Rozdział 2

No nic to – siorbię już drinkiem niekulturalnie, bo jestem spragniony, a tu nic się nie ostało – nawet kropelka. W głowie jeszcze nie szumi tak, jakbym chciał. Chwilunia – zaraz zaszumi. 12 zeta nie majątek i już naszykowane. Barman stoi po lewej przy facecie, który siedzi półbokiem, oparty o ścianę, i do takiej samej szklaneczki jak moja zamierza nalać colę zero, którą właśnie odkręcił jakby od niechcenia. Tylko że on w tej szklaneczce zamiast wódki ma chyba whisky, bo takie coś herbaciano-brązowawe. Facet niczego sobie. Prima sort. Może George Clooney to to nie jest, ale nie jest zły. Starszy, to znaczy starszy ode mnie, bo od pięknego Clooneya to chyba młodszy – tak na oko około czterdziestki, czyli pół życia ma pewnie jeszcze przed sobą – może nawet więcej. Optymistyczniej jest przecież mówić, że szklanka jest do połowy pełna i tak samo lepiej mówić, że jeszcze tyle przed nami niż za nami. A umierać chyba nikt nie chce – zwłaszcza w pobliżu darkroomu! Jeszcze po śmierci zawloką ciało w te egipskie ciemności i zbezczeszczą – bankowo znajdą się tu jacyś nekrofile lub inne zboki. (Czy to o tym pisze Edward Pasewicz w Śmierci w darkroomie? Nie wiem, nadal nie przeczytałem). Ale wróćmy do jeszcze-nie-mojego-ale-to-tylko-kwestia-czasu-lowelasa. Z niego jakiś markowy Marek jest, bo koleś widać, że markowo ubrany od stóp do głów, a właściwie do głowy, bo mimo lekkiego upojenia alkoholowego i mojego uwielbienia dla przesady i hiperboli nadal ma głowę tylko jedną. Oho? Na koszulce znaczek Ralpha o kształcie jeźdźca na koniu rozpoznawalny nawet z dość daleka, a i z sezonu na sezon znaczek ten coraz większy, bo trzeba się pochwalić, że ma się polo Laurena, z tym przecież nie ma co się kryć i dyskretnego udawać. Na nosie – jak mogłoby być inaczej? – Ray Bany o charakterystycznym kształcie, których podróby zalały cały świat, ale te na stówę to nie żadne falsyfikaty, dobry to wyrób, widać po wykończeniu detali. Spodnie też pewnie jakieś od Dolce albo inne Calviny Kleiny, ale dokładnie nie wiem, nie będę się przecież nachylał i szukał napisów, pytać też głupio, jeszcze mnie całkiem nie pogięło. Odchylam się i niby przypadkiem rzucam okiem w okolice podłogi – widzę buty wypastowane na błysk. Lakierki. Pewnie włoskie, oryginalne, a nie żadne polskie podróby od nieistniejącego Gino Rossi, który Włochy uznaje za najpiękniejszy kraj świata – wie, bo nigdy nie był. W zasadzie to muszę przyznać, że aż sam się sobie dziwię, że ja to wszystko mam w jednym palcu, że znam te nazwy, te obcojęzyczne imiona i nazwiska projektantów. Jeśli już, to znam je z całostronicowych reklam z magazynów dla kobiet i z second hand‚ów – przecież jeszcze mi nie odbiło, aby tyle wydawać na szmaty, które mogą skurczyć się w praniu, które mogą zostać skradzione z walizki, gdy jadę na wakacje, i na które trzeba dmuchać i chuchać jakby ludźmi były, dziećmi naszymi nienarodzonymi. A w ciuchlandach nie szkoda mi na ten styl, szyk i na ten, że tak się wyrażę, glamour jakieś 54 zeta za kilo czy coś koło tego. I wszystko to śmiechu warte, bo ja za dychę sweterek mam od Burberry, który w sklepie to pewnie z tysiaka kosztuje. A i niemal nową koszulę Lacoste za śmieszne 15 zeta wygrzebałem wiszącą pomiędzy szmatami i wiele, wiele innych udało mi się upolować – YSL, Boss i Armani – mówię wam, leżą na mnie jak szyte na miarę. I do nich to zwykła bryza color wystarczy do prania, a nie jakieś drogie nie wiadomo co, co lepsze to tylko z nazwy i droższej reklamy, bo na pewno nie ze skuteczności swoich mikrogranulek, które tylko w reklamie tak pięknie wnikają w plamy.

