Rozdział 5

Czyli jest jeszcze jakaś nadzieja?, pytałem sam siebie, siedząc na przednim pasażerskim i wyglądając przez okno. Dygotałem z zimna. Dłonie wcisnąłem między uda. Łapał coraz większy przymrozek, robiło się ślisko – szklanka, a my ciągle na letnich oponach. Marcin jechał dość wolno; nie było wyjścia. Inni też kierowali raczej ostrożnie, tym bardziej, że mijaliśmy całkiem potężny karambol. Cóż! Zima jak zwykle zaskoczyła.
– Zaskoczyłeś mnie – zaczął Marcin.
– Niby czym? – rzuciłem z pretensją.
– Jak to: czym?! Twoim spotkaniem z Jackiem.
– Mieliśmy o tym nie rozmawiać – powiedziałem spokojnie.
– Jak mam nie rozmawiać o tym, że dowiedziałem się, że mój facet, mimo wspólnej terapii, spotyka się potajemnie ze swoim byłym kochankiem, przez którego tak naprawdę na tę terapię trafiliśmy? – warknął, spoglądając w moim kierunku.
– Nie potajemnie. Powiedziałem o tym. Zresztą jakim kochankiem? – obruszyłem się.
– Powiedziałeś, ale już po fakcie, dopiero dziś, a ja wróciłem przecież w niedzielę. I niby co tam robiliście? Tam!? – wrzasnął zirytowany. – Tak naprawdę to nawet nie wiem gdzie!? To było u nas? – Spojrzał na mnie ponownie w oczekiwaniu na odpowiedź.
– Oj, nie rób scen! Zresztą mieliśmy o tym nie rozmawiać! – powtórzyłem spokojnym głosem, który wiedziałem, że go wkurwi. Sam nie bardzo wierzyłem w te dziwną metodę nierozmawiania. Czy po to przyszliśmy na terapię, aby teraz nie rozmawiać? Chyba powinno być na odwrót? Ale dobra – w sumie było mi to na rękę, nie chciałem o tym mówić.
– Kurwa! Za chwilę ocipieję! – wydarł się. – Ja robię sceny? Znów mnie zdradziłeś i oczekujesz, że ja o nic nie będę pytał? Może ja też powinienem się puścić? A co! Równie dobrze powinniśmy już się rozstać…
Może powinniśmy. Może powinien. Może któryś z nas wreszcie powinien podjąć męską decyzję, że nie powinniśmy być już razem, bo w sumie ile można się tak wozić? Ale w sumie i on, i ja byliśmy jak takie baby – nie obrażając bab, bo ostatnimi czasy częściej to one mają większe jaja niż faceci, więc może nie warto decyzji dzielić pod względem płci – tych podjętych i tych niepodjętych także. Decyzji brak. Byliśmy ciągle w rozkroku pomiędzy naszym dogorywającym związkiem a pragnieniem czegoś udanego, zadowalającego nas obu, może całkiem nowego.
– Więc gdzie to było? – ciągle drążył Marcin.
– Mieliśmy o tym nie rozmawiać – powtórzyłem po raz trzeci, jakby deklamując, spokojnie, lecz zdecydowanie. Nie chciałem teraz o tym mówić. Chciałem, aby zamilkł. Bez dwóch zdań. Nawet bez jednego.
– Oj, daj, kurwa, już spokój! – wrzasnął, uderzając ręką o kierownicę. – Od kiedy wierzysz w te niby psychologiczne bzdury?! – To nie było już drążenie, pomyślałem, to było dręczenie.
– A ty od kiedy w ogóle chcesz ze mną rozmawiać, co? Na co dzień to ciągle milczysz: jak jemy, jak leżymy w łóżku, jak oglądamy telewizję, jak się do ciebie dobieram i robię ci loda, jak rozmawiamy. Tak! Nawet jak rozmawiamy, to ty zazwyczaj milczysz. A teraz nagle chcesz gadać!? Patrzcie go! – parsknąłem i spojrzałem w bok. – Zebrało mu się na rozmowę! Przecież ty mnie nawet nie słuchasz!
Cisza. Za oknem widać było już prawie białe chodniki i, dla odmiany, kolorowe neony i banery oraz opatulonych ludzi przemieszczających się pewnie gdzieś do klubów lub na domówki.
– Dobra. To nie rozmawiajmy – powiedział niemal spokojnie. – Powiedz mi jeszcze tylko, czy ty nadal chcesz, żeby było dobrze?
Czy ja chcę, żeby było dobrze? Pewnie, że chcę – chcę, aby było dobrze. Tylko nie jestem już pewien, czy z nim.
Mimo tej niepewności odpowiedziałem, że chcę i zacząłem zastanawiać się, czemu skłamałem, utrzymując, że między mną a Jackiem nadal jest jakaś chemia. Byłem nim oczarowany, ale czar prysł i się odczarowałem, może rozczarowałem. Czy rzeczywiście chciałem wzbudzić w Marcinie zazdrość? Może jednak bardziej zależało mi na tym, aby mu dopiec? A może trzeba było po prostu głośno przyznać, że emocje (moje i Jacka) opadły, że to nie to, co on (Marcin) myśli i nawet nie to, co ja sam wcześniej myślałem.
Może to by nas zbliżyło? Może by uratowało?

To była nasza najdłuższa rozmowa od nie wiem ilu miesięcy. Poza tymi na terapii, ale to co innego. Wychodziło na to, że w naszym związku osiągnęliśmy etap, w którym nie tylko do seksu potrzebowaliśmy kogoś trzeciego, ale także do rozmowy. Jakbyśmy ciągle potrzebowali rodzaju audytorium. A tym razem udało się wymienić kilka zdań o nas i nawet skończyło się z rodzajem nadziei i dość spokojnie.
Żaden z nas nie ciągnął tematu. W samochodzie zapadła cisza. Na światłach zauważyłem, że obok stoi stary fiat 125p – taki sam, jak mojego ojca, gdy miałem jakieś 5 lat – miał nawet podobnie skorodowaną gdzieniegdzie karoserię. Pamiętam, że u ojca w samochodzie na półce przed tylną szybą leżał pofałdowany kocyk, a na nim siedziały w rogach dwa pieski z głowami na sprężynach, które ruszały się, gdy razem z dzieciakami napieraliśmy na tylną klapę i samochód resorował w podskokach. I przypomniała mi się przeszłość. W sumie mało w niej ojca, a dużo więcej szczegółów niby nieistotnych, zapamiętanych na zasadzie poklatkowej: takich jakby pocztówek z pamięci. Pamiętam, że kiedyś na podwórkach było mnóstwo wolnego miejsca, które zastąpiły teraz poparkowane wszędzie samochody; pozasypywano nawet piaskownice, polikwidowano ławki. Pamiętam, że kiedyś było dobrze, że nie miałem w sumie wielkich problemów, że żyłem jakoś nieświadomie, ale mimo to, a może dzięki temu, czułem się na miejscu. Wtedy było sielsko. Ojca pamiętam z gier w bierki, pchełki lub wojnę i bardzo dokładnie z powtarzającej się wielokrotnie sytuacji, gdy chcąc mnie rozśmieszyć, udawał niezdarę, ostatniego fajtłapę, kompletnego niezgułę i przewracał się, niby o coś uderzając, do tego mamrotał coś i robił głupie miny, wygłupiał na całego, a ja chichrałem się jak głupi i uradowany miałem ubaw po pachy. To były czasy… W ogóle dużo się chyba śmiałem. Był ze mnie taki śmieszek. Uwielbiały mnie wszystkie ciotki i mamy dzieciaków z podwórka, zapraszały na lody, częstowały cukierkami. Pamiętam to wszystko w kolorach sepii, jakby w słońcu, w jakimś prześwietleniu. Wszystko było jakieś takie spokojne. Albo tylko taki obraz mam w głowie z tamtych czasów. Ale na pewno świat był prostszy – przejawem tego było nawet to, że na przykład te polskie fiaty stanowiły chyba z jedną szóstą, a może nawet jedną piątą samochodów naszego kraju – pojawiały się co prawda już jakieś auta z zachodu, ale rzadko i raczej mniej wystrzałowe niż te z obrazków gum turbo zbieranych przez chłopaków z podwórka. Nie było takiego wyboru i to był oczywiście też ewidentny minus, ale w sumie mnie to nie obchodziło. Pamiętam gorące lata, zimne zimy, takie głębokie nasycone odcienie świata w słońcu i te krzaki, które dla mnie i innych dzieci były wtedy najczęstszym miejscem zabaw – ciągle w nich się ukrywaliśmy, robiliśmy sobie domy, wkładaliśmy palce w ziemię, szukaliśmy dżdżownic, robiliśmy widoczki pod zbitymi szybkami, chodziliśmy w nich na kuckach lub kolanach, nie przejmując się, że spodnie się pobrudzą, a kolana pozdzierają. Kiedy ja ostatnio siedziałem w krzakach? Chyba mi się to ostatnio nie zdarza. Czy to egzamin dla mojej dorosłości? Może – jeden z wielu. Smutny to egzamin… Chociaż nie – ostatni raz w krzakach byłem z Marcinem. Pamiętam, że żaby bezwstydnie rechotały swoją miłość. I my na klęczkach, ukryci pod gałęziami, po cichaczu, na chybcika, robiliśmy to, co robią dorośli, a o czym marzą i czego próbują niektóre dzieci. Pieprzyliśmy się. Pieprzyliśmy się w krzakach nad Wisłą, wtedy gdy jeszcze seks sprawiał nam niewysłowioną radość i trudno było powstrzymać dźwięki, które można by opisać zestawem jedno- lub dwuzgłoskowych wyrażeń dźwiękonaśladowczych. Baliśmy się tylko, że ktoś się zakradnie i nas przyłapie na jakże gorącym uczynku lub może w zasadzie tego pragnęliśmy… Pragnęliśmy siebie, kochaliśmy się, kochaliśmy onomatopeicznie: och! k-och!-ać! k-och!-aj mnie och! oochh!!! k-och!-am! k-ooochhh!!!-am cię!!! Ale to były jeszcze początki. Wtedy było inaczej. Potrafiliśmy na przykład leżeć w nocy na ziemi w lesie lub na mazurskim pomoście i wpatrywać się w gwiazdy, ich konstelacje, wspólnie szukać małego wozu, a potem mając gdzieś wszystkich i wszystko, oddać się sobie w blasku księżyca i tego małego wozu, o który, wskazując go palcem, się kłóciliśmy (oczywiście nie w trakcie stosunku), że jest tu, a nie tam, i dyszeć do księżyca naszą miłość i nasze podniecenie. Po wszystkim zauważaliśmy, że na niebie mrygało jakieś przesuwające się światełko – pewnie jakiś boeing lub airbus leciał z zachodu na wschód lub ze wschodu na zachód, ale mi było to zupełnie obojętne, bo świat wirował, a mój azymut był tuż obok mnie i nigdzie nie chciałem iść bez niego. Świat istniał tylko przy nim – przy Marcinie – i był to świat tak podniecający jak nigdy przedtem. Nie umiałem się powstrzymać, w sumie nawet nie chciałem. Jak na przykład wtedy, gdy wracaliśmy taksówką do domu po całonocnym balowaniu w klubie i mieliśmy gdzieś nienawistne spojrzenia byczego pana złotówy z wąsem uczesanego na pożyczkę, obserwującego z ciekawskim skądinąd obrzydzeniem to, jak nie potrafiliśmy opanować naszego pożądania. Napieraliśmy na siebie na tylnym siedzeniu (co on widział w lusterku), potem napieraliśmy na siebie w windzie (czego nikt nie widział), a potem napieraliśmy na siebie na klatce i pod drzwiami (co mogli widzieć nasi lokatorzy naszego budynku przez swoje judasze), żeby w końcu za drzwiami natychmiast uwolnić z ciuchów nasze napierające na materiał prącia i pozbyć się przelewającej się w nich i naszych mózgach gorącej spermy (co z powodu nieopuszczenia rolet mogliby widzieć ludzie z lornetkami z przeciwnego bloku, gdyby tylko jeszcze lub już nie spali i byli akurat szczęśliwymi posiadaczami lornetek).
Ale to było dawno i nieprawda, chciałoby się powiedzieć… Fizyczne uzależnienie, które na początku objawiało się lękiem, że on gdzieś zniknie bez wieści, takim rozdzierającym bólem tęsknoty, wykorzystywanymi do cna darmowymi minutami w abonamencie, różnymi prezentami, zakochaniem po uszy, które wedle przesądu robiły się czerwone, gdy tylko o sobie nawzajem wspominaliśmy – to wszystko przerodziło się w zmęczenie materiału, w myśli pt. „mam cię po dziurki w nosie” na przemian z „zejdź mi z oczu” i w psychiczne uzależnienie potrzebujące odstawienia, tylko że tak samo jak w przypadku choroby alkoholowej, detoks wcale nie zdawał tu egzaminu – nie udawało się tak po prostu rzucić siebie, rozstać się, rozejść na dobre, bo na złe ciągle trwaliśmy w związku, w którym nigdy niczego sobie nie obiecaliśmy. Coś odpychało nas i coś jednocześnie przyciągało. Siły ciążenia, grawitacji, jakiś magnetyzm i dziwne układy odniesienia: raz odśrodkowe, innym razem dośrodkowe, raz inercyjne, innym razem nieinercyjne. I tak nieustannie i sinusoidalnie.

Wróciliśmy do domu. W łóżku nie było rozmowy ani tym bardziej seksu, ale Marcin uśmiechnął się do mnie tak jakoś nieśmiało, co przypomniało mi ten jego nieśmiały uśmiech z samego początku. Pamiętam – był wtedy maj 2005 roku. Poznaliśmy się na urodzinowym pikniku na plaży nad Wisłą zorganizowanym przez kumpelę ze studiów Ankę – moją najlepszą przyjaciółkę aż do teraz – której nowy facet, Łukasz, pracował w jakiejś fundacji jako księgowy. Był to przyjemnie ciepły wieczór, być może pierwszy raz w roku odkryte ramiona i łydki oraz mnóstwo krwi. Zabiłem wtedy chyba z tysiąc komarów – jakiś pomnik powinien tam stanąć, upamiętniający, że Szymon Flisiuk urządził im masową rzeź lub coś na kształt holocaustu. Miałem krew na rękach: swoją krew, komarzą też, choć akurat ich śmierć kulturowo nikogo nie obchodzi i nie zastanawia – ich śmierć nie boli i chyba wszystkim jest na rękę; to w końcu tylko wkurwiająco bzyczące owady, małe pierdolone wampirki. Mają za swoje – przynajmniej ta mała, zapewne nieistotna, część ich populacji. Oprócz niezaproszonych przez nikogo komarów, było też sporo zaproszonych gości – nie tylko ze studiów i pracy Anki, ale także starych znajomych z liceum oraz jej zdewociała najlepsza przyjaciółka z podstawówki, która zawsze miała problem z moją orientacją seksualną i mierzyła mnie wzrokiem, jakbym zabił jej matkę lub co najmniej był kosmitą. Dobrze, że tym razem Anka nie zaprosiła nikogo, z kim chciałaby mnie wyswatać, jak zwykła to robić podczas organizowanych przez siebie nasiadówek. Chyba wzięła do siebie moją ostatnią reprymendę, że faceta chciałbym sobie znaleźć na własną rękę, a najlepiej spiknąć się z nim naturalną koleją rzeczy, a nie podczas zaaranżowanego spotkania. Jakiś koleś krążył pomiędzy grupkami ludzi, sącząc raczej niezbyt chętnie czerwone wino (cierpkość odznaczała się w jego mimice). Zauważyłem, że ma ładne dłonie, potężne owłosione przedramiona i muskularne, niemuśnięte jeszcze promieniami słonecznymi, a więc białe jak mąka, łydki. Miał speszony, ale przyjemnie łagodny wyraz twarzy. „Kto to?”, spytałem z konspiracyjnym uśmiechem, a Ania odpowiedziała, że to kumpel Łukasza z pracy. Marcin. Nie wiedziałem, że jest gejem, bo on sam wtedy jeszcze się tego tylko domyślał, ale za to on wiedział, że ja jestem homo, bo Łukasz wygadał mu wszystko w ramach najświeższych heterycko-męskich ploteczek. Z późniejszej relacji wiem, że ostrzegał Marcina, że trzeba na mnie uważać, bom pedał i w ogóle, i że mam ciągle chcicę, bo na portalach i czatach nie mogę nikogo znaleźć na stałe, więc pewnie nie miałbym oporów, aby rzucić się nawet na niesparowanego heteryka. O mojej orientacji wspomniał, oczywiście śmiejąc się w najlepsze i lekko ze mnie pokpiwając, bo sam nie podejrzewał, że Marcin mógłby być homo i że moje zainteresowanie jego osobą mogłoby mu się w zasadzie spodobać. Zawsze uważałem, że Łukasz ma nieco za długi jęzor. A ponoć faceci hetero nie plotkują… Akurat! Siła stereotypów nie zna granic. Trzeba je utrzymać. Choćby za cenę kłamstwa. Za wszelką cenę. Na przykład taka Casablanca. Czy wiecie, że Ingrid Bergman była wyższa od Humphreya Bogarta i dlatego we wspólnych scenach zakładano mu buty na wysokim obcasie, bo przecież facet musi być wyższy od kobiety?! Wszystko, aby utrzymać stereotypy. Lwia część świata pracuje na to, aby takie status quo trwało. Święte stereotypy. Faceci to świnie. To krzywdzący stereotyp czy obiektywna prawda? A może tylko takie niewinne powiedzenie?
