Rozdział 17

– Halo, słucham?
– Cześć, mamo.
– O, cześć, synku! Co tam?
– No jak to: co tam? Wyrwałaś chyba najlepszą partię w mieście!
– Ty sobie lepiej nie żartuj – ostrzegła żartobliwie.
– Ale naprawdę! Ja nie żartuję! Z tego twojego Krzysztofa to spoko facet! Ale dzwonię, żeby się zapytać, co tam twój przystojniak mówił, jak już od nas poszliście?
– A był bardzo zadowolony. Piał z zachwytu, że jesteście tacy fajni i że z ciebie taki świetny kucharz i żeś taki przystojny.
– A Marcin to już nie? – ironizowałem.
– No nic nie powiedział o Marcinie. Ale ja uważam, że jest bardzo seksi.
– Serio?!…
– No pewnie! Już ci przecież kiedyś mówiłam. Męski typ. Tak jak lubię. A Krzysztof mówił też, że nigdy by nie pomyślał, że jesteście gejami.
– No widzisz… Czyli znów nie spełniamy czyichś oczekiwań – powiedziałem, udając swego rodzaju zblazowanie. – Całe życie pod górkę…
– Oj, wiesz przecież, że nie o to chodzi. On tak powiedział, bo nigdy nie poznał żadego geja, więc miał takie pojęcie, że…
– No wiem – wtrąciłem się – Że pióra w tyłku, zgięty nadgarstek i nie wiadomo co jeszcze, prawda?
– Coś w tę mańkę. Ale był zachwycony. Że tak ładnie mieszkacie i że tak fajnie się z wami rozmawia.
– No akurat on nie mówił jakoś zbyt wiele… Był chyba trochę spięty, co?
– Też mi się tak zdaje, ale tak sobie myślę, że chyba spięty byłby też, gdyby miał poznać ciebie z twoją dziewczyną … Chciał po prostu dobrze wypaść…
– No to trzeba stwierdzić, że mu się udało.
– Tak myślisz?
– No tak. Nie powiedział nic głupiego. Marcin przyznał, że jest bardzo sympatyczny.
– Halo, jesteś tam? – zawyła. – Nie słyszę cię!
– Halo! U mnie jak zwykle problem z zasięgiem! Ale ja ciebie słyszę.
– Halo!? Szymek!
– Teraz dobrze?
– O, teraz lepiej. A co mówiłeś?
– Poczekaj… No że chyba pilnował się bardzo, żeby nie palnąć żadnego głupstwa. Marcin go polubił.
– No i chyba nie palnął, prawda?
– Pewnie go najpierw przeszkoliłaś, co? Tak ładnie mówił o Agnieszce Holland, a tak źle o tej pierdolniętej Pawłowicz…
– No trudno, żeby mogło być inaczej. Wiesz. My też o tych związkach rozmawialiśmy już wcześniej, więc to nie jest tak, że nakładłam mu czegoś do głowy. On miał takie podejście zanim was poznał i zanim mu o tobie powiedziałam.
– Naprawdę?
– No mówię ci! Może chciałam go trochę sprawdzić.
– To super. Wcale nie taki młody facet hetero i takie poglądy? To fajnie. I tym bardziej wydaje się, że spoko z niego facet.
– Naprawdę tak myślisz? – Słyszałem radość i nadzieję w jej głosie.
– No głupot nie gadał, a i na pewno jest dość przystojny jak na moje oko. Chociaż mógłby zgolić te wąsy, przynajmniej skrócić… – Wąsiska były koszmarne, ale poza tym koleś był naprawdę niczego sobie. Mniej więcej znałem jej typ; swego czasu widziałem, kim zachwycała się na tych telenowelach i romansidłach oglądanych w telewizji. Lubiła czasem z rozrzewnieniem jęknąć: „o zobacz, jaki przystojny mężczyzna”; gdyby stała, mówiąc to, zapewne ugięłyby się pod nią nogi z zachwytu. Wydawało się, że lubiła wszystko to, czym nie był ojciec. Ze zdjęć i prześwietlonych już znakiem czasu wspomnień jawił mi się jako dość żylasty i patykowaty chudzielec. Babcia i inne ciotki czasem powtarzały, że ja to jakby skórę zdjął z ojca, czego ja nie widziałem lub nie chciałem widzieć, bo uważałem go za średnio przystojnego faceta. A matka odkąd pamiętam zwracała uwagę na bardziej postawnych, masywniejszych, takich krzepkich. Głupio mi było wtedy przytaknąć, że ten rozgogolony Janosik działał także i na mnie, ale tak przecież było. Mieliśmy i mamy podobny gust, jeśli chodzi o facetów. I Krzysztof, trzeba przyznać, jakoś się w ten wizerunek wpisywał.
– Haha! Te wąsy… Też nad tym pracuję, aby zgolił – zaśmiała się. – Bo mnie za bardzo drapie…
– Domyślam się. Ja akurat lubię jak drapie, ale może nie takimi wąsiskami… Ale poza tym, jak dla mnie, Krzysztof to chłop na schwał. I tak najważniejsze, żeby się tobie podobał.
– No bardzo mi się podoba. I wiesz? Nocuje u mnie niemal codziennie. Czuję się jak jakaś studentka romansująca z kolegą…
– Oj, mamo, mamo – zaśmiałem się. – No i prawie wyglądasz jak studentka. Odmłodniałaś ze dwadzieścia lat!
– Akurat! Bo ci uwierzę!
– No mówię jak jest. I powiem jeszcze, że fajnie mieć taką matkę.
– No nie pozwalaj se! Mamę nie matkę! – zaśmiała się.
– No mamę, wiem…
– Oj dobrze synku. Widzisz… Fajnie się układa… To co?
– No fajnie, fajnie. Cieszę się. To mamy przyjechać w sobotę, tak?
– No właśnie miałam też pytać. Dacie radę tak około 14? – zaproponowałem.
– Może być.
– A Marcinowi to pasuje? To w końcu jego samochód. Krzysztofa wóz nadal w warsztacie, a ja już nie chcę czekać.
– Pasuje, pasuje. Nie martw się.
– No to super. To pojedziemy po ten telewizor, a potem Krzysztof powiedział, że zrobi coś na obiad.
– O, a on potrafi gotować?
– No chyba nie tak jak ty, ale lubi. Wczoraj zrobił leniwe.
– Proszę, no to nie jest taki leniwy – zachichotałem.
– No żebyś wiedział, całkiem pracowity.
– A dopytywał o moją książkę? Bo chyba przy nas trochę wstydził się pytać tak wprost.
– Dopytywał, no pewnie. Nawet dałam mu do czytania to, co mi przesłałeś.
– O rany! To pewnie ucieknie zaraz w siną dal po tych wszystkich bezeceństwach!
– Oj, daj mu szansę. Słucha ciągle tego tam piosenkarza, co mu nagrałeś, to może i spodoba mu się jak piszesz.
– Dobra, śmieję się tylko. Ale ten piosenkarz to jednak trochę coś innego. A serio słucha?
– No naokrągło!
– To fajnie, bo to dobre piosenki.
– No może i dobre, ale żeby tak non stop?
– No jak fajne, to można.
– Aj tam. Bez przesady – westchnęła. – No dobrze, to do zobaczenia w sobotę, co?
– Dobra. To trzymajcie się. Pozdrów tam tego swojego! Buźka!
– Dzięki. Ty też pozdrów Marcina. A halo? Jesteś jeszcze? – szybko krzyknęła.
– No jestem? Co tam?
– Powiedz mi! Piszesz cały czas?
– Dziś nie mam jakoś weny…
– Nie martw się – przyjdzie.
– Wiem, wiem. Czasem tak jest.
– No dobra, to buźka. Pa!
– Pa!
Fajny ten jej Krzysztof. Taki postawny – po jego wielkich łapach widać, że robotnik. Jak mnie ścisnął na powitanie, to myślałem, że pisnę. Chłop jak dąb. Dzisiaj rzadko już ktokolwiek tak podaje dłoń. I kulturalny jest, miły. W głowie ma poukładane – tak się przynajmniej zdaje. Przyjęło się myśleć, że jak robol, to od razu prostak. A gówno prawda. On lubi muzykę i kino, mówi też dobrze po angielsku, bo pracował trochę w Anglii. W sklepie dźwignął ten telewizor jak jakiś młodziak. A w domu szybko ogarnął ustawianie kanałów. Po obiedzie puszczałem mu Sixto Rodrigueza z telefonu i namawiałem, aby zabrał mamę do kina, bo to taka niesamowita historia, też o robotniku, który skończył filozofię i miał tyle fajnego w głowie, nagrał dwie świetne płyty, ale nie zrobił żadnej kariery. Niesamowite i niewiarygodne, a na faktach. Taki trochę Bob Dylan, ale z lepszym głosem. Krzysiek lubił Dylana. I spodobały mu się piosenki Rodrigueza, więc pewnie zabierze mamę do kina. Skopiowałem mu soundtrack, żeby mógł słuchać w domu. I z tego co mówiła mama, to słuchał namiętnie. Zapytam w sobotę, czy byli w kinie, bo teraz zapomniałem.
A w niedzielę, gdy byli u nas, to mama dopytywała o Ankę: jak się czuje, który to miesiąc i w ogóle. Wiem, że kiedyś marzyła, że będziemy z Anką małżeństwem – miała nadzieję, że to moja dziewczyna – ale gdy teraz spytałem, czy nie jest jej przykro, że tak nie jest i że to nie nasze wspólne dziecko, odpowiedziała, że absolutnie nie i że się cieszy, że jest, jak jest. Powiedziała, że odezwała się do tych ludzi z organizacji Akceptacja i że chce się z nimi spotkać. Ale jestem dumny z tej mojej matki. Tak o siebie zadbała, zawalczyła o swoje życie, a teraz zaczęła też walczyć o moje. Widać, że jest zadowolona. I widać, że szanuje moje wybory. To jest ważne – czuć takie wsparcie.

Włączyłem telewizor. Jeszcze nie tak dawno były ciągle te same pytania: gdzie jest krzyż?; gdzie jest wrak?; gdzie był Tusk?; gdzie jest Madzia?; gdzie jest matka Madzi?; gdzie jest Komoruski Komorowski?; gdzie był rząd?; i gdzie był Bóg, no gdzie!? Rzeczywistość się zapętliła, rzeczywistość szwankuje – czy to jest rzeczywistość? I tylko TU-154, tu Smoleńsk, tu zamach, tu mgła, a tu brzoza. Kiedyś mieliśmy lipę Kochanowskiego – ale czasy się zmieniają – mamy więc brzozę, jak się później okaże, uciętą na wysokości 666 cm. Co to może znaczyć? Szatan rządzi światem i Polską. Hell-O Kitty! Albo ktoś nas okłamał. Może nie było żadnej brzozy. I nie ma to tamto – jest tylko świat zredukowany do „tu”. A co tam? – na Bliskim Wschodzie lub w Ameryce Południowej, w Azji lub w Australii? Pewnie festiwal samby albo jakiś żołnierz poniósł śmierć, walcząc o pokój. Za to u nas ile się dzieje! Jest śledztwo smoleńskie, jest zdrada, hańba i Targowica! I jest Euro to, Euro tamto i Euro sramto. I na pewno więcej niż 2012 razy mieliśmy okazję słyszeć o Euro2012. I choć Smuda czyni cuda, to okazało się, że tylko hipotetycznie, ale i tak wiadomo, że to Tuska wina, bo wszystkiemu ten sprzedawczyk jest winien. A potem AmberGold i AmberSrold, i długo nic, choć wydaje się, że echa sprawy Katarzyny W., smoleńskiego morderstwa i innych spiskowych teorii dziejów będą wieczne. Smoleńsk pomścimy, a Matkę Kurwę zlinczujemy, ale najpierw zarobimy na jej zdjęciach topless lub na koniu – seks sprzedaje się nawet, gdy chodzi o potencjalne dzieciobójczynie. I jak żyć, panie premierze? No jak!?, zwłaszcza teraz, gdy te pedały zawłaszczają media i tylko o tych swoich chorych związkach gadają! Świat naprawdę staje na głowie, że do mainstreamu ci degeneraci wchodzą ze swoją pseudosztuką i swoimi prawami człowieka. Rozpętała się taka burza wokół tych związków partnerskich, że ten temat jest ciągle w mediach, a normalnemu człowiekowi to normalnie rzygać się chce od tego wszystkiego, bo już niczego się z kraju i ze świata nie dowie, jakby to pedalstwo było najważniejsze na świecie… Ale patrzcie! Jakie to lobby homoseksualne musi być silne, że tylko oni i oni, a jedynie z czasu nieśmiało i jakby tylko na zasadzie wtrętu lub dygresji mówi się o czymś innym, by zaraz znów wrócić do tych chorych, co to zapierają się nogami i rękami, że to nie żadna choroba, a po prostu taka wrodzona skłonność… I tylko ciągle: homo to to; te całe LGBT to tamto; a Benedykt abdykował; a Palikot przesadził; a Tusk opieprza Gowina, ale chyba tylko tak na pokaz; a Nowicka coś tam; a premier pojedzie w Polskę; a Żalek tym swoim wkurwiająco spokojnym głosem mówi, że związki partnerskie to zagrożenie; a Biedroń na to coś tam; a Komorowski mówi, że trzeba zmienić konstytucję; a w PKP to nie wiem co; a Wałęsa mówi, że on by się nie zgodził; a konklawe będzie pewnie przed Wielkanocą; a ksiądz Oko ślepy na fakty; a Justyna Kowalczyk jest w formie; a Depardieu chyba się nieźle zamotał; a Dreamliner i LOT to coś tam; a Pawłowicz w amoku znów krzyczy, tym razem że ją molestują, bo ciągle ta homopropaganda i homopropaganda; a Kaczyński nic, bo przecież ma swojego bulteriera, więc po co ma się wysilać, ale zresztą i tak wszyscy wiedzą, co on na to; a w unii też coś tam; a ktoś tam się powołuje na badania nad homoseksualnością jakichś niezależnych naukowców i ekspertów, którzy tak samo jak w przypadku katastrofy tupolewa, wydają wyroki i osądy całkowicie niezależne od faktów i zdrowego rozsądku; a Holland broni córuni, tzn. mówi niesamowicie mądrze i dobitnie, że pedał dziś znaczy tyle co Żyd kiedyś; a rodzice gejów na plakatach…
Rodzice gejów. Jaka piękna akcja. Rodzice wychodzą z szafy. Walczą o godność swoich dzieci. Będą plakaty na mieście. Nawet Gronkiewicz-Waltz poparła – co jej się stało? Przecież nie tak dawno mówiła, że nie miesza się w sprawy światopoglądowe. Już widzę te napisy na plakatach, te komentarze o chorobach i że won! i precz! Najlepiej to żeby się zamknąć. Bo to żaden temat do dyskusji. Jak zwykle – temat zastępczy. To dajcie te związki i nie będzie już szumu! Będziecie mieli święty spokój od tych tematów zastępczych. Ale nie – tak po prostu nie można. Nasz papież by tego nie chciał, Chrystus by tego nie chciał, Bóg zesłałby Armagedon! My wiemy, że wy nie żaden ciemnogród, wy jesteście po prostu ostoją moralności – katolickiej moralności i to nic, że Polska to nie państwo wyznaniowe. Tylko dlaczego krzycząc o moralności, używacie języka, który z moralnością ma niewiele wspólnego. To taka pseudomoralność. I jakoś tak niesamowite jest to, że niektórzy ci, co kiedyś walczyli o wolność, tak łatwo jej dzisiaj innym odmawiają. Są tacy prawi, że muszą odmawiać nam praw w imię swoich wartości, które chcą narzucić wszystkim. Już nie pamiętają, że kiedyś ich zmuszano do różnych zachowań. Fajnie być po tej drugiej stronie, nie? Proszą? Żądają? A niech sobie żądają, ale dopóki jesteśmy i sił nam starczy, to nie damy im tej satysfakcji, nie pozwolimy na tę chorobę! Mówią o godności i prawach człowieka? O tym, że walczą o szczęście? Jakie szczęście? Źle im? Ktoś ich krzywdzi? Polska to przecież taki tolerancyjny kraj! Nigdy tu nie było stosów! Żaden ciemnogród! Po prostu to nie jest żaden problem, a właściwie to jest problem, bo to patologia, upadek moralny, degrengolada, to nienaturalne i w ogóle zagrożenie dla rodziny. Te same hasła, te same argumenty. Na facebooku powstała strona „Związki partnerskie nie są dla nas zagrożeniem”. Panie Premierze, tak pan nas popiera, widzi pan potrzebę uregulowań prawnych dla tych ludzi, którzy się kochają, mówi pan, że w pana partii nie ma miejsca dla takiego myślenia, że jak ja jestem hetero, to homo nie powinni mieć uprawnień. Niech się pan zapisze do tej akcji – ze swoimi dziećmi, z żoną – to byłby dopiero gest. Obama ze swoim poparciem mógłby się wtedy schować! Ale nie mamy złudzeń. Pan nie chce się ubrudzić – zjedzą pana, zdepczą, bo zaraz będą krzyczeć: premier takie akcje popiera, a w sprawie porządnych rodzin nic nie robi! A Polska wymiera! Dzietność spada! Rozwodów coraz więcej!
