Rozdział 3

Wciskam REW, znaczy się rewind. Jak na magnetowidzie sanyo, który mieliśmy w domu, gdy byłem w podstawówce. Słyszę cofanie się taśmy, ciężko coś idzie – w końcu basf trzysetka i zgrana już niemal do cna. Ile ja się tych kaset w życiu naprzewijałem? Ile się nanagrywałem tych arcydzieł, co to dla mnie arcydziełami nie zawsze były? Najbardziej zjechałem chyba kasetę z filmem Ósmy dzień. Oglądałem ten film nałogowo i chcąc nim zarazić innych, próbowałem go pokazać wszystkim moim bliskim. Tytułowy „ósmy dzień” to taka przenośnia – dzień, w którym perfekcyjny Bóg spieprzył sprawę i stworzył niedoskonałość, czyli bohatera filmu o imieniu Georges, chłopaka z zespołem Downa. Coś mi mówiło, że jeśli Bóg istnieje, to zostałem stworzony tego samego dnia. Filmu nie chciałem kasować, bo to nie był powtarzany przynajmniej raz w roku Potop, ale unikalny, telewizyjny biały kruk.

REW. STOP. PLAY: „…wpiłem się w jego usta niczym wampir. Miałem ochotę”.
Nie. Jeszcze wcześniej. Mimo skoku cywilizacyjnego i postępu techniki, kaseta VHS miała na mnie większy wpływ niż te CD-ROMy, VCD, DVD, blue-ray’e i inne formaty komputerowe, które co i rusz pojawiają się nowsze, lepsze, bardziej udoskonalone i w większej rozdzielczości obrazu. Kaseta magnetowidowa ma duszę – może właśnie dlatego, że tak samo jak ja i Georges jest taka niedoskonała.
Wciskam ponownie REW. Ciągnie, ale z jakimś hałasem, jakby coś się miało urwać lub zaciąć.
STOP. PLAY: „przeginając się w moją stronę. Z kieszeni spodni wyjął papierosy. – Zapalisz?”
Tak – to tu. Od tego momentu zaczęło się zmyślanie.
– Nie palę. Rzuciłem dawno temu. Sorka, ale muszę iść na górę. Ktoś tam na mnie czeka.
Tak było naprawdę, to powiedziałem, ale nikt na górze nie czekał. Żaden Robert – mój najlepszy przyjaciel, który akurat wtedy pracował; żadna Anka – najlepsza przyjaciółka, która czasem ze mną tu przychodziła potańczyć, ale tamtego wieczoru poszła ze swoim Łukaszem na jakiś maraton filmowy; ani nawet żadna Kaśka – też psiapsiółka, która choć pewnie byłaby w stanie chlać na umór do białego rana, to pech akurat chciał, że nie było jej wtedy w Warszawie. Tak więc nikt znajomy ze mną nie przyszedł – żaden znajomy gej ani żadna znajoma lesbijka, których kilka numerów miałem w telefonie. Aga, ich najbliższa memu sercu reprezentantka, zawsze potwierdzała, że kobiety kochające inaczej nie przepadają za tym miejscem, w którym – nie wiedzieć czemu – akurat tych pań zainteresowanych innymi paniami się zbytnio nie szanuje. Może dlatego większość bywalców płci żeńskiej – czyli większość bywalczyń – stanowiły gejowskie psiapsiółki, a nie lesbijki. Nic to. Tym razem byłem samotny jak palec i z nikim znajomym nie planowałem się zobaczyć. Z samotności przyglądałem się ludziom i okazywałem im więcej zainteresowania niż swoim bliskim, którzy w tym momencie byli mi tak dalecy, że właściwie obcy, zapomniani i nieistniejący. Ten Andrzej, który nie wiem, czy był Andrzejem naprawdę, był rzeczywiście męski i miał na sobie polo Ralpha Laurena, ale wszystkie te świecące się jak psu jajca lakierki i oczywiście te prześmiewcze majtki Arcado zmyśliłem na poczekaniu. Nie mam nic do Arcado – znam tę markę, bo zdarzyło się, że sam nosiłem takie slipy obdarowany nimi przez ciotkę – przepraszam, św. Mikołaja – w którąś tam wigilię. Ale do tych stereotypowo pojmowanych, wypachnionych i wystrojonych ciotek arystokratek taki toporny gać marki Arcado jakoś nie pasuje, więc użyłem go, aby osiągnąć efekt komiczny, mający poniekąd pomóc mi skończyć tę darkroomową zmyśloną opowieść. Powtórzę: nikogo nie chciałem urazić – ani dziadków, ani emerytów, ani żadnych innych nosicieli bielizny Arcado. W rzeczywistości wolałem skłamać, że ktoś na mnie czeka i uciec , bo nie było mi po drodze z tak ostentacyjnym wchodzeniem w szybką relację, która zaprzeczałaby mojej wrodzonej nieśmiałości.

Co do reszty reprezentacji z klubu, to akurat wspomniany Michał rzeczywiście bawił się w tłumie na górze, ale ani on mi, ani ja jemu nigdy nie obciągnąłem. Przyznam, że on nawet nie zwracał na mnie uwagi. Niestety. Nigdy. Nic się nie wydarzyło. Amen. A że nazywał się Michał, wiedziałem z któregoś pedalskiego portalu. Tak – od jakiegoś czasu miałem własne profile: i na fellow, i na gaydarze, i nawet na grindrze w moim smartfonie. I wcale ich nie ukrywałem przed Marcinem – po co? – on też miał tam swoje konta. Do tego wszystkiego oczywiście fejs – bez niego to jakbyś nie istniał. Niemal non stop byłem online i niezły zapierdziel miałem na tych wszystkich portalach. 24 godziny potrafią niekiedy tak szybko minąć na bezsensownym śledzeniu nieistotnego. Taki świat: fast food, fast love, fast orgasm i slim fast, a to wszystko tak w kontraście do marzeń o powolnej celebracji, o realnym spotkaniu, o byciu offline, o spróbowaniu slow life i smakowaniu życia. Czasem tego rozpędu kompletnie nie ogarniałem, chciałem się odciąć, schować i zniknąć. Nie nadążałem odpowiadać na wiadomości w stylu: „cze”, „hej” lub „co tam” nawet bez pytajnika, bo to nie było przecież żadne pytanie, a jedynie zaczepka lub nawet coś na kształt gry wstępnej. Lakonicznie nie znaczy w samo sedno. Takie gadki to nie ze mną. Z niektórymi dało się co prawda porozmawiać. Z takim chyba Wojtkiem to nawet sporo o kulturze sobie gawędziliśmy. Mądry facet, bystry, dowcipny. Wizualizowałem go sobie jako nieco szalonego, modnie ubranego i przebojowego doktoranta (rzeczywiście robił doktorat na historii sztuki), jednak gdy wysłał fotkę, okazało się, że co prawda bozia mu intelektu nie poskąpiła, za to urody obiektywnie i subiektywnie miał niestety tyle, co kot napłakał – jego własny kot, który, wychodziło na to, że w życiu nie uronił ani jednej łzy. Życie nie jest sprawiedliwe, oj nie jest. Natura zrobiła mu psikusa, czyniąc go tak niesprawiedliwie Shrekiem albo innym Quasimodo i chłopak musi mieć ciągle pod górkę. Może ktoś dostrzeże jego wielki umysł i wielkie serce. Oby!