Po tygodniu, gdy pierwszy raz sam na sam spotkałem się z Marcinem, powiedział mi, że dzięki tym ostrzeżeniom Łukasza zapragnął mnie poznać i dlatego był ten uśmiech, ten numer telefonu pod pretekstem jakiegoś badania wśród studentów i ten sms wieczorem o treści: „Jak to jest być gejem?:)”, który mnie tak bardzo zaintrygował. Nie wiedziałem, czy to groźba czy podryw? Zastanawiałem się, co odpowiedzieć. Przecież on gejem raczej nie jest, myślałem. Ale to czemu ten uśmieszek? I czemu ten uśmiech przy grillu, gdy Anka niby to półszeptem wypytywała mnie o facetów i randki? Czemu te spojrzenia pełne intrygującego zainteresowania, jakby podglądania, przyłapywania na gestach – czemu aż tyle było tych ukradkowych i niby przypadkowych muśnięć wzrokiem? Nie odpisałem nic, choć korciło mnie bardzo. Następnego dnia znów dostałem od niego wiadomość, że może to głupie, ale zwariował na moim punkcie, że myśli o moich dłoniach, że ma ciągle przed oczami mój uśmiech i dołeczki w policzkach i że chce mnie poznać tak sam na sam. I tak zaczęło się coś, co swój prawdziwy początek mogło mieć dopiero za kilka dni, bo zaraz następnego dnia po tym pikniku Marcin musiał wyjechać na tydzień na jakieś szkolenia. I choć wkoło jeszcze wiosna, to pogoda już letnia, i skowronki, a do tego pierwszy raz jakby motyle w brzuchu, w które jakoś od momentu Piotrka z liceum i po tych przeróżnych randkach nie wierzyłem, bo tu nagle pojawia się ktoś poznany w normalnym życiu – nie na czacie, nie w klubie – i nic to, że nie wiadomo, czy z niego gej czy może jakiś frustrat, któremu nie wyszło z kobietami. Nieważne! Wchodzę w to, haha!
Gdy wrócił ze szkoleń, pierwszy raz spotkaliśmy się na mieście. Początkowo był trochę zawstydzony i jakby nieśmiały, ale dość szybko się rozkręcił. Powiedział, że coś mu się stało na tym pikniku, coś w niego wstąpiło, coś, czego sam nie znał. Dlatego postanowił się ze mną skontaktować. Słyszał o mnie co nieco od Łukasza, ale dopiero jak mnie poznał, to pomyślał, że muszę być fajny. Zawstydziłem się trochę. Czy słyszał, jak narzekałem Ance, że w sieci trafiam na samych depresyjnych pedałów lub na pieprzone ciotki egoistki? Po chwili zmienił temat i zaczął opowiadać o sobie: że dość szybko, bo jeszcze na studiach, się ożenił, ale równie szybko, bo po dwóch latach, się rozwiódł; nie dogadywali się. Potem co prawda miał jeszcze kilka dziewczyn, ale zawsze coś nie wychodziło. I wychodziło na to, że uciekał, gdy tylko pojawiał się temat dzieci – jedna to nawet bardzo tego chciała i strasznie parła w tym kierunku – byli ze sobą prawie 3 lata, chciała ślubu i zakładania rodziny. Wszystko na poważnie, a to go przerażało i gdy postawiła sprawę na ostrzu noża – wóz albo przewóz – on powiedział, że nie jest gotowy, więc spakowała się i zniknęła z jego życia. A może wychodziło na to, że uciekał przed samym sobą, przed gejem w sobie?, pomyślałem, a po chwili on sam te moje myśli ubrał w podobne słowa. Gdy spytałem, kiedy się zorientował, że jest homo, odpowiedział, że już kilka lat wcześniej – nawet przed związkiem z ostatnią dziewczyną – znalazł w szatni na siłowni jakąś pedalską gazetkę przy swojej szafce. Zabrał ją do domu i przejrzał od deski do deski. Kilkakrotnie, właściwie wielokrotnie. Podniecała go, ale bał się tego napięcia w sobie, rozładowywał je, a zaraz po orgazmie siebie nienawidził, uciekał od niewygodnych i zaskakujących go samego pragnień. Chcąc nie chcąc zaczął szukać witryn z pedalskim seksem w internecie i okazało się, że jak w okno przeglądarki wpisze się frazę „gay”, to wyskakuje mnóstwo bardziej lub mniej erotycznych stron. Brzydziło go to, ale i jakoś kręciło, a na pewno wciągało. Nie umiał tego wyrzucić z głowy. Ówczesnej dziewczynie nic nie mówił i częściej się samotnie onanizował, unikał zbliżeń między nimi. W końcu go zostawiła. Brzydził się samym sobą, ale i podniecał na samą myśl, że mógłby coś zrobić z innym kolesiem. To wszystko go jakoś bardzo jarało, ale bał się tych swoich fantazji, więc walczył z nimi, spotykając się z innymi laskami, z prostytutkami – aby siebie samego przekonać, że to tylko przejściowe, że to minie, że anal go nie kręci. Lecz to nie było przejściowe, nie mijało, anal go kręcił. Nakręcał się na facetów, niby dyskretnie oglądał za nimi na ulicy, ale nie wiedzieć czemu ciągle czekał. Opowiadając to wszystko, najpierw rysował palcem różne kształty na mokrym, jakby zroszonym kuflu, a potem zamilkł i nagle nieśmiało sięgnął do mojej dłoni. Pozwoliłem mu się dotknąć, a nawet chwyciłem jego dłoń i ją delikatnie uścisnąłem. Miał lekko wilgotną skórę – nie wiem, czy tylko od mokrej szklanki, czy także ze zdenerwowania. Potem rozwarł dłoń, a ja leciutkimi ruchami muskałem jej wewnętrzną stronę. Patrzyliśmy sobie w oczy, waliło mi serce i wiem, że waliło też jemu – takie miłe i niegroźne palpitacje serc. Nie mogłem uwierzyć, że jestem pierwszy. Było pięknie, romantycznie i cudownie. Gdyby w tle leciała jeszcze jakaś pościelówa Chrisa de Burgh, Toni Braxton albo Michaela Boltona, to byłoby słodko aż do wyrzygania. Ale co tam – w takich okolicznościach to nawet Boltona bym zdzierżył. Bo czasem kicz i tandeta są tak bardzo potrzebne do życia, zmieniają na chwilę życie w marzenia. Kiczu – dzięki ci, że jesteś. Czułem się jak papierowy bohater romansidła, ale rolę tę odgrywałem niczym oscarowy aktor zatrudniony do ekranizacji tego taniego harlequina. A więc było cudownie i w ogóle nie zanosiło się na żadne wymioty. Obaj nawet chcieliśmy jeszcze więcej tej słodyczy, wcale nas nie mdliło. Jednak ja musiałem wracać do domu. Zrobiło się późno, a mama na mnie zawsze czekała i nie przechodziły żadne telefony, żadne prośby i tłumaczenia, że zanocuję u znajomego, że wrócę rano i niech się nie martwi. W końcu ciągle byłem jej oczkiem w głowie, jej małym jedynym syneczkiem, synusiem mamusi. Trzeba było wracać. Pocałowaliśmy się na przystanku, ale dość szybko i niezbyt wylewnie – trochę nawet jakby nieporadnie i asekuracyjnie, żeby nikt za dużo nie zobaczył. A przecież umiem dobrze się całować, pomyślałem zakłopotany. Żeby go to nie zniechęciło… On wtedy pierwszy raz pocałował faceta – pewnie oczekiwał czegoś bardziej ostrego niż taki potajemny i zbyt szybki całus, a nawet taki zwyczajny cmok. Ale nic to – nadrobimy!
I wsiadłem do autobusu, on odprowadzał mnie wzrokiem, a ja śledziłem, jak jego sylwetka maleje i znika w mrowisku ludzi wyplutych przez kolejny autobus jak przez przeżartego mrówkojada. I uśmiechając się do siebie, jechałem tym autobusem i nawet nie włączyłem discmana, bo głośna muzyka zagłuszyłaby to wrażenie, które nie chciałem, aby mi umknęło – wrażenie, że wpadłem jak śliwka w kompot w coś, czego nie przewidziałem, ale czego tak bardzo zaczynałem chcieć. Potem – już w domu – nie mogłem spać. Myślałem o nim, ale nawet się nie masturbowałem, bo chciałem, żeby moje myśli były całkowicie czyste, a nie takie jak zawsze wtedy, gdy przywracałem sobie w pamięci imponujące przyrodzenia tych pornogwiazdorów, których często potrafiłem poznać nawet po samym kształcie, kolorze lub rozmiarze ich wacków, niczym prawdziwy fan i znawca tematu. A teraz żadnych zbereźnych myśli, zupełnie jak nie ja. Nie poznawałem samego siebie.
Spotkaliśmy się następnego dnia – dnia, w którym obudziłem się i od razu wiedziałem, że to jest początek zupełnie czegoś dla mnie nowego. Byłem jakiś podniecony, pobudzony, pozytywnie nakręcony. Przez całe moje dotychczasowe życie na planecie Ziemia jeszcze się tak nie czułem. Nigdy aż tak. A teraz byłem obłąkańczo zakochany po uszy, na zabój, aż po grób, po końce kończyn i organów zewnętrznych i wewnętrznych, w których zagnieżdżały się larwy motyli, czego nie potwierdziłby naukowo żaden entomolog ani, zawężając sprawę, lepidopterolog, czyli badacz motyli (don’t worry, nie jestem taki inteligentny – sprawdziłem w necie). Czy to jest to uskrzydlenie? Przyjechałem do niego po zajęciach. Od razu spytał, czy wolę wino czy piwo. Zdecydowanie piwo. Zresztą tak jak on. Nalał w kufel i powiedział, że jeśli chcę, to żebym się rozejrzał po mieszkaniu, a on w tym czasie skończy przygotowywać obiad. Wyłączył grający dość głośno telewizor i pstryknął radio. Akurat leciało Nothing compares 2 u w wykonaniu Sinéad O’Connor. Czy to dobry omen?, przyszło mi do głowy. Mieszkanie miał dość spore – dwa duże pokoje urządzone wręcz minimalistycznie, nieco dizajnersko, kuchnia prosta, ale funkcjonalna, wyposażona chyba we wszystkie niezbędne sprzęty i fajowy okrągły stół, którego blat imitował cyferblat zegara słonecznego. Wszystko czyste, schludne, takie ikeowskie, ale mniej dupereli i bambetli niż w tych sklepowych ekspozycjach krzyczących: kup mnie, kup teraz! Jest powiedzenie, że pokaż mi swoje książki, a powiem ci, kim jesteś. Tu niemal nie było książek. Na półkach w przedpokoju stały jedynie jakieś słowniki i podręczniki do angielskiego, książki biznesowe i broszury szkoleniowe. Kim więc był ten Marcin? Co lubił? Kilka nieopisanych segregatorów w różnych kolorach ustawiono równiutko i zabezpieczono metalowymi wspornikami, żeby się nie przechyliły. On serio nic nie czyta? To tak można? Nic a nic? Żadnych powieści? Nie wiem, czy to dobrze… Może wypożycza z biblioteki? Może kupuje, czyta, a potem pożycza na wieczne nieoddanie, czego ja tak nie lubię? A może ma czytnik i ściąga e-booki? Pod blatem stolika ławy było trochę magazynów i tygodników. Tylko tyle? Płyt DVD też nigdzie nie było widać, choć odtwarzacz stał pod telewizorem. Może ma jakieś inne zainteresowania? A może wszystko jest pochowane w szufladach komody albo gdzieś w sypialni? Żadnych półek tam nie zauważyłem, ale co prawda zajrzałem tam bardzo szybko, a właściwie przelotnie rzuciłem tylko okiem, zauważając drugi telewizor. Telemaniak?