A w internecie jest jeszcze gorzej – tam to dopiero karnawał nienawiści. Na forach można powiedzieć wszystko i nie ma żadnych hamulców: że zboczeńców trzeba leczyć, że cioty won!, że dobry pedał to martwy pedał i że pedały do gazu! – pomijam te wszystkie kwiatki krasomówstwa, które z oczywistych powodów zostają usunięte przez administratora, a tych stron, z których tej mowy nienawiści się nie usuwa najzwyczajniej w świecie nie czytam.
Zaglądam do sieci. Szukam czegoś więcej o tej akcji rodziców. Znajduję na tokfm.pl – wielkie zdjęcie Władysława Kowalskiego z synem. Napis: „Syn nauczył mnie, jak ważne jest być sobą. Władysław, ojciec geja”. To ten aktor. Widziałem go kiedyś w jakiejś sztuce – nie pamiętam tytułu – ale na pewno w Teatrze Dramatycznym. Jego syn, reżyser teatralny, kiedyś chyba udzielał wywiadu Replice, więc wiem, że jest gejem. Zrobił świetny spektakl Ciała obce. Takich Kowalskich jest na pewno sporo więcej, tylko nie wszystkich Kowalskich synowie uczą swoich ojców, jak ważne jest być sobą. Nie wiem czy w tym więcej lęku czy braku odwagi, bo to nie do końca to samo. Pod stroną widzę mnóstwo komentarzy. Sporo pozytywnych, ale i multum szyderczych, ziejących nienawiścią, mówiących o tym, jak ludzie nie mają ochoty wysilić się, aby spojrzeć poza koniuszek własnego nosa. Niektórzy piszą coś w stylu: „ja jestem tolerancyjny i nie mam nic do geji, ale…” i zaczyna się znana wiązanka mądrości o naturze człowieka, o Bogu, przeznaczeniu życia ludzkiego, o przetrwaniu gatunku i o wartości rodziny. A w wielu postach nie ma nawet żadnych argumentów, bo liczy się czysta nienawiść, liczy się przekonanie hejterów, że słowa nienawiści wytłumaczą i zastąpią wszystko. Oczywiście wtryniają też swoje trzy grosze ci, co węszą w tym wszystkim jedynie jakiś podstęp: że ta cała akcja to tylko odwracanie kota ogonem, uciekanie od prawdziwych problemów, działanie na usługach rządu, aby skierować uwagę na nieważne sprawy, gdy w Polsce szaleje kryzys, bezrobocie i krzywda katolikom się dzieje, bezustannie narażanym na obsceniczne pedalskie treści, które przedostały się do mainstreamu. Czytam:
„Niedlugo strach bedzie sie przyznac, ze sie ma normalne dzieci…” (chris1507). Tak – ten to na pewno wie, co to jest strach… Dalej:
„Posrało was czy co ? od kiedy orientacja seksualna do powod do publicznego chwalenia się? Jestem hetero ale moja mam nie widnieje przez to na plakacie.; O ludziach niech mówią czyny a nie ciągotki seksualne”. (tytus14). Chwalenie się. Dobre sobie. Powinni siedzieć cicho jak do tej pory… Następny:
„Tak, homoseksualizm to najwazniejszy temat dla Polski. Nie mamy innych problemow, wszystko jest OK. Jaki piekny ten nasz kraj”. (tomek20062). Gdzieś już to słyszałem. Wszyscy geje to temat zastępczy. Kolejny:
„A kiedy będą plakaty z katolikami i hetero? Warto przecież też leczyć uprzedzenia lewicy i ateisów wobec osób wierzących i o innych poglądach niż lewicowe…” (globalneocieplenie). No za mało jest kościołów, pomników hierarchów Kościoła (obowiązkowo przez duże k), Chrystusów w różnych rozmiarach, stanowczo za mało… Czytam dalej:
„Oczywiście, oczywiście, jak mogłoby być inaczej! Dzień bez homoseksualnej propagandy jest dniem straconym. Za chwilę jeszcze jakiś sensacyjny tekst antykościelny – i codzienna dniówka Gazety Wyborczej zostanie wykonana”. (prerekwizyt). Dzięki ci, droga Wyborczo, że burzysz ład moralny… Ktoś musi. Kto jak nie ty? – Gayzeta?
„MOJA CÓRKA NAUCZYŁA MNIE …GRAC NA GITARZE, STEFANIA MATKA HETEROSEKSUALNEJ. Gdzie mogę powiesić plakaty? Jak oni mogą , że są normą to ja pewnie też”. (majka.2012). No to jest problem rzeczywiście – biedna, musisz ukrywać się z dumą ze swojego dziecka… Współczuję. Łatwo nie widzieć homofobii i nazywać ją na przykład homosceptycyzmem. Bo gdzie mi tu na plakaty!? W domu podziwiać swoje chore dzieci! Kolejny:
„Ale co to za odwaga? Przecież to zwykły koniunkturalizm, w sytuacji gdy we wszystkich mediach rozgłaszają że bycie „tolerancyjnym” jest trendy – więc niech mi ktoś pokaże – gdzie tu jest odwaga? Odwagą w dzisiejszych czasach jest wystąpienie na plakacie z podpisem jestem patriotą, wierzę w Boga bo to oznacza że wbrew panującej modzie ma się jakieś własne poglądy”. (niechcemalemuszem1). Nie chcesz, ale musisz? Chyba jednak chcesz złośliwie, szyderczo, tak odważnie za ojczyznę umierać. Oj, musisz nienawidzić Marię Peszek za te jej ostatnie piosenki, co? Zgnoił byś taką, no nie? I następny:
„Współczuję tym ludziom ale mam wrażenie, że temat służy jedynie zasłonięciu problemu olbrzymiego bezrobocia. Dzisiaj jedną z informacji dnia powinny być dane o tym, że w Polsce mamy 29% dzieci zagrożonych biedą i wykluczeniem. Porównywalne dane dla Grecji – 30%, Hiszpanii – 31%. Pytam się więc? Gdzie w obliczu tych danych są sukcesy PO? Gdzie jest zielona wyspa? Jedna wielka 7-letnia porażka przykrywana marketingowo homoseksualistami !!!” (gazeta240). No właśnie. Szkoda komentarza do tego komentarza. „Współczuję…”. Pięknie dziękuję. Co mamy dalej?
„możecie sobie nawet na twarz poprzylepiać te plakaty, to i tak nie zmieni faktu, że homoseksualizm to dewiacja…” (augustianin). Tak – zeszliśmy z tej drogi i chcemy iść po swojemu – ale to ty błądzisz, nadal trwając w przekonaniu, że to to samo, co pedofilia czy zoofilia. Gratuluję bycia na bieżąco z nauką. I jeszcze jeden:
„Zamiast promować pedalstwo, niech ci skretyniali lewacy powiedzą otwarcie, co to jest homoseksualne uwiedzenie i w jaki sposób nastolatkowie programowani są na gejów. Tym wszystkim zajebiście dumnym i szczęśliwym rodzicom homoseksualistów, życzę cudownych chwil z wnukami”. (zasadniczook). Ach – no na to czekałem. Życie z wnukami – żeby wszyscy hetero w tym kraju byli tacy skorzy płodzić swoim rodzicom wnuki, to byłoby cudownie. Ale nie – łatwo jest zaatakować tych, którzy może i by chcieli, ale nie mogą lub państwo im utrudnia. A zresztą – to jest jakiś obowiązek?

Wyłączyłem komputer. Oni swoje, a my swoje. Nie pod swoimi nazwiskami, ale odmawiają odwagi tym, którzy mówią odważnie, że się nie wstydzą. Czy warto w ogóle rozmawiać? Po programie Pospieszalskiego w TVP zacząłem myśleć, że nie. Ale chyba jednak nie jest aż tak źle, co? Trzeba o tym mówić i przestać się ukrywać – przecież tego właśnie od nas oczekują, że zamkniemy się na klucz z naszym życiem i naszymi problemami w naszych domach, w czterech ścianach, w szafach i damy spokój im słusznym i niejałowym życiom, których problemy są jedynie słuszne, niejałowe i realne. Bo o tym wszystkim to publicznie nie przystoi – można tylko prywatnie, pod kołdrą, po cichu, bo wiadomo, że tam tylko o ten zboczony seks chodzi. We Francji, w Anglii, a nawet w Szwecji też było kiedyś inaczej. Początki są zawsze trudne. Zwłaszcza tam, gdzie nieustannie odwołują się do tradycji i chrześcijańskiej moralności. Ale zadziało się nawet w niegdyś katolickiej Hiszpanii i ludzie zobaczyli, że właściwie nie ma czego się bać. Tam heterycy zrozumieli, że dawanie ludziom bezpieczeństwa nie odbiera go im samym i że świat się nie zawali od tych ustaw. U nas też to kiedyś się zmieni, ale nie oczekujmy, że to się odbędzie z dnia na dzień – byłoby zbyt różowo. Czekam i zazdroszczę Czechom charakteru, Anglii zazdroszczę takiego konserwatyzmu, Stanom zazdroszczę Obamy i nawet Brazylii zazdroszczę tych małżeństw, gdzie ponoć nie bez znaczenia były puszczane w telewizji telenowele z pozytywnymi wątkami gejowskimi. A u nas? Coś powoli się rusza. W teatrze to bardzo jest pedalsko, literatura też ruszyła. Tylko w kinie ciągle temat jakby nie istnieje. Czekam na nową Szumowską – Teddy na festiwalu w Berlinie to nie byle co.