No więc siedzi toto wystrojone niczym stróż w boże ciało – albo nie – nie będę złośliwy, bo ktoś pomyśli, że zazdroszczę – facet styl ma. Nie jest to żaden festyn, faszyn from Raszyn i w ogóle pasuje wszystko do siebie. W myśl zasady, że odrobinka dyskrecji i umiarkowania nikomu jeszcze nie zaszkodziły obywa się bez modnej obecnie w niektórych kręgach wiochy w stylu oczojebne napisy przez pół klatki piersiowej, a wszystko w złocie i cekinach, megapstrokate. Tylko pytanie zasadnicze jest następujące: czy tymi markami ów gość nie markuje jakiegoś braku własnej oryginalności? Wkrótce zapewne się przekonam, czy są w tym jego ruchu jakieś drugie i trzecie dna, czy może to płycizna nad płycizny – przyznam, nie mogę się doczekać. Póki co wszystko rozwija się bez oczywistych zgrzytów – przystojniak okazuje się być miły, sytuacja kształtuje się obiecująco, w perspektywie jest jakaś perspektywa. Widzę, że gość podnosi szklankę i z uśmiechem oraz z tym pozdrowieniem w ruchu głowy i gałek ocznych pije moje zdrowie. Super, myślę sobie, tylko że ja czekam na swojego drina, bo już ani kropelki. Nawet nie przyszło mi do głowy, aby mi stawiał. Nie chcę czuć się do niczego zobowiązany, więc zamawiam, płacę, słyszę miły syk bąbelków, czuję pianę na wargach – tak, pycha – emotikon uśmiechu, który dokładnie w tej chwili mknie przez orbitę w milionach smsów to właśnie moja twarz i ewidentnie daję temu wyraz. Niestety nie wiem czemu – na pewno nie celowo – zapominam odwzajemnić pozdrowienie. Egoistycznie podnoszę w górę moją hostię i chlup, do dna. On się nie uprzedza, posyła mi promienne spojrzenie i robi swoje chlup, do dna. Religijny aspekt wtrącam na siłę – nie wierzę w boga przez małe ani tym bardziej duże „b”, ale od jakiegoś czasu tak mi się kojarzy ten gest podnoszenia kieliszka lub szklanki z napojem alkoholowym. Przecież to nasza narodowa religia z dziada pradziada. Mojego dziada pradziada też. To ona sprawia, że nie jesteśmy jeszcze całkiem obcymi sobie ludźmi i że zdrowia sobie życzymy. Po bratersku, po chrześcijańsku – po ludzku i po bożemu dobra pragniemy. Jesteśmy ludźmi, a nie zwierzętami. To nic, że dzieci płaczą, żony cierpią, matki się wstydzą. I tak nie odejdą. A jeśli jednak odejdą? Matka, siostra, żona i córka w jednym – wódka nasza przenajświętsza – i tak pozostanie do końca, amen! Przecież staramy się być dobrzy, a że nie wychodzi…? Cóż, wypijmy za błędy, jak śpiewa nasz wieszcz Rynkowski swoim przepitym głosem. Taki lajf – nie ma się co dołować.

Ale dosyć tego kolejnego wtrętu, tej dygresji pijacko-religijnej, bo on się patrzy, się uśmiecha, się chyba decyduje na przysiąście się do mnie, bo widzę szklanicę w dłoń chwyta i z uśmiechem w moją stronę zmierza. Stołek koło mnie jest wolny. Uciec nie mogę. Właściwie to mogę, ale jakoś głupio, no i w sumie po co, wcale zresztą nie chcę… Czyli nie umówił się tylko ze swoim przyjacielem Johnnie’m, co na nazwisko ma Walker? Nie liczył jedynie na jego obecność w towarzystwie Coca Coli, znanej na całym świecie Murzynki (nie wiem, czy to politycznie poprawne) ogolonej na zero odkąd liczy się, aby ważyć jak najmniej i odkąd każda kaloria mniej jest ważna, więc i każdy włos przekładający się na gramy, które znów przekładają się na kilogramy, jest również ważny na wagę złota, że tak paralelnie to ujmę. Było im wszystkim gorąco – jemu, Pani Coli i Panu Walkerowi też – dlatego chłodzili się połyskującymi kostkami lodu stukającymi o siebie i brzeg szklanki, którą także cieszył przyjemny chłód. Ach, są takie chwile, kiedy muzyka syczącej piany zmiksowanej z obijającymi się o siebie kostkami lodu to najlepszy dżingiel ever… To ta chwila, która jak każdy dobry dżingiel, trwa zawsze zbyt krótko.

– Czy można się dosiąść? – mówi, a ja choć happy hour już się skończyła, to nie mogąc narzekać na brak szczęścia, uśmiecham się sam do siebie i równie sam do niego szczerzę zęby, bo już gdy podchodził bliżej, zauważyłem, że bardzo mi się podoba jego szorstki zarost, jego szeroka szczęka, której z daleka i z półprofilu dostrzec było nie sposób, i w tym zapatrzeniu i tym zachwycie nad jego przystojnością, słyszę to, co chcę usłyszeć, czyli: „czy można CIĘ dosiąść?”. Cholercia, nie wiem, czy to w ogóle istnieje i czy w związku z tym można tak powiedzieć, ale to jest takie jakby freudowskie przesłyszenie. I jeśli głodnemu chleb na myśli, to niedoruchanemu tylko jedno głowę zaprząta, a takie omamy słuchowe to dowód na to, że jesteśmy zepsuci do szpiku kości, zdegenerowani i będziemy smażyć się w piekle – nie ma przebacz. Jak już mówiłem, jestem bardziej pasywny, ale raz na jakiś czas mam niesamowitą frajdę z pieprzenia bardzo męskich facetów. Takich, co to byś nie powiedział, że mogą dawać dupy. A jego mógłbym puknąć z miłą chęcią, choć pewnie od razu bym poleciał, bo w takich sytuacjach nie umiem być długodystansowcem. Byłoby: puk, puk i koniec – tyle tego dobrego. A teraz w swojej zadziwiającej mnie samego aktywności, chowając swoją wrodzoną nieśmiałość znieczuloną już niemałą dawką alkoholu, zdecydowanie, bez najmniejszego zawahania i po mamoniowemu, bo Rejs bardzo lubię, odpowiadam:
– Nie mam nic naprzeciwko.
Naprzeciwko jednak miałem szklankę, a w niej wielkie nic plus kapkę lodu bez krztyny wypitych już procentów. Jakoś nadzwyczaj szybko wlałem w siebie jej zawartość i znów mnie suszyło. Barman bez pytania wiedział, co ma robić – wystarczyło, że spojrzałem, a on natychmiast zrobił po drinku mi i jemu. A ja myślałem: a dosiadaj mnie, dosiadaj, przystojny milionerze.
– Ja zapłacę – powiedział mój luby. Dał 3 dychy, nie chciał reszty. Ciekawe, czy tylko przy mnie ma taki gest. Nie sprzeciwiałem się, choć kasę jeszcze miałem – i w papierku, i w plastiku jakby co. Chce stawiać, to niech stawia. Ja mu może co innego później postawię. Zresztą, co mi tam? – niech płaci. Widać, że szmalu ma jak węgla pod Katowicami, bo na ręku drogi zegarek od Cerrutiego na jakby wężowym czarnym pasku. Dziany jest, high life – nie pogadasz… A może jednak pogadasz? Przysunął się do mnie i szepnął:
– Podobasz mi się.