Usiadłem sobie na kanapie i w oczekiwaniu na wspólny posiłek sączyłem piwo. Przyglądał mi się co chwilę. Peszyło mnie to trochę. Miał miły wyraz twarzy i czasem taki lekko zadziorny uśmiech, spod którego wyzierał co i rusz trochę krzywy króliczy zgryz. Przygotował obiad i choć obiektywnie nie mogło być to pyszne (rozgotowany ryż, twardawy i żylasty kurczak z sosem chyba Uncle Bensa), to i tak był to najpyszniejszy posiłek, jaki jadłem od dawna. Po obiedzie Marcin zaproponował kolejne piwo i wypytywał mnie o moje zainteresowania, a ja już lekko wstawiony całkowicie popłynąłem, opowiadając o Almodóvarze, którego on nie znał, o Depeche Mode, których nigdy zbyt wysoko nie cenił, o moich ulubionych książkach i o tym, że sam próbuję pisać i chciałbym kiedyś napisać coś z talentem na przykład takiego Hollinghursta. Nie wiedział kto to, przyznał się, że czytanie to nie jest jego hobby, ale poprosił, abym mu pożyczył Klub koryncki lub Spadającą gwiazdę, to się przekona o czym mówię. Powieści te wcale nie tak tanio kupiłem w antykwariacie – mały był chyba nakład – dość szybko się rozeszły po domach zainteresowanych ciot. A gdy opowiadałem o bezpruderyjności autora i jego opisach pełnych erotyzmu, on nagle przysunął się do mnie i pocałował mnie w szyję: delikatnie, że aż przyjemnie załaskotało. Pierwszy raz poczułem jego drapiącą okołodwudniowym zarostem brodę. Przeszły mnie ciarki. Zaskoczyło mnie to, że to on – jak wynikało z jego opowieści, całkiem jeszcze niedoświadczony z facetami – że to on zrobił ten pierwszy krok. Przestałem gadać. Zatkało mnie. Nie wiedziałem, co zrobić z moimi rękoma. Leżały na sofie i ja leżałem na sofie, i moje sparaliżowanie leżało na sofie, i moje usta leżały na sofie, a on leżał na nas i całował nas całych, wszystkich i wszędzie. Sofa gdyby potrafiła, to by się zarumieniła od tej zawstydzającej, aczkolwiek delikatnej intymności łączącej dwóch mężczyzn. Nigdy wcześniej – jak się domyślam – nie była świadkową podobnych erotycznych czynności, ale że była sofą ikeowską, jakoś tam poniekąd liberalną, równościową i o otwartym światopoglądzie, to pozostało jej tylko ciche wydawanie miłych dźwięków, które były jedynym komentarzem przedmiotów martwych obserwujących nasze erotyczne zapoznanie. Och, jak było cudownie. Rozwaliło mnie to – sparaliżowało i rozczuliło jednocześnie – ale w końcu pozbierałem się z tego rozczłonkowania i ośmielony odwzajemniłem te wszystkie pocałunki i dotyki wszędzie tam, gdzie są one najprzyjemniejsze. Całowaliśmy się łapczywie i jak w jakimś pośpiechu, jakby za chwilę miał to nam ktoś odebrać. Nieporadnie stukaliśmy się zębami i bałem się, że w tym zapamiętaniu uszczerbię jego lub swój zębostan. Przesuwałem się coraz niżej po jego ciele. Najbardziej czułe strefy erogenne mogłem rozpoznać dzięki jego dość głośnym postękiwaniom i dyszeniu. Nie byłem wcale przyzwyczajony do takich dźwięków – nauczyłem się je tłumić, ściszać i w rezultacie niemal bezdźwięcznie przeżywać. Głównie dotyczyło to rozkoszy dawanych sobie samemu za zamkniętymi drzwiami pokoju oddzielającymi mnie od mojej rodzicielki. A teraz jestem z nim. Stęka bez skrępowania, wije się jak piskorz, ściska mnie za ramiona i barki, lekko ciągnie za włosy. Jęczy. Bezwstydnie. Zazdrościłem moim uszom, że mogły tego słuchać. One zazdrościły oczom możliwości widzenia, a jedne i drugie zazdrościły moim dłoniom i ustom dotykania i czucia. Jeśli do tamtej pory nie rozumiałem, czym jest synestezja, to własnie wtedy dowiedziałem się tego na skutek zespolenia swoich własnych rąk, skóry, uszu i oczu. On dotykał i całował jak nikt do tej pory. Warto było czekać tyle, aby tego doświadczyć, pomyślałem, i chyba on myślał podobnie, bo widziałem jego radość, zaangażowanie, pobudzenie i szaleńczy błysk w oku. I pal licho to, że nie lubił literatury. Za to jak potrafił pieścić! Czysta poezja! I nie wyglądało to tak, jakby to był jego pierwszy prawdziwy raz z mężczyzną. Nie wyglądało to tak, jakby nie wiedział, co ma robić i jakby był nieśmiały. Wyglądało to tak, jakby to on mnie uczył z czym to się je. I wyglądało to tak, jakby nareszcie robił dokładnie to, co chciał i może właśnie dlatego robił ze mną, co chciał – zdecydowanie i zachłannie, choć z jakimś takim dziewiczym zauroczeniem. A ja chciałem, aby robił to, co robił i cieszyłem się, że właśnie ze mną chciał robić to, co robił. Rany! On robił to tak dobrze. I to nie było jakby! To było to! W rezultacie tak naprawdę nie było nawet żadnej penetracji, ale ja i tak czułem, że zaszliśmy tam, gdzie jeszcze nigdy nie byłem, gdzie nie zaszedłem jeszcze z nikim. Mogę powiedzieć, że było mi jak w niebie, bo choć jestem niewierzący, to wierzę, że w niebie musi być dobrze, skoro jest jakiś ustalony wertykalno-horyzontalny porządek rzeczy. I było tak pięknie i namiętnie, a on tylko szybko pobiegł nagusieńki do łazienki, zaraz wrócił, wtulił się we mnie i już po chwili cichutko pochrapywał w moich ramionach. A ja nie usnąłem – nie mogłem, nie umiałem, nie chciałem – jedynie po cichu zapaliłem sobie nocną lampkę wiszącą nad łóżkiem. Nie obudził się, tylko zluźniając objęcia, lekko się przesunął i wtulając ręce w poduszkę, cicho zamlaskał. Obserwowałem pieprzyki na jego rozkrytych plecach, gładziłem włosy nad pośladkami, delikatnie dotykałem zarostu, który wydawał dźwięk jak tarka, przyglądałem się pięknie zbudowanym udom pokrytym gęsto czarnymi włosami. Po tej celebracji wymknąłem się na chwilę z łóżka, aby zadzwonić do matki, bo podejrzewałem, że jak zawsze na mnie czeka i ciągle nie śpi. Rzeczywiście tak było. Kazała mi natychmiast wracać do domu, gdziekolwiek jestem! Postawiłem się jej, mówiąc, że dziś już nie wrócę na noc – noc była już głęboka, więc mój powrót mógłby być jedynie powrotem na poranek, a nie na noc. Nie miało to sensu. Zresztą nie chciałem skracać sobie tej przyjemności leżenia obok faceta, który mnie tak kręcił. Powiedziałem stanowczo, że będę jutro po zajęciach, ona protestowała, a ja dodałem, że ją kocham, że jest wszystko ok, że naprawdę nie wrócę i niech się nie martwi, bo wszystko jest w najlepszym porządku. Ona coś chciała jeszcze wywalczyć, pytała „gdzie…”, ale ja jej przerywałem i mówiłem, że niech na mnie nie czeka, bo jestem przecież dorosły i na serio dziś nie wrócę, i że dobranoc, i żeby się nie martwiła, że jestem bezpieczny. Korciło mnie, aby jej oznajmić, że jestem w dobrych rękach, ale pomyślałem jakby to zabrzmiało, więc nic takiego nie powiedziałem.
I naprawdę czułem, że jestem w dobrych rękach, że wszystko jest w najlepszym porządku i czułem się też całkowicie bezpieczny – chciałem, aby od dziś, czyli czwartku, a właściwie już piątku, 10 czerwca 2005 roku, było tak do końca świata. I to nic, że dotychczas wydawało mi się, że takie miłości to tylko rzyg, jakaś nuda i ułuda. Myślałem tak może z jakiejś zawiści, że innym – zwłaszcza heterykom – się udaje, a mi nie. Zachciałem takiej nudy i takiej ułudy. Chciałem na wieki wieków, amen. I leżąc obok Marcina, rozmyślałem o swoim szczęściu tak, aż nawet zegarek zatracił poczucie czasu i nie zaalarmował mnie, abym wstał w porę. Jak się okazało, wcale go nie nastawiłem. Trudno powiedzieć, że spałem, bo raczej tylko czuwałem w jakimś bezczasie. I choć łóżko było wielkie – miało chyba 160 cm szerokości – to ja kłębiłem się blisko niego po jednej stronie łóżka, delikatnie wtulony, jakbym robił miejsce komuś jeszcze. Wraz z jaśniejącym światem za oknem, coraz jaśniej docierało do mnie, jak wielką mam nadzieję, aby coś z tego wyszło. Gdy się zorientowałem, że już 7.44, to i tak było już za późno, żeby zdążyć na uczelnię. Trudno – nie ma co się zabijać, pomyślałem – i tak nie zdążyłbym już na obowiązkowy wykład. Leżałem więc dalej i kontynuowałem przyglądanie się niemal całkiem rozkrytemu Marcinowi: jego zaobserwowanym już wcześniej pieprzykom na plecach, jego ledwo widocznym piegom na nosie, jego owłosionym dłoniom i kształtnej włochatej pupie. Leżał goły jak go matka urodziła – tylko większy, bardziej dorodny, seksualny, działający na zmysły i od nich odchodzenie. Był niewinny jak dziecko, ale była też w nim siła dorodnego mężczyzny. Może to kwestia owłosienia. Był tak piękny, że patrzyłem na niego z podziwem i cieszyłem się jak głupi, że jest na wyciągnięcie ręki. Rzeczywiście mogłem w każdej chwili swoją rękę wyciągnąć i go dotknąć, wtulić się w niego, poczuć temperaturę jego skóry. Wpatrywałem się w niego jak w obrazek. Gdybym miał go namalować, to zrobiłbym cukierkowy portret à la Pierre i Gilles. Znów widziałem jego gęste ciemne włosy, ciemną oprawę oczu, wydatne usta, dwu-, a może już trzydniowy zarost jakby lekko, ale tak seksownie siwiejący, srebrzący się pod światło wstającego dnia. Jego skóra miała brązowawy odcień, a na nodze, która przygniatała kołdrę widać było, dokładnie wzdłuż uda, długą bliznę, może po jakimś wypadku. Nie przeszkadzały mi nawet lekkie fałdki skórne z tkanki tłuszczowej na brzuchu i trochę przydługie, nawet lekko brudne, paznokcie u stóp – nie miało to żadnego znaczenia. Był cudowny. Gdy jakiś czas później pierwszy raz zobaczyła go moja przyjaciółka Kaśka, uznała, że wygląda troszkę jak młodszy Belmondo. Dobrze, że młodszy, pomyślałem, choć ja akurat żadnego podobieństwa nie dostrzegałem. Na początku, bo po chwili namysłu stwierdziłem, że może coś rzeczywiście w tym jest. Był jakby mniej charakterystyczny i taki mniej wyraźny od Belmondo, ale to akurat dobrze, bo jak dla mnie francuski gwiazdor był zbyt oczywisty i krzykliwy w swoim wyglądzie – jakby zbyt ostentacyjny i arogancki. Marcin był delikatniejszy. I był mój. Lub wtedy jeszcze chciałem, żeby był.
Gdy wstał, okazało się, że zapomniał przed snem wyjąć szkła kontaktowe. Szczypały go oczy, miał je zaczerwienione, powiedział, że musi sobie zaaplikować krople. Pocałował mnie i poszedł do łazienki. Zaczął się nasz pierwszy wspólny poranek po dla mnie niemal nieprzespanej nocy, ale byłem taki rześki jak nigdy. Wrócił w okularach  oprawki miał takie jakby same szkła i zauszniki – delikatne i niemal niewidoczne. Z pomiędzy jego warg wystawał patyczek od lizaka. Spytał, czy też chcę, wyjął z buzi okrągłego, chyba mlecznego, chupa chupsa i dał mi polizać. Polizałem, ale powiedziałem, że tyle mi starczy, bo wolę najpierw chociaż przepłukać zęby. On na to, że nic na to nie poradzi, że jest uzależniony od chupa chupsów i zaraz zalotnie i z zadziornym uśmiechem dodał, że czuje, że chyba jeszcze coś innego go silnie uzależni. Wyszczerzył zęby. Położył się obok mnie, trzymając ciągle lizaka w ustach, i brodą zaczął drapać mnie po sutku. Gęba cieszyła mu się od ucha do ucha. Kątem oka spojrzałem na jego na wpół skurczone prącie, które leżało na kudłatym udzie i oblizałem wargi. Czułem, że się unoszę, także pod kołdrą. Marcin wyjął mleczną kulkę z buzi, posmarował nią moje brodawki, a potem je dokładnie wylizał, wpatrując się we mnie. Nawet lekko gryzł. Trochę się broniłem, bo łaskotało mnie to nieco i nagle Marcin przyssał się do mojej szyi, jakby chcąc zrobić mi malinkę, po czym radośnie, ale stanowczo poprosił, żebym go pocałował w usta. Bałem się, że poczuje z moich ust fetor, ale i tak go pocałowałem – nie potrafiłem sobie i jemu tego odmawiać. Następnie włożył znów swojego lizaka do buzi i powiedział, że nic nie poradzi na to, że je wprost uwielbia. I tak ponoć ograniczył się do jedzenia jednego dziennie, bo kiedyś bywało, że pochłaniał ich nawet kilka. Wspomniał też, w co nie chciało mi się tak od razu uwierzyć, że logo chupa chupsów zaprojektował sam Salvador Dali. Tak tak – ten od surrealizmu i sławnych miękkich zegarów na drzewach. No proszę, pomyślałem, człowiek codziennie się uczy czegoś nowego. W zamian sprzedałem mu informację, że firma Hugo Boss projektowała i szyła mundury dla SS, Wehrmachtu i Hitlerjugend. Też go zaskoczyłem i od tego momentu stało się to naszym prywatnym zwyczajem, że czasami przy jedzeniu lizaka wymienialiśmy się przeczytanymi gdzieś lub zasłyszanymi od kogoś ciekawostkami.
Potem spytał mnie, czy na śniadanie wolę zjeść jogurt, parówki, tosty z dżemem czy może jajecznicę. Powiedziałem, że jajecznicę. Poszedł do kuchni, kręcąc zadziornie swoim nagim tyłkiem, a w drodze zdążył się nachylić i założyć mój t-shirt, który podniósł z podłogi. Seksowny facet paradował tylko w mojej koszulce, a ja całkiem nagusieńki leżałem po cudnej nocy w jego łóżku pełnym zapachu jego skóry. Musiałem robić maślane oczy, wodząc za nim wzrokiem, choć starałem się to przed nim ukryć, żeby nie pomyślał sobie zbyt wiele. Ale ja wiedziałem – czułem to, że maślą się radością, którą chciałem wykrzyczeć całemu światu, powstrzymywałem się, żeby tego nie zrobić tylko dlatego, aby niczego nie spłoszyć. Jakie to przezajebiste uczucie, tak leżeć w łóżku faceta, który ma tak seksownie owłosione ciało. Dokładnie tak jak lubię, myślałem, i jak lubią moje oczy i dłonie. Jednak kręciła mnie nie tylko jego fizyczność. Było coś jeszcze, czego nie umiałem nazwać. Wtulając się w jego jasiek, szczerzyłem się ze szczęścia jak jakiś głupek, ale co mi tam, skoro w tamtej chwili czułem się bezbrzeżnie szczęśliwy. A po powrocie do domu w sieci sprawdziłem, czy nie nabrał mnie z tym Salvadorem Dali. Nie kłamał. Tęskniłem. Esemesowaliśmy. Nie umiałem się nie uśmiechać. Mama tylko przez chwilę rzucała się jak ryba w sieci, a potem się obraziła i zamilkła. Na szczęście.

Wróćmy jednak do tej pierwszej zdrady, od której zaczęły się moje coraz częstsze flirtowania. (Naciskam przycisk REW i w czasie przewijania przypominam sobie kilka szczegółów, układam wszystko w głowie). No może bez przesady, że flirtowałem z kim popadnie, ale nabrałem pewnych umiejętności, o które wcześniej sam siebie nawet nie podejrzewałem. Z matką rozmawiałem rzadko, ale czasami tęskniłem za wyimaginowaną sytuacją, że ona nas akceptuje i mogę się jej wypłakać, wygadać, opowiedzieć o wszystkim, przyjść po radę. Była to wyimaginowana tęsknota do akceptacji, bo tylko sobie tę akceptację wyobrażałem, nigdy przecież jej nie doświadczyłem i nie wiedziałem, czym ona tak naprawdę jest. Zamiast matki rozmawiałem z Anką lub Robertem, czasem Kaśką i Agą. Oni zastępowali mi rodzinę, oni właściwie byli moją rodziną – z wyboru.
