Rozdział 16

– Mama powiedziała, że przeczyta. Wysłałem jej fragmenty. W sumie to sama chciała, żebym jej wysłał, bo była ciekawa, jak to wygląda. – Kroję ogórki, rzepę i paprykę. Dip czosnkowy już mam zrobiony. W tle leci płyta Patricka Wolfa. Lupercalia.
– A co? Mówiłeś jej, że chcesz zostać ciotką działaczką, jedną z aktywistek, z których jeszcze nie tak dawno się nabijałeś? – Marcin siedzi przed telewizorem i pyka po kanałach: pyk, pyk.
– Ja się z nich nabijałem? – pytam zdziwiony.
– No pamiętam, jak mówiłeś, że ten Biedroń to taką szopkę odstawia, bo te jakieś tam palenie trawki, jakieś chyba pobicia i inne wyznania w tych Faktach i Super Expressach. Przecież do ciebie też się dobiorą! Też będą oceniać, że niby piszesz emancypacyjną książkę, ale zapominasz, że twój bohater jest chodzącym przykładem na to, dlaczego nie powinno się zagwarantować żadnych praw ludziom takim jak on. Przecież się puszcza, jest wulgarny i zboczony!
– A hetero się nie puszczają, nie zdradzają, nie popełniają błędów, nie eksperymentują w łóżku? Tak? Wszyscy są tylko fajni, mili i, za przeproszeniem, świętojebliwi?
– No nie, ale…
– A widzisz. A prawo do ślubów, małżeństw i adopcji mają wszyscy hetero, niezależnie od poziomu ich empatii, zdolności do funkcjonowania w rodzinie i tak dalej. Nie robi się przecież najpierw testu na sympatyczność i ogólne podejście do życia. Chcą stanąć na ślubnym kobiercu – proszę bardzo! – państwo im to umożliwia. Chcą dzieci – robią se, bo umożliwia im to natura. Proste, nie? Logiczne i uczciwe. A my nie mamy takich praw. Dlaczego? Bo my łamiemy prawa naturalne i jesteśmy wyjęci spod prawa albo raczej zdeprawowani, nie? Zde-PRA-WO-wa-ni! – sylabizuję, żeby uwypuklić absurdalność tego słowa, zawierającego bardzo nieprzyjemną dla nas insynuację. – I co? Dlatego chcesz powiedzieć, że powinienem znów sprzedać obrazek biednego geja, pokrzywdzonego przez los? Takich jest trochę. – Warzywa układam na dużym talerzu. Chyba się nieco wzburzyłem, choć rozumiem, że Marcin nie chce mi dowalić, a jedynie jakby cytuje przyszłe zarzuty przeciwników książki. – I naprawdę myślisz, że trafię na okładki tych szmatławców?
– Może? Kto wie? Cioty przecież teraz na fali… I nie mówię, że powinieneś coś konkretnego pokazywać. Ja mówię, że takie będą zarzuty. I to nawet też ze strony branżowego środowiska.
– No wiem, rozumiem… – wtrącam.
– To się chyba nazywa wyparcie. W przestrzeni publicznej trzeba się wyprzeć tych wszystkich złych cech, aby coś osiągnąć. Trzeba sprzedać pozytywny wizerunek. Tylko pozytywny! Trzeba ukryć te wszystkie seksy, zdrady, perwersje i trójkąciki…
– Czyli co? Mam kłamać, tak? I to jest wyjście? Udawać, że jesteśmy wszyscy tacy sami, zgodni, na pewno nie tacy zboczeni, wulgarni i sprośni jak u Witkowskiego czy Geneta. Nie uprawiamy seksu, bo przecież hetero nie chcą o tym słyszeć, a jeśli już uprawiamy to po ciemku i po trzykropku, żeby nie było tego za wiele. I nie pragniemy niczego poza związkiem partnerskim, tak? Nie wspominać mam o żadnych dzieciach, bo wtedy działa ta metafora, że najpierw palec, a zaraz pożremy całą rękę, tak? To przecież jakaś schizofrenia! Rzygać mi się chce, jak słyszę takie zarzuty… Same jakieś bogobojne komunały i tyle! Stek bzdur! Nic więcej… – Skończyłem układać warzywa i zacząłem robić dip czosnkowy. Spojrzałem na zegarek i zorientowałem się, że chyba nie zdążę. – A tak w ogóle to mógłbyś mi pomóc?! – mówię. – Weź chociaż te chipsy w miski poprzesypuj, co? I paluszki.
