Rozdział 4

Jestem Szymon. Rocznik ‘83. Mieszkam w mieście, które lubię, mieszkam w nim od urodzenia i nie zamierzam zmieniać adresu na bardziej lub mniej światowy. Stolica Polski mi w zupełności wystarczy, chociaż czasem wstydzę się, wkurwiam, żenuję, chcę nie widzieć i nie wiedzieć. Z napisów na murach widać, że zaciekle konkuruje tu ze sobą kilka religii / mafii / słów-kluczy / frustracji / fiksacji / fascynacji / fobii / nawiedzeń / uprzedzeń / miłości / nienawiści / ułomności / głupot / inwektyw / wad mózgu / dwubiegunowości / ekstremizmów (niepotrzebne skreślić lub zakreślić, można wybrać kilka odpowiedzi, a nawet wszystkie). Najczęściej występujące gryzmoły to: kurwa, White Power, huj (także w opcji: chuj), pedał, akronimy: CWKS, HWDP, WNM i KSP, antifa, cwel, przekreślona albo nieprzekreślona lub powieszona albo niepowieszona Polonia lub Legia, LEGIA PANY, ŻYDY DO GAZU (to jest ponadczasowy klasyk, czyli evergreen) oraz któryś z wariantów słowa „pierdolić”: pierdol / odpierdol / pierdolę / pierdolony / pierdolona / spierdalaj / wypierdalać (tu jest miejsce na dopisanie form jeszcze niewymienionych: ………………………………………………….) – jakby ktoś ćwiczył trudy koniugacji i deklinacji właśnie na tych powszechnie używanych wyrazach (coraz częściej nawet przez dzieci), dodając do nich policję, którąś partię polityczną lub, mówiąc szeroko, orientację światopoglądową, tudzież Boga. Ja na szczęście (i dzięki Bogu) jestem ateistą – nie wiem, czy to jest powód, dla którego nigdy nie ciągnęło mnie ani do pisania po ścianach, ani do innego rodzaju wandalizmów. Może mój wandalizm to przypadek bardziej introwertyczny, wewnątrzcielesny, co najwyżej domowy (raz celowo zniszczyłem ulubiony ścienny zegar mojego faceta, co zresztą odbiło się na mnie rykoszetem, ale nie chcę w to wchodzić głębiej). Nie mam, tak jak ci nadpobudliwi, znudzeni nudą swoich żyć „artyści” i „myśliciele” żadnych potrzeb demonstrowania swoich fascynacji itp. (patrz wyżej) w postaci napisów, murali ani nawet graffiti – pewnie dosięgnął ich syndrom niedopchnięcia lub raczej niepchania, skoro w większości autorami tych haseł są heteromałolaty – a wyznawców tej rozpanoszonej do granic religii nienawiści niestety jest sporo więcej niż samych gryzmolicieli.

A więc mieszkam w stolicy Polski i jest mi z tym dość dobrze. Coś jeszcze o mnie? W 2007 skończyłem reklamę i marketing. Skończyłem tylko dlatego, że zacząłem. Zacząłem – nie wiem, dlaczego. Na pewno nigdy nie było to moją fascynacją. Ciotki i mama uparły się, że to będzie przyszłościowy zawód, a nie to, co ta moja upragniona i śmiechu warta polonistyka. Ja liczyłem na to, że jak najszybciej stanie się to przeszłościowe. I nigdy więcej – za żadne skarby i za jakie grzechy ja się tak dałem w te studia wrobić i wmanewrować?! Asertywność: zero! Moje hobby to: muzyka, literatura i film. Nie odstaję od normy w tych deklaracjach zainteresowań, ale w odróżnieniu od tych, co tylko tak mówią, ja rzeczywiście czytam, oglądam i słucham. Lubię nawet polskie kino – co prawda nie z powodów patriotycznych, ale po prostu uważam, że mamy trochę utalentowanych aktorów, a i sporo takich reżyserów, którym kiedyś co prawda wychodziło może lepiej, ale mimo to wierzę w nich nadal, a i trzymam kciuki też za tych nowych, zwłaszcza młodych, debiutantów lub tych, co zaczęli późno, ale za to jak zaczęli! – mówię choćby o Smarzowskim. I tak dodam na marginesie, że przeważająca większość tych, którzy narzekają na naszą kinematografię, po prostu ogląda tylko te horrory i dramaty, co to komedie romantyczne udają i właśnie dlatego mają takie kiepskie zdanie o polskim filmie. Koniec tematu.