Było to jakoś zimą 2009 roku – chyba styczeń-luty, coś takiego. Z Marcinem było średnio od dłuższego czasu – już dawno nie było tego romantyzmu, pozytywnego uzależnienia i motyli w brzuchu. Szczerze powiem, że zżerała mnie frustracja – jego nie wiem, co zżerało. Nosiło mnie. Czegoś chciałem. Jego też, jednak on pragnął mnie coraz mniej, więc moje oko coraz częściej spoczywało na policzkach i kroczach innych kolesi. Była zima, więc aby dokarmiać swój voyeryzm, często chodziłem sam na basen lub z Robertem do branżowej sauny. Pływając, niezbyt sumiennie liczyłem baseny, tracąc rachubę natychmiast, gdy na horyzoncie pojawiał się jakiś interesujący koleś. Przyglądałem się tym wilgotnym lub lekko spoconym włosom na piersiach kolesi tworzącym czasem takie ciemne loczki. Niektórzy mieli torsy męskie niczym u rzymskich wojowników, tylko zamiast zbroi mieli slipy lub ręcznik, pod którymi czaiły się ich niebezpieczne żmije lub raczej miecze. Inni nosili swoje mniej lub bardziej rozpasane brzuszyska, pod którymi dyndały mniej lub bardziej nabrzmiałe atrybuty męskości. Ciągnęło mnie w te strony, oj, ciągnęło! Podglądając, urządzałem swój własny i autonomicznie, a właściwie autorytarnie, przyznający nagrody konkurs Mistera Mokrych Kąpielówek. W nagrodę zapamiętywałem dokładny kształt najładniej przylegających do swojej zawartości slipek i wieczorem masturbowałem się do tego wspomnienia, dedykując ich właścicielowi fanfary w postaci strzału do muszli klozetowej lub na terakotę pod prysznicem. Kiedyś w przebieralni znalazłem czyjeś slipki – leżały na podłodze takie samotne, lekko mokre i porzucone. Rozejrzałem się wokoło, czy nikt nie widzi i niewiele myśląc, wcisnąłem je nie za pazuchę, a w swoje majtki. Uratowałem je zapewne przed śmietnikiem i przytuliłem do swojego łona. W domu obwąchałem je skrupulatnie. Zapach był przyjemny, męski, lekko tylko przepocony. Wizualizowałem sobie penisa, który nie tak dawno dotykał ich wewnętrznej strony. Przed Marcinem udałem, że je kupiłem, bo jakoś wstyd mi było przyznać, że tak nie wstydząc się, gwizdnąłem je komuś z szatni i noszę je jak swoje niczym jakiś kompletny perwers. Nie wiem, co by o mnie pomyślał. W ogóle nie mówiłem mu wszystkiego. Na przykład tego, że kiedyś kupiłem jakieś heteryckie pismo pornograficzne z trzema płytami DVD. Lubiłem czasem obejrzeć heteryckiego pornosa, bo tam chuje tych aktorów wydawały się jakby większe w małych usteczkach kobiet i w ich ciasnych dupkach. Trochę inna jakość, trochę inaczej kręcący faceci. Nie powiedziałem mu także o tym, że kiedyś obwąchiwałem zużytą prezerwatywę znalezioną na parkowej ławce. Zobaczyłem ją i zawinąłem do kieszeni kurtki, następnie wlazłem w jakieś najbliższe chaszcze i oglądałem dokładnie, niuchałem wnętrze. Zapach lateksu mieszał się z wonią spermy podobną do mojej. Sperma pachnie chyba dość uniwersalnie, różnice pewnie są niuansowe, tak samo jak w przypadku jej smaku. Nie próbowałem. Aż tak chory nie jestem. Podejrzewałem, że inni może i zachowaliby się podobnie, zapewne tak jak ja zachowując swoje dziwactwa tylko dla siebie. Jakoś podniecający jest fakt, że nikt nie wie. I może nawet tak trzeba. Porzekadło ludowe przecież ostrzega: nigdy nie pokazuj chłopu swojej całej dupy. Jestem nienormalnym zboczeńcem. Nikt nie musi o wszystkim wiedzieć. O!

Od razu po studiach dostałem się po znajomości do agencji reklamowej, ale od początku czułem, że tam nie pasuję. Czułem się za głupi i brakowało mi świeżości umysłu, której szefostwo spodziewało się po kimś, kto trafił tam bezpośrednio po studiach. Inni byli lotni, mieli przebojowość i pewność siebie. A nawet rodzaj zadufania w sobie, zadziorności i pychy. I tym swoim megalomaństwem nadrabiali czasem wpadki – umieli się wybronić, potrafili walczyć, byli pewni swego. A ja byłem jak szara myszka i kujon, który co prawda miał wiedzę, ale nie potrafił jej wykorzystać, bo już w czasie studiów odkrył, że nie tędy jego droga. Nie umiałem rozwinąć skrzydeł, pewnie nawet nie chciałem – w tej dziedzinie byłem niczym kiwi, pingwin lub emu całkowitym nielotem. I trwałem w tym świecie, w którym czułem się jak piąte koło u wozu lub jakby ktoś mnie ni przypiął, ni przyłatał. Ale skoro zacząłem, to musiałem skończyć – jak mawiał premier Miller: „faceta poznaje się po tym, jak kończy, a nie zaczyna”. Głupia to myśl, ale wręcz idealnie pasująca do mojego głupiego ciągnięcia czegoś, co wiedziałem, że nigdy nie pozwoli mi być szczęśliwym i spełnionym. No więc na dyplomie był „bardzo dobry”, jednak ja czułem się kompletnie beznadziejny. I to mnie frustrowało – że zawierzyłem kiedyś podpowiedziom matki, pociotek i kuzynów – że ta cała reklama to przyszłość – może także i moja. A przecież chciałem iść na polonistykę – jedynie babcia to rozumiała, ale w rezultacie i tak posłuchałem się twardo stąpającej po ziemi i chłodno kalkulującej reszty. Ta filologia to też niby grzebanie w języku, ale jednak w reklamie trzeba być agresywnym i bystrym, w literaturze to też nie przeszkadza, ale liczy się też jakiś spokój i bujanie w obłokach. Mogłyby to być atuty w reklamie, ale ja nie potrafiłem ich wykorzystać – zwłaszcza w towarzystwie, które mnie jakoś przerażało swoim snobizmem i dochodzeniem po trupach do celu. Apodyktyczne i zadufane w sobie dupki. Z aspiracjami zamiast ambicji. Oni nawet na łyso obcinali się u najdroższego (co nie znaczy najlepszego) fryzjera w mieście. I najlepiej bąki puszczali, i srali sztabkami złota lub stawiali diamentowe klocki. Wiecznie w samozachwycie… Nikt z nimi w niczym równać się nie mógł. Ale do szefów zawsze tacy słodkopierdzący, lizusowaci i w dupę wchodzący – wazeliniarze jedni, wstrętne zarozumiałe japiszony. Tak – te wszystkie stereotypy o tym świecie mają wiele wspólnego z prawdą: po trupach do celu, zakłamanie, karierowiczostwo, imprezy, megakac, pracoholizm i amfetamina. Przez chwilę nawet wpadłem w to środowisko, ale równie szybko odkryłem, że nie będę do niego nigdy należał. Marcinowi też to się nie podobało. Wycofałem się i w pracy funkcjonowałem właściwie jako samotna wyspa i takie właściwie popychadło, przynieś-podaj-pozamiataj.
Więc w pracy nie było wcale tak różowo. Robiłem uniki – z jednej strony celowo, z drugiej – na więcej i tak mnie nie było stać. Sam starałem się, aby od razu postawić siebie w pozycji szarej myszki, co to zawsze w dalszych rzędach i nigdy na pierwszej linii ognia. A w domu wylewałem tę całą frustrację. Widziałem, że Marcin lubi to, co robi, że jest zadowolony ze swojej pracy, a ja wiedziałem, że mój wybór to było pudło – puste w środku, pustka w środku i pustak ze mnie, że w ogóle uwierzyłem w to, że kiedyś będzie inaczej. Po prostu – zonk! Z pracy przychodziłem wymęczony, poirytowany, bo niby, będąc tą myszką, odpuściłem sobie wyścig szczurów, ale przecież nie chciałem tak funkcjonować bez jakichkolwiek ambicji do końca życia. Byłem jak w potrzasku, w rozkroku. Dobijało mnie to.
I niepostrzeżenie w domu zrobiło się jakoś ozięble. Marcin miał sporo wolnego w tygodniu, bo wtedy często wyrabiał godziny szkoleniami w weekendy. Z wolnego czasu robił użytek z kolegami gejami – niektórzy z nich to byli nasi dawni kochankowie. Obiadki, piwka, kawki na mieście. Byłem o to zazdrosny. O to, że on ma taką możliwość i o to, że ja zaczynam jakby od nich odstawać – że gdy już się wspólnie widzimy, to nie mam z nimi wspólnych tematów, zauważam, że oni świetnie się ze sobą bawią, a ja jestem ten, co to nie lubi pracy i tylko nieustannie narzeka. Nasze życie erotyczne niemal nie istniało. Nie z mojego powodu. Jego organ działał na mój organ jak czerwona płachta na byka i gdy tylko go widziałem, miałem ochotę pobaraszkować. Sęk w tym, że gdy się do niego dobierałem, to leżał jak kłoda albo mówił, że jest zmęczony, nieumyty lub boli go głowa. Biedny, sterany życiem i ciężką pracą, w dupę kopany samolub, myślałem. Czasem z łaską dawał się namówić na laskę. Czasem… Taka częstotliwość, która w tym szczególnym przypadku oznaczała rzadkotliwość, zupełnie mu pasowała – spust raz na jakiś czas był wystarczający, najlepiej w towarzystwie kogoś, kto wyręczy go w dłuższym zadowoleniu mnie, a on będzie mógł zapalić papierosa (nie palił nałogowo, ale przy takich okazjach i owszem), popatrzeć sobie, a dołączyć jedynie na finał, w trakcie którego szeptem przekaże mi sekretną wiadomość: „kocham cię” – prosto do mojego uszka. No akurat. Wiem, że on robił to też dla mnie – nauczyłem się tak myśleć i sprawiało mi to jakąś radość – nie powiem, że nie. Zwłaszcza, że ci kolesie wielokrotnie byli megaprzystojni i megazręczni, tzn. megafiutaśni, bo tu nie o zręczność przecież chodziło.
Ale nie myślcie, że to było znowu tak często. Taki trójkąt lub większy gang bang zdarzał się raz na kilka miesięcy. I właściwie zaczęło się to już po około dwóch latach, gdy Marcinowi dość nagle spadła potencja i ochota nawet na zwykłe przytulenia. Anka uważała te nasze seksy z innymi za lekko chore, bo ona nigdy nie zgodziłaby się na inną laskę w łóżku z jej Łukaszem, ale tłumaczyłem jej, że u pedałów jest trochę inaczej, bo zapraszają sobie faceta i obaj mają na niego ochotę, obaj z chęcią robią mu laskę, więc żaden z nich nie jest stratny, bo żaden nie musi pójść na ustępstwo co do płci zapraszanego kochanka. Tak miło i bezproblemowo jest przynajmniej w założeniach. Już w konkretnej sytuacji tak różowo może wcale nie być. No i druga kwestia z tymi trójkątami to to, że nie ma się co oszukiwać, że nie mamy ochoty na inne kutasy, no bo przecież mamy. Marcin może miał większą ochotę niż ja, ale ja też ją miałem, gorzej było u mnie tylko ze śmiałością, realizacją pragnień i odnalezieniem się w sytuacji, gdy już do niej dochodziło. I w sumie dobrze, że był chociaż uczciwy w stosunku do mnie, że mówił, czego oczekuje i jakie są jego potrzeby. Przekonywałem w ten sposób samego siebie, a i chciałem w oczach Anki usprawiedliwić pragnienia Marcina.
Za to znajomi geje zazdrościli mi takiego związku – najbardziej Robert – on to wprost nie mógł się nadziwić, że tak trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno. On o takim facecie marzył od zawsze, a spotykał ciągle zakochanych na zabój, dla których nie do pomyślenia było nawet patrzenie w stronę innych kolesi, a co dopiero wspólne zaglądanie do ich rozporków. Fakty były takie, że nigdy jego relacje z tymi facetami nie dotrwały momentu znudzenia ze strony tego drugiego, a ze strony Roberta te relacje nigdy nie znaczyły nic ponad zwyczajną chęć dobrego rżnięcia, ewentualnie wzbogaconego czasami o wspólne wyjścia do kina, na imprezę lub jakiś lunch na mieście. Tak mi się zdaje, że Roberta przerażało takie założenie, że do końca z jednym i tym samym i że tak czy siak ten wybranek nie zgodzi się na ruchanie z innymi, a dupsko nieustannie go świerzbiło, przypominając o swoich niespożytych potrzebach i niebywałej gościnności. Co zrobić, że chłopak umiłował sobie jednorazowość, która tak zawładnęła naszym światem także w innych obszarach życia – bo teraz to moda na próżniowe, sterylne, hermetycznie zamknięte, gotowe od razu do użycia, a ponad wszystko szybkie, łatwe i przyjemne. No ten typ tak ma i już. Nawet mnie i mojego Marcina chciał namówić na seks w trójkącie, ale dla mnie to absolutnie nie wchodziło w grę. Jakoś seks z przyjacielem nie napawał mnie zbytnim entuzjazmem – Marcin może i byłby zainteresowany, ale raczej nie seksem z Robertem – mówił, że jest za mało męski jak na jego gust.
Jak już mówiłem, nie tylko Robert mi zazdrościł takiego Marcina. Inni znajomi geje też chcieli mieć faceta, który zgadza się na trójkąty i jeszcze większe układy, nie jest zazdrosny i oficjalnie pozwala na skoki w bok. Mawiali, że do tanga to może rzeczywiście trzeba dwojga, ale miłość już dawno niektórzy wolą przeżywać i uprawiać w większych układach lub poza stałym związkiem. I dziwili się, że z tego zbytnio nie korzystam i że bredzę coś o tym, że w łóżku trzy osoby to już tłum i w ogóle że nie jest to aż tak fajne, jakby się mogło zdawać. Nie rozumieli, że ja zazdrościłem im seksu w parze i po bożemu – tej ciepłej kołderki i tej namiętności niezapośredniczonej istnieniem osoby trzeciej. Tak się mówi, nie? Osoby trzecie. My nie istnieliśmy bez osób trzecich. Naszym niektórym znajomym to się udawało, a jednak i tak marzyli o tych osobach trzecich, tak samo jak ja marzyłem o ich zniknięciu. Ale może tak jest, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, a fantazje są fantastyczne dopóki się nie ziszczą.