– No dobrze, nie denerwuj się tak! – podchodzi do mnie i klepie mnie w tyłek. – A o której będą?
– Zaraz chyba. Pisałem im, że na 18. Dziwili się, że tu piątek, a my nie na terapii.
– Dobrze mieć czasem wolne, co? – Chwyta mnie za biodra i całuje w policzek.
– Ładnie ci w tej bluzie, wiesz? – Pociągam go za troczek od kaptura. Kupiłem mu ją na wyprzedaży w Reserved.
– Też mi się podoba. Całkiem wygodna – przyznaje zadowolony.
– No może niedługo już się skończy ta cała terapia – mówię z nadzieją w głosie.
– Wytrzymamy.
– Dobrze chociaż, że ta terapeutka też czasem nie może. – Całuję go jeszcze raz, a potem odwracam się i otwieram lodówkę. Sernik z wiśniami się chłodzi. Wódka też. Lód w zamrażalce jest. Wszystko chyba gotowe. – Wstawić już pizzę? – pytam.
– Może wstaw. Ja już głodny jestem.
– Ale jeszcze trzeba umyć rukolę. I zrób nam po drineczku.
– Ja to zrobię. – Marcin bierze plastikowe opakowanie z rukolą i wczytuje się w naklejkę. – Ale zobaczysz, że tak będzie.
– Co będzie? – Nalewam sobie wody, pić mi się chce. Nastawiam piekarnik na 180 stopni. – Co tam czytasz?
– Bo tu nie jest tylko rukola, ale i jakieś – czyta wolno sylabami – ra-ddi-chio. Co to?
– Już jadłeś to nie raz. To te fioletowawe listki – tłumaczę. – Też rodzaj sałaty. A co mówisz, że będzie?
– Aaa… No będą gadać, że najpierw związki, a potem adopcje i w ogóle!
– No tak, ale prędzej czy później i tak będą te adopcje. Musimy się trochę nasłuchać, ale w końcu zobaczą, że nic złego się nie dzieje. Świat się od tego nie zawali. W Hiszpanii też się kiedyś bali związków homo. W Szwecji i Danii było to samo. Nie mówiąc już o Wielkiej Brytanii, bo tam to wszystko się odbyło superekspresowo. Jeszcze nie tak dawno karali homoseksualistów, Thatcher zakazywała propagandy, a dziś? Przepraszają za to. I to konserwatywny rząd.
– No niby tak, ale to inny świat… – przypomina mi, choć nie musi. Przecież wiem.
– A wiesz? Nie mówiłem ci, ale jak tydzień temu widziałem się z Robertem w Lodi Dodi, to siedział przy nas taki koleś ze złotą obrączką na palcu. Podobał się Robertowi, zresztą wiesz, że strasznie kręcą go heterycy, no i Robert go zagadnął, czy rzeczywiście jest żonaty, a on powiedział, że jest, ale mężaty z facetem w Hiszpanii. Fajnie, nie?