A wracając do tego Michała, to jego imię to być może tylko pseudo dla tego światka. Podobał mi się, ale ja najwidoczniej dla niego za niskie progi, bo nawet miłym spojrzeniem mnie nigdy nie uraczył. W odwecie wypatrzyłem na kanapie czarnoskórego chłopaka i znów sobie przypomniałem, że jakiś daltonista musiał wymyślić i ponazywać te rasy, skoro czarni są ciemnobrązowi, a nie czarni; biali nie są wcale biali, tylko różowi, beżowi, jasnobrązowi, kawa z mlekiem albo pomarańczowi, czerwoni lub brązowi (w zależności od rodzaju i stopnia opalenizny lub zawstydzenia); czerwoni też nie są wcale czerwoni, a i żółci nie są żółci, skoro czymś żółtym nazywamy cytrynę. I cielistość również zależy od koloru cielesności, a może odcienia lub stopnia przezroczystości, wyraźności lub niewyraźności oraz pigmentacji duszy i ciała. Pewne jest jedno – wszyscy bez wyjątku rzucamy cienie w tym samym odcieniu i nie zależy to od koloru skóry w najmniejszym stopniu. Dla cienia i ziemi jesteśmy tacy sami w swojej różnorodności. Bez względu na płeć, stanowisko w pracy, wykształcenie, osiągnięcia lub ich brak, orientację psychoseksualną, wysokość ściąganych co miesiąc składek i podatków, wysokość osiąganych dochodów, pochodzenie, koligacje i znajomości, języków obcych także. Różnicę może stanowić jedynie wysokość i szerokość cienia, bo sam cień musi być bezapelacyjnie – nie ma przebacz! Cienia po prostu nie da się oszukać i go nie mieć. Chyba że po śmierci, która jest egalitarna tak samo jak sam cień – wtedy można sobie pozwolić na brak cienia i popadnięcie w zupełne zapomnienie. Znów te dygresje…

Był też ten blondyn z długimi włosami, co tam zawsze, niczym stałe wyposażenie wnętrza, tańczył od 23 do 6 rano, czyli do zamknięcia – zupełnie jakby ktoś mu w tyłek wetknął jakiegoś energizera – tyle miał w sobie niespożytej energii. Tańczył tak jakoś wyzywająco i lubieżnie, że patrzyłem na niego i patrzyłem, i nadziwić się nie mogłem tym jego giętkim ruchom. Nie to, żeby mnie to pociągało – wystarczało mi to, że on sam siebie pociągał i wyzywał jednocześnie – fajnie było patrzeć na takie zjawisko. Chyba jego znajomym albo raczej znajomą była ta bezwstydnica, prostaczka i awanturnica, wiecznie rozchełstana i choć ciała gwiazdy nieposiadająca, to niemal do cna roznegliżowana, i na nią akurat patrzeć fajnie nie było – bo zawsze taka obleśna i upocona jak świnia, błyskająca w migotliwych światłach stroboskopów. Przed oczami ledwo zauważalnie przemknął mi maluteńki chłopaczek: tak filigranowy, że wszyscy wokół niego wyglądali i poruszali się jak słonie w składzie porcelany. Zniknął na danceflorze – szukaj go, jak igły w stogu siana. Obok mnie stanął facet: duże bydlę z fryzem niczym kask i z gęstymi wąsami, jakie nosili homoseksualiści w latach ’70 i ’80 zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Zresztą cały był wyjęty jakby stamtąd: koszula w kratę, kowbojski pasek z metalową sprzączką, zawartość bielizny upchnięta w jednej nogawce wytartych dżinsów o niemodnym wysokim stanie. Co za stylizacja! Czy to jakiś bal przebierańców? Kręcą tu Brokeback Mountain 2? Facet puszcza do mnie oko, zapewne jako zachętę do puszczenia się. Nie, dziękuję, jestem twardy, w majtkach miękki – nie działa na mnie poza na przaśną amerykańskość – ale grzecznie odpowiadam uniesieniem kącików ust i odwracam wzrok. Nagle wparował taki lowelas, co to szuka wiecznie sponsora, więc mówienie o nim per niezły towar nabiera podwójnego sensu. Z wyglądu to z niego takie bożyszcze spragnionych oczu obojga płci. Fajny facet, klasyczne ciacho, trochę taki Maciej Dowbor, więc ślinka cieknie, a oko śledzi każdy ruch. O tym, że daje za kasę, poinformował mnie kiedyś Robert – mówił o tym w atmosferze plotki i nieodzownego rabanu w gestach, że to sprzedajna sucz, dziwka, ekskluzywna kurtyzana albo – ze względu na swoją płeć biologiczną eksponowaną dość bezpardonowo także w postaci genderu – raczej sprzedawczyk, żigolak, eskort, alfons samego siebie, pracujący na czarno, a więc faktur za swoją robociznę niewystawiający. Potem rzeczywiście widziałem jego profil-anons na którymś z pedalskich portali. Tekst nie zostawiał żadnych wątpliwości, że koleś kupczy swoim tyłem, a zapłaty oczekuje w walutach europejskich (opcjonalnie w amerykańskiej), nie uznając przelewów i czeków, reszty nie wydając – gotowy tylko na gotówkę. Zarzucał sieć w postaci obiecująco rozpiętej koszuli, ponętnie wypchanych dżinsów oraz głębokich i powabnych spojrzeń, lecz wszyscy chyba już wiedzieli, że ten za darmochę nie daje. Przyjemność dla niego to czysty interes – nie na odwrót, nigdy w pracy – kompletny materialista i nie-materiał na chłopaka… Robert w ogóle był kopalnią wiedzy na przeróżne tematy, ale tutaj akurat najczęściej zdradzał intymne szczegóły zlokalizowane okołorozporkowo, co trzeba było skomentować jako skrajną niedyskrecję. Tak – dyskrecja to nie jest znak firmowy Roberta. I to nie chodziło o zdradzanie żadnych tam rąbków tajemnicy – on walił szczegółem i ogółem, bo podsumować potrafił bez owijania w bawełnę i bezlitośnie. On lubił, że tak to dosadnie i dwuznacznie wyrażę, obrabiać nie tylko dupę, ale i chuja. To od niego wiedziałem, że ten rudy koleś jest obrzezany; tamten nieźle wyposażony (choć krótkodystansowiec, cierpi na przedwczesny wytrysk); ten ma bosko grubego (choć taki z niego niepozorny chudzielec o kostropatej twarzy); ten za to nie ma tam nic a nic (choć nos obiecująco długi niemal jak u Pinokia); a znowu tamten za nic ma higienę, myśląc, że rozmiar wystarczy (nie wystarczy, nawet jemu i nawet Robertowi – o dziwo!). Tamten ponoć ma HIVa, a ten obok ma żonę i dwójkę dzieci – szuka tylko aktywów, lubi sadomaso, chociaż nie wygląda. Dziwnie tak wiedzieć takie rzeczy o ludziach, których się nie zna. Być może jeszcze dziwniej jest znać podobne informacje na temat znajomych lub rodziny. Coś w tym jest jednak podniecającego, a zarazem obrzydliwego.