Na facebooku mam plus minus 347 znajomych, ale tak z 20 osób nigdy nie poznałem w realu, a około 50 to jakieś instytucje: TVP Kultura czy Teatr Dramatyczny, z którymi raczej trudno się poznać osobiście. Około 150 osób znam, ale nie tak, żeby z nimi pogadać – niczego o sobie nie wiemy w teraźniejszym życiu – znamy się z widzenia w przeszłości, z widzenia na fejsie i wiemy o sobie tylko to, co przeczytamy na naszych ścianach. Znajomi z fejsa wiedzą, że jestem gejem, chyba że nie wchodzą na niczyje profile, a konto mają tylko do kolekcjonowania znajomych lub dla potwierdzenia zasady „nie masz fejsa, nie żyjesz”. Wśród opublikowanych zdjęć mam także takie z moim facetem. Na niektórych nawet się całujemy. Nikt ze znajomych z podstawówki i liceum, którzy dopiero z netu dowiedzieli się, jak potoczyły się losy Szymka, czyli ich zakompleksionego kolegi z klasy, mnie nie skasował, nie wysłał do mnie obelżywego listu ani nie zamieścił obraźliwego posta na wall’u. Czyli z tego wniosek, że Polska to taki tolerancyjny i postępowy kraj z tradycjami, w którym kobiety już w 1918 roku uzyskały prawo głosu, a kontakty homoseksualne zdepenalizowano w 1932? No, nie wiem. Przecież tu w zasiekach i okopach tradycyjnych rodzin sankcjonujących prawo do bicia żony, bo zupa była za słona, stoją nawet światli posłowie, bo jaki to jest problem w tym kraju i jakie larum się podnosi, gdy chodzi o słuszną przecież konwencję ws. przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Nie ma co wspominać nawet o związkach partnerskich. Tabu trzymające za gardło, gdy tylko się o nim wspomni albo po prostu temat zastępczy – totalne zapętlenie i kwadratura koła. Może dlatego jakoś niewielu z tych moich dalszych znajomych ma odwagę polubić to zdjęcie z moim facetem, choć jest bardzo ładne i niemal wszystkie znajome mi bliżej osoby – nie tylko homo – lajkują je na potęgę, dodając pod nim komentarze: „jak sweet” i „ale przystojniaki”, „panowie ciasteczka”. Pewnie nie mogą polubić, bo czy inni polubią to polubienie i co powiedzą na to, że tak wspierają tych obleśnych pedałów tym lajkiem nie wiadomo po co się przypodobiającym. A ja polubiłem ich zdjęcia z mężem, z żoną lub z dziećmi, psami i kotami należącymi do ich pięknych fotogenicznych rodzin. Jakoś ja mogłem je polajkować i niech się cieszą, że pojawia się im czerwona ikonka u góry ekranu, że coś się dzieje na ich profilu, że ktoś zajrzał, że polubił, że przesłał tym lajkiem wirtualne serduszko i choćby sekundę zainteresowania. Oni jednak omijają mnie szerokim łukiem jak śmierdzące jajo – jak zbuka albo zboka jakiegoś, choć w oczy tego nie powiedzą. Nawet jeśli mnie podglądają, to milczą. A milczenie jest złotem. Nie chcę domyślać się, co to znaczy w tym szczególnym przypadku. Nie wszyscy oczywiście – są wyjątki potwierdzające regułę – ale w dobie generalizowania, wszechobecnej mody na narzekanie i dla stworzenia pozoru, że jest jeszcze gorzej niż jest, wykluczamy siebie w zdwojony sposób, sprzedajemy negatywne historie – aby nas żałowali jeszcze bardziej, aby skruszały ich twarde krwiożercze serca – i udajemy, że nie ma sympatii, że nikt nie gratuluje, nikt się nie zachwyca, a każdy sąsiad i każdy obywatel to wróg. Walka o prawa czasem rządzi się prawami zakłamanej propagandy.

Siedzę przed telewizorem. Skończyłem oglądać wszystkie filmy z moją ukochaną Marilyn Monroe i teraz czas na coś poważniejszego. Leci film Bergmana, który od dawna chciałem zobaczyć – jeden z tych religijnych. Oglądam go na dużym 42-calowym płaskim telewizorze typu plazma, ale i tak te pół ściany niemal statycznie poruszającego się czarno-białego obrazu nie zdołało mnie przyciągnąć. Jakoś nie mój klimat na dzisiaj – może przez tę religię. Albo to zwyczajna nuda i dlatego wyłączyłem się, nie wiem już o co chodzi i moje myśli gnają gdzieś do przeszłości, do tych moich wyjść, których teraz sobie odmawiam, aby nie podkręcać sytuacji. Marcin jest w drugim pokoju. Wypruty, jak to on mówi, po ciężkim dniu pracy, leży w wyrku z chupa chupsem w buzi i z książką w dłoniach. Udaje, że odpoczywa – wszyscy, którzy znają go bliżej, wiedzą, że czytanie książek go męczy, więc tym bardziej wiem, że po prostu nie chce siedzieć ze mną, obok mnie, przy mnie. Mógłby chociaż sięgnąć po gazetę – codziennie je przecież czyta niemal od deski do deski, nawet te strony gospodarcze, a jeśli coś omija, to jedynie dział z kulturą. Ale nie – ostentacyjnie zajął się książką – i to jeszcze Dostojewskim. Dobrze, że nie Zbrodnią i karą, chociaż tytuł Idiota wcale nie wydaje się mniej wymownym komentarzem.

Nie wychodzi nam od dłuższego czasu – ani w łóżku, ani przy wspólnych posiłkach. Czym mniej między nami słów, tym mniej jest też wspólnych orgazmów. Chyba mniej się lubimy i bardziej omijamy. Jakby to nazwać? Siedzimy jak na jakimś ognisku. Jak to się mówi? Na rozpalonym węglu? Że taka sytuacja wiecznego napięcia, że nie wiadomo kto pierwszy wybuchnie, że coś, może nóż, wisi w powietrzu… Mniejsza z tym. Jest źle. Chodzimy na terapię. Wracamy do wielu spraw z przeszłości, skaczemy po różnych zdarzeniach, roztrząsamy teraźniejszość. Może pomoże. Na razie słono kosztuje – czasami myślę, że byłoby lepiej, gdybyśmy poszli na wystawną kolację lub do kina czy teatru. A tak skumulowane, to i na jakieś wakacje last minute by wystarczyło. No ale dobra – próbujemy ratować nasz związek. Może to jest nasza last minute, którą przeciągamy w nieskończoność. I wszystko mamy w cenie – all inclusive: i złość, i zazdrość, i nienawiść przemieszaną z miłością, a do tego niepokój zabijany chucią i ciągły lęk na przemian z nadzieją, że bomba tyka i tyka i jak w końcu pierdolnie, to już chyba na amen. Ale nic to – tonący brzytwy się chwyta, czy jakoś tak. Wagoniki ciągle są w ruchu i jeszcze nieodczepione. Nie wiadomo, czy oznacza to jakąś szansę.