– Fajnie, tylko że my się tego chyba nie doczekamy…
– Robisz te drinki czy nie? – rzucam, bo chyba zapomniał. Podjada paluszki, znów wczytując się w napis na folii po rukoli. – Ja chcę z colą – informuję. Zaczyna szykować, ja wyciskam czosnek. – I nie świruj, doczekamy się, mówię ci! Ja wiem, że ta Anglia to inny świat. Tam jest inne poczucie humoru, mnóstwo różnorodności i w ogóle inaczej szanuje się człowieka. Oni nawet w publicznej telewizji potrafią zrobić tak meganiepoprawny politycznie i zboczony serial, w którym ich ojczyzna, ich wspaniała Wielka Brytania, staje się małą, a nawet bardzo małą Małą Brytanią. Małą, prymitywną, ograniczoną i ksenofobiczną. Oni mają do siebie dystans, my niestety nie mamy. I dlatego u nas geje też go nie mają. Przynajmniej mało takich, co mają. Nie mieliśmy szansy się nauczyć tego dystansu, może nie mieliśmy od kogo, bo szanująca się ciota zamiast czytać Witkowskiego i oglądać Almodóvara, biega co tydzień do klubu i się w nic nie angażuje. No bo niby po co? Może tak jak Robert da 1% na KPH czy Lambdę, ale to wszystko.
– A co ty tak ciągle o tym Witkowskim? – Marcin patrzy na mnie z lekkim zdziwieniem i podsuwa mi drinka, stukając o niego swoim. – On przecież też się niezbyt angażuje, co?
– No w sumie w Polsce to nie ma się do kogo za bardzo odnieść. – Chwytam  ikeowską szklankę i siorbię odrobinę zimnego napoju. Trochę za mocny, ale Marcin nigdy nie żałuje wódki do drinków. – Wiesz, pomiędzy nim a resztą gejowskich pisarzy jest wielka przepaść. On jest na tyle bezkompromisowy i na tyle wolny w swojej wizji, jakoś tak wywrotowy, że nie chce mu się nawet angażować społecznie w żadne akcje, no bo też po co? – Brzmię trochę jak wykładowca, mądraluję się, ale chwilowo podoba mi się ta rola, więc brnę dalej. – On jest jedną z tych ciot, co to brzydzą się aktywizmem gejowskim, bo to oznacza przeciwstawienie się temu polowaniu na luja i tym umiłowanym przez niego wesołym i brudnym pikietom. To prowadzi do ucywilizowania tego, co jego zdaniem powinno zostać w krzakach i w tych brudnych marzeniach. Jest w tym coś takiego z postawy: „odpierdolcie się ode mnie – wszyscy!”. I dlatego on ma centralnie wszystkich i wszystko w dupie i robi swoje. Jedzie z koksem. Nie chce upiększania tego języka, który ma być wulgarny, bo tylko jako taki kręci i podnieca. I wiesz co? Jak dla mnie to jest takie skądinąd słuszne myślenie, że nie można dać się złapać w tę polityczną poprawność, bo to czyste zło! To trochę tak jak z Jacykowem – on też przecież ma wszystko w dupie. Jakby swoją wolność znajdował sam w sobie. Dlatego nie dziwię się, że te dwie ciotki paradowały po salonach i pudelkach i nabijały się ze związków partnerskich, bo w tym sensie są siebie warte. Swoją drogą ten związek to był jakiś absurd, bo niby która którą? – chichoczę trochę prostacko. – I co? Będą się lesbijczyć, jakby powiedziała Michaśka?
– No taaa, ewidentnie się nabijali.
– A tak w ogóle to naiwnością jest sądzić, że geje stawiają sobie za punkt honoru znajomość najnowszych pedalskich premier i w ogóle bycie na bieżąco z tym, co w pedalskim świecie ważne. Wielu gejów nie czytało nawet tego sławnego Lubiewa, a już na pewno prawie nikt nie uczy się fragmentów tej ciotowskiej epopei na pamięć, jakby to był jakiś Pan Tadeusz czy coś.
– A to jakiś obowiązek jest? Sam wiesz, że jakby to rozumiem.
