krewetki na maśle z czosnkiem i natką pietruszki, nie wspominając o sushi… I zdziwi się ten, kto w tej knajpie będzie spodziewał się bigosu i schaboszczaka, bo raczej u tej babci ich nie dostanie – przynajmniej nie w wersji ultratradycyjnej. Może jednak zaakceptowałabyś mnie, gdybym ci powiedział? W porównaniu z drugą babcią byłaś taka nowoczesna. Czy aż tak?

Dużą część pieniędzy ze sprzedaży mieszkania włożyłem na lokatę, co oznaczało, ze przez jakiś czas będą one zamrożone. Niewielką część przeznaczyłem na wyjazd do Tajlandii. Musiałem co prawda obiecać Marcinowi przynajmniej tygodniowy wyjazd zimą na znienawidzone przeze mnie narty, ale trudno – poświęcę się, pomyślałem. Robert pomógł nam ogarnąć jak najtańsze przeloty i hotele. Chciał z nami jechać, ale akurat w pracy miał bezlitośnie napięty grafik i nie mógł mieć aż tyle wolnego. Z nim czy bez niego, ogarnęło mnie przedwyjazdowe podniecenie: reisefieber czy jakoś tak. Nigdy tak daleko nie byłem. Do Bangkoku lecieliśmy przez Moskwę, gdzie mieliśmy na tyle krótką przerwę, że nie było sensu opuszczać lotniska, a potem wsiedliśmy znów w samolot, ażeby po niespełna dziewięciu godzinach wysiąść w kompletnie innym świecie. W trakcie lotu Marcin przeglądał rozmówki polsko-tajskie umieszczone na końcu przewodnika, a ja umierałem ze śmiechu, gdy próbował w praktyce zastosować wskazówki dotyczące wymowy różnych tajskich tonów i akcentów. Ale chwała mu za to, że próbował. I szacunek. Wyczerpani, z odczuwalnym jet leg’iem oraz z dupskiem bolącym od fotela w klasie ekonomicznej, ale w końcu dolecieliśmy. Byliśmy tak zmęczeni, że koniec świata. A więc, pomyślałem, świat rzeczywiście ma swoje końce, a my byliśmy na jednym z nich. Było upalnie, było różnorodnie, było orientalnie. Do hotelu dotarliśmy ledwo żywi i niemal od razu po posiłku padliśmy na ponad 13 godzin. Dwa tygodnie prawdziwej laby – taka myśl radowała nas od następnego dnia, ale czas kurczył się w zastraszającym tempie. Już podczas pierwszego posiłku zauważyłem, że niektórzy turyści – niezależnie od miejsca – są niezmiennie żywymi dowodami na stwierdzenie, że na wakacjach zanika poczucie wstydu i obciachu. Te śmieszne kapelusze; te wyciągnięte z przepastnych szaf spodnie nie dość, że sprzed ośmiu sezonów, to jeszcze przymałe lub przyduże nie tam gdzie trzeba; te badziewiaste pamiątki zawieszone na całym ciele, zakupione zapewne w wątpliwie atrakcyjnych cenach. Ludziom odpoczynek często odbiera zdolność logicznego myślenia, a denny i pusty konsumpcjonizm wakacyjny zasługuje na uznanie go za jedną z największych klęsk ludzkiego rozumu, którą większość z nas niestety bagatelizuje. Oby mnie nie dopadły chęci nawiezienia tysiąca pierdółek, z którymi później nie wiadomo co robić i gdzie je upchnąć. Dlatego obieram inny główny cel i będę się go trzymał: zobaczyć jak najwięcej, a pamiątką niech będą zdjęcia robione naszym nieco już staromodnym cannonem.