Poszedłbym do klubu, marzę o tym, aby się tak zniszczyć, czuję, że jestem niebezpiecznie odwódniony, ale bardziej niebezpieczne byłoby wyjście do klubu – to mogłoby się skończyć czymś definitywnym, a jakoś boję się definitywnych rozwiązań. Jednak czuję, że coś bym zrobił, gdzieś bym poszedł, z kimś bym się przejęzyczył, komuś bym się oddał, może bym się nawet zakochał – tak dawno tego nie czułem – po prostu mam chęć się wyszaleć, ale wiem, że nie mogę lub nie powinienem sobie na to pozwolić. Siedzę w domu, bo właśnie co piątek wieczór mamy naszą godzinną sesję terapeutyczną i niedługo wychodzimy. Zresztą gdybym poszedł na jakieś disko, to Marcin pewnie zaraz by się denerwował, że znów się puszczam. Wiem, że nie ufa już moim zapewnieniom, że go nie zdradzam. Sam bym sobie nie ufał, bo śmieję się głupio i bez sensu na samą myśl, że on będzie podejrzewał moje kłamstwa, że on wie lepiej, jak jest. Reaguję głupim śmiechem i się czerwienię, gdy ktoś mi wmawia, a ja mam się bronić, zaprzeczać, mówić, że to nieprawda. Może to i moja wina – to przecież ja, a nie nikt inny, zapracowałem sobie na opinię łatwego i puszczalskiego. Oczywiście widzę mnóstwo okoliczności łagodzących, ale w oczach Marcina niewiele to zmienia. Bo to był w sumie taki strzał Amora, co zdarza się już bardzo rzadko i do którego tęskniłem wtedy i tęsknię nadal. Już od jakiegoś czasu nie jestem tym gościem, do którego ustawiają się kolejki chętnych – już nie te lata i nie ta jędrność pośladków. Zainteresowanie moją osobą zmalało. Minęły te czasy świetności, gdy przyciągałem wzrok młodych i starych, mogłem przebierać i wybierać. Brzuch nieco urósł, już nie ma tej płaskości i sprężystości, zakola także się powiększyły, a czupryna się przerzedziła. Moje własne ciało, choć jeszcze wcale nie tak dawno temu było moim sprzymierzeńcem, staje się powoli moim wrogiem, a moje akcje na giełdzie atrakcyjności lecą na łeb na szyję – teraz to ja mogę padać na kolana i skomleć o chwilkę zapomnienia, gdy kiedyś robili to inni, a ja głupi nie korzystałem. Ale nie mówię, że nic się już zdarzyć nie może. Nigdy nie mów nigdy! Zdarzało się przecież, że podrywali mnie młodsi, nawet sporo młodsi – zupełna dzieciarnia. Dziwne to, bo niby miałbym z nimi rozmawiać o tematach maturalnych? Hola! – najmłodszy to dopiero zaczynał liceum – aż dziw bierze, że wpuścili go do tego pedalskiego przybytku. Dla nich taki jak ja to pewnie dinozaur – pamięta jeszcze czasy bez internetu i komórek, a nawet to, że kiedyś mikrofalówka i ekspres do kawy były szczytem luksusu i nowoczesności. Oj, co to za pokolenie… Oni myślą, że mogą mieć wszystko. To inny świat. Są tacy roszczeniowi i pewni siebie. W sumie to po co się do mnie przyczepił jeden z drugim? Węszę jakiś podstęp. Z braku laku to może i takiego jak ja by zaliczyli? A właściwie kto wie? Może naprawdę lubią starszych i doświadczonych? Może już tak wyglądam? Albo ten podryw to jakiś zakład, czy się naiwny koleś połasi na małolata? Nie dojdziesz… I tak mnie nie kręcą młodsi. Nie lecę na ich chucherkowate, chłopięce ciałka, które zamiast torsu mają płaskie deski z sękami imitującymi sutki. Choć może zdarzyć się przypakowany młodzik, cieleśnie nad wyraz dojrzały. I to właśnie dlatego nigdy nie mówię nigdy. Świat potrafi być zaskakujący. Wtedy na przykład, nie powiedziałem, że nigdy i puściłem się tak realnie – nie tylko w wyobraźni. I zakochałem się w tej chwili hossy moich akcji. Był tylko trochę młodszy ode mnie, ale nie było tego widać. W sumie to tych różnych razów zdarzyło się więcej, ale to właśnie ten jeden doprowadził nas do terapii. To była nieco inna bajka niż tylko seks, bo właściwie pieprzenia to tam wcale nie było, ale za to w głowie zadziało się wiele. Oj, zadziało się, oj, stało! A co się stało, to się nie odstanie. Nie mogę tak po prostu nacisnąć REW, zacząć od nowa, wymazać, nagrywając nowy skrawek życia. Może nawet nie chcę, bo wszystko mam zapamiętane jak jakiś piękny sen. Życia i czasu cofnąć nie można, można za to cofnąć pamięć. Przynajmniej tyle.