Więc coś się rusza. Temat jest na topie. Ale na debatę do studia to zawsze trzeba zaprosić ludzi, którzy się pożrą. Bo my to jeszcze ciągle ludożercami jesteśmy. Żremy się, zamiast rozmawiać… Nie słuchamy się. Możemy powtarzać tysiąc razy, że nie zagrażamy rodzinie, że nie promujemy homoseksualności, że to nie żaden wirus i nikogo przecież tym nie zarazimy, nie zachęcimy do kochania kogoś tej samej płci. Ale oni i tak odpowiedzą tym samym zestawem prawd, tą swoją nieśmiertelną mantrą, jakimś refrenem powracającym niczym słowny refluks: że to nienaturalne, że to temat zastępczy, bo są przecież ważniejsze sprawy i że w ogóle jest to obrzydliwość, bo tak w Biblii jest napisane i obrzydliwe jest tak ciągle mówić o tej paskudnej obrzydliwości. Jeden poseł z drugim znów krzyknie, że to się leczy, bo to choroba, a ty lub jakiś działacz, może dziennikarz, znów będziesz miał ochotę na to odpowiedzieć: panie ośle, to znaczy, przepraszam: panie pośle, niech się pan dokształci, to naprawdę wstyd powtarzać takie bzdury; co to się czai w tych pustych mózgownicach… To jak rozmowa głuchego z głuchym albo raczej szafy z komodą, bo głusi na pewno potrafią się wspaniale porozumieć. I ciągle tylko pierwsze słyszę, choć i byłoby to powiedziane z tysiąc razy – bo ty nie masz racji, a ja i tak wiem swoje… My im z naszym Żakowskim, naszą Środą, naszą Holland, naszą Szczuką, naszą Ewą Siedlecką i naszym Kaliszem, któremu nadano przydomek Pornokalisz, od kiedy nas głośno i zdecydowanie popiera, a oni na to ze swoim Terlikowskim, swoim Rydzykiem, swoim księdzem Oko, swoim profesorem Cameronem i swoim Kaczyńskim. My mamy swoje Wyborczą, Politykę, Newsweek, TVN, a oni mają swoją Frondę, Gazetę Polską, Telewizję Trwam, Gościa Niedzielnego i Uważam Rze pisane z błędem (ach, ta prawicowa ortografia). I my żydokomuna, a oni katolobeton. Oni swoje, a my swoje. Wiedźma ple ple kontra zołza bla bla bla. Błazenada. Senyszyn kontra Błaszczak. I jak grochem o ścianę albo słowem do kamienia, a czasem kamieniem do słowa, bo niektóre słowa należy ukamieniować… A na przykład w takich Stanach to jest piękna tradycja płomiennych mów o potrzebie tolerancji, o prawach człowieka, o sprzeciwie wobec agresji – wiele takich można zobaczyć w internecie. I głos zabierają nie tylko politycy czy celebryci, ale i zwykli uczniowie, rodzice, szarzy obywatele. A u nas zabieranie głosu oznacza zabieranie go innym, odbieranie go, zamykanie czyichś ust. Bo co to za brednie!, to nie jest przecież ważne, mam znajomych, którzy też tak uważają, więc jest nas większość. To tak jak Kukiz czy inny prostak Cejrowski – oni widzą tylko to, co chcą zobaczyć. Nie chcą postarać się o minimum empatii albo stosują ją bardzo wybiórczo. Łatwiej nie widzieć, łatwiej nabierać wody w usta, łatwiej zajmować się jedynie sobą, łatwiej straszyć i obrażać. Nic tylko hipokryzja. Lecz ona działa w obie strony – my też chcemy wiele ukryć, wiedząc, że opinia na temat całego naszego środowiska jest krzywdząca dla jednostek i najzwyczajniej nieuczciwa, bo najzwyczajniej w świecie wszelkie generalizowanie jest niesprawiedliwe. I nam też łatwo powtarzać uogólniające tezy, bo jak się słucha pewnych oszołomów, to czasami trudno sobie wyobrazić, że katolicyzm może mieć inną twarz niż ojca Rydzyka albo, żeby zejść z naszego podwórka, na przykład pomyśleć, że islam może nie być jedynie Al Kaidą lub ślepą wojną religijną.
Chory jest ten kraj, to zdziczenie postaw, agresja, eskalacja konfliktów, radykalizmy, neonazizm, rasizm, antysemityzm, ksenofobia, wszelkie fobie. Równanie w dół, równanie w górę. Lewacy – naziole; faszyści – komuchy; biali – kolorowi. Tak – nasz kraj jest bardzo tolerancyjny. Z wielką tolerancją patrzymy na to, co dzieje się każdego roku 11 listopada. Święto Niepodległości. Patrioci w kominiarkach. Niech ich ten zdziczały patriotyzm pochłonie. Doświadczenia historii niczego nie uczą. Amnezja. Wojna. Amnezja. Zagłada na wyciągnięcie ręki. Amnezja. Totalitaryzmy; jeden, drugi… Amnezja. Zero wniosków. Celtycki krzyż. Raz sierpem, raz młotem w czerwoną hołotę. Swastyka. Brak edukacji. Megalomania. Mesjanizm. Przemoc. Buta. Duma narodowa. Dym. Zadyma. Demolowanie demokracji. Głupota.
Ciary przerażenia, jak sobie przypomnę te obrazki. Bo głupota jest przerażająca. I nic się nie zmienia. A niektórzy sądzą, że jest coraz gorzej. Nieudolność. Nic, tylko nieudolność.
Wchodzę pod kołdrę i wyłączam telewizor. Leciało coś o sporcie – nic dla mnie interesującego.
– Marcin! – wołam.
Nic. Cisza. Nie słyszy.
– Misio! – Chwilę czekam…
– Co!?
– No chodź! – krzyczę.
– Zaraz! – odkrzykuje.
Nie chce mu się dupy ruszyć. Jak zwykle… Pewnie siedzi i gra w jakąś głupią grę albo znowu ogląda te seriale.
– No chooodź! – wrzeszczę przeciągle. – Co tam robisz?!
Nie odpowiada, ale słyszę jakiś ruch. Sunia zaczęła robić hałas – pewnie ma nadzieję na spacer. Przybiega do mnie pierwsza.
– No nie ciebie wołałem, ty śmierdziucho! – droczę się z nią, a ona już skacze po pościeli. – Pewnie wyszłabyś na dwór, co? Zaraz pan z tobą wyjdzie, zaraz! – położyła się obok, patrząc tym proszącym wzrokiem i waląc ogonem o kołdrę z zadziwiającą częstotliwością.
– No co tam? – Marcin wchodzi do sypialni.
– Trzeba wyjść z małą…
– No wiem. Nie chce mi się.
– Chodź najpierw się poprzytulać – uśmiechnąłem się zalotnie.
– Oj, chcę dokończyć…
– Poźniej dokończysz. Chodź tu, dziadu jeden!
Wskoczył do łóżka i się do mnie przytulił. A mała myślała, że to z nią chce się bawić i zaczęła szarpać za kołdrę.
– No przestań, wścieklizno, bo zniszczysz – pogroził i zaczął ją głaskać. – Nie rusz! Porwiesz zaraz!
– Na pewno cię zrozumie.
– Zrozumiała, zobacz jaka grzeczna od razu! – zaśmiał się i spojrzał na nią. – Tak? Zrozumiała pana, że nie można – mówił do niej, pieszcząc się jak do dziecka.
– Ale po co mnie wołałeś? Żebym wyszedł z psem? Przecież siedziała sobie cicho obok mnie…
– Słyszałeś o tej akcji rodziców gejów? Będą plakaty na mieście.
– A coś widziałem na gazeta.pl, ale kliknąłem na coś innego i zapomniałem o tym.
– Trąbią wszędzie na TVNie i w ogóle. Nawet Kowalski, ten aktor, się zaangażował.
– Nie wiem który – Zmarszczył czoło. – Tych Kowalskich to jak psów – zaśmiał się. – Nawet Marlon Brando grał przecież Kowalskiego.
– No, nie wierzę! Ty wiesz takie rzeczy? – zadziwiłem się. – Rany Julek! Co to się dzieje na tym świecie… – ironizowałem, po czym pocałowałem go w czółko. – Daj mi laptopa, to ci pokażę. Na pewno skojarzysz.
– Oj nie chce mi się teraz. – Wtulił się we mnie jeszcze bardziej. – Jest tak milusińsko…
– I jeszcze jeden, taki od tych filmów sensacyjnych, co zawsze grał jakichś zbirów… – informowałem.
– Daj lepiej buziaka, a nie tam o zbirach gadasz…
Pocałowaliśmy się. I przypomniało mi się coś jeszcze:
– A wiesz, że moja mama chce się z nimi spotkać? – rzekłem zadowolonym, jakby chwalącym się tonem.
– Z kim? – spytał, wtulając się w moją szyję. – Masz fajny zarost. Taki jesteś niedogolony – mruczał.
– Łaskoczesz mnie… – Wbiłem mu palce między żebra i jego ciało zgięło się jakby w nagłym skurczu. – No z tymi rodzicami chce się spotkać – mówiłem dalej. – Tymi od tej akcji…
– Serio? – spytał i wyciągnął się na pościeli, unosząc ramiona za głowę. Było widać mu pępek. – To chyba dobrze? I też będziecie na plakatach?
– Nie, no na to to już za późno, ale liczy się sam fakt – odpowiedziałem i pogłaskałem go po mechatej skórze brzucha.
Po chwili zmienił pozycję, opierając się na łokciach.
– Fajna ta twoja mama, wiesz? Moja by tak nie potrafiła – skonstatował jakby smutny. – Ojciec też nie…
– No fajna, wiem – przyznałem. – Sam nie mogę uwierzyć, że tak się pozmieniało…
– Patrz, mała usypia – kiwnął głową. Może i chwilę wcześniej leżała zwinięta w kłębek, ale gdy tylko usłyszała „mała” zaczęła merdać ogonem i otworzyła czujnie jedno oko. – Idziemy na spacer? – zwrócił się do niej i rozpętało się szaleństwo. Skakała jak porażona prądem, uśmiechając się niczym pieski w reklamie Pedigree Pal. – Ale wariatka! Patrz na nią.
– No to chodźmy – rzuciłem, uderzając rękoma o kołdrę. – Ale daj jeszcze buziaka, mój ty dziadu.
– Lepiej licz się ze słowami – pogroził tonem głosu i mimiką twarzy.
– Co ja takiego powiedziałem? Dziad z ciebie i już! Mój dziad! Dawaj tego buziaka lepiej, a nie twardziela będziesz zgrywał.
Pocałował mnie. Lubiłem czuć jego język w buzi. Czułem wtedy takie zespolenie.
– Kocham cię, wiesz? – powiedziałem.
– Wiem, też cię kocham – szepnął i przytulił się jeszcze na chwilę, po czym wstał z łóżka. – A co to? Czytasz Żurawieckiego? Przecież mówiłeś, że…
– No wiem, ale jakoś tak stwierdziłem, że nie ma co się uprzedzać. Lubię jego felietony.
Ja, czyli 66 moich miłości – przeczytał z okładki. – Ciekawe… A to? – podnosi drugą książkę. – Chuć?
– Dopiero teraz zauważyłeś? Chyba od dwóch tygodni ją wertuję.
… czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksie – jakby mnie nie słuchając, czytał dalej tytuł, a potem już po cichu sczytywał informacje z tyłu okładki.
– To coś dla nas, nie? – Siadając na brzegu łóżka, ścisnąłem go za krocze, a potem wsunąłem dłonie pod koszulkę i sweter i przesuwając je na plecy, wtuliłem się w jego brzuch.
– Oj ty moja chucio! Tak to się w ogóle odmienia? – zapytał skonfundowany.
– A nie wiem, wszystko mi jedno. Ale chuć mam. – Wstałem i polizałem go w szyję i ugryzłem w ucho. Ręce błądziły, ściskając przez materiał spodni genitalia, a potem zaczęły majstrować w okolicach sprzączki paska. Mógłbym zrobić mu dobrze, pomyślałem. Czemu nie? Mi też byłoby dobrze.
Rzucił książkę na łóżko.
– Dobra, chodźmy na ten spacer. – Chwycił mnie za ręce i docisnął już lekko odpięty pasek. – Z twoją chucią rozprawimy się potem – obiecał.
Po powrocie mogło być tak:
Marcin pierwszy poszedł się umyć i od razu się położył. Zaraz po nim szybko wziąłem prysznic i jeszcze nie całkiem wytarty dałem nura w nasze łoże małżeńskie, którego samo posiadanie oraz wspólne w nim spanie od tak wielu lat nie dawały nam niestety żadnych papierków ani gwarancji prawnych. Skoczyłem w kołdry, w poduszki, w pielesze opatulające marcinowy negliż. Pocałowałem go z języczkiem i od tej chwili języczkiem jego uwagi stała się moja nagość. Nie zabrakło i jemu języka w gębie i penetrując moje usta, zagłębił się wzrokiem w moje oczy, jakby mówiąc mi „kocham Cię” (cię przez duże c), co następnie powtórzył jeszcze kilkakrotnie, także w trakcie orgazmu. Poszliśmy spać, nasze członki też. Na chwilkę przed uśnięciem wszyscy sobie o każdym z osobna pomyśleliśmy: ale dobrze, że Cię mam. Potem we czworo śniliśmy być może te same sny.
Albo tak:
Poszedłem do łazienki i bez słowa się przygotowałem do opcji full wypas. Gdy wszedłem do sypialni ubrany jedynie w zapach wody toaletowej, leżał na łóżku w samych slipkach. Skradłem mu całusa, głośno cmokając go w policzek, a następnie moje dłonie wkradły się za szeroką gumę wcale nie białej, bo czarnej, bielizny i schwyciły to cacko, za którym zdążyłem się już stęsknić od wczorajszego wieczora. O Boże, jak dobrze, że jest na swoim miejscu, że nikt go nie skradł, pomyślałem i zacząłem odmawiać wieczorny różaniec, przerzucając w dłoni paciorki jego groszkowatych jąderek, a ustami obejmując jego twardniejącą męskość. Na końcu było dobitne amen.

FF. Następny dzień. Można podsumować: 1 marca 2013 roku skończył się w Polsce Wałęsa.
„Posłowie homoseksualni powinni zajmować w sejmie miejsca w ostatniej ławie, a nawet za murem”. „Ja sobie nie życzę, żeby ta mniejszość, z którą się nie zgadzam (…) wychodziła na ulice i moje dzieci i moje wnuki bałamuciła jakimiś tam mniejszościami”.