Marcin się trochę męczył, trochę marudził, że zbyt gorąco, a dodatkowo zwiedzanie nigdy za bardzo go nie interesowało, ale dzielnie znosił moje ciągłe łażenie, jeżdżenie i nieumiejętność usiedzenia na tyłku. No przecież trzeba było zaliczyć trochę tych świątyń i ociekających złotem posągów Buddy – w końcu gdzie, jak nie tu! A jak wrócę do domu, to będę żałował, że czegoś tam nie zobaczyłem? No na pewno nie! Jedliśmy dziwne rzeczy: meduzy w sosie sezamowym, prażone robaki, owoce, których w Polsce raczej nie uświadczysz i których nazw nawet nie zarejestrowałem. Tubylcza kuchnia zadziwiała tym, że chyba nic się tu nie mogło zmarnować. Zdawało się, że w tych biednych wioskach jakby na krańcu świata mógłbym być Houellebecq’iem, Obamą albo nawet Angeliną Jolie i nikt by mnie nie rozpoznał. Pomyślałem, że dla nich byłem właściwie nikim więcej niż przybyszem z kosmosu, który miał portfel pełen dolarów i dlatego zasługiwał na te wszystkie tubylcze uśmiechy, nie do końca chyba szczere. Gdybym chciał, to pewnie mógłbym kupić jedną, a nawet niejedną z ich córek albo synka przygotowywanego na ladyboya. I nie wiem, czy pod tym jowialnym i usłużnym uśmiechem dostrzegłbym ten oczywisty dramat. Co za świat – włos się jeży i to nie tylko na głowie! W sławnych dzielnicach rozpusty nie dziwiło nic: seks z nieletnimi, żyletki wpychane do kobiecych sromów, cola rozbryzgiwana odbytem, strzelanie piłeczkami pingpongowymi jak w Priscilli, królowej pustyni. Ma się kasę – ma się to, czego fiut zapragnie. Wszystko dla chcących coraz więcej ludzi zachodu, ale coś mi mówi, że niejeden z nich wyrzekłby się syna lub córki, gdyby tylko spotkał ich przypadkiem w tej żyjącej nierządem dzielnicy. Świat tutaj nie stawał na głowie – świat tutaj stawał na genitaliach.
I aż mnie samego to zadziwiło, ale muszę przyznać, że w ferworze wycieczek i wymarszów, zdziwień i zaszokowań oraz olśnień i obrzydliwości, dopiero w drugim tygodniu pobytu zauważyłem, że ciągle mijamy się z parą mówiących po polsku dość przystojnych mięśniaków. Wyglądali całkiem miło, raczej bez widocznych znaków szczególnych zdradzających ich preferencje seksualne, czyli, jak to się mówi u nas w środowisku, „bez skojarzeń”. Gdyby nie te branżowe mierzenie wzrokiem od stóp do głów i te uśmiechy od ucha do ucha, to trudno byłoby domyślić się, że są czymś więcej niż parą kolegów. Gdy zagadnąłem o nich Marcina, powiedział, że już drugiego dnia jeden z nich – ten wyższy i z lekkim brzuszkiem – chciał się z nami spotkać, ale Marcin odmówił.
– Ze względu na ciebie – powiedział jakby z wyrzutem.
– Jak to ze względu na mnie? – spytałem z pretensją.
– Przecież wiem, że nie masz na to ochoty – odparł jakby od niechcenia.
– Na co nie mam ochoty? Aby poznawać nowych ludzi? – odpowiedziałem naiwnie.
– Oj, głupolu – powiedział, uśmiechając się i patrząc na mnie z politowaniem. – Im nie chodzi o poznawanie nowych ludzi. Dość jasno dał mi do zrozumienia, że chcieliby nas poznać w nieco inny sposób.
– A skąd to niby wiesz? – powiedziałem trochę złośliwym tonem. – Nie mierz ludzi swoją miarą – zaleciłem. – Znów powróciła ci ochota na spotkania z innymi? Co prawda to prawda – od jakiegoś czasu znowu niemal się nie bzykamy… Wczoraj – dodałem po chwili – to wiem, że przeze mnie, bo mi się lewatywy zrobić nie chciało, ale tak ogólnie, to coś nam częstotliwość dramatycznie spadła. A jeśli już się bzykamy, to w najbardziej leniwych pozycjach, jakoś tak… energooszczędnie.