Innym razem – wcześniejszym – kiedy doszło do tego seksu u nas w domu, to wcale nie było tak fajnie, jak można by się spodziewać, że jest tym kolesiom odgrywającym te scenki na portalach UK Naked Men czy jakichś tam I’m Married Man, które ukształtowały moją wyobraźnię (albo raczej jej brak) i zwizualizowały moje oczekiwania co do spotykania facetów gotowych się ze mną bzykać w najmniej spodziewanych, ale za to najbardziej podniecających okolicznościach. Bo nie ma to jak coś szalonego, coś zakazanego, coś wyzwalającego – ojciec koleżanki, robotnik z dachu, listonosz z paczką, kinoman w toalecie po seansie – i tak, to ja, pan świata, bo mogę wszystko i świat do mnie należy. No i zdarza się to, dochodzi do skutku i skutku brak – istna klapa… Ale o tych przypadkach – prawdziwych i wyimaginowanych – nieco później. Teraz ważna jest nasza sesja z terapeutką. Zbliża się godzina prawdy. Tik-tak. Zaraz się zacznie. Tik-tak…

Wychodzimy z domu. Przekręcam klucz w zamku. Marcin schodzi po schodach, nie czekając na mnie, słyszę brzdęk kluczyków do samochodu w jego dłoniach. Nic nie mówi. Ja naciskam guzik windy. Wcale nie chce mi się tam jechać. Po co mi to wszystko?, myślę. Winda coś nie jedzie. Schodzę. Sam. Na parapetach okien mijam grudnie – takie rośliny, które wbrew swojej nazwie zakwitną na różowo jak zwykle z małym opóźnieniem, pewnie w styczniu lub lutym. W doniczki ktoś nieustannie wtyka pety – nie dość, że smrodzi na klatce, to jeszcze podtruwa te biedne kwiaty. Wychodzę z bloku. Prószy śnieg. Zastanawiam się, kiedy ta zima się skończy. Marcin czeka już w odpalonym aucie. Jeździmy zawsze samochodem, bo to dosyć daleko. Może nie drugi koniec miasta, ale jednak kawałek jest. Marcin prowadzi – ja nawet nie mam jeszcze prawka. Nigdy nie czułem potrzeby ani chęci. W radiu Rihanna zastanawia się, jak ma na imię. My nie mamy sobie nic do powiedzenia – ona tym bardziej nie wieszczy tym razem niczego istotnego, choć w zasadzie to ją lubię i nawet ten durny tekst jestem jej w stanie wybaczyć. Po Rihannie Beata Kozidrak modli się o złoty deszcz. Rany! Czy ona wie, jak można to zrozumieć? To już dawno nie jest ta Beata, która kiedyś Józkowi nie chciała darować nocy. Teraz siedziała i siedziała, myślała i myślała, i to, co wymyśliła, to wymyśliła i niestety zapisała i wyśpiewała. Pomóż jej Boże, któryś (może) jest, bo ręce opadają, a uszy więdną, gdy tylko dojdzie do mózgownicy, o czym to w ogóle może być…

Przez całą drogę nie odzywamy się ani słowem, jakby ciągle źli, że już ponad pół roku mija, a my tak ciągamy siebie na te pseudowynurzenia, z których tak niewiele wynika, czyli można powiedzieć: pseudowynika. Jedziemy. Za oknem ciąg bezlistnych kasztanowców. Nie będąc nawet dendrologiem, łatwo je rozpoznać także zimą – zresztą podobnie jak topole. Terapia. Chwyciliśmy się jej jak jakiejś ostateczności, choć w pierwszej chwili Marcin był nastawiony sceptycznie, ale nie ze względu na to głupie podejście niektórych ludzi, że tylko chorzy psychicznie chwytają się takich rozwiązań (albo raczej brzytew), tylko najprościej w świecie wątpił, czy to w naszym przypadku ma jakikolwiek sens. Ale chodzimy tam niemal co tydzień. I czekamy, gdzie to nas zaprowadzi. To prawda – nie chce nam się. Czemu ją w ogóle zaproponowałem? Może chciałem nas ratować, bo przecież kiedyś byliśmy dla wielu niemal idealnym związkiem? Może chciałem też siebie jakoś usprawiedliwić – wytłumaczyć, co się stało przy kimś, kto, mimo że mnie nie zna i jest obiektywny, weźmie moją stronę? A może chciałem jedynie przeciągnąć czas rozstania, który dla mnie oznaczał także czas przeprowadzenia się do mamy, czego ani ona, ani ja raczej już nie chcieliśmy? No i rzuciłem pomysł terapii i w końcu Marcin przystał na tę propozycję nawet z większą nadzieją niż ja – zapalił się do tego i chyba pomyślał, że jednak zależy mi na naszym związku, skoro to wszystko wymyśliłem i odnalazłem w necie kogoś, kto już takie spotkania dla par homo prowadził. Ależ był wtedy seks!

– No więc jak, panowie, minął wam tydzień? – To standardowe pytanie na początek. Niemal zawsze pada na wstępie. Terapeutka miesza nim w ciszy niczym w zupie gęstej, że aż łyżka stoi. Nie wiem, czy z premedytacją. Raczej nie. Ot, zwykłe zagajenie tematu. Jakoś trzeba przecież rozpocząć rozmowę – nawet gdy atmosfera jest ciężkawa od gęstości wzajemnej niechęci.
On patrzy na mnie, czuję to, choć patrzę w okno, za którym prószy śnieg. Drga mi powieka. Kapsułki magnezu łykane codziennie nie pomagają. Może trzeba zacząć brać magnez z potasem, jak poradziła Aga. I jeść pomidory. Dużo pomidorów, pić soki. Mają dużo potasu. Dotykam powieki opuszkiem palca wskazującego. Czuję drżenie rzęs. Irytująca sprawa takie drżenie. Irytujące jest także takie nasze przyłażenie tutaj, ciągłe skamlenie o lepsze jutro, którego jakoś sobie nie potrafimy zafundować, ale za to fundujemy sobie godzinę pogawędki pod okiem specjalistki. Kupa czasu minęła od pierwszego razu i nic. I kupa szmalu. Teraz to nawet się nie denerwujemy, a pamiętam, że pierwsze spotkanie było niesamowitym stresem. Gdy mówiłem, brakowało mi powietrza, głos mi drżał i miałem zadyszkę, chociaż siedziałem przecież sobie wygodnie w całkowitym niemal bezruchu. Mimo to trzęsło mną całym.
No dobra – trzeba przerwać krępującą już nieco ciszę. Powiem o tym, postanawiam. Ale ubiega mnie Marcin:
– Właściwie to nic wielkiego się nie działo. Spokojnie i bez entuzjazmu. Szymek siedział w domu. Ja byłem trzy dni na szkoleniach.
– Lubi pan te szkolenia? Lubi pan wyjeżdżać?
– W sumie to lubię. Zwłaszcza jak między nami jest średnio. Zajmuję się wtedy czymś poza nami. I mogę nie myśleć, wyłączyć się.
– Nie myśleć o czym? – terapeutka domaga się doprecyzowania.
Patrzę na Marcina, on chwilę milczy, ale zaraz kontynuuje:
– O tym, że chyba już wcale nie wierzę w nasz związek. Albo że wierzę coraz mniej, bo jeszcze jakaś tam nadzieja chyba jest.
Cisza. Nie rusza mnie to. Też tak mam: trochę nadziei i mnóstwo zwątpienia.