Mi podobały się jego perfumy: One Million od Paco Rabanne. Znałem je, bo sam takie miałem, ale dziś spryskałem się innymi – Diesel Plus Plus – które w śmiesznej cenie kupiłem w Rossmannie. Żadna rewelacja, ale mogą być, zwłaszcza z wyprzedaży. Oczywiście podobały mi się nie tylko jego perfumy. Spod rozpiętej koszuli wystawały gęste ciemne włosy, skóra dłoni i palców też była porośnięta ciemnymi włoskami, ale dyskretnie – nie jak u małpy. No i ładny nosek, pełne usta i gęste brwi, a do tego ten piękny, lekko siwiejący, pewnie co najmniej dwudniowy zarost, połyskujący jakby srebrzyście w poświacie świecących lodówek i banerów. Jedyny minus był taki, że leciutko odstawały mu uszy. I nie jestem pewien, ale miał chyba też lekkiego zeza. Ale co tam takie minusy – pamiętam jeszcze z fizyki, że dwa minusy dają plusa, a ten tu całkiem słodko uśmiecha się do mnie, uwydatniając piękny zgryz. Zresztą ja też nie jestem idealny. Jak na panujące na gejowskich stronach randkowych standardy poszukiwań i oczekiwań, mam za mało rozbudowaną klatę, lekki brzuszek i całkiem normalną fryzurę. No i nie jestem wcale typem ciacha, co to wszyscy będą się zachwycać, że: „no patrz, jaki słodziak, te dołeczki w policzkach, a jaki przy tym męski, jakie ma ramiona, kaloryfer, 195 cm wzrostu, i, o boże!, 21cm długości!”. Ja mam mniejszego, ale ładny jest mój mały. Staje dumnie wygięty ku górze, tak jak lubię też u innych, i w całym swym rozkwicie osiąga 17 cm, więc wcale nie jest tak źle. To i tak ponad europejską przeciętną. Jest całkiem gruby, mięsisty i żylasty. Główkę nawet we wzwodzie otacza smakowita – tak mi się przynajmniej zdaje, bo samoobciagu, choć bardzo bym chciał, wykonać nie potrafię – skóra, pod którą mój facet lubił wpychać język, aby postymulować moją żołądź. Użyłem czasu przeszłego – że lubił – z premedytacją, bo to było dawno i nieprawda – teraz już mnie niemal nie dotyka, ja jego zresztą też. Oj, ale nie chcę myśleć o Marcinie, bo znów dopadnie mnie dół… A więc w roli mojego napletka występował kawał skóry – kochanej skóry! – w życiu nie dałbym się obrzezać! Nie zrobiłbym tego mojemu małemu. Biedni są żydzi przez małe „ż”, którzy niewiele w tym względzie mają do powiedzenia, bo jeszcze zanim cokolwiek mogą powiedzieć, pozbawiani są tej skórki i jakby nigdy jej nie było. Zrekonstruować napletka raczej się nie da, a z higienicznego punktu widzenia to zawsze używam intymnego żelu dla mężczyzn i jest spoko, więc te argumenty o zachowaniu czystości mnie nie przekonują. Pod moim małym dumnie wisiały dwa sporawe jądra, które w trakcie walenia odbijały się o siebie jak piłeczki, podskakując w worku mosznowym, który pilnowałem, aby zawsze mieć starannie wygolony. Ale dosyć tej lekcji mojej anatomii. Nie każdego może to obchodzić, a niektórych nawet zniechęcić i zobrzydzić – purytańskie mamy przecież społeczeństwo i purytańskie oczekiwania wobec literatury. Jednym słowem, no dobra kilkoma: nie mogę narzekać na swoje przyrodzenie – jest dobrze i kocham swojego małego świntuszka.

No więc przystojniak pachniał jednym milionem, na sobie miał chyba drugi milion i to właśnie do mnie, wybrańca może i z miliona, szepnął:
– Podobasz mi się.
O, Boże Bożenka – że zacytuję jednego z ciotowskich autorów! – zabił mnie tym tekstem, a właściwie to zabił bladość mojej cery niedraśniętej niezdrowym promieniem solarium, bo natychmiast na mej twarzy poczułem zaczerwieniony promień rozpromienienia dumą, radością i przyjemnym zawstydzeniem. Nie umiem odpowiadać na komplementy, więc tylko odwróciłem się i uśmiechnąłem do jakiegoś gościa, który podpierał ścianę, wpatrując się w nas jak sroka w gnat, nie wiadomo na co licząc. Właściwie to uśmiechnąłem się nie do niego, a do siebie samego, bo to, że nie umiem reagować na komplementy, nie oznacza wcale, że nie lubię ich słyszeć i że nie łechcą one mojego czasem próżnego i spragnionego dopieszczenia ego. Jak widać – dobrze mogą zrobić także mojej bladej skórze, bo lico mi skraśniało od tego wyznania. I zapadło krępujące milczenie. Nie przyszło mi do głowy, aby się mu zrewanżować i powiedzieć, że on też mi się podoba, i to bardzo. Właściwie to nie wiem, czy wtedy miałem cokolwiek w głowie. Facet odsunął się troszkę ostudzony moim milczeniem i usiadł pełnią siadu na barowym stołku, bo do tej pory siedział tylko półdupkiem, pośladkiem jednym, przeginając się w moją stronę, ale mimo to nie zdradzając oznak żadnego przegięcia w mimice i gestykulacji. Normalnie – macho pełną gębą i 100% samca w jednym, czyli 200% mężczyzny, którego teraz tak trudno spotkać. No może jednak kilka procent trzeba by odjąć za te świecące lakierki? Ale właściwie to dlaczego? Może to tylko podłe stereotypy? A niech nosi sobie, co chce – i podwiązki niech nosi, i nawet obcasy – jego męskości to w żaden sposób nie zmaże i jej nie zagrozi! Jak dla mnie to ona w tym przypadku z samego założenia jest niezawisła – jak sądy – choć osądy innych mogą być już nieco inne, ale co mnie to w sumie obchodzi. I gdy ja tak sobie o nim myślałem, wpatrzony w jego gęsty zarost tworzący wyraźną linię na policzku, szyi oraz widocznym i tak apetycznym – choć za owocami nie przepadam – jabłku Adama, to on z kieszeni spodni wyjął papierosy.