Niektórzy przychodzili sparowani, w pary powiązani, parzyście kupowali szczoteczki do zębów, planowali parzyste wakacje, wyposażali wspólne ognisko domowe wspólnymi sprzętami domowymi i, jak na parę przystało, chcieli być sparowani do końca świata, a nawet o jeden dzień dłużej, to i parzyście tańczyli, parzyście pili te same drinki – istne papużki nierozłączki spijające sobie ze zwiniętych w dzióbki dzióbków. Inni mieli swoje połówki, ale widać, że byli jacyś tęskniący do czegoś więcej niż związek, chcący rozwalić ściany broniące im dostępu do innych i innym broniącym dostępu do nich. Byli jakby źli, że do lasu z drewnem przyszli, więc łypali konspiracyjnie lubieżnym okiem w stronę obcych, rozdając na prawo i lewo powłóczyste spojrzenia o sile wejrzenia wgłąb duszy, serca, czystości jelit, kiszek, pragnień, nawet w wyniki badań, nieprzebyte choroby, a przede wszystkim jakby chcąc dojrzeć wyposażenie między nogami i rozmiary – oceniając je dodatkowo po wypadkowej długości nosa, palców, wielkości stopy etc. Inne pary przychodziły szukać kogoś do pary, znaczy się do seksu w wymiarze 2+1, 2+2 lub 2 do potęgi wyobrażeń o wyuzdanym gang bangu lub bunga bunga. Ludzie tworzą różne związki i nie ma to związku z jakimiś szczególnymi zdolnościami i jedną definicją – po omacku wypracowują swoje zasady lub ich brak. Tak już jest i już. Parafilie to nie wymysł internetowych społeczności ani generacji X lub Y – one były zawsze i zawsze będę.

Pojawiła się też taka ciota z krzyżem na szyi. Od Dolcego&Gabbany ten krzyż, kilka stówek chyba kosztuje, ale podróby chyba w H&M’ie się też pojawiły, lecz podróba to nie to, co oryginał, trochę wstyd tak z podróbą paradować… Ta tutaj krzyż nosi i może dlatego świętojebliwość jej spod oczu wyziera – świętojebliwość to jej religia codzienna i conocna, klęczy i się oddaje tej religii, o matko i córko! Mignęła mi też taka inna ciota, co zawsze z taką błyszczącą kolią na szyi defiluje – z tej to dopiero madame; rozdaje uśmiechy na prawo i lewo jakby przynajmniej ósmym cudem świata była. Założyć jej jeszcze diadem lub koronę i królowa balu, jak się patrzy! Nie czytajcie tego w ten sposób, że się czepiam – a niech nosi sobie, co tylko zechce i gdzie chce, ale dziwactwo to było jakieś, bo wzbudzała ona, a raczej on, zainteresowanie jako śmieszne kuriozum – podśmiechujki i wskazywania palcem nie miały końca – w końcu, tak jak mówiłem, Polska to kraj, gdzie nawet ci uznawani za innych inność wskażą palcem i ją wyszydzą i zdepczą.

Przy barze i pod ścianami pełno takich, co niby czekają zamążpójścia, lecz tak naprawdę czyhają tylko na wyłapanie w tłumie kogoś do zmierzenia pogardliwą miną à la kompleksy leczone poczuciem wyższości i to im w zupełności wystarcza. Poczuć się lepszym to wszystko, czego potrzebują, a powiedzenie „wyżej sra niż dupę ma” ma tu w pełni swoje zastosowanie. I dlatego fajnie było poczuć się lepszym, gdy widziało się na przykład gościa o bardzo szerokich biodrach i udach, jak kobieta o budowie gruszki. Rubensowski kształt to to, co bez wątpienia jest czymś gorszym niż niezbyt urodziwa twarz patrzącego, przykryta przecież toną pudru dla niepoznaki. Patrzy toto, robi minę pełną obrzydzenia i pogardy, a wzrokiem szuka pocieszenia w widoku kogoś udowadniającego, że ludzie potrafią być piękni. I są – niektórzy…