– A pan co robi, jak nie ma pana Marcina? – pyta mnie terapeutka, która dzisiaj chyba pierwszy raz założyła obcisły sweterek, dość krótką spódniczkę, długie skórzane kozaki i nawet wymalowała sobie oczy, chociaż wcześniej nigdy tego nie robiła. Może po ostatniej sesji idzie na jakąś randkę? W końcu piątek wieczór. Patrzę na nią, ona patrzy na mnie.
I co mam odpowiedzieć? Że gotuję, czytam, oglądam filmy, znów czytam, spotykam się z Kaśką, Anką lub Robertem? Że brandzluję się, myśląc o pornogwiazdorach, że piszę opowiadania, które ukrywam pod szafką w kuchni, bo akurat mam fazę, że nie chcę, aby ktokolwiek, a przede wszystkim Marcin, je przeczytał? Że sprawdzam w necie, od której do której czynne są gejowskie sauny i kluby, że powstrzymuję się, aby tam nie pójść, tzn. onanizuję się z finałem, aby przeszła mi na to ochota? Albo że szperam w telefonie, wyszukuję jego numer zakamuflowany pod zmyślonym imieniem i nazwiskiem i prawie dzwonię, ale boję się, że wtedy on będzie miał mój numer i że nie da mi spokoju lub dryndnie w najmniej odpowiednim momencie. A może od razu powiem, że widziałem…
– Widziałem się z nim – przerwałem krótką, aczkolwiek bardzo intensywną ciszę i poczułem, że mam nieświeży oddech. Wewnątrz mnie fermentowały rozdrobnione posiłki, które tak ładnie wyglądały na talerzu, a zaraz po włożeniu do ust, stały się obrzydliwą przeżutą papką i spłynęły do organów wewnętrznych (mówiąc w skrócie: żołądka, trzustki i jelit), gdzie soki trawienne rozpuszczały ich treść, a być może w jakiś nadnaturalny sposób rozcieńczały także poczucie winy, którego nie chciałem odczuwać i dlatego mój głos miał barwę zimną, niewzruszoną, jakby metaliczną.
– Z kim pan się widział? – dopytała pani Martyna.
Marcin wpatrywał się we mnie, w jego oczach zobaczyłem destylat podejrzliwości, a może już oskarżenia.
– Z tym, z którym zdradziłem Marcina – powiedziałem, patrząc w podłogę.
– Z którym? Z tym, w którym się zakochałeś? – wrzasnął Marcin, a ja spojrzałem na niego i zrobiłem taką minę, że on od razu wiedział, że właśnie z Jackiem. – Przecież mówiłeś, że nie masz z nim kontaktu, że nawet nie masz jego mejla ani telefonu!
– Bo nie miałem, ale odnalazł mnie w sieci, napisał, że będzie przejazdem w Warszawie…
– Brzydzę się ciebie, wiesz?! – wybuchnął, a ja pożałowałem, że powiedziałem. Znów będzie robił mi sceny; rzygać się chce… – I ty chcesz ratować nasz związek? – ciągnął swoje wrzaski pobudzony. – Po co my tu właściwie chodzimy? Powiedz mi! Po co?! Przecież to nie ma najmniejszego sensu!
– No właśnie! – wrzasnąłem – Nie mogę znieść już tego twojego obrzydzenia, wiesz? Nie umiesz mi wybaczyć. Nie umiesz zapomnieć! Też nie wiem, po co tu chodzimy! – mówiłem twardo, dźwięcznie, pewnie. Byłem wyprowadzony z równowagi, ale brzmiałem, jakbym miał to wszystko wcześniej przygotowane już w głowie, poukładane, przećwiczone pod względem dykcji i rzetelnego aktorskiego odegrania, aby usłyszały i najdalsze rzędy. – I wiesz co? Ty nie brzydzisz się mnie dlatego, że się z nim spotkałem – ciągnąłem. – Ty brzydzisz się mnie na co dzień: w domu, gdy śpię obok, gdy uśmiecham się do ciebie. Brzydzisz się mnie, gdy próbuję cię dotknąć, brzydzisz się mnie, gdy łaskawie zgodzisz się na seks. A potem ja brzydzę się siebie. Bo to było jak seks, do którego mnie zmuszałeś, choć teraz to ja muszę zmuszać ciebie. I wszystko totalnie bez uczuć…
Nie wiedział, co powiedzieć, a nawet jeśli wiedział, to nic nie mówił. Terapeutka też milczała, intensywnie wpatrując się na przemian we mnie i w Marcina.
– I ja też już chyba nie wierzę – wyparowałem po chwili. – Kiedyś myślałem, że cokolwiek się zdarzy, to my i tak będziemy razem, że nic nas nie zniszczy i nie rozdzieli. A teraz to już sam nie wiem. A wie pani? – zwróciłem się bezpośrednio do terapeutki. – Ja naprawdę nie chciałem go zdradzać. To on we mnie obudził te potrzeby. Mówiłem już, że to Marcin już jakoś po dwóch latach naszego związku chciał, żebyśmy spotykali się z innymi. Mi to nie było potrzebne. On tego chciał…
– Ale przecież mówił pan, że marzył pan o tym – zauważyła, a Marcin spoglądał na mnie w taki sposób, jakbym co najmniej zabił mu dziecko, którego zresztą nie miał.
– No zdarzało się, że o tym marzyłem. Każdy ma chyba fantazje!? Ja też je miałem, ale w ogóle nie oczekiwałem, że się spełnią! Nie o to w nich przecież chodzi.
– Akurat! – syknął Marcin.
– A co? Już nie pamiętasz, jak po kilku pierwszych razach ciągle ryczałem i nie umiałem sobie dać z tym rady? – powiedziałem z wyrzutem, patrząc mu prosto w oczy uciekające od mojego świdrującego, pełnego wyrzutu wzroku.
– Pamiętam! Ale jakoś przy kolejnych razach potrafiłeś już całą noc dawać dupy… – powiedział z sarkazmem, po czym spoglądając na niczym niezszokowaną terapeutkę, dodał: – Przepraszam za dobitność.
– Nie szkodzi – oznajmiła. – Tylko nie chciałabym, abyście się obrażali.