Cisza. Marcin się krzywo uśmiechnął, ale nic nie powiedział.
– No więc jak dał ci do zrozumienia, że chcą się z nami rżnąć? – spytałem po chwili milczenia.
Nic.
– No halo! Powiedz mi! – ryknąłem rozkazującym tonem.
– No boże! Czego się drzesz? Po co te nerwy w ogóle… Po prostu! Podszedł do mnie od tyłu w toalecie przy basenie, gdy stałem przy umywalce i łapiąc mnie jedną ręką za fiuta, a drugą obejmując mnie za klatę, powiedział coś w stylu: „Może poznamy się z twoim przystojnym małolatem?”. Do tego ugryzł mnie w ucho.
– No tak… Po prostu… Fajnie! – zaśmiałem się. – Teraz robię za przystojnego małolata… Ciekawe… – Patrzył na mnie i chyba zastanawiał się, czy go opierdolę, czy może zmienię temat. – A czemu dopiero teraz mi o tym mówisz? – zapytałem.
– Wiedziałem, że się zdenerwujesz – wyjaśnił spokojnie. – I że tak czy siak nie będziesz chciał w to wchodzić.
– A skąd wiedziałeś? I przecież się nie denerwuję – oznajmiłem całkowicie bez nerwów. – I co mu odpowiedziałeś?
– Że nie jesteśmy zainteresowani. A co miałem mu powiedzieć?
– A nie jesteśmy? – zapytałem.
– A ty jesteś? – odbił piłeczkę.
– Ja pytam ciebie. Jesteś?
Spojrzał za okno, wstał i wyglądając w stronę basenu, powiedział odwrócony do mnie tyłem:
– Jak dla mnie nie ma w tym nic złego. Przeszliśmy już wiele, przejdziemy i to, o ile będziemy wobec siebie szczerzy. Zresztą może być fajnie.
Nie odwrócił się, ciągle spoglądał przez okno.
– To idź ich zaproś dzisiaj do nas do pokoju – powiedziałem.
Cisza. Nic. Ciągle stał przy oknie, gniotąc rękoma zasłonkę.
– Słyszysz?! – wtrąciłem się tej irytującej ciszy w ciszę. – Spotkajmy się z nimi. Co nam w sumie szkodzi…
– Na pewno? – zapytał, odwracając się w moją stronę. W jego spojrzeniu zobaczyłem specyficzny błysk zdradzający chęć na coś więcej.
– Idź, bo zmienię zdanie. Wiem, że marzysz o tym, aby zobaczyć mnie z innymi kolesiami. – Podszedłem do niego i chwytając go za krocze, szepnąłem: – Chcesz patrzeć, jak mnie ruchają jeden po drugim, jak ciągnę im druta, jak…
– Oj, przestań, wariacie! – udał wzburzenie i chwytając mnie za biodra, przyciągnął do siebie.
– No co? Może nie chcesz?
– No… chcę – wyszeptał i zauważyłem uśmiech na jego twarzy.
– No to idź im powiedz, bo się zaraz naprawdę rozmyślę. – Potarłem moim zarośniętym policzkiem o jego zarośnięty policzek aż usłyszeliśmy taki erotyczny trący dźwięk, który tak bardzo kochałem.
– Dobra, idę. Ale na pewno? – Popatrzył mi prosto w oczy. – Jesteś pewien, że tego chcesz?
– Na pewno. Chcę.
– I nie będziesz zły?
– Nie będę.
– To idę. Zobaczysz, będzie fajnie. Są na basenie, więc dam im znać – powiedział, dał mi buziaka niczym radosne dziecko i niemal w podskokach wyszedł na korytarz.