Był też ten drag, co naśladuje Dodę i trzeba przyznać, że niezła z niego dżaga. Nogi ma po samą szyję – nogi pięknie wydepilowane, zadbane, proste, a do tego na koturnach wysokich jak szczudła! Ta dżaga to taka bardziej rosła wzwyż (może przez te obcasy), ale są też tacy, co są bardziej rośli wszerz – na przykład ci kudłaci. Przy barze stała właśnie taka piękna misiowa rodzina: dwóch starszych potężnych teddy bearów z gęstymi brodami i dwa młodsze misiątka budujące dopiero potęgę swoich ciał, ale już z widokami na dość masywne gabaryty. Sadełka są, lecz jakoś apetyczne, jakby pasujące. Ale brodacze! Jeden urodniejszy od drugiego! I te futra tak krzaczaście wychodzące spod koszul. Zaraz będę sikać po nogach, bo te ich gęste zarosty muszą przyjemnie drapać! Gdy patrzę na takich kudłaczy, to natychmiast mam kudłate myśli, że zanurzę się w te kudłatości… I jak precyzyjnie te brody przygolone w geometryczne kształty. W ogóle ci panowie z geometrii mieli chyba w szkole same piątki, czego odzwierciedleniem były ich geometryczne, że się tak wyrażę, ciała, pełne średnic i promieni. Jeden z młodszych był jakby bardziej hipsterski – może przez te podkręcone wąsy à la Salvador Dali; jeden ze starszych miał zamiłowanie do skórzanych gadżetów i piercingu. Nie dam sobie głowy uciąć, że w tej misiowej rodzinie nie ma kazirodczych zachowań – dwa młodziaki były jakby za bardzo wtulone w potężne ramiona swoich tatuśków. Ale co mnie w zasadzie to obchodzi? Niech robią sobie, co chcą i jak chcą – pederastia to nie pedofilia – chłopcy na pewno pełnoletniość osiągnęli. Aaach… Rozmarzyłem się. Miśter lepszy od miśtera. Przypomniało mi się coś á propos misiów – obejrzyjcie koniecznie Cachorro, świetny hiszpański film o misiowatych i dla misiolubów! Nogi miękną, a w majtach mokro… Kisiel, budyń, miód czy co tam chcecie! I koniec już tych dywagacji, choć o miśterach można by w nieskończoność, bo za nimi stały – uwaga!, bo tu to rzadkość! – dwie lesbijki. Ładne lesbijki, należy zaznaczyć, bo wszyscy myślą, że jak kobieta kocha kobietę, to od razu musi być babochłopem lub pasztetem na niezdrowym białym pieczywie. Powtarzam: te były obiektywnie ładne, a subiektywnie to nawet bardziej niż ładne i ładnie sobie wpadające w objęcia, z uśmiechem uśmiechy innym rozdające. I tu dochodzimy do sedna – bo tak jak nie wszystko złoto, co się świeci, tak nie wszystko, co się pojawia w klubie gejowskim jest ładne, a stereotyp mówi, że wszyscy geje to metroseksualni i wypacykowani do bólu. Ten koleś na przykład, który podszedł do tych lesbijek jest brzydki jak noc listopadowa. To tytuł dramatu Wyspiańskiego; może też o brzydkich ludziach – nie wiem, nie czytałem. Obok nich na wysokie barowe stołki zasadzały się trzy niemiłe, lekko dziabnięte już panie, czyniąc to z miną à la „posadźmy nasze panie”. Robiły to jakby arystokratycznie; może to jakieś szlachcianki, baronowe albo dziedziczki sławnych i bogatych rodów – tak czy siak, istny kabaret. Po zasiąściu odetchnęły z ulgą i spojrzały na mnie z jakąś taką kobiecą gracją połączoną, nie wiedzieć czemu, z jakby szyderczym obrzydzeniem zblazowanej gwiazdy. Niby to serdeczny uśmiech, ale wiesz, że sfingowany i w myślach zaopatrzony w ten palec wcale nie serdeczny i skierowany właśnie ku tobie. Matrony jakieś!, pomyślałem, ale zaraz sobie przetłumaczyłem, że ta ich śmiertelna obraza majestatu jest u nich na miejscu i całkowicie adekwatna, tak jak na wielkopańskie i wielmożne panie przystało. Pełna ohyda pomieszana z awersją i poczuciem dumy – tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć! Tak sobie wyobrażam artystki ze spalonego teatru! Pewnie stąd ten majestatyczny foch, stąd to nabzdyczenie – no bo ten teatr im spalono – to chyba dlatego!, innego powodu nie dostrzegam. Zaraz złapią się za głowy pękające od ciężkiej migreny. Globus to się nazywa, globus! – migrena to nazwa nazbyt pospolita! – wiem, wiem…, przepraszam – mój błąd, moja bardzo, bardzo wielka wina. Gdyby to swoje obrzydzenie przetransponowały w agresywne darcie jadaczek i plucie jadem – a na pewno byłyby do tego zdolne, w końcu to nie byle jakie artystki!, to zdolniachy! – to byłyby z nich takie pedalskie wersje przysłowiowych betoniastych moherówek. (Tak, ciotki moherówki też istnieją, choć niektórym może wydawać się to mało prawdopodobne). Podeszły do naszych artystek inne panie w wieku podeszłym, równie prestiżowe, nienagannie wyposażone w grymasy i miny i otworzyły swoje jadaczki – głośno, trochę żartobliwie, nawet ironicznie – zaśmiewając się ze wszystkiego, choć nie wiadomo właściwie z czego. Wyjadaczki życia. Zmanierowane. Pewne swego. Zarozumiałe. Im się należy. Mają w sobie tyle pewności, że mogą wszystko, że świat do nich należy. Perorują! Gwiazdorzą! Zupełnie jak ta zadufana w sobie część młodego pokolenia, co tak pazernie okrada świat z ideałów. Im też się należy. To stąd to nienawistne spojrzenie o sile bomby atomowej. Normalka, chociaż w sumie chyba pomyliły kluby – gdzie indziej w otoczeniu swoich klonów nie musiałyby robić takich udręczonych min, że zmieszano je z błotem i bezguściem 10 w skali do 10. Biedactwa…

No nie!, pomyślałem z wrzaskiem słyszalnym jedynie wewnątrz mojej czaszki, mam chyba, kurwa, jakieś jebane déjà vu. Na horyzoncie znów krążył taki chyba Tomasz, który najpierw zawsze pił na umór (a może i nie tylko pił, kto go tam wie?), a potem, jak już był na haju, na rauszu, w takim błogim transie i niemal odlatywał w tym odlocie, to jeszcze jakby ostatkiem sił kojarzenia i rozróżniania twarzy od twarzy nagle mnie lokalizował w tłumie i znów nagle odczuwał przyspieszone ku mnie bicie serca, i zalotnie mizdrzył się, i pałętał obok, uśmiechając się niczym fircyk w zalotach, pięcioligowy Romeo albo udający Beckhama pseudopiłkarz z ławki rezerwowej. I dopóki nie padł, dopóty jego umizgom, zalecankom i amorom nie było końca. Miał do mnie romans, chciał romansu. Podchodził, mamrotał, bredził coś nieskładnie i nieładnie, bo nawalony zawsze dostawał zajoba i pierdolił trzy po trzy, choć wiadomo było, że wszystko, czego chce, to się puścić i spuścić; na szczęście ja miałem zawsze rękę na pulsie, przeczuwając, że w tym stanie używalności i najebania jak meserszmit, to były raczej jego ostatnie podrygi i co najwyżej mógłby puścić pawia albo – nie daj Boże jedyny i wszechmogący! – popuścić. Pragnął szybkiego bzykania się w kiblu lub w ciemnej kabince na dole, ale gra była niewarta świeczki – obiecanki cacanki, nic więcej. Co za gość! Jaki męczący i namolny! Moczymorda… O! Już zmierza w kierunku klopa w stanie niemal somnambulicznym lub prawie jak mumia, która pozbyła się obandażowania. Idzie swój alkoholowy chuch wysokoprocentowy przemienić w chuch wymiocinowy, czyli jeszcze o piekło gorszy, jeśli tak można się wyrazić.