Tak – to Lech Wałęsa, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, bojownik walki o wolność. Kiedyś skakał przez płot, a teraz mury buduje – i nie chce stanąć murem za mniejszościami, bo właśnie tak pojmuje demokrację. „A mury runą, runą, runą”, jak śpiewał Kaczmarski? Niektóre rosną, rosną rosną. Zwłaszcza po takich mądrościach o opacznie rozumianej demokracji, w której siłą podziałów można budować mury, oddzielając zło od dobra, ziarno od plew. Tak w ogóle to można by stworzyć taki zbiór złotych myśli pt. Małe słowa wielkich ludzi, bo ci wielcy też potrafią być wprost niewiarygodnymi dupkami. I co? Wyszło szydło z worka? Może okazuje się, że widzieliśmy w Wałęsie więcej niż rzeczywiście w nim było. Albo nie chcieliśmy widzieć tej prawdy, bo potrzebowaliśmy bohatera, których u nas tak mało. A może to po prostu zwykłe polskie buractwo wychodzi, ale chyba zbyt łatwo machnąć jedynie ręką i stwierdzić: to polskie kołtuństwo, zacofanie, jakiś ciemnogród. Świat się oburza, świat huczy, a mnóstwo polskich posłów jak zwykle broni, przyklaskuje i mówi: I o co właściwie ten hałas? Co takiego się stało!? Prawdę przecież powiedział! Nareszcie ktoś miał odwagę sprzeciwić się tej nagonce na tradycyjne wartości i na rodzinę. Odważnie powiedział to, co sądzą miliony Polaków wbrew tej cholernej politycznej poprawności. I o co ten cały szum? Jest przecież wolność słowa, więc co? – nie można już rzeczy nazywać po imieniu?! Trzeba się krygować i ubierać te obrzydliwości w ładne słówka? A co to!? Tylko oni mają monopol na dosadne mówienie i wyzywanie od homofobów?
No i wychodzi na to, że trzeba prezydentowi gratulować odwagi głośnego głoszenia prawd niepopularnych. Brawo, Panie Prezydencie, owacje na stojąco! Należy sprzeciwiać się temu homoterroryzmowi, bo nie może być tak, że mniejszość większości na głowę wlezie…. I nie oszukujmy się, że jak się nie powie per pedał, tylko per gej lub per homoseksualista, to już nie można obrazić, wykluczyć, wysłać za mur. Mur zbudował sam Wałęsa i idzie w zaparte. Skakać już nie będzie.
Dla Ewy Wanat to symboliczna śmierć Prezydenta. Przesadza? Nie sądzę. On się może bronić, że nie o taką Polskę walczył, że jego Polska miała być inną Polską i w związku z tym niestety nie zamierza w tej sprawie powtórzyć swojego słynnego „nie chcem, ale muszem”. I chociaż – jak twierdzi – jest 100% demokratą, to w tej sprawie pokazuje, że umiłował sobie nie demokrację, a demokraturę. Tak określiła to pani diakon Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego Halina Radacz. To dobre określenie, bo ta jego demokracja jest jakaś przepoczwarzona w coś niezbyt demokratycznego. Czym to się różni od faszyzmu? Tym, że za murem nie będzie komór gazowych i kominów? Wiem – Pan Prezydent zaprotestuje: to nadinterpretacja, on tego przecież nie powiedział. Mu się po prostu nie podoba dyktatura mniejszości. On jedynie chce dyktatury większości. Nie pamięta wół jak cielęciem był… No dobra – nie podoba mu się i zgoda. Nie musi mu się przecież podobać, ale demokracja – dojrzała demokracja, a nie ta ateńska sprzed ponad 2000 lat, która wykluczała wielu, na przykład kobiety i niewolników – ta demokracja jednak do czegoś zobowiązuje. Ale on będzie szedł w zaparte i powtarzał: demokracja to rządy większości… Ręce opadają i nie ma świętości, skoro świętości same potrafią się tak kompromitować i przeć w swej głupocie na łeb na szyję. Z rubasznego i zadufanego w sobie Zagłoby, jakim był zawsze, Wałęsa staje się śmiesznym cyrkowcem, albo właściwie nie – gdyż szargając swoję legendę, staje się bardziej kimś na kształt iluzjonisty Davida Copperfielda, bo tak jak on coś, wydawałoby się, niemożliwego czyni zupełnie możliwym. Ale co nas to wszystkich!? Wara od jego Nobla. To jego Nobel i niczyj więcej! A Nobel to Nobel, a nie żaden tam tytuł Miss Świata przekazywany z roku na rok z rąk do rąk. Nobel to tytuł dożywotni i jego własny, więc jeśli chce, to może go sobie kompromitować jak tylko zechce. I to też jego legenda, więc też won z łapskami i opiniami, że Prezydent pogrążył się, upadł nisko, umarł, a nawet się skończył.
– Szymcio? – krzyczy Marcin. – Słyszałeś? – Wchodzi do sypialni.
– Co? – pytam.
– Co Wałęsa naopowiadał? – doprecyzowuje. Kiwam głową, że wiem. – Żenada, nie?
– No właśnie czytam komentarze w necie. Jakiś horror…
– Buractwa nie wyplenisz z buraka…
– Oby to tylko o to chodziło. Dla mnie to jakiś niemal faszyzm. To nie jest zwykły burak. To burak z pokojowym Noblem.
– Jak widać, to do niczego nie zobowiązuje – skwitował.
– Dla mnie to szok! – mówię. – Nie to, żebym go tak strasznie zawsze lubił. Palnąć głupotę mu się zdarzało, ale to już jest… Nie wiem… – jest mi smutno, że prawie mam ochotę się rozryczeć.
– A miałeś jakieś złudzenia, że on o nas myśli lepiej niż jego żonka? Nigdy nie można mieć pewności, że ktoś, kogo lubisz, cenisz za jedną rzecz, nagle nie walnie jakiejś głupoty w głowie się niemieszczącej.
– Ale żeby aż tak? Walnął z grubej rury!
– A co? Nie wolno mu? To pan prezydent przecież. Pokojowy noblista. On może i powinien otrzeźwić naród z tego homolubienia!
– No gdybym wydał taką książkę o gejowskim Wałęsie, mówiłem ci o tym pomyśle…
– No wiem, pamiętam – Marcin potakuje.
– To chyba byłby proces. On nie ma kompletnie poczucia humoru, żadnego dystansu do siebie, a już na pewno nie zrozumiałby, co chcę przez to powiedzieć. Można by jak krowie na rowie… Co za żenada…
– No ale co się dziwisz? – zawiesił głos. – Przecież jest nas tylko jakieś 5% w społeczeństwie, więc czego się spodziewasz. Temat zastępczy i w ogóle.
– No mimo wszystko nadal mnie to dziwi. Nas jest może 5%, ale homofobia dotyka też naszych rodzin, wykluczenie idzie dalej, więc z tych 5 robi się o wiele więcej. Bo jak ktoś powie, że jest homo, to oczywiście szkaluje dobre imię matki i ojca i w imię Ojca i Syna, i Boże uchowaj! A taki, kurwa, pan prezydent – wypowiadając ostatnie słowo, zaakcentowałem cudzysłów – jest w stanie mówić takie niemiłosierne bzdury! I do tego ta Gosiewska, ten Zawisza… Jeszcze nie tak dawno Wałęsa był dla nich agentem Bolkiem, a teraz mu wtórują: że bałamucimy i demoralizujemy większość, a większość nie życzy sobie słyszeć o naszych wyimaginowanych problemach…
– No widzisz, to jest Polska… – przypomniał mi Marcin, a ja niemal od razu pomyślałem, jak ja tego kraju nienawidzę i mentalnie mną wzdrygnęło, ciało zareagowało na myśl.
– Taa… Zakaz pedałowania, bo Polak nie może być przecież pedałem. To taki oksymoron. A do tego: „lesby, geje, cała Polska się z was śmieje” – zacytowałem wzburzony i pomyślałem, że Prawdziwi Polacy powiedzieliby mi, że jak mi się tu nie podoba, to żebym spierdalał tam, gdzie się pozwala, aby świat stawał na głowie. – To się nazywa solidarność i demokracja. Ciekawe, co na to wszystko Wajda, bo przecież kręci film o bohaterze Solidarności, a okazuje się, że z tą solidarnością u tego bohatera dość kiepsko? Jak myślisz? Będzie laurka?
– No na miejscu Wajdy, to coś bym powiedział, jakieś oświadczenie bym wydał…
– Coś ty! Chyba śnisz… Wajda to może i mądry facet, poglądy ma spoko, ale biznes to biznes. Oni i tak powiedzą, że to dwie różne kwestie, a legenda to legenda… A zresztą… Pewnie i tak nic nie powiedzą…
– To zrobią Wałęsę 2 i już.
– A to dobre! No na pewno. Już to widzę. Wałęsa 2. Człowiek z głupoty. Tak mi się zdaje – na to przynajmniej teraz trochę wychodzi – że ten cały skok przez płot i w ogóle to wszystko było tak jakby przypadkiem, zbiegiem okoliczności, pobożnymi życzeniami. To się tak ułożyło w piękną historię, ale widać, że w Wałęsie nie było głębokiego przekonania i w ogóle świadomości, czym jest wolność.
– No wybitnym myślicielem to on nigdy nie był…
– Tak, takim trochę po łebkach…
– No tak… – Marcin odparł jakby zrezygnowany. – Chociaż właśnie dlatego osiągnął to, co osiągnął. Bo był swój chłop. Taki prostaczek. Etam… Szkoda gadać…
– Coś mi się zdaje, że taki program powinien powstać w polskiej telewizji: Szkoda gadać, bo u nas to szkoda gadać o wielu sprawach. Pospieszalski tym razem by się sprawdził w roli prowadzącego.
– No coś w tym jest – rzekł, pokiwał głową i się zamyślił. – A powiedz mi, to idziemy do tego radia? – rzucił nagle.
– No Robert powiedział, że ten jego znajomy dziennikarz szuka do audycji jakiejś sensownej pary, która chce związków partnerskich, więc czemu nie my?… – uśmiechnąłem się.
– Sensownej, mówisz? – powiedział, robiąc skrzywioną minę. – I co my tam sensownego powiemy?
– Jak to co? Że chcemy po ludzku żyć w tym nieludzkim kraju!
– Dobra. To napisz temu kolesiowi, że się zgadzamy. Śmieszne to wszystko, nie?
– Co jest śmieszne?
– No to, że nie wiem, czy pamiętasz, ale kiedyś nas już zapraszano do telewizji, ale wtedy odmówiliśmy.
– Nie przypominam sobie… Kiedy to było?
– No moja koleżanka z pracy miała jakiegoś znajomego, który szukał do dokumentu o gejach lub jakiegoś programu śniadaniowego…? Już też dobrze nie pamiętam. I ona mnie pytała, czy…
– A rzeczywiście coś takiego było – przypomniało mi się i wszedłem mu w słowo.
– No właśnie. I obaj uznaliśmy, że nie chcemy się angażować. A teraz? – Popatrzył na mnie, podnosząc brwi. – Będziesz nie tylko ciotką pisarką, ale i ciotką działaczką, taką aktywistką, jak powiedział Robert – zauważył jakby z przekąsem.
– No już tak się nie nabijaj, dziadu ty! Ciotka ironistka się znalazła! Do radia idziesz przecież ze mną. Zresztą póki co niczego jeszcze nie wydałem.
– Ale piszesz i piszesz.
– To fakt. Ale tak się zastanawiam, że jak tu zmyślać fabuły, gdy wokoło dzieją się takie rzeczy? Trzeba też działać, coś robić, a nie tylko się oburzać. Myślisz, że książka może mieć jakąś siłę sprawczą?
– W Polsce z czytelnictwem chyba niezbyt dobrze. Sam masz w domu ignoranta…
– No ty chociaż gazety czytasz. Nie jest chyba z tobą aż tak źle…
– No na pewno warto, żebyś pisał. Może do kogoś to trafi.
Zamyśliłem się. Chciałbym, żeby trafiło.
– Zobaczymy. A nie zamierzasz powiedzieć twoim rodzicom? – spytałem.
– Oni mają takie silne wyparcie, że nawet jak rozpoznają mój głos w radiu i usłyszą od redaktora moje imię i nazwisko, to pewnie będą słuchać jak jakiegoś obcego albo nawet przełączą, bo co to za temat… Niektórzy są niereformowalni. To chyba właśnie oni.
– Może nie jest aż tak źle? Skąd wiesz, skoro nigdy o tym nie rozmawiacie? Może się coś zmieniło, jak z moją mamą?
– Dobra, to zadzwonię do nich i powiem, żeby słuchali, ale nie powiem, o co chodzi. Może metodą szoku?
– Jeszcze zawału dostaną… – skrzywiłem się.
– Bez przesady! Tacy gruboskórni ludzie? Nie spodziewałbym się…

FF. Jedziemy na terapię. Bez złości i wzajemnych pretensji. Wiemy, że już niedługo znów będziemy mieli wolne piątki. Nawet terapeutka nam tego nie musi mówić – czujemy, że to już inny związek i dziękujemy losowi, że się jednak nie poddaliśmy. Zatrzymujemy się na światłach. W radiu leci jedna z najpiękniejszych i najbardziej radosnych piosenek o miłości – I just called to say I love you Steviego Wondera. Chwytam Marcina za dłoń trzymaną na drążku zmiany biegów, a on najpierw udaje, że śpiewa wraz ze Steviem, w trakcie śpiewania zaczyna także udawać niewidomego, dostaje ode mnie w łeb, a potem jęczy:
– No co! Za co? Lepiej daj buziaka – i nachyla się w moją stronę.