– Mówiłem już o tym – zacząłem spokojnie. – Wałkowaliśmy ten temat już chyba z tysiąc razy: i tutaj, i w domu. Bałem się, że go stracę, jeśli się nie zgodzę na te spotkania. Widziałem, że go to kręci tak na serio. I zaakceptowałem taki stan rzeczy. Uznałem, że tak musi być. Że inni kolesie muszą mnie ruchać, abym mógł doświadczać jego miłości. – Popatrzyłem na niego. Widać było, że jest zażenowany tym, co mówię, a swoim spojrzeniem mieszał mnie z błotem, rugał albo strzelał mi w pierś serią z kałasza.
– To nieprawda – rzekł oburzony. Wycedził te słowa przez zęby równie niezdarnie jak odcedzał kartofle z garnka za pomocą pokrywki. Trochę lepiej dawał sobie radę z makaronem – durszlak ułatwiał sprawę. Ale i tak dziecko by to zrobiło lepiej.
– Nieprawda? – spytałem, zawijając ostatnią sylabę tego wyrazu niemal do śpiewnego pisku, czyniąc z niej nie tylko znak zapytania, ale i klucz wiolinowy. – To po co te namawianie do kolejnych spotkań, kiedy wiedziałeś, że dla mnie to było trudne? Po co to wszystko?
– No przecież mówiłeś, że będzie lepiej… – odezwał się trochę nieśmiało.
– No i w końcu się tego nauczyłem. Było lepiej, co nie? Leżałem jak kłoda, ty mnie całowałeś, a inni mnie posuwali.
– Oj, przestań już z tymi szczegółami… – powiedział, znów z zawstydzeniem spoglądając na panią psycholog.
– Dlaczego mam przestać? – wyperorowałem nabuzowany. – Prawda w oczy kole?
– Mi to nie przeszkadza – terapeutka zwróciła się bezpośrednio do Marcina, po czym dodała, patrząc na nas obu: – Emocje to emocje. Czasem trzeba powiedzieć dosadnie. U panów niewątpliwie problemy zaczęły się między innymi z powodów różnych oczekiwań seksualnych. Dlatego te szczegóły też są ważne – wyjaśniła.
Patrzyłem w okno. Zdenerwowałem się, bo nie lubiłem czuć się całkowicie winny, a tak się niestety czułem, gdy ciągle wracaliśmy do tego jednego zdarzenia z Jackiem, jakby to był jedyny powód wszystkiego. Ale z niego kłamca, myślałem. Teraz się będzie wypierał i robił te swoje pełne zakłopotania miny.
– No dobrze – rzekł Marcin przez zaciśnięte zęby. – Zmuszałem go trochę do tego, choć ja wolę myśleć, że po prostu go do tego zachęcałem, bo czułem, że może być z tego dobra zabawa i że sam chciał, tylko się bał. Ale niech mi teraz nie mówi, że te jego zdrady są przeze mnie. Do tego go nie zmuszałem! To jakiś absurd! – krzyknął, jakby się czymś oparzył, a może dlatego, że się w nim aż gotowało ze złości.
– Nie zmuszałeś mnie, to prawda. Ale nauczyłeś mnie, że inni mogą dać mi więcej miłości niż ty – wyznałem dość spokojnie. – I to przez ciebie odkryłem potrzeby, których nie miałem.
– Żeby się puszczać?! – zareagował krzykiem i zaniósł się złośliwym, sardonicznym śmiechem. – Trzymajcie mnie, bo zaraz oszaleję!
– Żeby flirtować! Nie umiałem oddawać się tak po prostu. A czym dłużej byliśmy razem, tym mniej flirtu było między nami. To normalne, wiem. Ale u nas nie było nawet normalnego seksu – zacząłem wyjaśniać, patrząc w oczy terapeutce – bo zawsze musiał być ktoś trzeci lub czwarty. Bez nich trwało to 5 lub góra 10 minut i po sprawie. I zbyt chętny to ty nie byłeś – rzuciłem z pretensją w stronę Marcina. – Trzeba było cię prosić, namawiać. A przy nich stawałeś się taki czuły i podjarany. Ekscytacja 100%. Zaraz zmieniałeś się i zaczynało ci zależeć.
Swoje ostatnie słowa usłyszałem z opóźnieniem, jakby odbiły się echem w tym pomieszczeniu, w którym echa nigdy nie było. Może to jakieś słuchowe déjà vu? Zaczynało ci zależeć… zaczynało ci zależeć… zaczynało ci zależeć…
– Myślałem, że ci się to podobało… – powiedział Marcin po chwili. – Tak to wyglądało – dodał cichutko, a ja zapatrzyłem się otumaniony, jakby nieistniejący, w coś, czego tutaj nie było, też nieistniejącego, sam nie wiem co.
– Tak chciałem, aby to wyglądało, wiesz? – rzekłem po kilkunastu sekundach mrożącej krew w żyłach ciszy. Przeszedł mnie dreszcz. Ocknąłem się, potarłem dłońmi po ramionach, bo poczułem jakiś nagły chłód, i dokończyłem myśl: – Myślałem, że może dzięki temu będzie lepiej. Że może zaczniemy kochać się bardziej. I bez nich. – Miałem nadzieję, że przejdziemy na inny poziom w tej dyskusji, że zacznie mu zależeć na porozumieniu. Ale nie. Jemu jeszcze nie minęła złość, nie powiedział swojego ostatniego słowa.
– Co ty bredzisz? Patrzcie go! Teraz odgrywa takiego świętoszka… – parsknął z obrzydzeniem i spróbował zabić mnie wzrokiem, ale mu się to nie udało; nieudaczny bazyliszek. – Przecież wiesz, że ja nie umiem długo się kochać, że jestem krótkodystansowcem – powiedział nerwowo. – To było dla ciebie, ty głupku, bo wiedziałem, że masz inny temperament, że lubisz długo i ostro.