Było jeszcze mnóstwo innych osób, których seksualność była mniej lub bardziej rozgogolona i widoczna jak na dłoni. W większości przyszli tu po to, aby spotkać partnera/partnerkę/partnerów na dzisiejszą noc, na naiwne zawsze lub święte nigdy, bo takie wybredne też się zdarzają. I pojawił się także ten ciemny mięśniaczek ze zgrabnym tyłeczkiem przywiezionym do naszej Polski – jak informował na swoim profilu na Romku – prosto z południowej Francji. Zarósł na twarzy, a do tego upasł się troszkę, jakby na przekór modom na odchudzanie i bycie fit. I bardzo dobrze – ja jako amator mięsa uważam, że trochę ciałka nie zaszkodzi. Uśmiechnął się do mnie nawet kilka razy, ale mimo wszystko nie miałem ochoty używać swojego angielskiego, a tym bardziej francuskiego, którego znajomość z powodu całkowitej od kilku lat nieużywalności ograniczała się już właściwie tylko do „wulewu kusze awek mła?”, śpiewanego kiedyś przez zespół LaBelle, a potem przez Pink, Lil’ Kim i Kryśkę Aguilerę. Może i by to właściwie wystarczyło? Tak na one time lover lub właściwie jednorazowe randez-vous… Ale w sumie przecież ja wcale nie jestem aż tak śmiały. No chyba że po alkoholu – zazwyczaj musiałem sobie w ten właśnie sposób dodać animuszu. Na lekkim rauszu to i czasami świetnie bawiłem się, udając ją, przeginając się, klepiąc obcych po ramionach i mówiąc: „kochana!”, „moja złota!” albo „ty wariatko!”, „ty prostaczko moja najdroższa!”, „ty wywłoko!”. Ukułem nawet swoją własną teorię na temat sporadycznego przeginania się gejów, zwłaszcza pod wpływem napojów wyskokowych. Otóż wtedy nie tylko puszczają im (nam) hamulce, ale i następuje odreagowanie tych wszystkich momentów w życiu, gdy czuliśmy się zmuszani do bycia męskimi i wiedzieliśmy, że zawodzimy i nie zdajemy egzaminów na przykład z: a) wbijania gwoździ; b) naprawy odkurzacza lub kontaktu w ścianie; c) zmieniania opon w samochodzie; d) odkręcania weków; e) zasadzenia drzewa, spłodzenia syna i wybudowania domu (w byle jakiej kolejności), więc jakby w odwecie robiliśmy na przekór i stawaliśmy się prześmiewczo kobiecy. Niektórym to zostawało także na trzeźwo i właściwie na stałe, więc stąd te imbryki, te żeńskie końcówki i to przewracanie oczami doprawione nogą zarzuconą zgrabnie na nogę i posągową miną mimozy w użyciu now and forever.

Ale wróćmy do historii, bo nadto zeszliśmy – to znaczy ja zszedłem – z tematu. Tamtym razem, trochę jakby z własnego wyboru, nie miałem do kogo gęby otworzyć. Byłem sam jak palec, choć wokoło tyle ludzi. Nawet wznoszone do obcych toasty w rezultacie nie przysporzyły mi żadnego kompana i byłem jak samotny kufel z nikim niemogący się stuknąć. Było markotno i bez rewelacji – humor nie dopisywał. A co do reszty tej darkroomowej opowieści z wtrętami, to i tak scenariusze niemal wszystkich tych wspomnianych seksów, spotkań i randek to była tylko moja wyobraźnia – do niecnych czynów dochodziło niezwykle rzadko, biorąc pod uwagę częstotliwość wyuzdanych myśli i pornograficznych wyobrażeń.
Więc fantazjowałem. I w tych fantazjach komentowałem rzeczywistość, nabijałem się z jakichś majtek Arcado i byłem bardziej wyzywający i cyniczny niż jestem. No nie ma co udawać – święty to ja nie jestem i nigdy nie byłem. Z pewnością nie mam też świętych myśli – raczej zupełnie odwrotnie – ubieram je w prostackie i wulgarne słowa; takim językiem nadrabiam swoją nieśmiałość lub nieporadność. Zdarzały się co prawda jakieś skoki w bok, ale jak na tyle lat związku z Marcinem, to i tak rzadko, jak już wspominałem, a do tego raczej mało spektakularnie. Może dlatego, że w rzeczywistości śmiałości starczało mi do bycia sobą, czyli dosyć zakompleksionym facetem, który mógł dużo mniej niż by chciał albo tak przynajmniej mu się wydawało. Może gdy byłem wstawiony, to na więcej sobie pozwalałem niż normalnie, zapominałem o kompleksach, ale i tak nie było to tak wprost wyzywające, pewne siebie i aroganckie. Tylko że wraz z tym wstawieniem trudniej było o stawanie tego, co stawać w takich sytuacjach powinno bezawaryjnie. I stąd zawód, a nie wzwód. Wszystko to było raczej tragiczne. Kochałem przecież swojego faceta. (Czy naprawdę?). I sam nie wiem, czego tam szukałem. W dodatku sam, kiedy on był w innym mieście na szkoleniach do nowej pracy, pomieszkując u swojej ciotki. Zabrał ze sobą naszą sunię, bo ciotka po śmierci wujka mieszkała sama, a miała domek, więc mogła ją zawsze wypuścić na siusiu na ogródek, nie musząc gdzieś dalej z nią wychodzić. A ja miałem wtedy taki zapieprz w pracy, że wracałem do domu około 22 i w sumie mi to pasowało, że wziął ją ze sobą. Sąsiedzi – niektórzy i tak patrzyli na nas spode łba, bo pewnie głosowali na PiS, a wcześniej może i LPR – domyślali się, że z nas cioty, a od ciągłego ujadania pod drzwiami naszego pedalskiego pieska zwariowaliby, więc im też to pasowało, choć nikt ich nie pytał o zdanie, a ja nie wiem, czemu tak nagle zacząłem się nimi przejmować.

Nie wszystko jednak było zmyślone. Do momentu tego papierosa większość była właściwie taka, jak opisałem lub taka, jak zapamiętałem. Nie dam sobie głowy uciąć za baner burna nad barem i za coca colę – to akurat chyba nieprawda, choć przecież bardzo prawdopodobna. I w ogóle sporo w tym wszystkim było podkręcenia, przeginki i zabawy – na przykład ta myśl o stawianiu konia w podzięce za postawienie drinka – no w sumie czemu miałbym tak nie pomyśleć – zwłaszcza po pijaku!? Pruderyjny jestem tylko w rzeczywistości, ale też bez przesady – to w końcu tylko myśli były i tylko litery, a papier, jak mówią, wszystko przyjmie. Nie wszystko zniosą czytelnicy, ale to już inna kwestia. Lubię też lingwistyczne zagrywki – czasami nawet te najbardziej prostackie i wulgarne. Co zrobię, że niektóre poniekąd niewinne słowa konotują takie wulgarne treści? No nic nie zrobię – będę je konotował, jak będę chciał. Mówcie, co chcecie – nawet to, że kutas uderzył mi do głowy.