Całujemy się miło, z języczkiem, jak zakochani. Ktoś z tyłu trąbi. Marcin patrzy, czy mamy zielone. Nadal czerwone. Odwracamy się. Kobieta za kierownicą pokazuje nam fakju, czyli środkowy palec, który mówiąc po polsku jest wizualnym znakiem słów „spierdalaj” albo „pierdol się”.
– A to kurwa! – wymsknęło się Marcinowi. – Ale jak oni się całują, to dobrze, tak? Babsztyl jeden!
– Spokojnie! Marcin! Mamy zielone – zauważam. – Możesz ruszać.
– No nienawidzę takich suk! Raszpla jedna… – syknął jeszcze podkurwiony, spoglądając w lusterko wsteczne.
Ruszamy powoli. Zielony van kobiety wyprzedza nas dość szybko z lewej. Przejeżdżając obok, spojrzała na nas jeszcze raz z takim jawnym obrzydzeniem, pokazała ponownie faka, a potem zajechała nam drogę. Na tylnej klapie – ryba.
– Patrzcie ją! Katoliczka w dupę jebana. Takie fakju z katolickim pozdrowieniem bliźniego…
– Oj, misio, uspokój się. Po co się tak irytować? Skąd wiesz, że to katoliczka? Może prawosławna lub protestantka? – Mówiąc to, pogładziłem go po kolanie.
– Taa… Protestantka… – parsknął wściekle. – Niech se protestuje w domu, jak jej się nie podoba! Nienawidzę czasem tego kraju, wiesz?
– Oj wiem, wiem. Może tylko dzisiaj jestem jakiś gruboskórny. – Pogładziłem go po jego krótkich włosach. – Już się nie irytuj, moje ty kochane złoto. Nie zniszczą nas ci podli ludzie. – stwierdziłem i przejechałem dłonią po jego lewym udzie, a potem podrapałem go w kroczu. Spojrzał na mnie lekko uśmiechnięty.
Takie mamy społeczeństwo. Co zrobić? Niestety tak jest. A potem przy wyborach się dziwią, że my, pedały, to głosujemy tylko na tych, co nas popierają w naszych dążeniach do pełni praw obywatelskich, mając nam za złe, że ta pedalska perspektywa nam świat przysłania, choć przecież wcale tak nie jest. Są tacy geje – sam takich poznałem – co głosują na PiS, bo nie wiedzieć czemu mają jakieś złudne nadzieje, że Kaczyński wypleni na przykład korupcję, która trawi nasz kraj od środka, ale sami jak mają zapłacić mandat, to niejednokrotnie wolą dać policjantowi w łapę. Może dlatego, że myślą, że gdyby tak nagle tę całą korupcję zlikwidować, to wszystko natychmiastowo pierdyknęłoby na amen? Oj, Hipokryzjo, matko nasza… Ja co prawda zawsze głosowałem na tych lewicowych, dla których nie muszę się ukrywać i wstydzić tego, kim jestem i tylko ostatnio dałem się, tak jak Agnieszka Holland i miliony Polaków, nabrać Platformie. Ale i tak sobie myślę, że oni wszyscy są dobrzy, dopóki nie dobiorą się do koryta. Najpierw obiecują, deklarują, a poźniej tylko rozkładają ręce, że czas jeszcze nie nadszedł i dalej pierdzą w stołki, odstawiając szopkę, że coś w ogóle robią. Istny cyrk jakiś.
A może to się zmieni? Świat w ogóle zmienia się jak opętany. Kto by te kilkadziesiąt lat temu pomyślał, że ludzie będą gadać do jakichś takich pudełek albo kabelków i drucików albo że w uszach będą nosić jakieś wtyczki i przez nie będą słuchać muzyki? Kto by przewidział, że ludzie będą zamykać się w jakichś świecących kapsułach niczym w trumnach, a potem będą z nich wychodzić całkiem żywi i opaleni? Lub że nie będą potrafili starzeć się z godnością i różnymi botoksami, liposukcjami, kwasami hialuronowymi i jakimiś pigułkami młodości będą chcieli oszukać datę w akcie urodzenia i będą poprawiać swoją urodę, zmieniając twarze i ciała, zapominając zupełnie, że naturalne niekoniecznie znaczy tyle, co monstrualne? Kto by pomyślał, że kanony piękna się tak pozmieniają – że chudzi, grubi, napakowani, przerysowani, że kult ciała kontra kult nabijania się z ciała? I czy ktoś by przewidział, że świat zaleją podróbki i dziwna hipokryzja, że noszenie podrobionych rzeczy YSL albo Vuittona to obciach, a oglądanie spiraconych filmów w sieci to już nie? I kto by pomyślał, że ludzie będą chodzić z małymi dotykowymi aparatami, w których będą mieli dostęp do książek, encyklopedii, kina, telewizji i chyba właściwie wszystkiego i będą mogli nawet do nich mówić, wydawać rozkazy, komunikować się, a one odpowiedzą? Gdyby hippisowi w 1969 roku powiedzieć, że w 1975 nie będzie już ani Jima, ani Janis, ani Jimiego, ani jego samego, to na pewno nie uwierzyłby, że i on, i oni umrą w wieku 27 lat, bo nie tylko gwiazdy rocka umierają, mając tyle lat. I gdyby mieszkańcom Nowego Jorku na przykład ze Strzałów na Broadwayu pokazać taśmy z burzenia się wież WTC – tych skaczących ludzi, miasto całe w pyle, te setki wozów strażackich – to pomimo ciętego języka, sarkazmu i niesamowitego talentu do paplania o wszystkim, to pewnie tym bohaterom Allena zabrakłoby języka w gębie, zatkałoby ich, być może by się nawet wzruszyli. I kompletnie z innej beczki – gdybyśmy jakiś czas temu miłośnikom chińczyka, monopolu lub polskiej fortuny włączono te RPG-i lub jakieś strategie, gdzie buduje się miasta, walczy i zdobywa nowe lądy, to ci zapaleni gracze by nas wyśmiali albo przezrażeni by uciekli, ale na pewno nie uwierzyliby, że to jest prawdziwe. I gdyby tym ludziom z początku wieku XX pokazano współczesne horrory z gatunku gore – jakieś Piły, Hostele lub inne tego typu obrzydlistwa – albo nawet takiego Tarantino, to oni by chyba zawału dostali, ale by nie uwierzyli, że to możliwe – ze strachu i obrzydzenia chcieliby goreć, dokonać samospalenia. I gdyby tym ludziom z obrazów Canaletta pokazać dzisiejszą – albo nawet lepiej: tę zburzoną zaraz po wojnie – Warszawę, uwierzyliby? Nie sądzę. Tak samo gdyby Oskarowi Wilde’owi odsiadującemu w więzieniu wyrok za swój homoseksualizm powiedziano, że w Anglii będą kiedyś możliwe małżeństwa i adopcje dla homoseksualistów, to na pewno odpowiedziałby na to inteligentną, aczkolwiek dowcipną myślą, która znalazłaby się w zbiorze jego aforyzmów. A gdyby żyd André Citröen dowiedział się, że po jego śmierci jego fabryka będzie produkować samochody dla Hitlera, to być może sam by ją zburzył jeszcze za życia. A Norwid umierający w paryskim przytułku? Uwierzyłby, że przez potomnych będzie uznawany za równego wieszczom? Raczej nie. A gdyby amerykańskim czarnoskórym kobietom – takim na przykład jak te z książki lub filmu Służące – powiedziano, że kiedyś będą mogły głosować na czarnoskórego kandydata na prezydenta i on wygra, to pewnie powiedziałyby, że to jakiś film science-fiction, a może nie film, tylko zupełny nonsens. I gdyby wielbicielom Głębokiego gardła lub Emanuelle pokazać to, co wyprawiają te laski na filmach z portalu Brazzers.com, co pokazują na filmach z włoskim gwiazdorem porno Rocco Siffredi lub jakie głębokie gardła mają kolesie połykający gigantyczne kutasy megawyposażonych gwiazd wytwórni Machofucker, na przykład takiego Antonia Biaggiego, to przewróciłoby im się w głowie – zadławiliby się, patrząc na te bezeceństwa i nie uwierzyliby, że to w ogóle prawda. I gdyby pomysłodawcom jednorazówek pokazać tę zanieczyszczoną wszelkimi odpadami, głównie plastikiem i papierami, Afrykę, wyspy Galapagos, wybrzeża Azji, to być może uznaliby, że to nie był zbyt dobry pomysł. I gdyby palaczom tradycyjnych papierosów powiedziano, że kiedyś będą papierosy elektroniczne, to kazaliby puknąć się w głowę. A gdyby posiadaczom VHS dać DVD lub BlueRay, a tym, co mieli radia monofoniczne puścić dźwięk stereo lub Dolby Surround, to też by się nadziwić nie mogli, że to w ogóle możliwe. I jeszcze nadmienić można, że w świecie sprzed kilkunastu lat – może kilku dekad, ale wcale nie tak dawno temu – komórki nie były telefonami, a pudelki, biedronki i żabki były jedynie zwierzętami. Teraz są nazwami własnymi i oznaką galopującego konsumpcjonizmu – naszymi pupilami, które dokarmiamy codziennie nową porcją gotówki lub oglądalności, która też przecież przekłada się na pieniądz. A czy ktoś pamięta jeszcze o raczkach i krówkach – były kiedyś takie cukierki… To był inny świat. A książki? Kiedyś miały fabułę, a teraz czym większe dzieło, tym bardziej znika opowieść. Więcej za to ukazywania szwów powieści i dla niektórych grubymi nićmi to szyte, bo wolą, gdy książka opowiada porywające historie, a nie puszy się na wielowymiarowość i przeintelektualizowanie. Ale cóż? Wszystko wolno. I co taki Balzak powiedziałby o Jelinek? „Wszystko ujdzie”? A czy Żeromski zniósłby taką Masłowską? I czy w ogóle świat wszystko zniesie? Czy zniesie tę sztukę, która wypełnia współczesne galerie i muzea, a która sztuką jest tylko poprzez kontekst albo dzięki nazwisku, które niesie produkt na fali mody? Wielu tego nie zniesie i powie: nie wszystko sztuka, co jest w galerii, i zdenerwują się, że jakiś kit im się wciska. „Everything goes? Really?”, spytają z brytyjskim, arystokratycznym akcentem. A czy zniosą to, że znów z Marcinem jesteśmy blisko i się kochamy? Gdyby ktoś ze dwa lata temu powiedział mi, że będzie tak dobrze, to też bym w to nie wierzył. A co myślą na ten temat inni i cały świat mnie nie bardzo obchodzi.
O!, już jesteśmy na miejscu. Wchodzimy po schodach, wchodzimy do pomieszczenia zaaranżowanych na poczekalnię, a z gabinetu w tym samym czasie wychodzi młody koleś – pierwszy raz chyba nie ten biznesmen, który kończył swoję terapię zawsze przed nami. Chyba gej. Spogląda w taki sposób i zaraz skulony odwraca wzrok, jakby chciał szybko uciec, gdzieś się schować. Tamten poprzedni już skończył terapię, zastanawiam się, czy może zmienił jedynie termin spotkań? Wieszamy kurtki na wieszaku. Wchodzimy do pokoju, witamy się miło, a Pani Martyna pyta, czy chcemy coś do picia. Ja nie chcę, Marcin prosi o herbatę. Pani Martyna wychodzi, a Marcin popycha mnie w stronę kanapy i rozsiadamy się na niej przytuleni.
– No proszę, proszę! – terapeutka wchodzi i stawia dwa kubki z parującą w nich cieczą. – Cukru? – pyta Marcina.
– Nie dziękuję.
– Chyba pierwszy raz usiedliście razem na kanapie, co? – pani Martyna uśmiecha się, maczając szybko szczura herbaty w swoim wrzątku i odkładając go na talerzyk, na którym leżały już nieco przyschłe torebki. – Zdaje mi się, że zawsze siadaliście osobno na fotelach. Zrobiliście to świadomie czy nieświadomie?
– No ostatnio się bardzo lubimy, wieć świadomie chcemy się lubić na jednej kanapie – odparłem pół żartem pół serio, patrząc to na panią Martynę, to na Marcina, który też jakby był zadowolony z naszego tricku.
– Tak na serio, to ja to wymyśliłem wcześniej – mówi Marcin.
– Jak to: wymyśliłeś? – pytam.
– No tak pomyślałem, że będzie miło usiąść z tobą razem – popatrzył na mnie rozbrajająco miło. – Myślałem o tym już nawet kilka sesji temu, ale jakoś nie wychodziło.
– No to fajnie, co? – stwierdziła pani Martyna, spoglądając ze szczerym uśmiechem na nas obu. – A uważacie, że to tylko taki symbol czy coś innego?
– Dla mnie to symbol, ale taki znaczący symbol – przyznał Marcin.
– A dla mnie to coś ostatnio naturalnego. Dużo się przytulamy, dużo rozmawiamy, dużo się o nas samych dowiadujemy. Wydaje mi się, że jakoś zaczęliśmy się na nowo szanować. Nie szukamy dziury w całym, nawet jeśli w tym całym są rzeczywiście jakieś dziury. Nie robimy nie wiadomo czego ze spraw, które nie są sprawami życia i śmierci i jest dobrze. Poza tym Marcin stał się znów moją inspiracją. Czasami dzięki temu, co nas łączy, wpadam na pomysł na piękne zdanie, którego chciałbym użyć w książce lub wierszu, które znów zacząłem pisać.
– To miłe chyba, prawda, panie Marcinie? – zauważyła, spoglądając na niego, a on pokiwał głową, jednocześnie zagryzając usta i marszcząc brwi. Oczy mu się uśmiechały. – A jakiś przykład pan pamięta?