– Zapalisz? – zapytał, kusząc mnie świeżutkim marlborasem wysuniętym specjalnie dla mnie na zachętę.
– Właśnie rzucam – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a za nim przyuważyłem kolesia, który miał urodę zachwycająco bezpłciową jak Brian Molko z zespołu Placebo. Dlaczego kolesia, skoro bezpłciową?, spytacie. Bo kobiet tu na dół nie wpuszczają.
– Ja też. Palę tylko przy specjalnych okazjach – wytłumaczył mój absztyfikant głosem zniżonym, jakby tajemniczym, na powrót przywołując mój wzrok ku swojej twarzy. – Na przykład dzisiaj… – dodał zadziornie i zauważyłem, jak delikatnie uniosły się jego policzki, oczy radośnie się zwęziły, a z ukazujących się w lekko rozwartym otworze gębowym zębów błysnął flash, jakby na podobieństwo takiego filmowego blink stosowanego czasami w kreskówkach. I tu mnie ma. W trakcie rzucania palenia (który to już raz?) każda okazja, aby zapalić wydaje się specjalna, ale ta teraz była rzeczywiście wyjątkowa. W końcu niecodziennie wyrywa mnie jakiś milioner, w dodatku tak przystojny i tak kulturalny. Umówmy się – pierwszy raz wyrywa mnie ktoś taki, więc jest to wydarzenie dziejowe. Mój milioner, pomyślałem sobie, patrząc na jego szczery uśmiech. Ciekawe, czy rozporek ma tak samo wypchany jak portfel…, pomyślałem, wstydząc się swoich własnych niepohamowanych wyskoków w przód i karcąc się za takie prostackie banalizowanie tak miło rozpoczętej znajomości. Chociaż co ja tam o nim w ogóle wiem? Może to wszystko to podróby albo rzeczy kupione w szmateksie, tylko ładnie wyprane, wyprasowane i wypachnione „na bogato”? Sam przecież robię sobie raz w tygodniu tournée po ulubionych „domach mody”, więc to nic złego. A może ten szczery uśmiech to także podróba szczerości i chodzi mu tylko o jedno? Tylko czy ja chciałbym czegoś więcej? Może on chce mnie tylko „fafankulo”, czyli że tak od tyłu odhaczyć i tyle tego dobrego? Ale w zasadzie czy to jakiś problem i jakieś ryzyko? Najwyżej zarucha i porzuci – a co mi tam! – nie pierwszy i nie ostatni. Hipotetyczna rola wykorzystanej cierpiętnicy jak na razie mi odpowiada. W końcu pierwszy raz wyrywa mnie kolo wyglądający na milionera z zagranicy, a mówiący do mnie w ojczystym języku, miło się przymilający, hojnie częstujący fajką i widokiem równych, bielusieńkich zębów obiecujących wysoki stopień higieny i zadbania w rejonach ukrytym pod okryciem wierzchnim. Dobra. Wchodzę w to. Sytuacja jest rzeczywiście wyjątkowa. Specjalna okazja, promocja homoseksualizmu i rabat na dobry wieczór.

Biorę fajka, a on podpala mi go jakąś zwykłą jednorazówką. Mógłby się postarać o jakąś lepszą zapalniczkę, przemyka mi myśl przez głowę, bo przecież z jego ubioru można by wnioskować, że papierosy mógłby podpalać banknotami co najmniej 50-złotowymi. Trochę kpię sobie w myślach, ale świetnie się bawię i nie umiem powstrzymać, więc zaczynam się uśmiechać: i do tej myśli, że oczekuję od niego tak wiele i coraz więcej; i do samego siebie, że wchodzę w sam nie wiem co z jakimś gościem, którego znam tylko z metek i z przyjemnej aparycji; i do tego papierosa, którego dym już po pierwszym machu z prędkością macha dociera do moich oskrzeli, płuc, a potem krwinek i otumania mnie, niemal natychmiast zwalając z nóg.
– Jak masz na imię? – pytam jakby w zwolnieniu, tak w celu zagajenia i dla sprawdzenia, jak na imię ma mój markowy-może-Marek. Liczę, że po tym pytaniu rozwinie się jakaś konwersacja, że dowiem się o nim czegoś więcej i wypuszczając dym z ust, które mimochodem zwinąłem niemal w kaczy dzióbek, tak jak ta żywcem wyjęta ze słownika stereotypów ciotka imbryk imitująca, jakby zastygłem z tą głupią miną, otumaniony niczym głupi tuman. Zaraz jednak zwiotczałem, ścięło mnie z nóg, najchętniej to zacząłbym się gdzieś pokładać – nawet i tu – na barze albo najlepiej pod tym barowym stołkiem. Wziął mnie ten papieros, te wszystkie substancje smoliste i nikotyna, no i te procenty z tych drinów też mnie wzięły. Jakiś taki czuję się, jakbym dostał czymś w głowę – jakimś obuchem, czy jak to się tam mówi. Nie kontroluję do końca ruchów i zachowań. Odjeżdżam. Odlatuję, mimo że rollercoaster jedzie ostro w dół.
– Andrzej – mówi z uśmiechem mój jak się okazuje nie-Marek.