– Co?! – podniosłem głos z niedowierzaniem, nie wytrzymałem i tłumiona złość wybuchła. – I to dlatego zrobiłeś ze mnie dziwkę, tak? Nie mogę! Wiesz?! Przed tymi trójkątami nigdy nie narzekałem na nasze wspólne, że tak to nazwę, pożycie. I nie przypominam sobie, żebyś na początku był takim krótkodystansowcem. Po prostu coś prysło i tyle! Przyznaj to!
Nic nie odpowiedział. Nastała cisza tak cicha, że można było dosłyszeć zarówno tykający zegar, jak i dobiegające zza rozszczelnionego okna odgłosy butów na obcasie oraz nagły pisk opon i klakson samochodu. Mam nadzieję, że nic się nikomu nie stało, pomyślałem.
– Ok. Mam pytanie do pana Szymona – powiedziała po chwili pani Martyna całkiem spokojnie, chociaż niewątpliwie widziała, że poziom emocji między nami sięgał już zenitu. A ja na nią spojrzałem z wyrzutem, bo w myślach czepiłem się słówka „ok”. Bo niby jakie „ok”? To jest jej zdaniem „ok”? Pani psycholog tak kwituje emocjonalną szarpaninę partnerów w związku? – Skoro panu nie było dobrze z tym układem, to czemu pan nic nie powiedział? – zwróciła się bezpośrednio do mnie.
– Ale ja mówiłem… – burknąłem jakby zblazowany i znudzony, a właściwie wkurwiony faktem, że znów wałkujemy ten sam temat, a i tak zapewne nie dojdziemy do żadnego porozumienia. – Przecież już na początku dawałem mu do zrozumienia, że mi się nie podobało i było to dla mnie trudne. Potem był rzeczywiście czas, że mi się spodobało i sam się nawet wkręciłem w organizowanie tych facetów, ale potem znów mi było z tym źle i może mówiłem rzadko, ale na pewno mówiłem stanowczo: że chciałbym tylko z nim, bez tych innych kolesi. A tymczasem seksu we dwoje niemal nie uprawialiśmy. Mówiłem mu, że boję się, że to się źle skończy. Że już tego nie chcę, że chcę go tylko dla siebie.
– Pierwsze słyszę – zaripostował Marcin. – Nie pamiętam, abyś mówił mi, że ci się nie podoba. Może mówiłeś komuś innemu, ale nie mi. Widziałem, jak śliniłeś się na widok tych facetów. Przecież wielokrotnie sam wybierałeś ich w necie.
– No a kto twierdzi, że nie?! Słuchasz ty mnie w ogóle?! To prawda, że wybierałem. Przecież przed chwilą o tym powiedziałem. Ale gdy już niezbyt chciałem, to ty nadal napierałeś, więc wybierałem ich, bo zorientowałem się, że wybieram ich dla siebie. A jak prosiłem cię, żebyś poszedł do lekarza, żebyś się leczył, to tego już nie pamiętasz?
– Leczył się?! A przepraszam, na co? – odburknął wkurwiony, marszcząc czoło, i spojrzał na mnie buńczucznie, całym sobą buntując się przeciwko moim słowom. – No powiedz mi! Na mniejsze lub inne potrzeby seksualne? To jakiś absurd! – ryknął, odwracając się w stronę okna, ale zanim zdążyłem coś powiedzieć, spojrzał znów na mnie i zapytał: – A czemu jakoś zeszliśmy z tematu twojego spotkania z tym twoim Jacusiem?
– Nie zeszliśmy – odpowiedziałem niemal natychmiast. – Tylko chciałem przypomnieć, że to nie jest takie proste, że ja się puszczam, a ty jesteś taki biedny i wiecznie pokrzywdzony – ciągnąłem. – Nie dotykasz mnie z własnej woli. I w gruncie rzeczy to ty pokazałeś mi świat, do którego niekoniecznie chciałem wchodzić. A teraz masz pretensje, że straciłeś nad tym kontrolę. A czego się spodziewasz, gdy nie dostaję od ciebie tego, czego potrzebuję? – zawiesiłem głos ponad nami, jak pranie na sznurku i, nie czekając aż wyschnie, kontynuowałem: – Ten związek to nie jest dla mnie zwykła umowa o wspólnym zamieszkaniu i seksie w jakichś trójkątach! Ja potrzebuję uczuć, a od jakichś trzech-czterech lat ich nie dostaję. Poza zazdrością, złością, frustracją i niezadowoleniem oczywiście. I wiesz co? On, ten Jacek, pozwolił mi uwierzyć, że można się kochać we dwoje, a nie tylko w tych trójkątach i większych układach. Flirtowaliśmy, a potem było tak miło, jakbyśmy byli dla siebie stworzeni. Pokazał mi to wtedy i teraz właściwie też, chociaż nie było nawet żadnych pocałunków, bo po prostu rozmawialiśmy. – Myślałem, że zaraz się rozryczę, spojrzałem na bok. Nie chciałem patrzeć nikomu w oczy. Może też dlatego, że czar prysł trochę jak bańka mydlana. Z Jackiem. Było miło, ale nic więcej. Nadal był seksowny i interesujący, ale już inaczej. Nie chciałem o tym mówić i zdradzić się ze swoją klęską, chciałem podtrzymać ułudę, że zauroczenia mogą trwać dłużej. Może chciałem także potrzymać Marcina w niepewności, sprawić, aby był zazdrosny? On nic nie mówił. A ja czułem, że jeszcze to nie koniec, że nadal mam coś do powiedzenia. Zagryzłem wargę, zamknąłem oczy, głęboko wciągnąłem powietrze i dopiero wtedy spojrzałem prosto na Marcina i zacząłem kolorować wspomnienia tej jedynej z nim nocy, żonglując nieaktualnymi już prawdami. – Wiesz? Przy nim czuję, że jestem kimś, kogo lubię i że chcę być jeszcze lepszy. I przy nim nie jestem tylko dupodajkiem, którego ze mnie zrobiłeś i sprzedawałeś innym na własnych zasadach. Wiem, że to jakaś ułuda, że go nie znam, że gram przy nim, tak jak i on gra przy mnie, ale mam już w sumie dość tego, że my dla siebie jesteśmy tacy nieczuli, że nie chce mi się już nawet grać dla ciebie i że jestem w stanie ranić cię z taką pieprzoną łatwością. Z nim jest tak, jak było między nami na początku. Wtedy graliśmy, ale dlatego, że się staraliśmy o siebie. Teraz nikt już się nie stara. O nic. Wszystko mamy głęboko w dupie. Jedynym staraniem jest ta terapia, bo ten związek to taki… taka zapchajdziura. – Ten zbitek słów zbił mnie po twarzy, nie mojej twarzy, a tej skamieniałej z przerażenia. Przyszedł niespodzianie także dla mnie. Obudź się!, pomyślałem.