– Takiego zdania, tak? – Terapeutka pokiwała głową. – No na przykład… – szukałem w pamięci czegoś pasującego – Niech będzie to: zapomnę ci wszystko, ale ciebie nigdy nie zapomnę. – Powiedziałem to, trochę jakby wyrecytowałem, patrząc na Marcina. Złapał mnie za rękę, a ja dodałem: – To mógłby, mam nadzieję, powiedzieć także i Marcin. – Spojrzałem mu głęboko w oczy, ukryte dziś pod ciemnymi oprawkami okularów.
– No podpisuję się pod tym całym sobą. – Przyciągnął mnie do siebie i pocałował w policzek.
Pani Martyna patrzyła na nas zadowolona.
– Ładne zdanie – oznajmiła. – Też mogłabym je powiedzieć swojemu mężowi. – Ma męża. Właściwie pierwszy raz odniosła się do swojego życia prywatnego. – No dobrze, panowie – zwróciła się do nas. – A zaczynając tak zupełnie standardowo: powiedzcie mi, jak wam minął tydzień?
Spojrzeliśmy na siebie uśmiechnięci. Bez cienia złości, bezproblemowo, z dużą dozą miłości.
– Bardzo dobrze – zaczął Marcin. – Widzieliśmy się ze znajomymi, ciągle się nie kłócimy, zaczęliśmy chyba umieć ze sobą rozmawiać, nie ma już agresji, nakręcania się, stresu… Dużo także dyskutujemy, bo wkoło wiele się dzieje: Wałęsa, Pawłowicz i takie przeróżne smutne brednie… A przed chwilą z równowagi wyprowadziła mnie jakaś zasrana katoliczka.
– Jak to? – dopytała.
– Oj, nawet nie chce mi się…
– Bo stojąc przed przejściem dla pieszych – chciałem wyręczyć Marcina, szybko streszczając sytuację – jakiś babsztyl pokazał nam środkowy palec. Pocałowaliśmy się i widocznie jej to przeszkadzało.
– Na pewno tylko o to chodziło? – pani Martyna zastanowiała się głośno, jakby sugerując, że złamaliśmy jakieś przepisy.
– Nie było żadnego innego powodu – warknął Marcin. – Zwykły katolicki beton i tyle.
– A co pan taki zły? I skąd wiadomo, że to katolicki beton, jak pan się wyraził? – drążyła.
– Jak to: skąd?! – obruszył się. – Ryba naklejona na bagażniku to oczywistość, a taka nienawiść idzie chyba z nią u nas w parze. To takie polskie, a poza tym, to jest chrześcijańska miłość do bliźniego…
– Pan też tak myśli? – zwróciła się do mnie.
– Łatwo tak myśleć, bo powodów dla takiego myślenia mamy u nas mnóstwo. Katolicy akurat lubią z pogardą gadać o wszystkim tym, co nie mieści się w ich światopoglądzie i mówią zawsze jakby w imieniu Boga. I mają wtedy niesamowicie wyraziste zdanie: o dzieciach z in vitro, o aborcji, o ateistach, innowiercach albo o karze śmierci…
– O rozwodnikach! – dorzucił Marcin.
– No na przykład – skwitowałem, dziękując mu skinieniem głowy. – Albo o liberałach i masonach… I nie zapominajmy o homoseksualistach. Księża na te tematy też mają wiele do powiedzenia. Zresztą chyba najbardziej dla mnie chore jest to, że oni nawet zgwałconym kobietom kazaliby rodzić. To jakiś koszmar! Chrześcijanie…
– No ale czy tak rzeczywiście jest? – zapytała pani Martyna.
– No nie do końca, nie wydaje mi się. To takie generalizowanie. Jak te wszystkie stereotypy z pedałami. Ale skądś jednak się to wszystko bierze.
– No tak, ale spójrzmy, że rozwodów jest na pęczki – przekonywał Marcin. – Antykoncepcję w małżeństwach też pewnie stosują, skoro dzietność taka mała… A do kościoła jakoś coraz mniej ludzi chodzi… A tacy niby wierzący! – dorzucił.
– Bo to jest taka galopująca hipokryzja i tyle – mówię. – Lubią podpierać się wyrwanymi z kontekstu i interpretowanymi tylko zgodnie z ich sumieniem cytatami z Biblii. Nie przyjmują do wiadomości, że mogą być jakieś inne interpretacje lub że są tacy, dla których Biblia jest jedynie bajką, tak samo jak Sierotka Marysia i 7 krasnoludków albo coś z Andersena lub braci Grimm. Oni zakładają, że ich zdanie i ich wiara muszą być lepsze od zdania i wiary wszystkich innych. Jest czarne i białe. Nie ma nic pomiędzy.
– No coś w tym jest… – westchnęła pani Martyna. – Mówi się, że teraz następuje taka polaryzacja postaw, że zaczyna brakować umiarkowania, prawda? Ze skrajności w skrajność… – Pokiwała głową, jakby samej sobie przytakując i zaraz dodała: – A wracając do tego zamieszania wokół tej Pawłowicz i teraz Wałęsy, to rozmawiacie o tym?
– No pewnie, że tak! – potwierdził Marcin. – To oburzające!
– Ale czy to dotyka was osobiście? – dopytywała.
– I tak, i nie – stwierdziłem. – To, co wygaduje Wałęsa, w sensie treści, słyszymy od wielu lat z innych ust, więc już się jakoś uodporniliśmy, znamy ten język. Ale w tym przypadku dotyka nas to dlatego, że mówi to jakiś tam autorytet, pokojowy noblista. Trochę to niewyobrażalne.
– No właśnie jakiś tam autorytet… – dorzucił ironicznie Marcin.
– Zdziwiliśmy się nieco jego słowami, bo że on jest człowiekiem starej daty, to my wiemy. Wiedzieliśmy też tak pi razy oko, jakie zdanie ma na ten temat jako ortodoksyjny katolik, ale że użyje takiego języka, to się nie spodziewaliśmy.
– No właśnie. Zaskoczył nas trochę, choć mi się zawsze zdawało, że to burak i już. Ale ważne jest teraz to, że o słowach Wałęsy i tej całej Pawłowicz rozmawiamy także w kontekście książki Szymka.
– Tak? A dlaczego? – Terapeutka spojrzała na mnie pytająco. – Jak w ogóle idzie pisanie?
– W sumie to dobrze, chociaż ostatnio zacząłem zmieniać koncepcję bohatera. Chcę, żeby był działaczem. To będzie taka droga od zwykłego czytelnika, odbiorcy kultury gejowskiej i początkującego pisarza do takiego, jak by tu powiedzieć?, orędownika walki na rzecz równouprawnienia, takiego zaangażowanego aktywisty, walczącego piórem, a może i nie tylko. Głupio powiedziałem o tym zaangażowanym aktywiście, bo chyba nie może być aktywisty niezaangażowanego – starałem się wybrnąć z głupoty, którą palnąłem – ale chodzi mi o to, że ten bohater ma świadomie zacząć robić coś więcej niż tylko komentować sytuację społeczno-polityczną w domu, w papuciach, przed telewizorem i jedynie sporadycznie uczestniczyć w paradach. Trochę to jakby z życia wzięte, bo rozmawiam dużo z moją mamą, ona chce działać z rodzicami, którzy stworzyli akcję plakatową w miastach, pewnie pani słyszała…
– Tak, wiem… – potwierdziła. – Dobra akcja.
– No i wie pani? Zadziwia mnie ta moja matka. Naprawdę. Oczywiście pozytywnie zadziwia. Niedawno poznaliśmy jej faceta. A! – przypomniało mi się. – No i jeszcze w przyszłym tygodniu idziemy do radia na rozmowę o związkach partnerskich – oznajmiłem zadowolony.
– Czyli jednym słowem włączacie się w walkę o wasze prawa, tak? – W odpowiedzi kiwnęliśmy potakująco głowami. – A obu wam na tym tak samo zależy?
– Mi do pewnego momentu na tym jakoś szczególnie nie zależało – zaczął Marcin. – Ale Szymek pisze swoją książkę, przez którą chce chyba powiedzieć wiele ważnych rzeczy, więc go wspieram. Zresztą mam już dość słuchania o patologii, kontrowersjach, homomafii i innych temu podobnych bzdurach. Albo takich katoliczek na ulicy… – dorzucił znów poirytowany. – Czy miłość między dwojgiem dorosłych ludzi jest aż tak kontrowersyjna?
– No taka miłość niestety ciągle tak – skwitowałem. – Różnimy się, ale hetero też nie są jedynie dobrzy, godni małżeństw i nie wszyscy są na tyle odpowiedzialni, żeby wychowywać dzieci. A ludzie o tym zapominają, a właściwie jakby nie chcą tego zauważać i wszystko tłumaczą dla mnie jakimś głupim i wyimaginowanym planem bożym. Co to, do cholery, jest plan boży? Jakaś paranoja…
– No w takim kraju niestety żyjemy… – zdiagnozowała zdegustowana terapeutka. – Też bym chciała, aby było inaczej. Ale widzę, że chcecie go trochę zmieniać i chyba trzeba przyznać, że trochę rzeczywiście się zmienia, prawda? – zawiesiła głos, wpatrując się raz we mnie, raz w Marcina.
– No zmienia się. Pewnie, że tak – potwierdziłem, aby kontynuować z dumą: – Moja mama powiedziała o nas całej rodzinie i ludziom w pracy. Nawet nie musiałem jej o to prosić. Sama to zrobiła. Sama z siebie.
– Zaskoczyło to pana?
– W sumie tak.
– Dość szybko się to rozegrało, co? – zauważyła pani Martyna.
– Rzeczywiście tak. W ogóle, jak już poprzednio mówiłem, okazało się, że na początku naszego związku była chora, że mi o tej chorobie nie powiedziała, że akceptowała mnie i się właściwie zawsze domyślała, ale jakoś milczała, bo chciała ukryć tego swojego raka i dlatego chciała mnie od siebie odsunąć. Pokrętne to wszystko i jakieś takie pogmatwane, ale chyba tak musiało być, żeby teraz było dobrze.
– A co pańska mama na tę książkę? Wie o pańskim pisaniu?
– Bardzo mnie z tym wszystkim zadziwia. Czytała już pewne fragmenty i stwierdziła, że są ok. Chociaż wcale się tego nie spodziewałem, bo były raczej, że tak się wyrażę, hardkorowe. Powiedziała, że będzie mnie wspierać – wyznałem z dumą.
– A dalsza rodzina?
– Chyba dobrze. Rozmawiałem tylko z ciotką, ale nie o książce. Właściwie to chyba nie czuję obowiązku rozmawiania z każdym. Przez tyle lat to ja musiałem stawiać czoła ich światu, że teraz niech oni stawią czoła mojemu. Właściwie naszemu – dodałem, patrząc na Marcina.
– Ładnie powiedziane – uśmiechnął się.
– Czyli co? Wygląda na to, że zaczyna się układać? – powiedziała i zabrzmiało to jak diagnoza naszej szczęśliwości.
– No chyba tak – powiedział zadowolony z siebie i nas Marcin.
– No a pamiętacie? – ciągnęła terapeutka. – Kiedyś zadałam wam takie pytanie: od czego właściwie zaczął się wasz kryzys? Rozmawialiście o tym?
– No ja niedawno jeszcze twierdziłem, że to się zaczęło od seksu albo od tej mojej zdrady z tym Jackiem, który mi się tak spodobał po jednej wspólnie spędzonej nocy, a teraz mi się wydaje, że to wszystko z braku rozmów. Bo to nie jest problem, że Marcin ma takie, a nie inne potrzeby. Seks to seks. Można go uprawiać, ale można też o nim rozmawiać, dogadywać się. Ja też uciekłem w coś, co wtedy pokazało mi – krótko, bo krótko, ale jednak – że można inaczej. Chodzi mi o jakąś taką ułudę z tym Jackiem. Jestem pewien, że gdybyśmy o tym wszystkim szczerze rozmawiali, to byłoby inaczej. A może nie…? Czort właściwie wie… – dodałem po chwili – ale teraz myślę, że tak czy siak za mało ze sobą gadaliśmy.
Marcin siedział wpatrzony we mnie, z dłońmi włożonymi pomiędzy nogi założone jedna na drugą.
– Pan też tak myśli? – zwróciła się do niego.
– No ja tak już dawno myślałem, że to chodzi o rozmowę, ale sam nie potrafiłem rozmawiać.
– No właśnie czasem nawet tak jest, że wiesz, na czym polega problem, ale nie umiesz go rozwiązać, bo coś cię blokuje – przyznałem mu rację. – Mi się wydaje, że siebie najzwyczajniej w świecie nie lubiliśmy i to był nasz największy problem. Dlatego nie potrafiliśmy rozmawiać.
– Też tak myślę, że może jakoś podświadomie siebie nie szanowaliśmy, nie szanowaliśmy naszych decyzji i naszych wyborów i dlatego była ta ciągła irytacja, jakieś pretensje i fochy. Notorycznie sobie dogryzaliśmy, jakbyśmy mieli z tego radochę, że zadaliśmy cios, jakbyśmy lubili się dyskredytować.
– No tak chyba było – odparłem. – Ciągle wszystko odbieraliśmy jakby przeciwko sobie. Marcin coś robił, na przykład… no nie wiem: nie chciał iść ze mną na imprezę, a ja uważałem, że to uderza bezpośrednio we mnie, że robi mi na złość i nie zastanawiałem się, że może po prostu nie ma ochoty nigdzie pójść. Wydawało mi się, że wszystko robi celowo przeciwko mnie, lekceważy mnie, perfidnie i umyślnie upokarza. – Spojrzałem na niego, siedział spokojnie, blisko, bliski mi, bardzo bliski. Chwyciłem go za rękę i dokończyłem myśl: – Chyba po prostu nie akceptowaliśmy tego, że jesteśmy inni. Oczekiwaliśmy, że musimy robić wszystko razem i spędzać ze sobą każdą minutę, a tak przecież wcale nie musi być, prawda? – spytałem go, a on odpowiedział tylko skinieniem głowy i ruchem warg, który zastępuje przytakiwanie.