Staram się ocknąć. Staram się myśleć trzeźwo, choć trzeźwy nie jestem. Staram się przywrócić siebie samego do porządku i stanu używalności. Póki co próżny to trud i syzyfowa praca, ale staram się i nikt mi tych starań nie odmówi. Mówi, jak się nazywa. Mówi, że Andrzej, powtarzam sobie w myślach, a więc mimo milionów i luksusowych marek na sobie w ilości hurtowej to nie żaden Marek. Andrzej… Dobre mam skojarzenia. Miałem wujka Andrzeja. Przystojniak, ale pijaczyna i obibok. Podkochiwałem się w nim jako podrostek, zastanawiając się, o co chodzi z tym, że tak kręci mnie męskie ciało. Lubiłem jego zapijaczony uśmiech na ogorzałej twarzy, jego drapiący zarost, ach, znów ten zarost… Czasem dotykałem go niby mimochodem. Kiedyś widziałem go, jak nago kąpał się w jeziorze i skrycie marzyłem, żeby mnie zawołał, zagarnął do siebie i dotknął albo żebym to ja mógł go dotykać. Ale umarł. Nagle. I nie było dotyków, choć jego śmierć mnie zabolała i dotknęła dosyć mocno. Innych Andrzejów nie pamiętam. Na pewno o żadnym innym poza przystojniachą wujaszkiem nie fantazjowałem. Nawet w internecie na czatach żadnych Andrzejów już nie poznaję. Może dlatego, że to w sumie takie heteryckie imię, więc ciotki by raczej jakieś pseudo zapodały.  A w dodatku taki Andrzej to ostatnio niezbyt modne imię, podobnie jak Janusz lub Ryszard. Na czatach i portalach to tylko Daniele, Damiany, Dominiki i inne Dawidy. Nie wiem, czy to tylko pedalskie ksywki, ale niewątpliwie zapanowała jakaś moda na literkę „d”. Dziwne… Może powinienem powiedzieć, że nazywam się, powiedzmy, Dobromir – tak lubię przecież czynić dobro, znaczy się robić dobrze… Ale nie bądźmy śmieszni – byłoby to śmieszne, nieprawdaż?

Zaciągam się więc moim papierosem i próbuję uśmiechać do mojego Andrzeja, chcąc zrobić dobre wrażenie. Siedzi naprzeciwko i przesyła mi ciepłe spojrzenia. Nie jest jeszcze ze mną tak źle, bo widzę go wciąż z dokładnością megapikseli, a w przeszłości zdarzało mi się przecież w stanie podobnego naprucia spoglądać na ludzi i widzieć nieostre, rozmyte i przerażające monstra jak z obrazów Bacona. Nagle orientuję się, że nie wiem, ile czasu byłem w otchłani myśli, ale nadchodzi tak zwany z angielska return i następuje ocknięcie. Już mi nieco lepiej. Otrząsam się dyskretnie, bo tylko introwertycznie, i doprowadzam się do porządku. Bądźmy poważni na serio. Oscar Wilde.
– Miło mi. Szymek. – Na pewno chwilka minęła zanim wyznałem, jak ja mam na imię. Załapałem małe opóźnienie, za które go nawet nie przeprosiłem, licząc na to, że on też był w podobnym stanie zawieszki. Mógłby w sumie pomyśleć, że zmyśliłem sobie tego Szymka przez tę pauzę, ale w sumie po co miałbym zmyślać? Ja nie lubię ściemniać i kryć się pod pseudonimami i mój-Andrzej-choć-bardziej-pasowałoby-Marek musi mi uwierzyć na słowo – dowodzić imienia swego dowodem osobistym nie zamierzam. Podaję mu dłoń, a on ściska ją delikatnie i nie ma spoconych rąk, tylko lekko ciepłe, przyjemne, miłe w dotyku. A więc nie denerwuje się. Za to ja zaczynam się lekko spinać, bo gdzie to wszystko ma niby zmierzać, a właściwie czy ja w ogóle chcę tego właśnie z nim i dziś?

Zamyślam się. Znowu. Nie o hipotetycznej apokalipsie; nie o głodujących dzieciach w Afryce; nie o tym, że codziennie zużywa się tony plastiku, a miliony ludzi i tak mają gdzieś ten cały recykling; nie o tym, czy John Travolta, jak donoszą plotkarskie portale i szmatławce, rzeczywiście jest homo; nie o tym, kim jest tajemniczy streetartowiec Banksy; nie o nieodwracalnej dewastacji raf koralowych w Egipcie i Australii; nie o warunkach pracy i głodowych płacach azjatyckiej taniej siły roboczej; nie o tym, który z hollywoodzkich aktorów – Ewan McGregor, Kevin Kline czy może Robert Downey Jr. – najczęściej grał homoseksualistę; nie o tym, czy kiedyś będę miał okazję zobaczyć ognie świętego Elma, o których czytałem w necie i o których mówił mi także Robert; nie o zakazie handlu w niedzielę; nie o księżach lamentujących nad marnotrawstwem życia, które umyka między palcami mężczyzn i chłopców popełniających onanizm; nie o tym, czy mundurki szkolne wprowadzają równość czy może zabijają indywidualizm; nie o fatalnej sytuacji ugandyjskich gejów i lesbijek; nie o tym, czy naprawdę istnieją duchy; nie o Smoleńsku i nie o Katyniu; nie o płciobójstwie, które stosuje się w Chinach na masową skalę; nie o