– To po co ty, kurwa, ze mną nadal jesteś?! – warknął głośno Marcin. Myślałem, że zareaguje spokojnie, ale wybuchł z siłą nagle obudzonego Wezuwiusza i zalał mnie pogardliwą i bezlitosną złością, tak jak gorąca lawa zalała kiedyś bezlitośnie Pompeje. Lub właściwie jego wybuchowi bliżej było do eksplozji reaktora w Czarnobylu. Przeżyłem, ale poczułem natychmiast, jak skażenie radioaktywne wnika szybko w moje komórki, głębiej i sprytniej niż nowoczesne formuły kremów, powoduje drżenie skóry, zaczerwienienie, wysypkę, a nawet więdnięcie całej niepokrytej włosami części głowy, zwłaszcza uszu. – Jak z tym całym Jackiem jesteście dla siebie tacy stworzeni, to proszę bardzo! – krzyczał. – Wyprowadź się i nie zawracaj mi dupy! Ale nie! – powiedział z dzikim grymasem na twarzy, jakby kogoś przedrzeźniając, prawdopodobnie mnie. – Wygodnie ci tak, co nie? Może po prostu nie chcesz wracać do mamuni i to jest twój jedyny powód, co? Ta terapia nie ma żadnego sensu! Przyznaj to wreszcie! – domagał się potwierdzenia.
– Rzeczywiście średnio w nią wierzę – oznajmiłem dość cicho, lekko zdławionym głosem i jakby refleksyjnie: stoicko, bez paniki i nerwów.
– Nie ma sensu tego ciągnąć! – rzucił pod nosem wkurwiony, wykonując ruch jakby chciał wstać. – Właściwie to nigdy do siebie nie pasowaliśmy! Tylko nie bądź taki wydygany! – Spojrzał na mnie pełen furii. – Nie martw się! Z domu cię nie wyrzucę! – krzyknął nie wiem po co, bo całość jego wypowiedzi świadczyła o czymś zupełnie odwrotnym.
– Panowie! Mam do was takie pytanie: jak bardzo ważny jest seks w waszym związku? – terapeutka dość nagle zmieniła temat na bardziej ogólny.
Cisza. Konsternacja? Co ona pierdoli? Wkurw? Mamy już dosyć? Obraziliśmy się na siebie? Ja nie. Czuję za to, jakbym wsadził sam siebie w kaftan bezpieczeństwa. Dla dobra ogółu.
– Panie Marcinie? – skierowała pytającą twarz na niego, jakby wywołując go do tablicy. – Czy seks to dla pana jest fundament związku czy coś mało ważnego?
– Myślę… – zaczął przeciągle i chyba rzeczywiście myślał – że jest to bardzo ważny aspekt każdego związku uczuciowego. – Zdawało się, że już ochłonął, uspokoił się.
– Czyli przyznaje pan, że seks to też uczucia? – dopytała.
– No tak. Na pewno – potwierdził.
– To zadam wam tak do rozmyślania, a może kiedyś dyskusji, taki temat: czemu jesteście tacy skupieni tylko na własnych uczuciach i pragnieniach i tak mało przejmujecie się partnerem i jego potrzebami? – Popatrzyła na nas pytająco i zaraz dodała: – Dobrze, panowie. Zastanówcie się nad tym, ale jeszcze chciałam was o coś prosić: żebyście przez cały tydzień nie rozmawiali na temat tego spotkania pana Szymona z tym mężczyzną, bo to chyba wyzwala w was zbyt dużo złych emocji. Postarajcie się o tym nie mówić aż do następnego spotkania, dobrze? Dziś niestety musimy już kończyć. – Rzeczywiście na zegarze niby dyskretnie stojącym w rogu komody dochodziła już pełna godzina. – Następna osoba już pewnie czeka – kontynuowała – ale myślę, że warto byłoby tę rozmowę pociągnąć. Pomyślcie o tym, o czym dziś była mowa, czyli tak naprawdę o granicach w waszym związku, o zdradzie, o tym seksie. Już kiedyś o tym wszystkim poniekąd rozmawialiśmy, ale może się coś zmieniło. I dodam jeszcze, że moim zdaniem, mimo wszystkiego, co się wydarzyło, warto nadal próbować. Otwieracie się. Widzę duży postęp w waszych relacjach. Postarajcie się jeszcze trochę, dobra?
Cisza. Ja patrzę w okno. On patrzy nie wiem gdzie, bo nie patrzę na niego. Postęp! Jaki postęp?
– To przyjdziecie? – spytała. – W następny piątek?
Cisza. Ja patrzę w okno. On patrzy nie wiem gdzie, bo nie patrzę na niego.
– Halo? Panowie?
– Przyjdziemy – odpowiada Marcin. W mojej głowie zabrzmiało to, jak historyczna odpowiedź ludu pracującego na historyczne pytanie Edwarda Gierka, czy pomogą. A czy przyjście tu kolejny raz coś w ogóle pomoże? Pożyjemy – zobaczymy. Jednego jestem pewien – tak jak w przypadku Gierka – nasze zadłużenie wzrośnie, a inwestycja we wspólne dobro się jeszcze bardziej powiększy. A kto spłaci te kredyty zaciągnięte na niepewne szczęście?
– To do zobaczenia, panowie – powiedziała pani Martyna, wstając z fotela.
– Do widzenia – niezamierzenie odpowiedzieliśmy niemal synchronicznie i również się podnieśliśmy.