– No dobrze, ale co się takiego stało, że teraz jest inaczej? – dociekała pani Martyna. –Co was znów zbliżyło? Zmeniliście się? Jak możecie to określić, nazwać?
– Chyba tak naprawdę chodzi o wiele rzeczy… – powiedziałem, zastanawiając się, co to było naprawdę. Marcin spoglądał na mnie świdrująco i z zaciekawianiem, marszczył brwi i skupiał wzrok, jakby chciał mnie przeniknąć na wskroś. – To jakiś proces – tłumaczyłem. – Na pewno te rozmowy tutaj, sytuacje z moją mamą, wreszcie to, że dzięki splotom różnych okoliczności znów zaczęliśmy ze sobą rozmawiać …
– No dla mnie – wtrącił Marcin – kluczowa była chyba taka jedna sytuacja, gdy Szymon się przede mną otworzył. Dotyczyło to jego mamy, zaczął o niej opowiadać, o tym raku piersi i popłakał się. Zobaczyłem wtedy, że chyba znowu mi zaufał, że jakoś zmienił do mnie podejście. Wielokrotnie wtedy chlipał w nocy, a ja zrozumiałem, że go tak strasznie kocham, że zrobiłbym wszystko, aby go uspokoić, chciałem mu dać poczucie bezpieczeństwa. On powtarzał mi, że nie chce mnie stracić i ja też nie chciałem stracić jego. I tak jakby coś przeskoczyło, a właściwie zaskoczyło. Przestał mi tylko dosrywać, a zaczął mnie traktować poważnie. To był jakiś taki początek dla mnie, bo znowu zacząłem czuć się mu potrzebny – wyznał i popatrzył na mnie z uśmiechem. – No i znów chyba się w sobie zakochaliśmy… Poczułem, że on jest moją rodziną. Najbardziej na świecie.
– No właśnie – powiedziałem, a gęba mi się cieszyła od ucha do ucha. – Marcin znów mówi mi, że mnie pokochał, a to pewna nowość usłyszeć to po tylu latach, kiedy sobie tego niemal wcale nie mówiliśmy lub przestaliśmy w te wyznania wierzyć. Budzimy się w skowronkach, kładziemy się w skowronkach. Do tego jeszcze jakiś taki luz zapanował. Mamy świadomość, że chcemy być ze sobą, że nie jest to żadne przedłużanie na siłę związku bez sensu, że jesteśmy rodziną. I wreszcie nie obrażamy się na siebie. Nie rozmawiamy tak jak kiedyś, że byle jaki temat i od razu do siebie z mordą. Wydaje mi się, że w gruncie rzeczy jesteśmy tymi samymi ludźmi, tylko że zaczęliśmy siebie akceptować. Może uczucie, które nas łączy jest głębsze i na jakby innych zasadach – takie mądrzejsze. Bez szczeniackiej zawiści i złośliwości. – Marcin patrzył na mnie jakby uskrzydlony. Chyba przyjemnie mu było słuchać takich słów. – No i w łóżku jest cudownie – dodałem, rumieniąc się odrobinę, choć zupełnie nie wiem czemu, bo padało tu przecież już tyle słów o seksie bardziej niecenzuralnych, ale chyba jednak niewiele z nich dotyczyło takiego intymnego pożycia, o jakie mi teraz chodziło.
Terapeutka spojrzała na Marcina.
– Czyli teraz nie myślicie już o trójkątach? Nie potrzebujecie tych osób trzecich, przez które, jak kiedyś mówiliście, zdarzało się wam rozmawiać?
Marcin nic nie odpowiedział, więc ja podjąłem temat:
– No tak mi się w pewnym momencie zaczęło wydawać, że nasz związek idzie w takim kierunku, że bez tych innych przestaniemy istnieć razem. Że tylko przy nich nasza relacja odżywa, przy nich jakoś się tak przeglądamy w nieco innym, lepszym świetle. Ale ostatnio okazało się, że znów możemy to robić i bez nich. Że bez nich możemy się o siebie starać, że sobie wystarczamy i potrafimy się szanować.
Pani Martyna pozwoliła wybrzmieć tym ostatnim słowom. Patrzyła dobrotliwym wzrokiem i dopiero po chwili spytała:
– Pan też tak myśli, panie Marcinie?
– No na pewno przestałem myśleć o tych innych kolesiach. Nie potrzebuję ich teraz. Nie wiem, czy na zawsze, ale… Pewnie gdyby się jakiś trafił, to bym z łóżka go nie wypędził, ale to musi być obopólna zgoda. – Spojrzał na mnie jakby z lękiem.
– Ja wiem, że nie na zawsze. – Uśmiechnąłem się do niego. – I nawet tego nie oczekuję od Marcina. Sam nie wiem, czego będę od niego kiedyś oczekiwał. Może to ja będę prowodyrem jakichś szalonych bunga bunga i najzwyczajniej w świecie tego jeszcze nie wiem. Ale wydaje mi się, że teraz jesteśmy jakoś tak bardziej świadomi tego, co sobie nawzajem robimy i czy rzeczywiście jest nam to potrzebne. Jednego jestem pewny: że mam silne postanowienie rozmawiać mimo wszystko i o wszystkim.
– No dobrze panowie, po takich słowach to myślę, że powoli zbliżamy się w tych naszych spotkaniach do końca.
– Powoli? – zażartowałem.
– No aż tak chcielibyście już skończyć? – odparła, podtrzymując klimat sympatycznego przekomarzania się.
– No trochę przykrzy nam się za wolnymi piątkami, co? – kiwnąłem na Marcina.
– Mi wcale – zaprzeczył.
– Bo już w to uwierzę… – skomentowała dowcipnie terapeutka.
– Nie, no śmiejemy się, co nie? – klepnąłem go w kolano. – Kiedyś, zwłaszcza na początku, bywało ciężko, ale teraz chyba przychodzimy tu ze sporą przyjemnością, bo wiemy, że to działa i coś daje. Ja na przykład zrozumiałem całkiem niedawno, a chyba nawet jeszcze nie mówiłem tego Marcinowi, że tak jak nie ma w sumie konkretnych powodów, dla których się kogoś kocha, to nie musi być też konkretnych powodów, dla których się kogoś kochać przestaje. Coś się po prostu czasem kończy i tyle. Ale my jesteśmy dowodem na to, że można się postarać i znów będzie dobrze. Nie mieliśmy żadnej pewności, ale tak się stało. Nie odpuściliśmy i ja się teraz z tego cieszę.
– Ładnie pan to powiedział. Ale rzeczywiście nie ma powodów, za które się kocha albo przestaje kochać? Panie Marcinie?
– No chyba rzeczywiście tak jest. Bo kocha się jakby pomimo – stwierdził i zawiesił się na chwilę. – I w ogóle miłość to, wydaje mi się, jest bycie z kimś, kto pokazuje ci swoją słabość, a ty jakby za tę słabość go kochasz, a nie nienawidzisz. Czyli jakby pomimo tej słabości. I nie robisz niczego, aby tę słabość wykorzystać.
– Czyli można powiedzieć: jesteś lojalny, tak? – dopowiedziała.
– Tak. To trochę takie idealistyczne, ale coś w tym jest. Pamiętam, jak kiedyś na początku naszej relacji ukrywaliśmy przed sobą te wszystkie takie przyziemne objawy człowieczeństwa. Nikt nie dłubał w nosie, nikt się nie wypróżniał, nikt się nie pocił, a jeśli już, to czuliśmy się z tym głupio, jakby obwiniając się, że nie jesteśmy idealni i ta druga strona to dostrzeże. Potem te wszystkie obrzydliwe czynności wyszły na jaw i spowszedniały, a jeszcze później nawet obrzydły, bo skoro już nie było tak fajnie między nami, to i wkurzało to siedzenie na sraczu przy otwartych drzwiach, nieskrywanie się z dłubaniem w nosie lub obleśne gmeranie w majtkach. Straciliśmy cierpliwość i wszystko to, do czego początkowo się nie przyznawaliśmy, potem zaczęło nas nawet irytować. – Mówiąc to, zobaczyłem, że pani Martyna patrzy na mnie jakby bez zrozumienia. – Nie wiem, czy jasno się wyrażam…
– No nie bardzo… – oznajmiła skonfundowana.
– To powiem jasno i prosto. Gdy zaczęliśmy być razem, to trzymaliśmy się jakichś ram…
– No to rozumiem – wtrąciła. – Tak to bywa na początku, że ludzie troszkę grają.
– No właśnie. A mi chodzi o to, że zmienia się perspektywa, jak zmieniają się relacje. Kiedyś na przykład podniecało mnie, że Marcin sobie leży na łóżku, czytając gazetę, i wyluzowany grzebie sobie, że się tak prostacko wyrażę, w jajach. – Marcin popatrzył na mnie jakby przerażony tym, co mówię albo raczej tym, co zamierzam powiedzieć. – Nie bój się nie powiem nic strasznego – złapałem go za rękę i dodałem: – Wyluzuj. No, a potem – kontynuowałem – zaczęło mnie to jego drapanie po jajach niemiłosiernie wkurzać i sobie wtedy myślałem: leży, dziadyga jeden, drapie się po tych swoich jajcach i kompletnie ma mnie w dupie. Teraz jak widzę takiego Marcina, to mnie to jakoś tak rozczula i wzrusza, że od razu mam ochotę się do niego przytulić. – Skończyłem i spojrzałem na Marcina. – Chyba nic takiego strasznego nie powiedziałem, co? – spytałem.
– Nie, no nic… – zawiesił głos – poza tymi jajami. Ale już się przez chwilę bałem… – zaśmiał się.
– To chyba dobrze, że znów macie do siebie mnóstwo ciepłych i miłych uczuć, prawda? – zauważyła terapeutka.
– No ja się cieszę! – oznajmiłem w pełni szczęśliwy.
– No ja też się cieszę! – powtórzył jakby po mnie Marcin.
– No to dobrze, panowie – powiedziała zadowolona. – Dobrze się was dziś słuchało, wiecie? – Widziałem, że się naprawdę cieszy, a mnie cieszyło to, że widać to nasze zbliżenie, bo wiedziałem, że to nie żadna gra, a tak rzeczywiście jest, czułem to. – Ale nie myślcie, że tak łatwo powiemy sobie dość! Ten stan rozmowy i bliskości trzeba kontynuować i nauczyć się go utrzymywać na stałe. I tak myślę, że na następny raz byście mogli jeszcze się zastanowić, co zrobić, aby ten stan otwartości i rozmowy trwał mimo małych kryzysów. Chodzi mi o to, że sami przyznaliście, że nawet na bieżąco sami wiedzieliście mniej więcej, co między wami nie grało, ale mimo to nie umieliście tego naprawić. Więc co zrobić, aby nie tylko zapobiegać, ale jak interweniować w przypadku konkretnego kryzysu. Rozumiecie, o co mi chodzi?
– No że co byśmy teraz zrobili, gdyby znów zaczęło się psuć, tak? – dopytałem.
– Właśnie tak – przytaknęła. – To co? Widzimy się za tydzień, tak?
– O 21 – przypomniał Marcin.
– No to super.
– Dziękujemy – zabrzmieliśmy niemal unisono. Na szafce położyłem odliczoną wcześniej kwotę.
– Dziękuję – rzekła pani Martyna.
Wyszliśmy do przedpokoju. Po nas niemal od razu weszła kolejna osoba, ale nie zauważyłem, czy jakaś znajoma twarz, bo właśnie z szafy wyciągałem kurtki. Może też ktoś nowy?
– To co idziemy na piwo?
– Chodźmy! – rzekłem uradowanym głosem. – Potańczymy trochę nareszcie.
– Ale napiłbym się piwa… – zamarudził jakby Marcin.
– No dlatego mówiłem, żebyśmy przyjechali tramwajem, ale ty byłeś mądrzejszy.
– No wiem, wiem.
– To zostawimy samochód pod Toro jak ostatnio, wrócimy do domu taksówką i jutro przyjedziemy go odebrać, co? A ty sobie golniesz coś na te twoje skołatane nerwy…
– Zobaczymy – stwierdził Marcin.
– A może wolisz Glam lub Galerię?
– Nie wiem…
– Dobra, chodź! Zimne piwko czeka! – powiedziałem jakby obiecująco, zaciągając końcówkę.
Wyszliśmy. Zdecydujemy w samochodzie.