tym, czy jestem za czy może przeciw GMO; wreszcie nie o tym także, czy to w ogóle prawda, że Szkoci nie noszą żadnej bielizny pod swoimi kiltami, choć to akurat mogłaby być bardzo zajmująca kwestia w moim stanie i z moimi fetyszami; i nawet również nie o tym, czy po drodze do domu, jak niemal zawsze, zajdę na pysznego kebaba, który nie ma szans być niedobry, gdy włącza się pijacka gastrofaza. O czym więc myślę? O tym, czy z nosa nie schodzi mi skóra, po tym jak noc wcześniej poparzyłem się poppersem, uskuteczniając samotną wieczorną masturbację zamiast wieczornej modlitwy o lepszy świat. Opuszkami palców, niby dyskretnie, sprawdzam otwory nosowe i odwracam się w stronę sali, bo jakoś temat mi się skończył, a w głowie pustka. I zauważam Michała, którego wolałbym nie widzieć już nigdy, bo ostatnio zachowałem się w stosunku do niego nie tak, jak powinienem, to znaczy nie tak, jak on by tego oczekiwał. Nie będę ściemniał –troszkę zabalowałem, przeholowałem z dobrym nastrojem i dałem mu nadzieję na pełny stosunek, a skończyło się bardziej ubogo i szybciej niż się zaczęło. A zaczęło się tak niewinnie. Najpierw dałem mu się troszkę popodrywać, potem się z nim całowałem, a potem obciągnąłem mu, a on obciągnął mi w tych mrokach darkroomu. I gdy wyszliśmy na zewnątrz na drinka i zapalić – to też była specjalna okazja, więc dałem się namówić – to powiedziałem mu, że mam faceta, a on na to, że to nie fair i że powinienem mu powiedzieć wcześniej, i że on liczył na coś więcej niż jednorazowe randez-vous. Łotdafak, do cholery! Co to za pretensje!? On naprawdę liczył na jakiś ciąg dalszy u niego lub u mnie i w ogóle na jakiś wspólny ciąg dalszy w szerszej i dłuższej perspektywie niż seksualna, a nie tylko jednorazowy blowjob, choćby i tak pomyślnie zakończony jak w naszym przypadku? No to się przeliczył, gówniarz jeden – naiwniak myśli, że od darkroomu miłość życia mu się zacznie. No, sorry! Jak chcesz all inclusive, to jedź do Egiptu lub innej Tunezji, a nie czatuj pod darkroomem w pedalskiej knajpie… W sumie to wiem, że źle zrobiłem, ale tak po prostu wyszło – nawalony byłem jak meserszmit, a alkohol ostatnimi czasy często bywa dla mnie wymówką lub usprawiedliwieniem. No więc widzę tego Michała, którego miałem nadzieję nigdy już nie zobaczyć, i aby się pod ziemię nie zapaść, że znów z jakimś innym tu siedzę, wziąłem Andrzeja za rękę i sru do darkroomu, czyli tam, gdzie ziemia kryje ciemności, jakby mógł powiedzieć Jerzy Andrzejewski, gdyby pisał nie tylko parabole biblijne, ale i parabole pedalskie. Z tego, co wieść gminna niesie, to doświadczenia pewne miał, więc gdyby nie purytańskość tego siermiężnego PRL-u, to jego Miazga być może byłaby bardziej hardkorowa od więziennych opowieści Jerzego Nasierowskiego. Ale co zrobić?! Nie rozwinął chłopak skrzydeł w tym kierunku – może nie to nawet, że nie mógł – może nie chciał…

Wracajmy do akcji, bo atmosfera robi się coraz gorętsza, moje dygresje nie mają końca jak w poematach Słowackiego, a moje dzieło to przecież nie żaden Beniowski lub Grób Agamemnona. Choć w zasadzie w tych piwnicznych lochach to ciemno prawie jak w jakim grobie, a i niektórzy odwiedzający są zrobieni już tak konkretnie, że biedacy wyglądają nieomal trupio w stanie wstawienia i aż im trudno ustać, choć wcale tu nie wieje – klima, rzekłbym, że nawet kiepsko hula. Nic to. Mój Andrzejek, ciągnięty przeze mnie za rękę, szybko zdążył jeszcze zabrać swoje manatki: papierosy, zapalniczkę i drina, i w te pędy za mną.
– Ale dostałeś przyspieszenia. – Zatrzymał mnie w korytarzu. Przydusił do ściany, ale zrobił to delikatniej niż mogłoby świadczyć słowo „przyduszać”. To było miłe przyduszanie, dusza mi się cieszyła, że taki facet mnie tak przydusza. – Mogę cię pocałować? – zapytał.
Ale dżentelmen. Powinienem całkowicie cofnąć i zdilitować te słowa o przyduszaniu, bo one stanowczo tu nie pasują – no chyba że rzeczywiście mają mówić jedynie o stanie mojego ducha uradowanego jego kulturą osobistą i w ogóle savoir-vivrem.
W ramach odpowiedzi i zajęć praktycznych natychmiast wpiłem się w jego usta niczym wampir, bo ostatnio znów moda na te Zmierzchy i takie tam wampiryczno-miłosne historie, więc porównanie samo się nasuwa. Miałem ochotę objąć go, poczuć ciepło jego zbudowanych ramion i umięśnionych pleców, ale w jednej dłoni ciągle trzymałem niedopitego drinka.