A więc miał na to ochotę i nic mi nie mówił, pomyślałem. Nie czuje się ze mną swobodnie, aby mówić o swoich potrzebach. Nie mogę go zmuszać, aby się powstrzymywał. A może jednak mogę?

Przyszli wieczorem. Piliśmy wódkę, której nakupiliśmy sobie na bezcłówce w Moskwie, gdy kilka godzin włóczyliśmy się na lotnisku, czekając na kolejny lot. Byli z Krakowa. Od trzech lat razem. Jeden – ten niższy – prowadził siłownię i nikt nie podejrzewał, że jest homo. Drugi chodził na tę siłownię, odgrywał rolę najlepszego kumpla właściciela, a na co dzień pracował jako bramkarz w klubach. Byli ok – kulturalni kulturyści i w ogóle pełna kultura. Jak już wspomniałem, raczej nie powiedziałbyś, że cioty – tacy szerocy w barach, zupełnie jak jacyś drwale, ale bez niestrawnej kulturystycznej przeginki.
Rozmawialiśmy o tym, co lubimy w seksie i wyszło, że nie na wszystko się zgodzę. Oni lubią soxy i adiki – dla mnie to nie do przyjęcia. Obaj w analu uniwersalni. Marcin powiedział, że lubi się przyglądać. Im to pasowało. Skończyliśmy drineczki i się zaczęło, po tym jak Marcin spojrzał na mnie kokieteryjnie, jakby chcąc mnie zapytać: reflektujesz? Reflektowałem.
Dość szybko rozebrali mnie we trójkę, a potem gdy już tylko dwójka zajmowała się moim małym i sutkami, Marcin ściągnął im koszulki i spodenki i zaczął wylizywać jajka i stawiać pałki. Byli bardziej człekokształtni niż wydawało się to w ubraniach i w wyobrażeniach o kulturystach. Żadnych megaprzypakowanych i nadmiernie napompowanych klat, żadnych obrzydliwych żył na udach i ramionach, żadnego marszczenia się skóry na karkach. Jeden nie miał na sobie żadnej bielizny, a drugi, nieco niższy, nosił takie jockstrapy jak z amerykańskich filmów o graczach baseballu. W filmach tych lubiłem zwłaszcza te fragmenty kręcone w przebieralniach, gdzie co nieco udało się zobaczyć z tych umięśnionych ciał. Tu tyłek też był umięśniony, kształtny, opięty szerokimi gumami, drugi też niczego sobie, ładnie włochaty. Oba rozmiary dość średnie, ale tego niższego bardzo gruby. Zamiast brzucha miał kaloryfer, nad którym ten drugi, tak czysto obiektywnie, jeszcze trochę powinien popracować, choć jak dla mnie taki lekki masywny brzuszek jest jak najbardziej ok. Zaczyna się jazda, Marcin siada na kanapie i zapala papierosa, ja wącham poppersa – czuję pełen haj, jestem gotowy. Zaczynają od rimmingu, wkładają mi palce, ale tego nie lubię, więc daję im znak, żeby zabrali się do konkretnej roboty. Mały palec w dupie wkurwia mnie tak samo, jak taki skaczący u nogi i znerwicowany ratlerek ujadający na potęgę tym swoim wkurwiającym piskoszczekiem. Przechodzą więc do konkretów. Ruchają mnie na zmianę lub jeden drugiego, a ten drugi mnie. Potem zmiana pozycji. Jedziemy 6 na 9 – ja leżę na plecach, ciągnę temu z grubszym kutasem, jednocześnie czochrając jego włosy łonowe, a on odpłaca mi się pięknym za nadobne. Jego facet dobiera się do jego wypiętego tyłka. Najpierw delikatnie, a potem grzmoci, jakby chciał go przerżnąć zupełnie na wylot – z siłą kiloherców w małej elektrowni lub jak w jakimś tłoku o sile kilku koni mechanicznych. Co za widok! Kocham być tak blisko zdarzeń. Widzę dosłownie wszystko – całą tę ostrą rozpierduchę widzę z bliska, pierwszoplanowo i na przemian z zadowoloną miną nachylającego się ruchacza w głębi planu drugiego. Po dłuższej chwili zastępuje go Marcin. Zachowuje się jakby mnie nie było – nawet nie spojrzy, ale mnie to kręci, bo wyobrażam sobie, że podglądam