I w któryś weekend Marcin znów wyjechał na te swoje warsztaty – chyba do Wrocławia. Ach, ten Wrocław! Pamiętam, jak przyjemnie było na wakacjach u matki mojej matki na wsi pod tym Wrocławiem. Jeździłem tam niemal każdego lata. Byłem wtedy jeszcze bardzo naiwny, sądząc, że być może w trakcie takich wiejskich wakacji mama znajdzie mi siostrzyczkę lub braciszka w kapuście na ogródku albo może bocian przyniesie mi jakieś rodzeństwo zawinięte w białe prześcieradło. W ogóle byłem jeszcze dość naiwny, zbyt dosłownie traktując niektóre wyrażenia językowe, jak na przykład „brudne pieniądze”, a co za tym idzie „pranie pieniędzy” także. Za to dorośli tłumacząc skomplikowane kwestie niektórych obszarów życia, robili wszystko, aby od tej dosłowności uciec i wykorzystując łatwowierność dzieci, opowiadali całkowite bujdy na tematy, o których niewygodnie było im rozmawiać otwarcie i szczerze. Jednak jako rezolutnemu i dociekliwemu dziecku, dość szybko zajęło mi skapowanie się, że urodziłem się zimą, kiedy to trudno o rosnące głowy kapusty i latające nad Polską bociany, i wtedy pojawiły się w mojej głowie wątpliwości i jeszcze bardziej dociekliwe pytania, którymi bombardowałem z zaskoczenia otaczających mnie dorosłych. Gdy spytałem babcię o to, skąd się biorą dzieci, utrzymywała te skompromitowane w moich oczach teorie o bocianach i kapustach, a gdy bystrze zaprotestowałem, przypominając jej o moich narodzinach w zimie, zaczęła mówić coś o boskim stworzeniu. Czułem, że ktoś tu ściemnia, zwłaszcza gdy temat nagle kończył się nerwowym gaszeniem światła i nakazem: „Idź już spać! Jak będziesz dorosły, to zrozumiesz”. Może to stąd miałem ten pociąg do dorosłości. Czułem, że ta tajemnica ma w sobie coś zakazanego. Dziś z uśmiechem wspominam te skonfundowane grymasy i zawstydzone miny dorosłych, babci w szczególności. Ona była tak słodko staromodna i niereformowalna na żadną nowoczesność, że twierdziła nawet, iż woda z czajnika elektrycznego jest na pewno gorsza od tej doprowadzonej do wrzenia na tradycyjnym gazie (lub jeszcze lepiej: na piecu) i kawa lub herbata zalane wodą „z prądu” nie mogą smakować tak samo dobrze jak te zaparzone wodą z tradycyjnego czajnika. Identyczne zarzuty tyczyły się kubków, które wypierały szklanki z uchwytem, względnie duraleksy albo arkoroki. Przecież z tych kubków nie da się pić, poparzy się to człowiek bardziej niż ze szklanki, a i zakrztusi! Babcia rękami i nogami zapierała się w okowach przemijających oznak czasu. Nie dawała za wygraną przelotnym modom, trzymała za mordę stare i nie dawała odejść. To były czasy, które pewnie trwają u niej w najlepsze – jak w rezerwacie, jak w skansenie jakimś, lecz ciągle zamieszkałym dla podtrzymania złudzenia, że nowe nie znaczy lepsze. Czasami chciałbym jeszcze wrócić do tego wiejskiego domu jako ten dorastający chłopak i poprosić babcię, aby usmażyła mi takie grube chrupiące frytki własnej roboty; żeby zrobiła sałatkę jarzynową, którą po zmianie ustroju niektórzy nazywali peerelowską – taką z dużą ilością skrojonego pora i jabłka; żeby ostrzegała mnie, że będę w nocy sikał, gdy zapatrzony w ogień, grzebałem w piecu pogrzebaczem; żeby zabrała mnie na ogródek zbierać ogórki na małosolne; żeby znów tłumaczyła, że jak ogórki obiera się ze skórki od ciemniejszej strony, to od razu robią się gorzkie, a na moje pytania, czemu tak jest, znów by odpowiedziała, że tak jest i już. Albo żeby założyła się ze mną o to, komu w trakcie obierania jabłka lub ziemniaka uda się zrobić dłuższą obierkę ze skórki. Pamiętam, że dawała mi czasem wygrać.
No, ale wróćmy do opowieści o zdradzie. Marcin pojechał na szkolenia, a ja samotnie poszedłem do Toro. Niczego nie planowałem poza piciem i tańcem. Serio. Wtedy akurat nie. Usiadłem przy barze i grzecznie wlewałem w siebie drina za drinem. Piłem do odbijającego się w lustrze własnego odbicia – może nawet spoglądałem na siebie z pewną próżnością, jakimś zadufaniem, jakby próbując samego siebie przekonać, że jeszcze coś znaczę i coś mogę, choć w sumie sam nie wiem, co chciałbym móc. Ale na pewno nie miałem w głowie żadnych scenariuszy, jakie wielokrotnie i czysto hipotetycznie przerabiała moja wyobraźnia: że ktoś podchodzi, kiwa głową, schodzimy do taksówki i dymamy się do białego rana – wszystko jedno czy u niego, u mnie czy gdzieś w hotelu lub w parku na ławce. Nic takiego nie miałem w głowie – po prostu piłem.
I nagle trafił się jakiś gość, kiwnął do mnie, poszliśmy w stronę parkietu, przywarliśmy do siebie ciałami, zaczął całować mnie w szyję, położyłem ręce na jego piersiach, chyba chcąc go odepchnąć, ale poczułem te twarde mięśnie, a pod cienką bawełną także włosy, i poddałem się, dałem się całować, całowałem, ściskałem go za pośladki, tak jak on ściskał mnie.
Właściwie to nawet nie wiem, kiedy dokładnie zmieniłem zdanie, kiedy stałem się taki łatwy. Ale chyba wtedy, gdy pomyślałem, że przecież Marcin sam się o to prosi i od dłuższego czasu między nami jest źle. Jest wiecznie zmęczony, ja wiecznie pobudzony. I nic – tylko frustracja. A tutaj była chęć i było pożądanie. I niedługo potem dzwoniłem już po taksówkę, która zabrała mnie i tego gościa do mojego, a właściwie Marcina, mieszkania.
Drzwi się zamknęły, klamka zapadła, alkohol nieco uleciał, ale powiedziało się a, to trzeba powiedzieć b. I ten koleś był taki napalony.
– Podejdź do mnie – powiedział, rozpinając koszulę, gdy ja robiłem nam po drinku.

– Odejdź ode mnie – mówił Marcin, gdy się do niego przytulałem w przerwach pomiędzy ciągłymi kłótniami i pretensjami: że znowu nie posprzątałem, a w domu niemiłosierny syf; że mieliśmy wyjechać na kilka dni, a nie wyjechaliśmy, bo on znów miał coś w pracy; że mieliśmy pójść wspólnie na posiadówkę u znajomych, ale jemu oczywiście coś nie pasowało, więc znów poszedłem sam; że nie słyszę skomlenia naszej suczki, bo nie chce mi się ruszyć dupy, żeby wyjść z nią na spacer; że mieliśmy razem pójść na urodziny Anki, ale jemu w ostatniej chwili jednak się odechciało; że mieliśmy się kochać, ale on nie jest przecież maszyną do seksu i żebym sobie poszedł dupę za rogiem wystawić. Dla niego to nie była zdrada tak seksić się tylko dla sportu, dla dania upustu swoim żądzom i pragnieniom. Dziwiło mnie to, że tak łatwo chce mnie oddać. Przecież wiedział, że nie chciałem się oddawać nikomu innemu niż on. Tylko on był wyjątkowy, myślałem, choć coraz trudniej mi było w nim tę wyjątkowość dostrzec. Wydawało mi się, że mnie nie szanuje, a on nazywał to wolnością. I czemu już go nie pociągałem? Traktował mnie jak powietrze – nawet gdy jeszcze na początku kryzysu z jakąś wielką nadzieją próbowałem go czymś zaskoczyć – robiłem kolację ze świecami (one chyba tylko romantyczne są w filmach lub na początku relacji), namawiałem go na jakiś spacer, wyjście do kina lub galerii albo na lody koperkowe lub tymiankowo-limonkowe w lodziarni na starówce, kupowałem nowego poppersa lub jakąś erotyczną zabawkę (kajdanki, opaskę na oczy, dildo, smakowy żel, przedłużacz penisa) albo zakładałem na siebie żółty kask i ogrodniczki jak w jakimś pornosie z podniecającymi robolami. I gdy płakałem, bo czułem się śmieszny, a on znów mnie tylko odpychał kompletnie niewzruszony.
Tak – zgodnie z jego prośbą miałem ochotę odejść. Nie tylko wtedy, gdy mnie odpychał tym odpychającym „odejdź ode mnie”, tym mówieniem że ja to, tamto i sramto, i tą miną, jakbym go krzywdził swoim wzrokiem, dotykiem, tęsknotą. Chciałem odejść na zawsze. Zniknąć z jego życia. I chciałem, żeby on zniknął z mojego.
I odszedłem. Znalazłem sobie kogoś, kto nie był zły, że ciągnę go do teatru na jakąś głupią sztukę – coś tam… „ręka, noga, mózg na ścianie”, bo tak Marcin zapamiętał tytuł sztuki Ucho, gardło, nóż, monodramu Krystyny Jandy… Znalazłem sobie nareszcie kogoś szczęśliwego, że chcę z nim gdzieś wyjść razem, pokazać naszą miłość, nasze zakochanie, cieszyć się sobą nawzajem w każdej minucie i w każdym miejscu. Znalazłem kogoś romantycznego, lubiącego mnie i kogoś, kogo lubiłem ja, pragnącego się przytulać, kochającego się kochać sam na sam, gotowego skoczyć za mną w ogień, gdyby tylko była taka potrzeba. I odszedłem bez wahania i nie chciałem wracać, nie tęskniłem, nie płakałem, nie patrzyłem wstecz, nie rozpamiętywałem i nie myślałem, co by było, gdybyśmy dali sobie z Marcinem jeszcze jedną szansę. Wskoczyłem w nowe, nowe mnie porwało, nowe mnie zaspokoiło, nowe mnie przekonało, że w tym nowym może być lepiej.
Takie miałem czasem marzenia. Tak je sobie projektowałem w głowie. Ale to były tylko takie fantazje. Byłem w nich superzadowolony, superpodniecony i supernakręcony na jeszcze więcej. Odgrywałem sobie w wyobraźni sceny tej superszczęśliwości. Ale to były tylko takie fantazje. I tak ci, którzy widzą przed sobą jeszcze tyle kartek książki, wiedzą, że to odejście to oczywista bujda. UWAGA! SPOILER: Wrócą do siebie lub w ogóle nie doszło do żadnego rozstania, myślą. Bo niby co miałoby nastąpić dalej na tylu stronach? W rzeczywistości nie miałem siły powiedzieć stop naszemu związkowi, bo ciągle nie miałem odwagi dać sobie szansy na nowy start. Nie umiałem porwać się na taki zdecydowany krok. Czekałem na jakiś kop, który nie wiem nawet, czym mógłby być i kto mógłby mi go dać. I te rozstania to były tylko takie fatamorgany…

Było wtedy kilka cichych dni, on wyjechał, a ja poszedłem do tego Toro. I naprawdę nie było żadnego planu. Robert znów gdzieś latał. Z Anką i Łukaszem widziałem się dzień wcześniej. Narzekałem im, wątpiłem w swój związek, mówiłem o zerwaniu – dla nich to już stara śpiewka i nudy na pudy. „Daj spokój, wyluzuj”, mówiła Anka. Wtórował jej Łukasz, mówiąc: „Nie nakręcaj się. Odczekaj. Tak już jest w tych związkach. Ciągle istny galimatias” i spoglądał wymownie w stronę swojej połówki. Gdy ciągnąłem temat, nakręcając się jeszcze bardziej, to tak mnie zgnoili i zjechali, że w ciągu sekundy zamknąłem się w sobie i z ekstra- stałem się intro-. Wertyczny oczywiście. Nic im już nie powiem. Niech spierdalają. Gębę zamknąłem, kluczyk wyrzuciłem i dalej sączyłem już lekko rozgazowane piwo, śledząc poczynania Oprycha. Ich kot najpierw chwilę szukał miejsca, buszując w kuwecie stojącej przy drzwiach balkonowych, potem zrobił minę, którą zwykło się określać mianem miny srającego kota (w przypadku ludzi małpujących, tzn. kotujących, tę minę jest o wiele śmieszniej), a następnie pobiegł do przedpokoju, który także miałem w zasięgu wzroku i dorwał się do moich trochę schodzonych już butów. Był z niego amator niuchania świeżo zdjętego obuwia – stąd często żartowałem, że to kot pedał w wersji sneakers fetyszysta. Wąchał zawzięcie z grymasem ekstazy na swojej kociej mordce, a po zaliczeniu wystarczającej dawki smrodu skakał na kanapę i, kici kici, jakby w podzięce za ten aromatyczny seans, mruczał, łasił się, miau miau miauczał, naprężał kręgosłup do głaskania i koci koci lizał mnie szorstkim językiem. Tak było i tym razem. Ale do czasu. Bo nagle i błyskawicznie, że nie wiadomo w zasadzie kiedy, rzucił się z pazurami i zębami (w takiej właśnie kolejności) na moje przedramię. Nie ufam kotom, nigdy nie ufałem. Koty pomimo mojej nieufności ufają, że się nie odwinę (a chęć mam) i nie dostaną ode mnie sierpowym w ten swój wredny koci pysk za to irytujące i tak nagłe atakowanie. Życzyłem mu źle, życzyłem mu bardzo źle, ale miał rację, bo się nie odwinąłem. Znów mu się upiekło i spadł na cztery łapy, sierściuch jeden, chociaż tak naprawdę znikąd nie spadał, tylko siedząc ciągle obok prychnął na mnie przeciągle z rozdziawioną szeroko złością! Żebyś udusił się od jakiegoś kłaczka, dachowcu jeden!, życzyłem mu. Z niego to nawet nie dachowiec, a piwniczna znajda, bo w dzisiejszych czasach wysokich budynków, pustych biurowców i drapaczy chmur, koty przeniosły się na najniższe kondygnacje, aby być bliżej myszy. Anka i Łukasz znaleźli znajdę i tak za jednym zamachem znajda znalazła dom, w którym oprócz polowania na ludzkie kończyny, nic już nie musi, kocurzy pedał wstrętny. Zazdroszczę mu tego nic-nie-muszenia, choć w sumie to nic-nie-muszenie odbiera mu jakby sens istnienia. W każdym razie on nic nie musi, a jeśli już musi, to dużo mniej niż stworzenia ludzkie zorientowane na szczęście, związek, przyszłość, karierę lub życie wieczne i reinkarnację. Nie musi czytać, nie musi naprawiać swoich relacji z ludźmi ani swoich i właściwie niczyich błędów, nie musi zarabiać, nie musi niemal nic – nawet nie musi chadzać w gości, bo goście sami do niego czasem przychodzą, a on ich może bezkarnie ofukać lub nawet zranić do krwi i żadna krzywda mu się nie stanie, bo kotka przecież nie można bić – bezstresowe wychowanie tyczy się nie tylko dzieci, ale i zwierząt. Jakby tego było mało, ten futrzasty terrorysta ma ileś tam żyć. Jak Rademenes, tylko w odmianie złej i życzeń niespełniającej. Może to jakiś odrodzony w kocim ciele bandyta? Al Capone czy ktoś jeszcze bardziej groźny? Charles Manson czy ktoś taki. Nie mam pewności. Lepiej z nim nie zaczynać.
Więc krwawe spotkanie któregoś tam stopnia z kotkiem Ani i Łukasza było dzień wcześniej, lecz dzień później nadal szramy po pazurach i kłach zdobiły moją rękę – trochę przyschnięte, ale jednak nadal widoczne. Dobrze, że krzepliwość mam względnie krzepliwą. A może przez te rany byłem bardziej męski? Jak doświadczony weteran wojenny, inwalida albo jakiś superbohater, który jedynie z lekkim zadrapaniem cało wyszedł z nocnego ratowania świata ode złego. Tylko z małą ranką, niemal bez szwanku; i warto było, bo świat nadal istnieje.