– Dopijmy – powiedziałem niewyraźnie, próbując wydostać własne wargi z jego warg, które moje starały się zasysać wewnątrz jego jamy ustnej. Moje-twoje-jego… Co za różnica! Wzrokiem wskazałem szklankę, którą uniosłem na wysokość naszych głów. Stuknęliśmy się jakoś tak instynktownie i dopiliśmy do dna, a ja pomyślałem, że to stuknięcie być może jest zapowiedzią i przepowiednią synonimicznego puknięcia, które zaraz obaj zaliczymy. Tylko kto kogo puknie? Oj, te brzydkie skojarzenia… Moja głowa ich pełna zawsze i wszędzie. Ale co ja zrobię, że ze mnie taki zbereźny bad boy? „A ty!, a ty!, a ty!” – sam siebie karciłem w myślach, lubiąc w sobie jednak tego niegrzecznego chłopca. A on co miał w głowie, ten Andrzej? Nie wiem i w sumie nie bardzo mnie to obchodziło, bo coś mi mówiło – i to było o wiele ciekawsze – że jestem coraz bliżej tego, aby dowiedzieć się, co mój książę ma w majtkach pod tym swoim markowym rozporkiem i czy jego wyposażenie równa się uposażeniu widocznemu na pierwszy rzut oka. Już nie mogłem się doczekać, kiedy zstąpię pięterko niżej, aby pomiędzy jego udami zobaczyć (albo w tym mroku jedynie doświadczyć), jak bardzo mnie kocha i pożąda. Uśmiechałem się zalotnie i entuzjastycznie do tej zbliżającej się świetlanej przyszłości i myślałem o tym wydarzeniu nieomal w kategoriach hollywoodzkiej premiery z wielkim ta-dam! i odsunięciem się kurtyny, za którą wielki, monstrualny wręcz potwór-gigant pręży się i hipnotyzuje, przeraża i jednocześnie zachwyca, a on – mój milioner – w tym czasie jeszcze raz przechylił szklankę i wsypał sobie w gębę pozostały w niej lód, przegryzając go z uśmiechem. Rany!, on taki rozpalony, że musi się ciągle chłodzić – to podnieca i przeraża, pomyślałem, ale napawa także optymizmem. I dosłownie rzucił się na mnie jak jakaś Godzilla i od razu zaczął całować mnie po szyi, lizać zimnym językiem, drapać niedogolonym zarostem, który uczula i podrażnia, ale który tak bardzo lubię. Zamknąłem oczy i zobaczyłem, że dopiero wtedy jest ciemno.
– Musimy iść dalej – oznajmiłem obniżonym konspiracyjnie głosem prosto do jego ucha. – Tu jest za jasno i ktoś nas jeszcze zobaczy.
– No i co z tego? – wyszeptał.
– Oj, chodź. – Pociągnąłem go w pierwszy zaułek za czarną ciężką kotarą.
Było ciemno, ale zarysy jego twarzy i sylwetki i tak widziałem. Za drewnianą ścianą był duży telewizor LCD (wiem, bo bywałem tam wcześniej; nie będę zgrywał świętego), a na nim jak zwykle leciał jakiś gejowski pornos – w tym kinie innych filmów nie puszczano. Nie interesowało mnie to, czy te stęki należą do Coltona Forda czy może do wspaniale wyposażonego Tima Krugera, który zresztą raczej nie jęczał, bo zawsze jęczeli ci rżnięci przez niego kolesie. Ważne było teraz to, że jestem w objęciach przystojnego, starszego ode mnie faceta, którego twardniejącą męskość czułem przez spodnie swoje i jego. Masowałem ją dłonią, stękałem cichutko, on dyszał mi do ucha.
– Chodźmy tam, gdzie jaśniej. Lubię, jak inni mogą popatrzeć – powiedział niby szeptem, ale nie na ucho, więc całkiem głośno.
Kurczę, musiałem trafić na jakiegoś ekshibicjonistę?! Nie chciałem – nie tu i nie teraz. Niekoniecznie mnie to kręciło. To dosyć intymne tak się z kimś pieścić. Na pupie czułem jego ręce. Ściskały, miętosiły moje pośladki. Z tyłu czułem ręce masujące mój kark. Jedna dłoń próbowała wcisnąć się w moje majtki od przodu, a druga od tyłu. W tym samym czasie jego palce dotykały też mojego uda i mojej łydki, i dwoiły i troiły, aby dotykać moich włosów, mojej twarzy, znów pośladków – wszystko w jednym czasie. Halo! Ile on ma rąk? To jakiś smok? – nie, no, smoki mają kilka głów, a nie rąk. No to może to jakaś stonoga, która oprócz stu nóg ma też sto rąk? Stanąłem osłupiały, czując ręce na brzuchu, buszujące w majtkach, po pośladkach, obejmujące uda i wdzierające się pod moją koszulę, aby podrażnić moje sutki. Ktoś gryzł mnie w szyję, ktoś inny w bok nad prawym półdupkiem, ktoś dyszał i lizał moją małżowinę uszną, ktoś ciągnął mnie za rękę i poczułem, że moja dłoń zaciska się na… O, matko i córko! Co to za huzia na Józia? Rozszarpią mnie te psy się śliniące, potem rozdziobią mnie kruki i wrony, a Żeromski przekręci się w grobie na tym ewangelickim cmentarzu przy Młynarskiej, że parafrazuję jego słowa w takich perwersyjnych okolicznościach, w dodatku w wersji męsko-męskiej.
– Idź z nim do sali wideo. – Takie ciche polecenie usłyszałem w prawym uchu. – Z chęcią popatrzymy. – O co kaman? W lewe ucho ktoś mnie ugryzł i ktoś jeszcze klepnął mnie dość mocno i hałaśliwie w tyłek. Klaps. Głośny klaps! Jak bym był jakąś tania ździrą, której można rozkazywać. Poszedłem w tamtą stronę – do tej sali wideo – ale raczej uciekając przed tymi rękami i tym szeptem, niż chcąc spełnić te życzenia. A jeśli to są te ciotki emerytki, co tu całymi nocami grasują w tych ciemnościach i zawsze wyciągają swe chciwe i nachalne łapska, silne, ale niemiłe jak macki ośmiornicy? Jak to są te bezwstydne i pożałowania godne dziadówki, co tutaj chcą jeszcze uszczknąć z tego życia, które tak umyka dzień za dniem i noc za nocą? Tu, w tych zaklętych rewirach, czują się jak u siebie – jak rdzenni mieszkańcy, co to znają każdy kąt i czają się na swoich posterunkach w oczekiwaniu na moment, kiedy kogoś nareszcie anonimowo obsłużą. No cóż! Służba nie drużba! Są niczym myśliwi, którzy marzą o tym, by stać się ofiarą czyichś skrywanych żądz. Polują tu więc nieustannie, licząc, jeśli nie na full opcję, to chociaż – co bardziej prawdopodobne – na jakiś ochłap uścisku, wyuzdanej macanki, ściśnięcia za pośladek albo nawet skradzionego pocałunku. Może coś skapnie…? Niechby jakaś sekundka przyjemności… Smutne. Czy mnie też to czeka?