go tak z bliska z innym kolesiem – jakby robił to sam na sam. Od razu wchodzi z impetem. Dymany facet jęczy, ciągle połykając mojego kutasa i musi mu się podobać, bo Marcin ma trochę większą pałkę niż jego boyfriend. Ukryte w rozciągliwej mosznie małe jąderka mojego Marcina uderzają o dość spore jajca tego kolesia, którego on rżnie, a któremu ja ciągnę. Zaczynam lizać wszystkie cztery pięknie wiszące niczym girlandy jajka. One właściwie nie wiszą, a obijają się o siebie i o moje czoło. I na ułamki sekund moje spojrzenie łączy się ze spojrzeniem Marcina – widzę, że jest podjarany, że zajebiście mu się podoba. Uśmiecha się zbereźnie niczym libertyn na rycinach do dzieł de Sade’a – tak sobie to przynajmniej wyobrażam. Mi też się podoba, jestem wyluzowany, zero spięcia. Podnieca mnie to, że do mojej dziurki dobiera się ten kolo, który dopiero co rąbał swojego narzeczonego. Unosi moje nogi. Czuję chłód żelu na odbycie i jazda – zagłębia się we mnie, a jego facet dalej mi obciąga, mając pewnie też przedni widok. Podnieca mnie ta perspektywa, w której widzę Marcina w takiej pozycji. Zadowala nie mnie, ale ja też jestem zadowolony i zadowalany. Dwoję się i troję – jestem dla nich wszystkich, a oni są dla mnie. Jest cudownie. Widzę, że Marcinowi jest dobrze i za chwilę dojdzie, dlatego wychodzi, aby nie przerywać przedwcześnie tak dobrze zapowiadającej się zabawy, a ja ściągam mu gumę i zaczynam łapczywie całować i lizać oba kutasy, które prężą się przed moją twarzą. Jestem szczęśliwy. Chwilę później zmieniamy pozycję. Wypinam się. Sam nie wiem kto wchodzi we mnie pierwszy, bo skupiam się na wąchaniu poppersa i przymykam oczy.
FF. Leżę na brzuchu na kancie biurka przed lustrem. Nawet mi nie stoi. Posuwa mnie ten mniejszy. Poznaję nie po grubości fiuta – bo dupie i tak wszystko jedno, taka już rozjechana – a po tym, że na biurku widzę opartą dłoń, na nadgarstku której jest łańcuch – ten wyższy łańcucha nie miał. Rucha. Jest ok lub raczej nijak, choć ruchający pręży się dumny z siebie jak paw – jakby był ruchmistrzem świata czy kimś takim. Pociągam poppersa i znów odjeżdżam. W lustrze widzę Marcina ruchającego naszego brzuchacza. I w tym lustrze, które jakoś się w ogóle nie wstydzi tej swojej wstydliwej i wulgarnej zawartości, wszystko jakoś puchnie, jakieś te mięśnie stają się jakby większe, muskuły się prężą, a ich zarysy są rysowane grubą kreską, taką prawie komiksową i jest w niej przesyt, nadmiar i ujęcie chwili napięcia tak przeogromnego, że jakby tuż przed pęknięciem, przed tryśnięciem, przed eksplozją totalną. Wiem! Ta scena nie jest już jak z de Sade’a – teraz jest niczym jeden z rysunków Toma of Finland – w miarę obeznane cioty powinny wiedzieć kto to, a inni, jeśli w ogóle to czytają, proszeni są sprawdzić, wpisując w przeglądarce internetowej „tom of” – resztę google podpowie, np.: „finland xxl”. I no właśnie – wszystko jest tu XXL – takie mega, takie przerysowane i takie atletyczne: i męskie bokobrody, i sterczące sutki, i fiuty olbrzymie, i jądra napęczniałe. I szelmowskie uśmiechy, i wypięte pośladki, i brutalny brak delikatności, i niewiarygodna pojemność wszelkich otworów. Samczość pełną gębą. Samczość ogromnym fiutem. I tylko brakuje oficerek, obcisłych mundurów, wojskowych czapek i jakichś skórzanych atrybutów. Brakuje też tego, aby mi znów stanął mój skurczony sprzęcik niepasujący do tego rozpasania rozmiarami i jakby zawstydzony swoim umiarem w tym bezmiarze rozmiarów.