Ten papieros też był prawdziwy. Wtedy jeszcze można było palić gdzie się żywnie chciało. W dupie miało się, że to śmierdzi, że ktoś się dusi, że może ma astmę oskrzelową, a inhalator zostawił w domu. Teraz to ten Andrzej nie mógłby nawet z tym tekstem o papierosie tak sobie przy barze wyjechać, bo już jest zakaz palenia w miejscach publicznych. Naprawdę – utrudniają ludziom życie w tych i tak trudnych czasach, zubożając repertuar tekstów na szybki podryw właśnie o ten jeden z papierosem. Ale z tego co wiem, to mimo zakazu, palono tam i tak, tylko że gdzieś w tym darkroomie – potajemnie, w kontrolowanej konspiracji, bo właściciel prawdopodobnie przymykał oko na ten proceder, wiedząc, że na dworze zima, a klient nasz pan, bo przecież to on kasę w barze zostawia, więc chociaż minister ostrzega, palenie zabija, a kara grzywny wisi w powietrzu jak ta gęsta i rakotwórcza chmura dymu, to niech sobie klient-nasz-pan zapali, niech się odpręży po orgazmie lub odstresuje jeszcze przed, gdy żaden lachociąg się trafić nie chce i niech nabierze, nawdycha się tego spokoju i cierpliwie czeka dalej, a w przerwie tego oczekiwania na małe co nieco, niech se kupi jakiegoś browara lub drina i, sącząc go, niech czeka dalej – a nuż szczęście uśmiechnie się do człowieka, tak jak uśmiecha się do właściciela, który przebitkę na drinach ma minimum dwukrotną. I jakoś przetrwali ci wszyscy palacze, kopcąc gdzieś potajemnie, a potem to i palarnię im zrobiono na minus jeden obok kibli i mogli już palić, ile tylko chcieli i całkiem na legalu.

Ale do rzeczy, a właściwie do darkroomu, czyli tam, gdzie ciemne lochy, lachy, lachony. Ta zlokalizowana w tych ciemnościach scena grupowa to też wymysł wybujałej wyobraźni lub raczej oczekiwań ukształtowanych przez obrazy zapamiętane z setek scen filmów bezkostiumowych w wersji homo, gdzie ten z tym, ten z tamtym, wszyscy wszystkim i ze wszystkimi się tentegują. Warszawskim darkroomowym nocom roku pańskiego około 2010 było i tak bardzo daleko do tych paryskich nocy opisanych przez Cyrila Collarda w jego Dzikich nocach roku około 1990. Niebo a ziemia. Tam ziemia była piekłem, które tak niebiańsko potrafiło zadowolić, a tu było piekielnie nudno, bo piekielnicy chodzili zygzakiem od nadmiaru alkoholu niezdolni do żadnych podniecających gierek. Tam powietrze aż ponętnie śmierdziało kutasem, a tu co? Nico! Duszne nico! Bo w realu w tych ciemnych lochach to zazwyczaj wieje cholerną nudą. Nie jest wcale tak spektakularnie i tak niegrzecznie jak niektórzy sądzą, a jak inni by chcieli. To nie jest ta mityczna kraina potem i spermą płynąca. Może i lecą kiepskiej jakości pornosy; może i ktoś na tyle lubieżnie na ciebie spojrzy, że wypatrzysz to w tej niemal ciemności; może i komuś uda się z kimś miło przejęzyczyć, a na dodatek zdarzy się jakaś przyjemna macanka; i może ktoś spotka kogoś zdecydowanego i usunie się z nim gdzieś w cień, wejdzie w pełny mrok lub zamknie się z nim w kabince i tylko będzie można podsłuchać ich cichutkie jęki, stęki i mlaski. Może i coś się wydarzy naprawdę, a nie tylko w wybujałej wyobraźni, ale to w sumie rzadkość, bo większość tych bywalczyń to jednak niedojdy. Chodzą w kółko zadumane jak na jakiejś drodze krzyżowej lub jakby to była eskapada godna najbardziej wytrzymałego podróżnika zapętlonego w swojej podróży niczym w pętli czasu. To tak zwane ciotki turystki, co to tylko chodzą i krążą jak na spacerniaku, albo ciotki podpierające ściany, a w swoim oczekiwaniu wytrwałe jak jacyś antyczni atlasi lub jakieś antyczne kariatydy od wieków stojące o suchym pysku. Nikomu nie dadzą, a i same nie wezmą – tylko gapią się, suki jedne, mentalne ruchawice, puszczalskie tylko w marzeniach i z zazdrością patrzące, jeśli już komuś się uda kogoś wyrwać lub zostać wyrwanym. Strona bierna lub czynna – czyli za zamkniętymi drzwiami kto komu – to spawa drugorzędna i zupełnie nieważna. Potęga wyobraźni i stereotypu załatwi wszystko.

No więc do momentu tego papierosa to była prawda. Prawdziwa była pogoda (pamiętam jak dziś) i wyborowa chyba też była prawdziwa, ale tego już nie jestem taki pewien. Tak czy siak – już nigdy jej nie tknę – nawet w klubie. Boże Bożenka – że znów zacytuję mojego prawie ulubionego polskiego pisarza Witkowskiego, autora świetnego Lubiewa i już nie tak świetnej, ale za to nagrodzonej Paszportem Polityki Barbary Radziwiłłówny – jak ja następnego dnia to odchorowywałem! Normalnie tragedyja w trzech aktach! Naturalistyczna, wręcz fizyczna i ciężkostrawna. Nie chcę nawet pamiętać tych szczegółów dotyczących nie wiem już którego z kolei dubla moich własnych dokonań nad muszlą klozetową, nad którą ponownie, niczym skserowany, haftując, odgrywałem rolę zombie do kolejnego remake’u horroru George’a A. Romero Powrót żywych trupów 158. Teraz już wiem, że wolę całą noc walić piwo – oby nie wyborową. Tfu! Ohydztwem jednym za granicą ludzi trują! Antyreklamę i czarny pijar Polsce robią, mojej ojczyźnie ukochanej. A niech ich szlag i jasny piorun strzeli!, dywersję sobie urządzają, parszywi anarchiści.