Nie namawiałem więc Anki ani Łukasza na spotkanie kolejnego dnia. Co za dużo, to niezdrowo. Umówiłem się za to z takim Arkiem z fellow. Pod kolumną. Tak po prostu, żeby się poznać, bez żadnych podtekstów. Poszliśmy na kilka lufek do Przekąsek Zakąsek. To tu zdarzało się, że Robert wyrywał nawet z wyglądu zatwardziałych heteryków. Nawet nie tyle chodzi o jakieś kurwiki w oczach. To po prostu jakiś dar – nie wiadomo gdzie konkretnie zlokalizowany. Mierzył ich od stóp do głów tym swoim wzrokiem, jak to tylko on potrafi, a potem z klubu nici. Może chodziło o to, że w niektórych gestach był tak oczywisty i przegięty, że ci hetero dawali mu do obciągnięcia, a potem zapinali go od tyłu, zupełnie nie obawiając się, że te uśmiechy to jakaś podstępna pułapka, test, mający na celu zdekonspirowanie, rozgryzienie, przyłapanie na gorącym uczynku, złapanie w zasadzkę, a może i wpierdol. Łapał ich wzrokiem, następowało jakieś porozumienie ponad podziałami na hetero i homo, a potem zostawiał mnie, a nową zdobycz zabierał do siebie, gościł czym chata bogata i ewentualnie dołączał do mnie już po wszystkim, oczywiście z opowieścią, jak było, jakiego miał i czy było warto. Taki mały biforek, potem impreza, po której na afterek znajdował sobie nieraz kolejnego ruchacza – był wręcz niezmordowany i w pornobiznesie zrobiłby karierę jako megapasyw. Ach, ten Roberto…
Tym razem jestem z Arkiem. Nikogo nie podrywamy. Siebie też nie. On chce się tylko przyjaźnić, co bardzo kastruje jako deklaracja, gdy słyszy się to na randkach, ale to przecież nie randka. Ja też na nic więcej nie liczę, choć koleś nie jest zły. Rozmawiamy. Nie rozglądamy się naokoło. To znaczy nie rozglądamy się, o ile cioty w ogóle potrafią nie łypać okiem tu i tam. Mi to średnio wychodzi – ciągle wyłapuję w pobliżu siebie wszelkie oznaki męskości, jakbym skanował przestrzeń rodzajem noktowizora lub termowizora, działającego nie na podczerwień, a na zarost, bokobrody, szerokie szczęki, odstające grdyki, kształtne pośladki, gołe łydki, wypchane krocza… – oj, długo by wymieniać. Arek chyba się mniej rozgląda. Fajny chłopak, ale trochę chyba nieszczęśliwy i niesłuchający. Olał nawet fakt, że ostatnią, piątą a może już szóstą, rocznicę mojego związku spędziłem z moim facetem osobno, wykonując do siebie jedynie zdawkowy telefon. Zero empatii. Skupił się bardzo na sobie. Początkowo tylko przebąkiwał, że coś mu się tam nie układa, ale jak po kilku setkach zaczął narzekać, to nie było końca tego biadolenia. Boże!, jaki męczący, westchnąłem, obmyślając plan ewakuacji. Spoglądałem na zegarek. Nie kumał – trajkotał dalej. Nie pytał o nic – mówił, a jeśli pytał, to samego siebie i sam sobie natychmiast odpowiadał. W końcu uwolniłem się od niego, kłamiąc, że idę do Toro, gdzie czekają już na mnie znajomi. On nie mógł iść, bo następnego dnia miał zjazd na uczelni. Wiedziałem o tym, bo coś o tym wspomniał w trakcie wymiany mejli, i dlatego sprytnie podejrzewałem, że jeśli gdzieś się w ogóle jeszcze stąd ruszy, to od razu do domu. I tak się stało. Spryciula ze mnie, nie? I w rezultacie on poszedł w swoją stronę, a ja w stronę Toro – nie wiem, czy w swoją. Jakoś złapałem chyba doła od tych jego żali, tzn. żalów – sprawdzałem ostatnio w Słowniku poprawnej polszczyzny – tak to się poprawnie odmienia w dopełniaczu. Pełny byłem wódki, ale jakoś niedopełniony – niespełniony jakiś. Kogo, czego potrzebowałem, pyta dopełniacz? Dopełniacza. Postanowione – kierunek: Toro – tam się dopełnię. Słowo się rzekło… Toro to remiza. To wioska w środku miasta. Klub wielobranżowy i heterofriendly. Za płotem. Kobyłka już zmierza… Poczułem się otumaniony i głodny. Wbrew zaleceniom zawartym już w samej nazwie lokalu, w tych Zakąskach Przekąskach nie zjadłem ani żadnej zakąski, ani przekąski – waliłem tylko wódę, co teraz czuję. Stan upojenia alkoholowego – tak to się ładnie nazywa. Idę pieszo. Chyba szuram. Czka mi się. Czkawką pijacką. Nie wiem, czemu raz myślę długimi, a raz krótkimi zdaniami. Mieszam czasy. Myślę o przeszłości. Nie widzę przyszłości. Jestem chaotyczny. Błądzę wzrokiem. Na niebie nie widać gwiazd. Jakiś obszczymurek chce ode mnie złotówkę do piwa. Daję mu nawet 2 złote. Nie wiem, czemu raz daję, a innym razem udaję, że nie widzę. Widzę czerwone światło. Czekam. Robi się zielone. Nie patrzę w lewo – od razu przechodzę. Mylę strony. Statystycznie ponoć częściej tak robią kobiety. Idę. Powtarzam w głowie nazwy czynności, które wykonuję. Jakbym wątpił, że to się dzieje. Idę. Więc jestem. Jestem głodny. Burczy mi w brzuchu. Marzy mi się wielkie żarcie. Ślinka mi cieknie na samą myśl. Mijam ujęcie wody oligoceńskiej albo coś w podobie. Nie zastanawiam się, czy jest zdrowsza od kranówki. Miasto szturcha mnie przechodniami. Jestem „potrącany przez miasto”, jak pięknie uchwycił to Cyril Collard w Dzikich nocach. Dzika noc. Dziki głód. Otwarty kebab. Zachodzę, kupuję, jem na przystanku. Z barów szybkiej obsługi najczęściej wybieram kebaba. Głównie ze względów estetycznych (je się też przecież oczami), a nie tylko smakowych – częściej zdarza się apetyczny sprzedawca zapieczonej pity z baraniną lub falafela niż przystojny sprzedawca „kuczaka w ciecie” lub ryżu w pięciu smakach. To nie objaw rasizmu, a moich osobniczych preferencji. Może to przez te gabaryty ich cielesności (wolę wyższych i masywniejszych) oraz skośnooczność tych skośnookich, która w przypadku większej ilości jej przedstawicieli powoduje u mnie niezdolność do rozróżniania tego, kto jest kim. Pewnie dlatego nie kumam Kurosawy i Wong Kar-Wai’a. Podobno oni mają tak samo ze wszystkimi nieskośnookimi – te same trudności z identyfikacją twarzy. Wszyscy biali im się wydają identyczni i nie do rozróżnienia – nieważne czy blondyn, brunet, czy ma niebieskie lub może piwne oczy. Śmieszne… Jest kebab. Lubię na cienkim cieście. Głód fizyczny powoli zostaje opanowany, pojawia się za to głód erotyczny objawiający się ciągle szeptanymi w głowie zdaniami powtarzanymi jak mantra: ale przystojniak!, jaki fajny!, co za facet!, ale śliczny! Turek jak zwykle ma zarost jak marzenie, oczy czarne jak noc, kruczoczarne brwi namalowane niczym węglem; tonę… Zjadam do końca pitę, podjadłem, ale jeszcze pożeram go wzrokiem na pożegnanie, wyrzucam papierek do kosza i idę dalej. Mijam szkołę salsy. Czuję się jak uczestnik globalizacji. Wielokulturowość, chciałoby się rzec. Przez okna widzę tańczących ludzi, chociaż muzyki prawie nie słyszę. Niemy film. Jacyś goście zaczepiają mnie chamsko-groźną odzywką: „Ej! Kopsnij szluga!”. „Nie mam”, odpowiadam. „To spierdalaj, pedale!”, pokrzykuje jeden, a reszta głupio rechocze. Naprawdę tak to widać czy znów słyszę tylko najbardziej popularną w tym kraju obelgę? Niektórzy są wciąż oporni na zdobycze nowoczesnego świata jak szacunek do różnorodności. Nie paraliżuje mnie strach. Mam ich gdzieś. Nie zatrzymuję się, nie reaguję. Po co mi to? Dostałbym w łeb i tyle. Tak samo jak wtedy w tym tramwaju. Moje nielubienie kwaśnych jabłek powoduje też niechęć do bycia jednym z nich. A zbiliby niewątpliwie na kwaśno, na mokro, na czerwono od soku, który przelewa się wewnątrz ludzkich ciał dopóty, dopóki tli się w nich iskierka życia. Dostałbym zwłaszcza w tym swoim stanie dziabnięcia. Dobra – nie tylko w tym stanie – do siłaczy i twardzieli to ja nie należę. Nieważne. Nie będzie dres pluł mi w twarz. Zwłaszcza taki, co to kiwa się na tych swych chudych kikutach jak jakiś sfejkowany zapaśnik albo raczej małpa, a ma się za wzór normalności i męskości. A nawet jeśli będzie mi pluł, to nadstawię mu drugi policzek do oplucia. Prawie jak Jezus, tylko z tą różnicą, że on nie po to nadstawiał drugi policzek, żeby na niego pluli. To ich by jeszcze bardziej wkurwiło. A w sumie to chuj im w dupę! Świata nie zbawię – nie ma co Chrystusa udawać! Pijanym krokiem zawłaszczam świat, idąc dalej. Przypominam sobie, że mam słuchawki. Włączam sobie Feedera, płytę Pushing the senses. Maszeruję. Przede mną idzie słodko krzywonogi troglodyta. Może o tej porze wszyscy tak wyglądają? Mija mnie i nawet nie spojrzy, nie splunie, nie pomyśli, że potrzebuję przytulenia. Wpadam w chwilową pijacką rozpacz, że między mną a Marcinem jest kiepsko. Nie mogę darować mu tej rocznicy. Ciągle szkolenia, ciągłe wymówki… Tęsknię do niego. Czym jest zdrada? Co to jest związek? Na terapii same proste pytania, które okazują się takie trudne, gdy chce się na nie sensownie odpowiedzieć. Myślę, że życie jest popierdolone. Czekamy aż ta druga osoba zrobi pierwszy krok, a ona go nie robi, bo też czeka. Boksujemy się, choć nie potrafimy. Walimy na oślep. Odbijamy piłeczkę. Ping. Pong. Ping. Pong. Pif. Paf. Lufy kierujemy w swoje skronie; także samobójczo. I tylko taka nieustanna szarpanina pozostawiająca mentalne siniaki, niemożliwe do wykrycia na żadnej obdukcji. Dołuję się. Może nawet płaczę. To wszystko przez tę smutną muzykę, ale z premedytacją nie zmieniam jej na nic weselszego. Boli, ale musi boleć. Uspokajam się nieco, opanowuję. Mentalnie biję się po twarzy i oblewam zimną wodą. To wódka płacze, tłumaczę sobie. Jestem pod Toro. Kobyłka u płotu. Ktoś rzyga za pojemnikiem na śmieci. Jakiś koleś w przymałej pikowanej kurteczce – trochę takie przeterminowane ciacho, bo widać, że nie akceptuje swojej niemłodości i w jego przypadku wydaje się to jakoś banalnie żałosne – potrąca mnie, opuszczając lokal. Słyszę znajome dudnienie: umpa-umpa, które w mojej głowie jest takim łubu-du, że czuję się jak spoliczkowany. Jednak może to lubię, bo płacę, wchodzę, kupuję drina. Patrzę w lustro za barem. Jestem sam. Jestem zły. Dziś nawet nie zadzwonił. Obok stoi ten śliczny Paweł, były kochanek Roberta, któremu – domyślcie się, czemu – nadaliśmy przydomek DeLong, choć nie wiemy, jakiego ma ten znany skądinąd, również Paweł i również śliczny polski aktor o spolszczonym nazwisku – chyba nie muszę tłumaczyć, o kogo chodzi i skąd takie na poły lingwistyczne skojarzenie. Tak, tak – właśnie dlatego. Przynajmniej o ile ta moja kochana ruchawica, którą miały już tabuny warszawskich i nie tylko warszawskich facetów różnych, niekiedy zagadkowych, orientacji, nie wyolbrzymiła tego olbrzyma. Stoi więc obok i znów udaje, że mnie nie zna – po prostu kupuje drina i odchodzi – choć swego czasu rozmawialiśmy przecież za każdym razem, gdy tu się widzieliśmy w przelocie. Teraz nawet głupiego „cześć” nie wyduka, chujoza pierdolona. A niech se idzie, niech zejdzie mi z oczu… Skoro wspomniałem o Pawle DeLongu, to nadmienię też o innej postaci z kręgu byłych Roberta o ksywce James Błąd. Ten to miał się ponoć za nie wiadomo kogo, ale perfidny Robert śmiał się, że po zdjęciu majtek nie wiadomo było z jakiego konkretnego powodu to całe rozbuchane mniemanie. Z dużej chmury mały deszcz. James Błąd był nawet niczego sobie, ale co z tego, skoro dla Roberta liczyło się przede wszystkim to coś – coś między nogami i to oczywiście koniecznie odpowiednich gabarytów. A tam nic – ze świecą, a raczej z lupą szukać, czyli podejrzewam, że rozmiar jakoś taki średnioeuropejski, którym Robert gardził chyba najbardziej, bo mniejsze to go już tylko wzruszały i rozczulały i wtedy wspaniałomyślnie i dobrodusznie pogardę chował do kieszeni. Ciekawe, kogo dziś testuje niezaspokojona dupa mojej ukochanej latawicy…

Siedzę więc, sączę wódkę z colą przez słomkę. Nie mam żadnych postanowień. Wyłączam się powoli. Reset – chyba tego potrzebuję. Zamawiam kolejnego. Wiem, że mam pijacki wzrok. Jestem zrobiony. Nie mam właściwie żadnego planu. Nie miałem, ale napatoczył się ten już wspomniany koleś i skoro on się pojawia, to pojawia się złość i w try miga pojawia się taki oto plan: biorę go do siebie, on rucha, ja kwiczę z radości. Pomyślałem, że w końcu zrobię to, na co mój facet tak ochoczo mi zawsze pozwalał: oddam się komuś, kto na nowo i bez asysty Marcina rozdziewiczy swoim chujem moją dupę, która już niemal zarosła i na nowo chyba zdziewiczała z braku penetracji, i zrobię to na przekór sobie, bo tak naprawdę wcale tego nie chcę, ale chociaż dowalę tym Marcinowi. A co! Zawitało mi w głowie słowo „premedytacja”. Jako echo usłyszałem „penetracja”. Medytowałem na ten temat zdrady czasami, ale nigdy nie byłem tego tak blisko – nigdy jeszcze nie premedytowałem. A niech ma za swoje! Kandydat na ruchacza już był. Był dość zwyczajny, ale duży i męski – w sumie taki gość, którego, gdyby coś poszło nie tak i okazałby się pasywny, to nawet i ja z chęcią bym puknął, realizując swoją rzadką, ale pojawiającą się czasem potrzebę dominacji. Niepotrzebnie się obawiałem. Powiedział, że on nigdy nie daje. No i dość sprawnie i łatwo wszystko poszło. Przyjechaliśmy do mnie, suczka bezgłośnie obwąchała gościa i wróciła do kojca, a ja jako że alkohol już ze mnie prawie całkiem wyparował, to przestałem być taki zdeterminowany do realizacji planu. Ale w końcu przecież zostało mi pozwolone – „rób co chcesz, tylko się nie zakochuj”, więc do roboty! Miłości z tego na pewno nie będzie, ale seks – czemu nie?, przemknęło mi przez myśl. Na zachętę zrobiłem po drineczku.