Weszliśmy do środka. Na kanapie siedziało kilka osób. Ktoś komuś obciągał – obciągający, widać, zarobiony po pachy. Pod ścianą stało dwóch kolesi i sobie walili. Na ekranie leciał pornos z wyblakłymi kolorami – pewnie stary, z lat osiemdziesiątych, może z Jeffem Strykerem – wielką gwiazdą tamtych lat i z wielkim talentem między nogami. Andrzej, całując mnie, oparł moje plecy o ścianę. Za nim stanęło kilku gości – pewnie właściciele rąk, którzy zdążyli już pobieżnie przebadać moje ciało. Przez świecący ekran telewizora wszystko było widać jak na dłoni – tym bardziej, że wzrok zdołał już się przyzwyczaić do skąpego oświetlenia. Faceci stali i lubieżnie na nas patrzyli, lecz byli też inni, którzy nie zwracali na nas najmniejszej uwagi, zajmując się sobą lub innymi kolesiami. Andrzej najpierw wwiercał się językiem w moje ucho, a potem zaczął schodzić coraz niżej. Szyja, podciągnięta koszulka, gryzienie sutków, mizianie nosem i ustami przystrzyżonych włosów w podbrzuszu, palce odpinające rozporek na guziki i ściągające dżinsy wraz ze slipami. I on – wystrzelił jak z torpedy, aby zaraz zniknąć w ustach Andrzeja. Cały, caluteńki, po same jaja. Ktoś całował mnie w szyję, z drugiej strony ktoś domagał się pocałunku, chwytając mnie brutalnie za głowę, ale nastąpiło tylko szybkie i głębokie wepchnięcie języków w gardła, po czym odepchnąłem go i zacząłem lizać ucho tego gościa z drugiej strony całującego mnie w szyję. Ktoś miętosił moje pośladki i próbował wepchnąć swój palec w mój odbyt. Auć! Co to, to nie – bo będę bił po łapach!, spojrzałem wymownie, choć nie wiem, czy tę wymowność można było odpowiednio zinterpretować w tym półmroku i czy spojrzałem w odpowiednim kierunku, bo twarzy i rąk zliczyć już wokół siebie nie umiałem. Ktoś agresywnie dociskał głowę Andrzeja do mojego krocza, a on, biedaczek, niemal się dławił. Postanowiłem go uratować. Podniosłem go i szybkim zwinnym ruchem, niczym w Matriksie lub innym fantastycznym filmie, przycisnąłem go do ściany, jak on wcześnie przycisnął mnie. Jednak ja skróciłem sobie drogę, od razu klękając i zdzierając jego spodnie aż do kolan. Zobaczyłem jego mięsiste, gęsto owłosione uda i białe slipy o wysokim stanie. Jakoś dziwnie niemodne te majcięta, pomyślałem i nie mogłem się zdecydować, czy to są majcięta czy może majtasy. Miały ciemną naszywkę z jakimś napisem. Przybliżyłem twarz, zmarszczyłem brwi i przeczytałem: Arcado. Niemożliwe. Przeczytałem jeszcze raz, sylabizując sobie w myślach: Ar-ca-do! Chcąc nie chcąc, parsknąłem śmiechem. Arcado! Marka z Auchan, Tesco lub innego hipermarketu. Chyba padnę! Arcado! Gdyby to były slipy z Zary albo nawet z H&M’u lub Reserved, to jeszcze, ale Arcado? Arcado sprzedają nie tylko w hipermarketach, ale i na bazarach. Dziadówki się w nie ubierają, a nie milionerzy! Normalnie nie mogę! Ale ja głupia jestem! Dałam się nabrać temu milionerowi za trzy grosze. To ci dopiero niespodziewajka! Może nie koń, ale na pewno Tom Ford by się uśmiał! Żeby tak się nie postarać? Żeby zaliczyć taką wpadkę? No żenada.pl! To nadaje się do stylistycznych wpadek roku na pudelku! Przecież to pedalskie pojęcie przechodzi! Chociaż zaraz!? A może to taki nowy trend?, nowy styl? Może to jakiś megahipsterski sznyt – że niby modne jest nie być trendi albo już nie jest dżezi być si?! Może takie porady daje Ekskluzywny Menel na swoim blogu albo inny ekspert w dziedzinie mody i look’u na czasie? Ale nie! – nie może być! No bo Arcado?! Po prostu szok i niedowierzanie! I tak ta cała sielanka i ta cała arkadia się skończyła. Opadło mi wszystko i śmiech mną zawładnął. Odechciało mi się fiuta i tego całego oszukanego milionera, dziadówki jednej! Toć to taki fake jak i ja – królowa second hand’ów, zakichana lumpeksiara, a ja sobie wyimaginowałem, że to nie wiadomo co – jakiś książę albo szejk opływający w bogactwa. Ale pamiętajcie – królowa może być tylko jedna! Idealna w najmniejszym szczególe. Jej Pedalska Wysokość Szymonita! Nie to co tu: słoma z butów, Arcado z rozporka, śmiechu co niemiara. Te niewinne białe slipy zaburzyły majętny obraz milionera wypachnionego Millionem i ubranego od stóp do głów w pasujące do siebie bogactwem Prady i inne Gabbany. I to nie chodzi o to, że lecę na kasę lub klimaty w ten deseń – po prostu Arcado kazało mi wrócić do miejsca, w którym prawda przestała być prawdą.