Ale dość o tej wyborowej, co to nigdy już nie będzie moim własnym wyborem. Z innych faktów i nieprzekłamań to rzeczywiście jestem pasywny – a jakże!, choć lubię także, jak mój facet czasami się wypnie. To znaczy lubiłem ten czas przeszły, gdy wypinał swój seksownie owłosiony tyłek, bo to już się właściwie w czasie teraźniejszym nie zdarza – nie z nim te numery. A te wszystkie detale dotyczące mojego sprzętu też nie były zmyślone – nie to, żebym się chwalił, bo w porównaniu z małym mojego faceta to chwalić nie mam się czym lub mogę się chwalić w mniejszym stopniu, umiarkowanie. Ale jest, jak jest. Z pewnością nie ma tragedii i po prostu lubię swojego małego. Że tak powiem: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. I jest spoko. A sporo detali na jego temat, to również jakby w zamian za mój opis zewnętrzny – macie więc opis tego, co w majtach się na co dzień ukrywa i majta. I o tych rozmiarach to w zastępstwie wysokości IQ. Teraz to liczy się bardziej – zwłaszcza na gejowskich portalach, gdzie mnóstwo tych, że tak powiem, chujowych profili, bo na profilu same chuje: on w pozycji na baczność, on w spoczynku, on w trakcie strzału/w trakcie serii strzałów i on tuż po – mokry, wymęczony, ale zwycięski i jakże fotogeniczny. Słownictwo militarne nie jest przypadkowe, bo to przecież istna walka o potencjalnego kogoś, kto kolejną walkę przebędzie z tobą ramię w ramię, że tak się wyrażę – szabelkę w szabelkę, lufę w lufę, a potem strzał w strzał. No więc to nic dziwnego, że swoją aparycję zostawiam na potem – w tych portalowo-darkroomowych kontekstach opis mojego organu płciowego jest ważniejszy i wręcz nieunikniony. Zdjęcia nie zamieszczę, choć właściwie mógłbym zrobić przecież z tego książkę z obrazkami – może dzięki temu miałaby większe wzięcie i posypałyby się nagrody – teraz ich tak wiele, nawet nagrody dla najczęściej nagradzanych – i koło się kręci. Mógłbym wygrać takie na przykład zrobienie laski za najlepsze opisy erotyczne roku. Nie ma takiej nagrody? Jaka szkoda…

Ale wracając do tego ewentualnego zdjęcia, to ja jednak chcę być mistrzem słowa, a na dodatek fotograf ze mnie żaden, więc żadnej fotki nie zamieszczę. Choć w sumie mogłoby być zabawnie jak w Małej Brytanii – pamiętacie taką scenę, jak dwie koleżanki opowiadają sobie o swoich nowych facetach, że tacy przystojni, męscy i wspaniali, a na koniec pokazują sobie fotki ich genitaliów? Mógłbym w sumie wkleić fotkę swojego małego i mojego Marcina w wersji na przykład deluxe lub limited edition. Tak poglądowo. Ale nie – literatura to literatura – załatwić to trzeba literami i całkowicie literalnie. I po to te wszystkie detale w słowach przekazane i słownie obrazujące rzeczywistość, aby zjawiło wam się wszystko przed oczyma i żeby tak po norwidowsku „odpowiednie dać rzeczy słowo”. I miejmy to z głowy! Wyobraźcie sobie wszystko, poskładajcie te rozmiary, wymiary, kształty i obleczcie to w ten przyjemny kolor skóry: delikatnej i aksamitnej w dotyku i przyjemnie ciepłej. Widzicie go? Jest w 3D, a nawet 5D, bo musicie wiedzieć, że ma też przyjemny zapach i pulsuje od nadmiaru krwi. Czujecie? Wiem, że chcielibyście dotknąć, zboczuchy jedne. Wiem też, że niektórzy jednak woleliby zdjęcie, ale to nie żadne foto-story. Musicie ruszyć głową i po prostu wszystko sobie wyobrazić. Niezły, co? Dostojnie stoi niczym pierwszoplanowy bohater. I w sumie tak jest. W końcu w dużej mierze to przez niego tyle zamieszania. Dla mnie jest tym bardziej ważny i zajmujący, bo nieodstępujący mnie na krok. A i tyle radości, ile on mi dał w życiu, to nikt mi nie dał. No, może mój facet, Marcin, ale to też w dużej mierze wespół z mym małym bohaterem. Dopowiem też, że z tym moim małym to nie jest tak cudownie jak wcześniej zapewniałem: że mnie nigdy nie zawodzi i że zawsze mogę na niego liczyć. Nie zrozumcie mnie źle – ja go kocham miłością czystą i akceptuję w 100% – ale on niestety żyje trochę swoim własnym życiem – buntownik, anarchista! Zdarzało się, że ja bardzo czegoś chciałem, a on odmawiał współpracy, nie wiem komu bardziej robiąc na złość – mi czy temu gościowi, który tak się starał i taką miał na mnie i na niego w całej okazałości ochotę. A tu figa z makiem! Smutny korniszonek, jak mówi bohaterka filmu Lejdis. Zamknął się w sobie i nie reaguje na wołania, starania i zachęty. Tak serio mówiąc, to ja wiem, że to nie żadna penisia złośliwość, a zwykła blokada psychiczna – moja, nie jego. Niektórzy pewnie wiedzą, o czym mówię, a inni się zastanawiają, co on pieprzy, bo ich fiuty są na każde ich zawołanie, a nawet zawołanie innych. W sumie tak ma mój Marcin. Albo miał, bo teraz to już dawno nie miałem okazji przekonać się, czy ta przeszłość jest również teraźniejszością.

Z moim facetem, jak już wspominałem, to niestety poniekąd przeszłość – przynajmniej jeśli chodzi o tę radość wspólnie i nawzajem dawaną i osiąganą. Teraz się nie dogadujemy. Zepsuło się, a żaden z nas nie dostał karty gwarancyjnej na ten związek ani na udane życie. I gdzie tu zareklamować ten felerny towar? Gdzie złożyć pisemną skargę i komu się poskarżyć? Jaką ankietę wypełnić, że produkt nie spełnił pokładanych nadziei, oczekiwań, nie dał pełni satysfakcji, a właściwie się zepsuł? I czy da się go w ogóle nareperować? (Terapia reparatywna nie wchodzi w grę). A można go wymienić na lepszy model? Może zatrudnić syndyka masy upadłościowej? Oto jest pytanie. Trwamy mimo wszystko. Telenowela Trwam trwa. Wkurwia mnie, gdy dzwoni – wkurwia, gdy nie dzwoni. Jak jest obok – źle; jak go nie ma – też niedobrze. Sam nie wiem, o co chodzi, bo go kocham (tak mi się czasem jeszcze zdaje) i nienawidzę jednocześnie (to, zdaje się, moje dominujące uczucie wobec niego). Ze skrajności w skrajność, od marginesu po margines, a nawet zza marginesu znów za margines – totalitarnie (jesteś mój) i zaraz anarchistycznie (rób, co chcesz). A czasami chyba chciałbym być sam. Tak myślę, tak mi się zdaje. Takie nieweryfikowalne jak dotąd zdanie ślina mi na język przynosi, ale ją połykam i nic nie mówię.