I zachciałem stać się suką tego kolesia, aby Marcina wpędzić w poczucie winy, a siebie jakoś upodlić. Zdecydowanie łyknąłem sporą część zawartości szklanki i podszedłem do niego, przyklęknąłem i szybko rozpiąłem mu rozporek bez zbędnego gadania i robienia atmosfery. Po co się certolić z jakimiś ceregielami?, pomyślałem. Wyciągnąłem sflaczałego penisa i zacząłem go łapczywie i mozolnie obciągać. Dość szybko stanął do niezbyt imponujących rozmiarów, ale nie okazałem żadnego rozczarowania – jestem tolerancyjny, a on nie miał wpływu na to jak wyposażyła go matka natura. A potem rozebrałem się, a jemu ściągnąłem tylko spodnie i slipy, zostawiając go w czarnych skarpetkach i rozpiętej koszuli. Uklęknąłem i zabrałem się do roboty. Drutowałem go tak, że aż obijałem się czołem o jego brzuch, który po zdjęciu dżinsów i bluzy okazał się nieco większy niż zapowiadał to jego powierzchowny ogląd jeszcze przed zrzuceniem odzienia, a teraz zapowiadał nawet z dość sporym prawdopodobieństwem możliwość osiągnięcia w przyszłości rozmiarów wielorybich. Na białym opiętym t-shircie złowrogo i złowieszczo odznaczało się zagłębienie pępka. Facet, weź się za siebie, pomyślałem, bo niedługo swojej fujarki nie zobaczysz pod tym rozrastającym się brzuszyskiem, a potem to już z górki – bardzo łatwo osiągnąć stan określany mianem lustrzycy, czyli schorzenia polegającego na widzeniu swojego małego jedynie w odbiciu lustrzanym. Ale nic to. Może tylko ja to tak czarno widzę – może chłopak się zaweźmie i zawalczy z odkładającą się oponką wokół swojej zapewne niegdyś gibkiej talii i życząc mu tego z całego serca, szczypałem jego brodawki, a moje wargi połykały jego wzwód, chowając go głęboko w przełyku. Potem, gdy już nie chciało mi się ciągnąć tego ciągnięcia, dałem mu do zrozumienia, a on to skwapliwie pojął w lot, że czas na vice versa, czyli mały rewanż alias jak Bóg Kubie, tak Kuba Bogu. Albo na odwrót, żeby nie wyszło, że ze mnie jakiś megaloman. Żadnym bogiem przecież nie jestem, żadnym też się nie czuję. Uklęknął i zaczął nieporadnie lizać mojego małego, co mnie niemiłosiernie wkurwiło, więc zwinnie położyłem się na plecach i nasmarowany niemieckim żelem intymnym na bazie wody, rozgryzłem prezerwatywę, rozwinąłem ją na jego sterczącym kutasie, naplułem na dłoń i wysmarowałem go śliną, po czym zwinnie uniosłem i rozkraczyłem nogi, a następnie wskazałem wzrokiem, żeby już zaczął robić swoje. Zrozumiał – w tym względzie również głupi nie był, w innych – nie wiem, bo w gruncie rzeczy niedane nam było poznać się bardziej, poznaliśmy się jedynie dość blisko i dość głęboko – przynajmniej bliżej i głębiej niż z innymi. Robił swoje, robił to rytmicznie, a ja odwróciłem się do ściany, gdy on nachylony zaczął całować mnie w szyję. W drzwiach zobaczyłem zaglądającą do środka sunię, która jakby z pewnym zadziwieniem patrzyła, że zazwyczaj to nie ten pan robi temu panu to, co robi teraz ten inny, obcy pan. Spuściła wzrok i odeszła. Dłużyło mi się. Posuwał, posuwał, a ja niby czułem go w sobie, ale nie czułem do niego nic, a do siebie i Marcina zacząłem czuć odrazę. Że na moim ciele eksperymentowaliśmy z marzeniami i chorymi perwersjami, które okazały się niezbyt przyjemne w praktyce. Co ja właściwie robię?, pomyślałem, po czym przez głowę przeleciało mi: niech już, kurwa, skończy, i prawie się rozryczałem. Ale spokojnie – nie będę przecież robił z tego gejowskiej pornoopery mydlanej. Opanowałem się i powiedziałem ostro:
– Ruchaj mocno! – A on uczynnie starał się robić to jak najlepiej potrafił. – O tak, o tak! Rżnij mnie! – jęczałem i dla podkręcenia tempa próbowałem klepnąć go w biodro, bo pośladka nie sięgałem.
Nie było to fascynujące, nie było to nawet w ogóle fajne. Jakoś wyjątkowo przeszkadzała mi guma na jego małym. Durex. Akurat te są niewygodne i grube, ale tylko takie znalazłem. Najprzyjemniej jest dawać jedynie z poślizgiem i całkowicie bareback, ale obcemu to nigdy nie dam tak bez kapturka. Chciałem w sumie to skończyć, ale głupio mi było przed tym gościem, że najpierw go fatygowałem, a potem się wycofuję. Dopingowałem go do szybkiego orgazmu, krzycząc: „Rżnij mnie! Spuść się!, słyszysz? Strzelaj!”. Spocił się biedak, nasapał, ale doczekałem się tego jego strzału i nawet dzielnie zniosłem to, że koleś mimo swojego orgazmu, ciągle językiem pobudzał mojego małego, licząc, że ja strzelę, a on spuści się drugi raz. Zrobiłem to dla Marcina – aby mieć mu co opowiadać. Bo przecież nie dla tego nieznajomego, któremu okazałem gościnność, wpuszczając go nie tylko w moje cztery ściany, ale i pomiędzy moje dwa pośladki. Nie zrobiłem tego też dla własnej przyjemności, choć udało mi się znów finiszować dość gęstym płynem, który spłynął w okolice pępka. On też zlał mi się na brzuch. Byłem cały mokry, a mój kompan swoją dłonią zmieszał nasze spermy na moim włochatym brzuchu. Potem, ku mojemu zaskoczeniu, zaczął nagle łapczywie zlizywać kleistą maź z mojej skóry. Co za świr!, pomyślałem i odepchnąłem go.
– Oj, daj mi! – jęknął. Kurwa! Co za koleś! Gratuluję dobrego samopoczucia. Przyssał się jak głupi, do mojego już prawie całkiem sklapciałego małego. A liż sobie, durny pojebie, myślałem, udostępniając mu swój owłosiony pępek i kutasa. Tak robią czasem na pornosach. Najpierw jebią się w gumach, a potem obciągają sobie z połykiem, strzelają do gardeł, wylizują do cna, do imentu. Co to za nowa filozofia? To ten tzw. bezpieczny seks? I to z tych filmów nauczył się tego ten aspirujący do bycia wielorybem spermoliz, który właśnie maltretował mojego małego, łapczywie zlizując z niego ostatnie kropelki mojego nasienia?
– Daj już spokój! – warknąłem dość agresywnie.
– Pychotka – wyznał, oblizując się, taki zadowolony z siebie i na szczęście posłuchał i przestał. Otarł zewnętrzną stroną dłoni usta i spytał, czy może zostać do rana, bo ma daleko do domu. A niech se zostanie. Dałem mu koc, wskazałem kanapę, na której dopiero co doszło do tego wszystkiego. On jeszcze próbował mnie zagadać, pytając, czy te zadrapania na mojej ręce to od naszego pieska, na co odpowiedziałem, że nie i zawlokłem się do sypialni. Trochę się męczyłem. Nie mogłem usnąć. Był moment straszny. Źle się czułem. Totalnie zmulony. Może pomogłyby dwa palce…? Łóżko jakby mnie wciągało i nie chciało puścić, potrzebowałem powietrza, nie mogłem się ruszyć, ważyłem chyba z tonę. Nie wiem, czy ciążyły mi te myśli o własnej głupocie, czy może lęk, że zrobiłem coś niewybaczalnego. Może nawet nic nie myślałem – może ciężarem było tylko zapijaczone ciało. Lecz w końcu i ono usnęło (na brzuchu – to ponoć sposób na helikopter), zaoszczędzając mi tych znienawidzonych konwulsji i żrącego posmaku treści żołądkowych cofających się do przełyku. Na szczęście. Chociaż tyle.
I okazało się, że to wszystko, jeśli było w ogóle kręcące, to tylko w jakichś marzeniach – sennych czy realnych. Okazało się, że spełnianie marzeń czasami rozczarowuje. Bo to, co w fantazjach szło całkowicie po naszej myśli, w rzeczywistości po naszej myśli nie idzie i już takie fantastyczne nie jest. Nie ma takich emocji, nie ma tego podniecenia – efekty są raczej mizerne. Zresztą w tym wypadku raczej chodziło o rodzaj zemsty. W końcu doszło do czegoś, o czym Marcin wielokrotnie wspominał.  I wiem – głupi jestem, ale tak się stało – bzyknąłem się z kimś, bo mój facet – nie rozumiałem do końca, czemu – igrał z ogniem i ja, wystawiając dupę, ten ogień chciałem w jakiś zupełnie nielogiczny sposób ugasić. Nie wiem komu bardziej zrobiłem tym na złość: jemu, sobie czy mojej własnej, jakoś dziwnie niezadowolonej, dupie. Ale co się stało, to się nie odstanie…

I tak spoglądając na to całe bzykanie zupełnie z boku, to było cacy – jak w pornobiznesie się należy. Bo bez zbędnych ceregieli przechodzimy do rzeczy, a rzeczami są: rozporek, slipy, penis, guma, żel i sperma. A pomiędzy tymi rzeczami jest jeszcze kilka czynności, takich jak: obciąganie (laski), wyciskanie (żelu), nakładanie (gumy), smarowanie (dupy), wkładanie (fiuta), a do tego: ruchanie, dymanie, pieprzenie, czyli mówiąc z perspektywy drugiego: dawanie, wystawianie, wypinanie, a ponadto obustronne stękanie, dyszenie i na koniec wszystkiego walenie i spuszczanie, a nawet niespodziewane zlizywanie. To w skrócie i jakby poklatkowo. W ruchu, bardziej epicko, a nawet filmowo było to mniej więcej tak:
Kamera! Akcja!
(klaps): No więc już wszyscy wiedzą, że do tego dojdzie, więc zgodnie ze schematem, scenariuszem i oczekiwaniami potencjalnych widzów dochodzi co do czego. Jesteście sami, drzwi się zamknęły, klamka zapadła. Jest niby potencjalnie gorąco. Nie całujecie się jak szaleni – nie wiesz, gdzie możesz, a gdzie nie możesz dotykać, ale ta niepewność ma w sobie coś podniecającego. Przechodzisz do konkretów. Klękasz i choć robisz to bez przekonania wewnętrznego, to zewnętrznie tego braku przekonania wcale nie widać. Bierzesz się w garść i bierzesz go w garść i do ust. Połykasz, siorbiesz, liżesz, ssiesz jak na prawdziwego ssaka przystało. Jesteś zdecydowany. Niecierpliwi wciskają FF lub przesuwają suwak kursorem, omijając te nudy na pudy, te rozkręcanie się akcji, te zrzucanie części garderoby i nakładanie gumy. No i od razu są w samym środku zdarzeń niczym w axis mundi – stąd widok rozpościera się najlepszy: na przeszłość, na teraźniejszość i na przyszłość – wiadomo jak to się skończy: wielką eksplozją. I, och, jak przyjemnie kołysać się wśród tych fal przekazujących energię kinetyczną wte i wewte. Dajesz dupy, czujesz penetrację i gdyby pstryknięto zdjęcie i umieszczano je na jakimś pornoportalu w sieci, to ten jeden kadr można by skomentować: „ale jebanko!”, „też tak chcę!” albo „ale ostra jazda!”. Lecz w rzeczywistości czujesz tylko, że ktoś cię posuwa bez jakiejkolwiek przyjemności dla ciebie i dla niego chyba też bez nadspodziewanych szaleństw – dupczy po prostu mechanicznie, posuwa jakby przesuwał szafkę w kuchni, a do tego robi minę, jakby był najwierniejszym fanem Bustera Keatona, czyli zamiast twarzy wyrasta mu kamień – mam nadzieję, że nie przypierdoli mi nim/nią w mój czerep. Rucha. I myślisz, czy jest tam czysto, bo nie zrobiłeś przecież lewatywy, a nie chcesz wstydu i wolałbyś, żeby z tego dymania nie zrobiła się żadna śmierdząca sprawa. Jest czysto – uff – na pornosach zawsze jest czysto, zawsze jest się gotowym, nie ma lewatyw, nie ma nieudanych podejść i wszystko zawsze wieńczy orgazm. Jesteś na dobrej drodze, tylko co z tego, skoro najchętniej to już byś zakończył tę całą mało zabawną zabawę. I nawet to było żenujące, że męczyły cię myśli: jak tu się z tego wycofać i po co nam to w ogóle, skoro poza tym fiutem w dupie i zażenowaniem nie czujesz nic? Null! Rien! Jest bezboleśnie, ale i bezprzyjemnie. Ale leżysz jak kłoda, on wchodzi i wychodzi, wchodzi i wychodzi i jest niby cacy, ale chcesz, żeby już wyszedł i poszedł sobie w cholerę i na dobre. Ale to trwa. Wchodzi i wychodzi, wchodzi i wychodzi. Zazwyczaj to jest bardzo przyjemne, ale akurat w tym wypadku było to drażniące niezdecydowanie. Bo jakoś nie pasują do siebie te puzzle – jakby były z różnych układanek. Na jednym kartoniku jakiś żaglowiec, a na drugim coś jakby kawałek kory drzewa. Jak ogień i woda, a woda gasi ogień – przeciwieństwa przecież mogą się nie tylko przyciągać, ale i znosić… Co za bzdury!? Mówiąc prosto: czujesz dyskomfort. No i dlatego klapa – oklapł ci, choć miętoszony w ustach drugiego. I nawet orgazm jakiś niewyzwalający i nieszczery, a ta wielka eksplozja jest wielką improwizacją, lecz tej nieszczerości nie widać. Już fajniej byłoby chyba z moim ulubionym gumowym dildo o rozmiarze 7 cali (co daje 17,78 centymetra) i z poppersem, którego sobie wąchniesz, doprowadzisz tym twarz do nagłego zaczerwienienia, a zwieracze do rozluźnienia na maxa, dzięki czemu będziesz bardzo, bardzo gościnny i głęboki, no i w końcu strzelisz, a potem sztucznego fallusa po prostu wyjmiesz z dupy, spermę z brzucha wytrzesz jednorazową chusteczką – i po sprawie. A tutaj trzeba się w zakłopotaniu uśmiechnąć, może i nawet jeszcze pocałować i przytulić jakby w podzięce, a potem wytrzeć, ubrać i coś wydukać, że niby było fajnie, bo głupio dopiero teraz powiedzieć, że ci się nie podobało. A najchętniej to byś nacisnął ten przycisk rewind. REW. Serio! Ale on nie zawsze działa. Bo to, co się w realu naprawdę stało, to się nie odstanie.
(klaps).
A na domiar złego on po napisach końcowych, spytał czy może zostać. Pozwoliłem mu. I potem był moment przedziwny, bo chciał się jeszcze przytulić i widocznie liczył także na coś więcej – nagle jakby kamień spadł mu z twarzy i odzyskał twarz – no i dlatego zaczął na coś liczyć z miną bardziej ludzką, twarzową, choć za bardzo głupkowatą, wręcz jimcarreyową. Ale co zrobić? – po prostu przeliczył się. Ja niczego nie chciałem i na nic nie liczyłem. Sam w sumie nie wiem, czemu on w ogóle na coś liczył – widziałem przecież, że szału nie było, dupy nie urywało, tak jemu jak i mnie. Po prostu zaliczył ją – moją dupę – i to wszystko, c’est tout, jak mawiają Francuzi. Obyło się bez wymiany numerów i ponownej wymiany płynów ustrojowych. Zostałem sam na sam z ulgą, że już jest po tym przespaniu się, które odbębniliśmy bez krztyny spania, nawet bez zmrużenia oczu – chyba że tę monstrualną nudę potraktować jako straszliwy sen i z przerażenia posiadania takich wspomnień natychmiast o nim zapomnieć. Gdyby tak można było… Ranek był już bez niego.