FF. Jednostajne dość szybkie ruchy, miarowe uderzenia, stęki. Trochę nuda. Wącham znów popka – może mnie podkręci. Ja nie stękam. Raz, dwa, trzy – słyszę trzy stęki dla ścisłości. Kurcze – jeśli do trzech potrafię liczyć, a chyba do tylu potrafię liczyć bezbłędnie, i jeśli ja nie stękam, to stękają wszyscy pozostali. Podnoszę głowę i patrzę w lustro. Nie widzę, kto mnie dupczy – w lustrze jego postura się nie mieści. Widzę za to łóżko, nad nim widzę zadarte do góry nogi, a między nimi lędźwie tego mięśniaka z łańcuchem, który dopiero co pieprzył mnie. Ma goły tyłek i dlatego jeszcze lepiej widać jak bardzo pracują mięśnie jego pośladków. Na wysokości swojej głowy trzyma za kostki czyjeś nogi jakby chwytał orbitrek czy jakąś podobną maszynę do ćwiczeń. Na barku ma tatuaż, którego wcześniej jakoś nie zauważyłem, więc to na stówę musi być on, a nie Marcin, bo Marcin żadnych dziar się na szczęście nie dorobił. Podnoszę się bardziej i odwracam, żeby spojrzeć w twarz mojego ruchacza. To nie jest Marcin, a ten brzuchaty mięśniaczek. Trzyma mnie za biodra i szczerzy do mnie swoje zęby. Spoglądam w lustro i widzę, że ten, który daje dupska tam na łóżku to mój niepasywny ostatnimi czasy facet – poznaję po charakterystycznej szramie na udzie. Zamiast twarzy Marcina widzę jockstrapy założone mu na głowę i widzę też, jak ten koleś z łańcuchem wpycha do rozwartej gęby mojego Marcina białe skarpetki, których podeszwy wcale takie białe już nie są. Na kapie łóżka leżą też białe adiki. WTF?
Co się ze mną stało? Już mi się nie podoba? Już chcę do domu? Już niech sobie pójdą? Już się zestresowałem? Już dupa nie taka gościnna?