Jest miło, gra muzyka, wtulamy się w siebie, czujemy się bezpiecznie w naszym wspólnym mieszkaniu, w naszych czterech ścianach. Tu możemy robić sobie, co tylko chcemy. Tu możemy nachalnie lobbować na rzecz naszej własnej homoseksualności, której ludzie na zewnątrz mają już tak szczerze dosyć – zwłaszcza gdy wkracza ona w to, co jest publiczne, to, co jest ich światem, który my chcemy im odebrać, zagarnąć, zawłaszczyć i zdemoralizować. Póki co demoralizujemy się w przytuleniu i nikt tego nie widzi. Liżemy sobie nawzajem blizny po ranach, które zadają nam bliźni, bo według naszej najbardziej aktualnej wiedzy oraz własnej etymologii wynikającej z obserwacji naszych chrześcijańskich w większości braci i sióstr, bliźni to nie ten, kto jest blisko, tuż obok, nasz sąsiad, a ten, kto zadaje rany, po których zostają blizny. To jest nasza definicja bliźniego. Ale nie myślimy teraz o tym. Zamknęliśmy hałas za oknami, zamknęliśmy krzyczący telewizor, zamknęliśmy oczy. Obejmujemy się. Chwilowo rezygnujemy z lęku i zawieszamy naszą walkę z tą wielką częścią świata, która jest przeciwko nam. Nie martwimy się, nie zastanawiamy nad tym, co by było, gdyby jeden z nas nagle umarł, zginął w jakimś wypadku, bo wiadomo, że byłoby kiepsko. Nie chodzi tylko o utratę drugiej osoby – to przecież oczywisty dramat – ale także o nasze mieszkanie, wspólne rzeczy, bieganie po sądach i udowadnianie spraw być może nie do udowodnienia. Że podatek od spadku w tym przypadku to zwykła kradzież państwa, które nie chce widzieć w nas najbliższych sobie ludzi, którzy przecież wszystko to, co mieli, mieli razem, wspólnie, dla siebie nawzajem… Państwo nie chce widzieć w nas rodziny, a jeśli już, to na naszym związku chce zarobić. Ale nie myślmy teraz o niczym złym. Teraz jest dobrze. Zapomnijmy o całym – bożym, ludzkim i nieludzkim – świecie. Jesteśmy tylko my.
Leży obok. Czuję jego oddech. Czuję, że pachnie całym dniem pracy, ale w ogóle mi to nie przeszkadza – lubię ten zapach. On przytula mnie jeszcze bardziej do siebie, ja spoglądam mu w oczy i całujemy się. Wkładam ręce pod kołdrę i wciskam je pomiędzy jego ciepłe uda, a on syczy, bo poczuł, że mam zmarznięte dłonie. Uśmiecham się, a on je ogrzewa, otula swoimi dłońmi, chucha na nie, rościera. Jesteśmy dla siebie nadzy, nawet twarze mamy rozebrane do naga. Gładzi mnie po głowie, która przylgnęła do jego klatki piersiowej – klatki, w której jego serce bije dla mnie – wiem to. Po chwili pokazuje mi rozwalony paznokieć. Tłumaczy, że przytrzasnął go, zamykając szafkę. Do wesela się zagoi, żartuję i całuję delikatnie małą rankę. Wierzę, że wesele kiedyś się odbędzie – że będziemy mogli się weselić nawet w tej naszej Polsce. Czy to nadal będzie Polska?, będą zastanawiać się prawicowi politycy i publicyści. A niech sobie wyjadą, jeśli nie potrafią iść z duchem czasu.
– Ojojoj… Kochany… – myślę głośno.
– Co? – pyta Marcin.
– A nic. Kocham cię, wiesz? – Widzę, że moim wyznaniem sprawiam mu niewysłowioną przyjemność i że nieprawdziwe jest stwierdzenie Rolanda Barthesa z Fragmentów dyskursu miłosnego, że mówione po raz drugi i potem kolejne razy „kocham cię” nie znaczy już nic. – Kocham cię! Kocham cię! Kocham cię! – powtarzam niczym jakieś zaklęcie lub murmurando i wtulam się w jego przyjemnie ciepłe ciało.
– Też cię kocham, rybko złota – odpowiada, a potem przygniata mnie swoim masywnym cielskiem, jakby chciał mnie rozpłaszczyć. On wie, że takie zmiażdżenie sprawia mi błogą przyjemność i mógłbym tak leżeć bardzo długo. Słowa: „też cię kocham, rybko złota” brzmią mi w głowie echem, łopocą, wypełniają sobą także inne części mojego ciała i… jestem radosny, jestem szczęśliwy, czuję ciężar tych wypowiedzianych przez niego słów, z którymi czasem tak lekko żyć, że nawet przygnieciony czuję się jakbym latał. I to nie jest wcale żaden sen.
Lubię happy endy, myślę sobie.
Pierwsze słyszę, skomentowałby Marcin, gdyby tylko usłyszał moją myśl. Zawsze wypomina mi, że dołują go te oglądane przeze mnie ciężkostrawne filmy i książki – te wszystkie dramaty i smutne, wyciskające łzy historie. On akurat lubi szczęśliwe zakończenia. To dla niego warunek dobrej sztuki – ona przecież powinna podnosić na duchu.
Ale nawet szczęśliwy koniec to jeszcze nie koniec. Na pewno będzie ciąg dalszy. Przed nami jest forward, niezagrana jeszcze taśma, nikt nie nacisnął STOP, więc PLAY się kręci na widełkach rzeczywistości, sekunda mija za sekundą, przyszłość za przeszłością albo na odwrót. I co dalej? Jutro obudzimy się w plątaninie uciekających snów, kończyn, oddechów i kołder, gotowi stawić czoła nowemu – to taka serpentyna życia. Spojrzymy sobie w zaropiałe i pełne miłości oczy i wymienimy słowa, które przez dłuższy czas nie przechodziły nam przez gardła. Potem wstaniemy z łóżka, pójdziemy do radia, ja, mam nadzieję, dokończę książkę i ją wydam, a z mamą, mam nadzieję, wszystko będzie dobrze (raki są tak złowieszczo podstępne – w końcu kto to słyszał, ażeby do tyłu chodzić?!). I jakoś to na pewno będzie: w Watykanie wybiorą papieża, pokłócą się o coś w sejmie, ja zakupię sobie nowego Jeffreya Eugenidesa (jego Middlesex bardzo mi się podobał) i jeśli będzie dobry, pożyczę Kaśce, ona lubi taką ambitniejszą prozę. Będzie też nowy Ignacy Karpowicz, nowa Dorota Masłowska, a i nowy David Bowie się wyda i pewnie pozytywnie zaskoczy. Będą też starocie, bo od nich niesposób się odciąć; od niektórych nawet nie można. Może uda mi się kupić w miarę tanio Historię seksualności Foucaulta, a jeśli nie, to w końcu zawlokę się do jakiejś biblioteki, wypożyczę, zawezmę się i nadrobię tę wstydliwą (dla mnie) zaległość. I może przyjdzie też czas na przeczytanie Anny Frank, Salmana Rushdiego, Stefana Themersona, Toni Morrison, Alice Munro, Tomasza Manna, Juliana Barnesa, Wasilija Grossmana, koniecznie Leopolda Tyrmanda… (rany!, jaka ta lista jest długa, właściwie nieskończona…). A i może ktoś w końcu przetłumaczy na polski tego tak bardzo przeze mnie oczekiwanego Larry’ego Kramera; ciekawe, czy jest w ogóle na co czekać? I w ogóle powstanie na pewno całe mnóstwo powieści i filmów, które mnie potencjalnie mogą zainteresować. Wiem już za to, że chęci i życia mi nie starczy na przykład na: Sienkiewicza, Dumasa (ojca i syna), J. K. Rowling, w ogóle książki fantasy oraz te wszystkie przeintelektualizowane konstrukty (niektórzy mówią o nich „piardy”) spod ręki Umberto Eco (wystarczyło mi Imię róży), Saula Bellowa, a także, jak sądzę, Ronalda Firbanka. Zawsze będzie coś bardziej ważkiego, coś, co bardziej mnie przyciągnie. Chociaż może nie powinienem mówić „nie’ – może kiedyś do nich dorosnę lub dla nich zdziecinnieję. Dobrze by też było, gdyby nowy film reżysera Zupełnie innego weekendu był tak samo dobry jak jego debiut, i żeby W imię… Szumowskiej z tym księdzem gejem okazał się rzeczywiście świetny. Nareszcie może znajdę czas na obejrzenie Rzymskich wakacji z Audrey Hepburn i Gregorym Peckiem, filmów Gaspara Noé i tego niepuszczanego chyba jak dotąd w polskich telewizjach Czwartego człowieka Paula Verhoevena. Dużo tych planów, a to tak naprawdę garstka pierwszych z brzegu pomysłów na doświadczenie czegoś, co za chwilę być może wyrzucę z pamięci, wyprę, mając świadomość jedynie odbębnienia, odhaczenia, zaliczenia. A może przestanę – co trudno mi sobie w ogóle wyobrazić – interesować się kulturą i sztuką? Po co to i na co? Tylu ludzi daje sobie radę bez tych mądralowań i są szczęśliwi. Może przestanie mnie to wszystko obchodzić, odkryję jakieś inne hobby, coś w zamian książek, filmów i muzyki? Niczego nie zakładam. Ale szczerze wątpię. Nie wiem także, co wyjdzie z moją pracą kucharza, bo ostatnio gotować mi się nie chce. Może nie muszę. Może znajdę coś innego, niezwiązanego z kuchnią. Może jednak ta kultura? Chyba chciałbym… A gdyby tak zacząć pisać recenzje książek i filmów? A może przyjdą wena i siła do napisania nowej powieści? Może dla kogoś poza mną moje pisanie będzie miało sens? Ale najpierw trzeba skończyć to, co zaczęte. Może to jest odzew i reakcja na stan ciągle płynny, taka doraźna publicystyka, która na gruzach tymczasowości polegnie z ponadczasowością – publicystyka, od której nie umiem uciec, bo tak czy siak ona dogania mnie wszędzie, jest ciągle aktualna. Ach te związki… I ta homofobia…
Pewnie niebawem przygaśnie cały ten ferwor, skończy się medialne tournée aktywistów, temat być może na jakiś czas całkiem zniknie, tak jak kiedyś zniknie żenująca Krystyna Pawłowicz. Tylko że ludzi czekających na sensowną ustawę jest i będzie ciągle tyle samo; i będą czekać i walczyć, przypominać o sobie, głośno skandować równościowe hasła. Och, marzy mi się taka szeroko zakrojona kampania: dwóch trzęsących się ze starości dziadków, powstańców warszawskich, trzyma się za ręce, mówią, że są ze sobą ponad 70 lat; razem w czasach wojny i pokoju, razem na dobre i na złe, razem aż po wspólny grób. I dwie pięknie pomarszczone panie suszone śliwki, które pokochały siebie 30 lat temu, całkiem niespodziewanie dla nich samych. Ich dzieci to zrozumiały, wnukom nie przeszkadza, że mają o jedną babcię więcej. I co, polski patrioto? Wpierdolisz im? Powiesz, że mają nasrane, że popierdoliło się w tych głupich łepetynach na stare lata? Unieważnisz ich bohaterstwo? Zaprzeczysz, że to głębokie uczucie, że to miłość? Boję się odpowiedzi. W tym kraju nienawiści – w Polsce, czyli nigdzie, jak podsumował nas Alfred Jarry – wszystko jest niby możliwe, ale raczej nie to, że ludzie będą się cieszyć szczęściem innych i nawzajem szanować. A może…? Przecież jest mama. Mama, której nigdy nie podejrzewałem o to, że okaże się taka, jaka jest. Czyli wszystko jest możliwe. Wszystko i wszędzie; nawet nigdzie, czyli w Polsce.
Jedno jest pewne – jakoś to na pewno będzie. Finansowo też. Marcin powiedział, żebym się nie martwił, bo z kasą na pewno damy sobie radę. Kochany jest. A może wcale nie będzie tak szczęśliwie i, tak jak w przypadku filmu 5×2 François Ozona, nasza historia skończy się happy endem, który okaże się happy endem oszukanym, bo jej autor jedynie przestawił koniec z początkiem i koniec był końcem jedynie formalnie, albowiem w rzeczywistości był początkiem. Pesymistyczna to wizja. Mam nadzieję, że w naszym przypadku będzie inaczej. Nie mam pewności co do przyszłości, ale pragnę, żeby było dobrze. Mogę mówić o swoich uczuciach i pragnieniach. Kocham Marcina. Chcę być przez niego kochany. Będę się starał. Mam nadzieję, że on też i że nie spieprzymy tego, co już mamy. Wkrótce koniec terapii. Wkrótce, 9 czerwca 2013 roku, ósma rocznica. To będzie niedziela – sprawdziłem. 2922 dni, 70128 godzin, 4207680 minut. To nie ja tak dobrze liczę – na stronie infor.pl jest kalkulator dni. Nie wiem, czy liczy lata przestępne. Pewnie tak. Tyle dni razem. To 96 miesięcy i gdy wyobrażasz sobie liczbę 96, to wydaje się, że to mało. Ale to trzeba pomnożyć razy 30. Razy 30 dni. Od wschodu do zachodu. I 30 nocy od zachodu do wschodu. Wtedy to robi wrażenie. Nie wszystkie te dni były dobre, ale żadnego nie żałuję. Musiały być złe i dobre. Tak już jest. Lecz chyba jesteśmy na dobrej drodze, aby było tak samo dobrze na końcu jak na początku – tylko gdzieś w środku zdarzają nam się małe wertepy – ale co zrobić? – od tego nie ma ucieczki. Jak mawiano kiedyś: wszystko da się zrobić oprócz jednego: w dupie parasola nie otworzysz. Nie będziemy przekonywać się na własnych dupach. Będziemy o siebie dbać. O własne tyłki też. To już postanowione. Bo kochamy się naprawdę. I nad prawdę się kochamy – prawdę, że zakochanie nigdy nie trwa wiecznie. No bo nie trwa, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby mogło cyklicznie powracać.
A więc co? – żyli długo i szczęśliwie? Zobaczymy. Przynajmniej teraz tego chcemy. I po co nam to? Ta cała miłość i to bycie razem? Po co nam to FF? Może po prostu jest nam dobrze. Razem. I chyba mamy szczęście, że wcześniej niż William Burroughs zrozumieliśmy, że miłość to „najbardziej naturalny środek przeciwbólowy”. Mogłoby to być mottem dla książki, która jeszcze powstanie. Mogłoby to być mottem właściwie do każdej książki. Także tej. I nieważne, że Burroughs tymi słowami opisał swoje uczucie do… kotów. Miłość to miłość.