Pamiętam wszystkie swoje myśli, które niezbyt dobrze świadczyły o temperaturze tego spotkania, ale akurat nie o głębię myśli chodzi w wysokobudżetowych pornosach – nawet tych pierwsza klasa z amerykańskich wytwórni Hot House lub TitanMen. Mieszkanie mamy ładne, kanapa skórzana i w ogóle modne minimalistyczne wnętrze, ale tak „na bogato”, choć akurat panował wtedy lekki pierdzielnik. A jeśli chodzi o nas – mnie i tego kolesia – to bez przesady – takiego idealnie wyrzeźbionego ciała jak ci pedalscy gwiazdorzy porno nie mam ani ja, ani nie miał on, więc może po prostu przypominało to niezły film z jakiejś prywatnej, domowej, amatorskiej kolekcji. Jednak czysto technicznie – bez zbędnej psychoanalitycznej wiwisekcji – daliśmy radę. Był wstęp, początek i zakończenie. Można powiedzieć: happy end. Podwójnie, a nawet potrójnie udany, bo przypieczętowany moimi pojedynczymi, a jego podwójnymi fanfarami. A prawdziwi aktorzy w takich scenach może też myślą o końcu i żeby już wyszedł i poszedł w cholerę i na dobre, żeby zniknął, zamykając drzwi z drugiej strony. Kto wie, czy nie myślą o tym, co zjedzą na obiad i że muszą pojechać do mechanika lub że znów zapomnieli zlecić stałego polecenia zapłaty za prąd i gaz. Tego się jednak nie dowiem – nie znam żadnego aktora porno i go nie zapytam. Ale jęczałem tak jak oni i sprawiałem wrażenie jakby wszystko było ok. W końcu odegrałem tę pierwszoplanową rolę niczym prawdziwy aktor. Tytuł katalogowy tej scenki mógłby brzmieć: Strangers in Warsaw. Tak – byliśmy nieznajomi, a za oknami niestrudzenie mrygały światełka na Pałacu Kultury i Nauki, daru Stalina i narodu radzieckiego dla ludu zaprzyjaźnionego kraju.
I nie zapominajmy: w tym wszystkim była też złość – w sumie chyba z jej powodu pojawił się ten plan, aby przerwać milczenie, które już było taką męczarnią. Cel: dosrać mu. Tak – dosrać Marcinowi.
Rano, czyli tak naprawdę grubo po południu, zostałem obudzony przez nieznośny ryk przejeżdżających na dole motorów. Dziękówa, kurwa, za taką pobudkę! Hałas niczym wiertarki lub młoty pneumatyczne – jakże bolesny, jakby tuż tuż przy moim uchu. Jebani dawcy szpiku i organów. Jednak w rezultacie to i tak chyba lepszy taki ryk niż budzik w postaci rozkręconego na cały zycher Radia Maryja grającego czasem u sąsiadki przez ścianę od rana do wieczora. To się nazywa kaznodziejstwo, radiomaryjizacja lub, jak kto woli, ultrakatolicka indoktrynacja pełną gębą. Dzisiaj bym tego nie zdzierżył. A skoro już o Bogu mowa, to świeć Panie nad moim ciałem, bo na duszę za wcześnie albo już nawet za późno. A ciało mi się jeszcze przyda, nawet w postaci bezdusznej. O czym to ja…? Niespodzianie przypomina mi się piosenka pod tytułem Zakręcona. Zaskakujące to, ale w sumie wiem, czemu akurat teraz. Jestem zakręcona, jeszcze pijana, bezwiednie sobie nucę: „Powiedz, jak możesz stać, kiedy wszystko wokół tańczy… Zakręcona, zakręcona”. Reni Jusis, helikopter, vertigo, istny Hitchcock, prawdziwy suspens, a na koniec pytanie jeszcze bez odpowiedzi i wypowiadane z grozą i rozpaczą: kiedy to się skończy? W domu nie było już tego kolesia. Nie pamiętałem, czy go wypuściłem – może sam wyszedł… Zagadka zagadką, ale czy nic nie zwędził? Nic nie zwędził – klucze, dokumenty, telefon i piesek merdający swoim krzywym ogonem – wszystko było na swoim, mniej lub bardziej przypadkowym, miejscu. Miałem megakaca, a obok łóżka znalazłem prezerwatywę, w której znajdowała się jeszcze przezroczysta ciecz. Zmieniłem pościel – zawsze tak robiłem po naszych seksach z innymi kolesiami. Chociaż zaraz! Przecież tak naprawdę wszystko wydarzyło się w salonie na kanapie. Ale widocznie potrzebowałem takiej jakby metafory oczyszczenia i stąd to pranie. Pralka wirowała, a mi nadal kręciło się w głowie – dobrze, że chociaż rzygać mi się póki co nie chciało i nie wiem, czy miał z tym coś wspólnego fakt, że wypiłem kilka łyków octu ze słoika z ogórkami konserwowymi. Moja twarz w lustrze przypominała zmięte zdjęcie. Wory pod oczami, blada cera, przetłuszczone włosy. Oj, zniszczyłem się niemiłosiernie tej nocy i niemiłosiernie mi było gorąco, duszno, parno. Otwarte na roścież i na przestrzał okna nie pomagały, powodując zbyt mały albo właściwie nie powodując żadnego przeciągu – powietrze stało i pomyślałem, że przydałby się jakiś odświeżający huragan. Głowa bolała mnie od stóp do głów, stopy nie miały koordynacji, jak na złość dobijał mnie brak jakiegokolwiek leku przeciwbólowego. Pociłem się. I nawet myśli mi się pociły. I pamięć. Pamiętałem właściwie chyba wszystko oprócz jego wyjścia. Pamiętałem, jak każda sekunda za każdą sekundą powoli drążyły moją dupę niczym krople skałę. I pamiętałem także moje udawane jęki i myśli, że na co mi to, że nie jestem podniecony, że bez Marcina to nie to samo – choćby tylko siedział, palił papierosa i patrzył – ale gdyby tylko był obok, od razu byłoby lepiej, raźniej, seksowniej.
Porąbane to wszystko, bo co to za miłość, która realizuje się w taki dziwny sposób, że musi ktoś cię ruchać, aby twój własny facet cię kochał i abyś ty kochał jego. I czemu ja się na to zgodziłem? Na ten wczorajszy seks, ale i na taki układ, że te trójkąty i „kocham cię”, gdy ktoś inny spuszcza się we mnie – w gumce, ale jednak we mnie. To straszne. Jak do tego doszło? Czemu do tego dopuściliśmy? To jest jakieś chore. Gdzie ten idealny związek, w którym tak wiele rozmawialiśmy, tak się rozumieliśmy, tak staraliśmy się o siebie? Jakoś szybko zapomnieliśmy o tym pierwszym słyszeniu – że opowiadaliśmy sobie tak wiele, że dzieliliśmy się naszymi myślami, że dawaliśmy sobie szanse poznawania własnych zainteresowań, że byliśmy dla siebie jak morza, w których chcieliśmy się zanurzać i do których chcieliśmy nawzajem się zapraszać. Wtedy – na początku – wszystko pierwsze słyszeliśmy i wszystko to pierwsze słyszane chłonęliśmy, bo chcieliśmy o sobie wiedzieć jak najwięcej. Ale ta początkowa naiwność, której wtedy nawet się nie wstydziliśmy czasami żenująco i niemal śmiesznie nazywać miłością, minęła. I teraz wszystko pierwsze słyszymy, nawet gdy powiedziane to było już setki razy. Nie słuchamy siebie, to i siebie nie słyszymy. Ciągle tylko pierwsze słyszymy. „Serio? Pierwsze słyszę! Nie mówiłeś mi o tym”. „Jak to ci nie mówiłem?! Przecież nawet przy Ance o tym mówiłem”. „To może Ance mówiłeś, ale nie mi”. „Oj, nie wkurwiaj mnie lepiej!”. „No naprawdę! Daję słowo, że nie mówiłeś! Pierwsze słyszę!”. Mówiliśmy tak do siebie nawzajem i dla każdego z nas brzmiało to jak ordynarny i dosłowny plagiat naszych własnych słów. Papuga! Tylko papugować potrafi! Papugowaliśmy siebie w niesłuchaniu. Pamięć była przytępiona niczym węch kogoś chorującego na nieżyt nosa. Coś pamiętałem, ale było to niedookreślone, dzwoniło, ale nie wiadomo, w którym kościele, tylko majaczyło, prześwitywało przez rzeczywistość, jakby zatraciło kanty. I pamięć płatała nam figle: płatała anachronizmy (bo traciliśmy rachubę co, gdzie, kiedy), ale płatała też futuryzmy (bo jakoś zaczynaliśmy chyba tęsknić do czegoś nowego; wizualizacje dołączała gratisowo, obiecujące wizualizacje, bardzo kuszące). Nasze dialogi były monologami. Monologowaliśmy. Zaprogramowani na mono, nie dopuszczaliśmy istnienia stereo.
Kac był nie do zniesienia. Nie sądzę, aby potęgowały go jakieś wyrzuty sumienia, bo takich raczej nie miałem. Po głowie boleśnie kołatało mi się pytanie: po co? Byłem wczorajszy i to całe wczoraj chciałem z siebie wyrzucić i zapomnieć. Pragnąłem poniedziałku, mimo że zasadniczo poniedziałków nie lubiłem. Stwierdziłem, że pójdę po coś do jedzenia, bo w lodówce jak na złość świeciły tylko żarówka i pustki. W pobliskim Carrefourze krążyłem wśród lodówek z jogurtami, wędlinami i serami, bo jakoś ciągle mi było duszno i czułem w sobie niesamowitą gorączkę. Zataczałem się. I nawet wśród tych chłodni obniżających odczuwalną temperaturę marzyłem, aby wetknąć łeb wprost do zamrażalnika i zamrozić tego kaca, który poruszał boleśnie moją głową od środka niczym jakiś robal. I potem zrobiło mi się niesamowicie zimno. Trząsłem się jak galareta, mdliło mnie, zachciało mi się rzygać i podejrzewam, że nabyłem zdolność przybierania przeróżnych kolorów, choć kameleonem dotąd nigdy nie byłem, chyba że za bycie nim uznamy ten jedyny raz, gdy na pedalską imprezę przebrałem się w pedalską flagę, ale to dość dalekie i chyba nieuprawnione skojarzenie. Ciotowska tęcza to nie to samo, co kameleon. Tak mi się przynajmniej zdaje. Wróciłem do domu z rosołkiem instant i apapem extra. Zjadłem jedno, połknąłem drugie, a po trzecie walnąłem się w kimę, mając nadzieję na odsunięcie w czasie lub całkowite uniknięcie jakże nieprzyjemnych torsji. Sjesta w warunkach kraju wysuniętego sporo na północ od tych południowych sjestę tak celebrujących nie tylko na kacu.

I nagle telefon z tym modnym dzwonkiem à la stary aparat. Na touchscreenie mojego iPhone’a widzę AAAAMarcin. Tak go dawno temu zapisałem, aby był pierwszy na liście kontaktów. Bożżże!!! Po co on dzwoni? Darmowe minuty darmowymi minutami, ale minęły już te czasy, gdy rozmawialiśmy ze sobą z przyjemnością, więc teraz aby mniej siebie denerwować, raczej unikaliśmy dzwonienia. I co? Powiedzieć mu czy nie powiedzieć?
– No, cześć. Co tam? – mówi zadowolony.
– A nic – odpowiadam poirytowany.
– Jak ci wieczór minął? Byłeś grzeczny? – W jego głosie usłyszałem ironiczny ton.
– A coś ty taki wylewny i zainteresowany? – zadrwiłem. – Od kiedy dzwonisz do mnie w środku szkoleń i udajesz zatroskanego męża? Od kiedy w ogóle do mnie dzwonisz?! – krzyczałem z pretensją.
– No, już nie przesadzaj – rzekł łagodnie. – Mamy przerwę. Chciałem ci powiedzieć – mówiąc to, zniżył głos – że dziś do naszej grupy dołączył koleś, z którym kiedyś się spotkaliśmy. – I zaraz jeszcze większym szeptem dodał: – Na seks. – Słowo „seks” zaszeleściło w słuchawce jak jakieś zakłócenia na łączach. Znów chwilka ciszy. – Nawet nie wiedziałem, że pracuje w moim sektorze. Pamiętasz takiego superowłosionego ze szramą po wyrostku? – powiedział jakby ochoczo.
– Nie bardzo – odrzekłem zniesmaczony – ale widzę, że ty świetnie pamiętasz za nas dwóch.
– Oj, przestań. Podobał ci się. Miał fajnego fiuta i wygolone jajka. I wiesz? – zawiesił głos, okraszając go radosnym znakiem zapytania. – Zaprosiłem go na przyszły weekend – oznajmił znów konspiracyjnym szeptem i byłem pewny, że mówiąc to, się uśmiechał.
– Super – skwitowałem. Poczułem, że coś we mnie pękło i się wylało. – W takim razie ja też ci chciałem coś powiedzieć: nie byłem grzeczny dzisiejszej nocy. Byłem bardzo grzeszny, wiesz? Pół nocy tańczyłem w Toro, a drugie pół rżnął mnie jakiś koleś. Było zajebiście, bo on był zajebisty. Zadowolony?! – wrzasnąłem.
Znów chwila ciszy w słuchawce. Powiedziałem to ze złością i niezbyt delikatnie, a Marcina chyba zatkało.
– Co ty mówisz?! – wydukał po chwili jakby odetkany. – Jak to rżnął cię jakiś koleś?! – Już nie martwił się, czy ktoś go usłyszy, bo niemal krzyczał.
– Było fantastycznie! – oznajmiłem oschle. – Igrałeś, igrałeś, to się doigrałeś.
– Jak to: było fantastycznie? Czemu umówiłeś się beze mnie?
– Przecież to był tylko seks. Fantastyczny, ale tylko seks. I nie umawiałem się. Po prostu się zdarzyło.
– Żartujesz, prawda? – W jego głosie usłyszałem zdenerwowanie.
– Nie, nie żartuję. Było super – oznajmiłem bezlitośnie.
– Nie wierzę ci – powiedział po chwili. – Chcesz mnie zdenerwować, bo nie chcesz, żebym zapraszał tego kolesia.
– A niech przyjedzie! Dobry jestem w dawaniu dupy. I chętny jak nigdy dotąd. Zwłaszcza po dzisiejszym – powiedziałem pewny siebie i pełny złośliwości.
– Dobra, dobra. Już przestań mnie wkręcać. Pogadamy wieczorem. Będę około 23 – odparł jakby łagodniej. – Pa!
– Na razie.

Powiedziałem. Powiedziałem to. A on nie uwierzył. Tylko po co kłamałem, że było zajebiście? Po co w ogóle zapraszałem do domu tego gościa? A po kiego grzyba Marcin znów ściąga kogoś na trójkąt? Mało mu? I po co poszedłem na te swoje studia, a teraz po co pracuję w tej beznadziejnej firmie? Za dużo tego „po co?” było w moim życiu. Żeby dopełnić te wszystkie „po co?”, włączyłem sobie Godziny, które obejrzałem już chyba z 10 razy, a Marcin za każdym razem pytał: „Po co znów to oglądasz?”. Po gówno, wiesz? Po to, żebyś się pytał! Po kilku godzinach przysłał mi smsa o treści: „żartowałeś, nie?”. Nie odpisałem. Bo niby po co?