– To co chłopaki? Spuszczamy się na trzy cztery? – mówi ten, co jest we mnie tak olbrzymi, a którego jakoś nie czuję olbrzymią przyjemnością, a jedynie monstrualnym obrzydzeniem. Na zawołanie mojego ruchacza odpowiadają tylko trzy stęki. I mięśniaki przyśpieszają – i jeden, i drugi. Marcin jęczy ze skarpetką w ustach. Widzę, jak niemal pęknie guma, której Tom of Finland wcale nigdy nie rysował, a która uciska monstrualnego chuja penetrującego ciasne – dawno już chyba zarosłe i aż niemal dziewicze, bo tak długo nieużywane – otchłanie mojego faceta. Widzę, jak mój w dupę jebany Marcin jest – nomen omen – w dupę jebany i aż się pręży z podniecenia, waląc sobie kolosalnego konia. Widzę, jak niemal rży z radosnej rozkoszy i wierzga swoimi zadartymi do góry kopytami, a potem strzela białymi gęstymi kroplami w kształcie łez. Strzela do mnie, pif paf, prawie mnie zabija. Ale zdzira! Jaka dziwka i cichodajka! Nie mogę… Dławię się, choć w ustach pusto. Jeszcze… Wilgotnieję pod powiekami. Strzelają trzej razem – jak na trzy cztery. Ja, czwarty, od dłuższej chwili już nie stoję, to i nie strzelam. Przynajmniej nie tym otworem, co oni. Widzę za to, jak rzygowiny falami zalewają odbicie przede mną, jak spływają, zakrywając pornokoszmar, który rozegrał się w bezwstydnym lustrze. Słyszę:
– Co jest?, kurwa!

I nie urwał mi się film. Pamiętam każdą sekundę zażenowania, obrzydzenia, awantury i ucieczki tych kolesi, którzy nieco Bogu ducha winni, ale uciekali w popłochu jak sprawcy całej tej mojej niekontrolowanej rozpaczy. Przewijałem w pamięci ten film w przód i w tył. Jak jakiś kompletnie nakręcony nie mogłem przestać.
– Nie powiedziałeś „kocham cię”, dałeś mu to, czego mi nie dajesz niemal nigdy, a na pewno nie dawałeś od stuleci. Do tego te skarpety i buty! Jakie to było, kurwa, ohydne! – syknąłem. Mógłbym się zanosić od płaczu, wypowiadając te słowa, ale nie płakałem, mówiłem przez zaciśnięte zęby i czułem, że mam ochotę go bić. – Oblecha, wiesz?! Obrzydliwe było dowiedzieć się w taki sposób, że ci się to podoba. Zawsze mówiłeś, że cię to nie kręci. A tu proszę! Jaki megaorgazm! – krzyczałem wściekły i megawkurwiony, osiągając głosem nieznany mi dotąd diapazon.
– Sam nie wiedziałem – tłumaczył się cicho i nie wytrzymując mojego wzroku, spuścił głowę.
– Nie wiedziałem! – przedrzeźniłem go, jak przedrzeźnia się kogoś, będąc w megakurewskiej złości.
– Przepraszam. Jakoś nawet nie wiem, jak to się stało. Nie planowałem tego… – dodał cichym tonem niczym zbity piesek.
– Kurwa! Ja też nie planowałem rzygania!
– Przepraszam… – powtórzył.
– A wsadź se w dupę te swoje: przepraszam! Nie znam cię! Nie wiem, kim jesteś! Spierdalaj z moich oczu!
Poczułem, że Marcin w jednej chwili stał mi się obcy, a ekscytacja i zadowolenie z seksu z chłopakami przekształciły się w megaupokorzenie. Myślał, że powie „przepraszam”, a ja przejdę nad wszystkim do porządku dziennego. Ale jest, kurwa, noc! Noc mamy, pieprzony pojebie, a nie pierdolony dzień. I nie ma porządku! Jest burdel! Bo to nie jest w porządku… Nic nie jest w porządku…
Nienawidziłem go. I z tej nienawiści mógłbym zgładzić wszystkich pedałów świata. Nie wiem… – wysłać ich do komór gazowych, zafundować im taki nowy holocaust. Z zazdrości? Kiedyś zdarzało mi się mieć myśli, że powybijałbym wszystkich innych, żeby nie mógł na nich patrzeć i żebyśmy zostali na tym świecie sami – tylko ja i on – ale teraz zabiłbym nawet i jego. Byłem zaborczy? Bałem się? Jedno jest pewne – nienawidziłem. Czasem tak jest, że w jednej chwili można zacząć nienawidzić. Niepotrzebne są nawet do tego słowa.