Wtedy też byłem sam. Tylko z tym, który mnie nigdy nie opuszcza, a czasem podpuszcza do złego. Wybaczam mu – ostatecznie to i tak ja decyduję i nie będę na niego całej winy zwalał. A gdyby między mną a Marcinem było dobrze, to wróciłby na weekend do Wawy, a ja nie byłbym sam, podatny na wyobraźnię, na uleganie pragnieniom i na każdy byle jaki komplement. I nie byłbym zdany na dialog z tym małym ciągle nieodłącznym, kuszącym, szukającym wrażeń i któremu wiecznie mało. Ale dobrze między nami nie było, to i nie wrócił, a ja zostałem sam. Zresztą jak wiele poprzednich i następnych razy. Byłem w związku, ale moja samotność osiągała monstrualne rozmiary – tylko mnie dotknąć w odpowiedni punkt, a normalnie eksplodowałbym niemożliwą do opanowania rozpaczą godną jakiejś megasceny z jednej z wielbionych przez tłumy telewidzów i moją matkę telenowel, w których w Ameryce Południowej coraz częściej, jak gdzieś przeczytałem, walczono o tolerancję, pokazując pozytywne wizerunki homoseksualistów – także tych w typie macho. No, ale patrzysz na tę megaśmieszną rozpacz i nie kumasz, o co chodzi. Ja też nie wiedziałem, o co mi chodzi. Że płaczę za nim czy może użalam się nad samym sobą i okrutnym światem? Że-nu-ła.

No więc w tym wszystkim sporo było prawdy i nawet ta zmyślona rzeczywistość składała się z faktów życiowo i literacko, że tak z błędem powiem, autentycznych, bo potencjalnie, psychologicznie i statystycznie zupełnie możliwych. Przecież nawet te wszystkie love-fuck-story mogłyby być możliwe, gdyby nie moje tchórzowskie podejście „chciałabym, ale się boję”. Jednak w tym wszystkim zmyślonym za dużo było szczegółów. No po prostu przesadziłem i – jak to się mówi – pojechałem po bandzie. W rzeczywistości, gdy zdarzało się, że siedziałem przy barze i ktoś mi się podobał – tak jak tamtego listopadowego wieczora – to dość szybko moja fantazja zabierała mnie do momentu odpinania rozporków i tych wszystkich intymnych detali, których kiedyś autorzy książek kazali się jedynie domyślać, a teraz dość chętnie serwują je czytelnikowi bez pruderii i zażenowania. Ale skoro piszę książkę i w gruncie rzeczy to właśnie podobna sytuacja zabrała mnie do tego teraźniejszego punktu, to postanowiłem wypróbować swoje umiejętności pisarskie, a jednocześnie dać do zrozumienia czytelnikowi, że to nie będzie grzeczna książka – ta książka będzie grzeszna. I będzie wchodzić w detale, które detalami jednak nie są, skoro z ich powodu potrafią rozpadać się związki. To przez nie ludzie mają kryzysy i chodzą na terapie, próbując ratować swoje relacje – cioty też, choć niektórzy Polacy nie mają ciot za ludzi. Więc na co te półsłówka i te wielokropki, że trzeba się wszystkiego domyślić? To takie podejście, że trzeba tak naokoło i nie wprost – metaforycznie, z chrząkaniem i purpurą na policzkach – albo że trzeba uwznioślić i ubrać ten cały seks w metatekst, aby uciec od dosłowności. Nic bardziej mylnego. Takie zabiegi powodują, że seks tym bardziej jest tematem tabu – że to wstyd tak dosadnie i że jeśli o tym, to tylko wulgarnie, medycznie lub tekstylnie, czyli owijając w bawełnę. Ale spójrzmy na to bez hipokryzji: to te metafory nas ograniczają, bo popadamy w ułudę, że tak wzniośle musi być zawsze, chociaż wcale tak być nie musi i tak nie jest. Potrzebujemy przecież czasem przejść od razu do rzeczy, bez tych zbędnych gierek, bajek i baśni o miłości, które kończą się romantycznym pocałunkiem na tle zachodu słońca. A jest przecież ciąg dalszy, przynajmniej może być jakaś kontynuacja lub może wcale nie być żadnego zachodu, pocałunku ani żadnej miłości poza zwykłym rżnięciem. Może być po prostu fizyczność, instynkt, potrzeba i jej zaspokojenie. I ten brak słów tym bardziej dotyczy gejowskiego lub lesbijskiego seksu. Bo jak opisać to, że facet facetowi, a kobieta kobiecie – no wiecie – ten tego, tam i w ogóle? Trzeba się nieźle nagimnastykować, aby ominąć te niewygodne fakty albo wystarczy postawić trzykropek lub zawiesić odpowiednio głos. A ja te trzykropki wypełnię – postawię kropkę nad każdym i. To będzie takie słowne deluxe i limited edition – bez cenzury, dwa w jednym, full wypas i kompletnie na całość.

Ta zmyślona sytuacja też mogłaby się z pewnością zdarzyć: istnieją przecież darkroomy, jest wyborowa i jest łiskacz, którymi ludzie się upijają, niektórzy lubią metki, a inni tych metek się nieco czepiają, no i codziennie sporo osób zdradza swoich partnerów z kimś, kogo dopiero co poznali i nikt nie wyszywa im na ubraniu szkarłatnej litery – co by to dało? – cudzołożą zapewne bez ubrań…

Więc wszystko to są fakty literackie, ale potencjalnie rzeczywiste. Jednak to, co ja napisałem, to była tylko wprawka. Zresztą nie do końca udana, bo choćby po zaciągnięciu do darkroomu i wypiciu drinków do dna zapomniałem jako narrator zmusić siebie i Andrzeja do odstawienia szklanek na ziemię. A może wypadły nam z rąk albo zniknęły, bo ten Andrzej był nowym magikiem w stylu Copperfielda? Akurat! Zająłem się metkami i markami, dlatego zapomniałem o odstawieniu szkła i – brzdęk. I sporo zamieszania w tym tekście z czasami – raz przeszły, zaraz teraźniejszy – żeby nie wspomnieć o zbytnim zamiłowaniu do dygresji, które potrafią zamęczyć, pogmatwać i zniechęcić nawet najbardziej przychylnych czytelników. Ale tak jak mówię – to tylko wprawka – zresztą nieco przydługa. To taki wstęp do historii o tym, co prawdziwe i zmyślone, co powiedziane i nie(d)opowiedziane, co było, mogło być lub mogło nie być i co się przewija w przód, w tył i nawija na język. Jeśli będziecie czytać dalej, to doczekacie się prawdziwej historii zdrady kontrolowanej i niekontrolowanej, zdrady siebie i kogoś, zdrady, której się nie chce, a potem jej się pragnie. A i będą tam tzw. taśmy prawdy, że dodam na zachętę. No i nie będzie tylko śmiesznie, choć tragedie, jak mówi jeden z bohaterów Zbrodni i wykroczeń Allena, po czasie potrafią być bardzo komiczne.