I skończyła się sielanka. Z dnia na dzień. Z powodu głupiego seksu. Niby nie było potem żadnych wielkich awantur ani żadnych poważnych decyzji i ustaleń, ale i bez słów wiedzieliśmy, że nie ma o czym mówić. Do końca pobytu jedliśmy śniadania, obiady i spaliśmy w jednym łóżku, ale jakoś obaj wiedzieliśmy, że coś się zakończyło, coś pękło i że znów nastał ten gorszy czas. Nie mówiliśmy tak wiele jak wcześniej – wymienialiśmy tylko pseudoinformacje o pseudofrapujących nas sprawach jak posiłki, brak pogody albo jej nadmiar. Jacyś byliśmy tacy zachowawczy i zdystansowani. I chyba obaj gdzieś podskórnie czuliśmy, że właściwie to nie ma o czym mówić. Nie mieliśmy na to siły. Czasami łapałem się na tym, że patrzę na Marcina, zastanawiając się, czy to ten sam człowiek, którego znałem. Kogo jak kogo, ale jego wydawało mi się, że znam na wylot. A teraz? Znałem go, choć nie wiedziałem, kim on właściwie jest. I wszystko rozeszło się po kościach i myślach, bo w słowach nie wyjaśniło się nic. Milczeliśmy.
W trakcie podróży powrotnej na lotnisku w Bangkoku zwróciłem uwagę na te tysiące odlotów w różne strony świata. Do Pekinu i Los Angeles, do Tokio i Dubaju, do Kijowa i Buenos Aires. A więc te wszystkie miasta naprawdę istnieją? Istnieje Argentyna i na przykład taka Japonia też istnieje. Żyją w nich ludzie, pracują, wyjeżdżają na wakacje, a potem wracają, kłębiąc się na lotniskach i dworcach, w samolotach, pociągach i na statkach? I te miejsca nie są tylko wirtualnymi punkcikami na globusie lub zainscenizowanymi specjalnie na potrzeby telewizji informacyjnych atrapami multiplikowanej rzeczywistości? To nie dekoracje do hitów filmowego box office’u, w których grają gwiazdy światowego kina zarabiające kosmiczne sumy? Wydało mi się to niesamowite – że można po prostu wsiąść do samolotu i polecieć w tak różnych kierunkach. Gdzie się tylko chce i o ile ma się wystarczającą ilość pieniędzy. Przemknęło mi przez myśl, aby uciec, wsiąść do samolotu byle jakiego – takiego, w którym nie będzie Marcina. Stchórzyłem.
Gdzieś po godzinie od startu zaczęły się pod nami pojawiać najpierw postrzępione obłoczki, potem cumulusy, a następnie ogromny ciemny cumulonimbus, który zapoczątkował nieprzejrzystość lądu, która z kolei z perspektywy stąpającego po ziemi była nieprzejrzystością nieba. Gdy pod nami była zachmurzona ziemia, nad nami bezkresny był zniewalający błękit. Moglibyśmy być gdziekolwiek – nad czymkolwiek: nad Alaską, nad Ameryką Południową, Afryką albo i nad Księżycem – pod nami tylko dywan z chmur. Pilot rzadko przekazywał szczegółowe informacje, ale trasę można było śledzić na wysuwanych monitorach. W końcu zdrzemnąłem się. Przesiadka w Moskwie i lot do Warszawy. Nad Polską było czyste niebo. Kolorowy patchwork z pól, lasów, dróg i betonowych klocków był doskonałym komentarzem dla mojego rozbicia, naszej nadszarpniętej relacji, a i jak zawsze niezmiennej sytuacji politycznej w kraju. Polska to nadal ziemia Kargula i Pawlaka. Tu nie da się wspólnie. Tu każdy sobie rzepkę skrobie. Tu dba się tylko o swoje, bo moje jest mojsze, a mojsze jest najmojsze. I tyle!