– No tak. A szkoda. Ale z tobą nie jest znowu aż tak źle – zauważam doceniająco różnicę między nim a tymi zupełnymi pedalskimi ignorantami. – Ty może nie jesteś na bieżąco z kulturą, ale chociaż interesujesz się tym, co dzieje się z tematem społecznie i politycznie, a jest wprost rzesza ciot, które w ogóle mają właściwie gdzieś te wszystkie tematy związków, walkę o prawa i tak dalej, bo ważniejszy jest koncert jakiejś tam Lady Gagi albo kupienie nowego… – Dzwonek domofonu. – O!, idą. Weź im otwórz, co? Ja wrzucę pizzę.
– Kto? – ryknął niby groźnie do słuchawki, a po chwili rozkazał: – Wchodzić, wchodzić!
Odłożył słuchawkę i pobiegł jeszcze do toalety.
– A kto to idzie?! – krzyknąłem, bo nie powiedział.
Z łazienki usłyszałem stłumiony głos:
– Robert. Chyba z kimś, bo tak jakby się śmiał.
Po wrzuceniu pizzy do piekarnika i nastawieniu czasu pieczenia na 14 minut na wszelki wypadek nalałem do czajnika wody. A nuż ktoś zachce czegoś gorącego. Słyszę walenie do drzwi. Otwieram.
– A co to nie czekają z otwartymi drzwiami? Czerwony dywan nierozwinięty i w ogóle!? – Robert jak zwykle pełen przegięcia robi wiele szumu wokół siebie. Przyszli z nim wszyscy. Jego jakiś nowy przydupas…  – To jest Tomek – przedstawia go; a z nimi i Anka, i Łukasz.
Rozległ się harmider teatralnie przerysowanych całusów, tupania butami, zdejmowania kurtek, szukania wieszaków i trzaskania drzwiami szafy. Bezszelestny dźwięk podania ręki Łukaszowi był na tyle niezauważalny, że postanowiłem mu także dać buziaka.
– No daj i ty pyska, bo później będziesz żałował, że się nie załapałeś – zażartowałem.
– Oj tak, nie mógłbym zasnąć w poczuciu tej straty! – oznajmił z pewnym przekąsem, ale tak naprawdę poczuł się chyba jakby zauważony i ważny. Nie zwlekając, ucałował mnie dość siarczyście, a Robert spojrzał na nas z odegraną zazdrością.
– Co? A ty się tak ładnie z Łukaszkiem nie przywitałeś? – powiedziałem do Roberta, zaplatając jednocześnie ręce wokół bioder faceta Anki. – Nie wiesz co tracisz! Znów dałeś ciała!
– Chciałbym… – zarechotał Robert i dosyć niespodziewanie pocałował Łukasza w policzek, a potem powoli puścił mu oko i zrobił minę à la ponętna diwa, co akurat w jego wykonaniu wyglądało dość autentycznie.
– Chłopcy! Może ja sobie pójdę? – zażartowała Anka.
– Oj nie! Zostań – poprosił Robert. – Będziesz nas kamerowała – roześmiał się.
Uśmialiśmy się wszyscy. Luźna i lekko głupawa atmosfera udzieliła się chyba każdemu.
– A co wy tak razem? Umówiliście się? – spytałem zaciekawiony.
– A spotkaliśmy się tu na dole – wyjaśniła Ania.
– No proszę, jacy zsynchronizowani.
– A gdzie masz ukochanego? – spytał Robert, wręczając mi butelkę białego wina i nie czekając na odpowiedź, powiedział: – Masz. To coś dla nas. Spodobał mi się opis na etykiecie: „idealne do deserów i plotek”.
– Serio tak jest napisane? – zachwyciłem się.
– No tak. Ale to jakaś taniocha za 15 zeta.
– To gdzie ten twój mąż? – dopytała Ania.
– Jak zwykle kibluje. Przepraszam: robi się na bóstwo. – Uśmiechnąłem się nieco szyderczo. Zawsze tuż przed wejściem gości musi wskoczyć do klopa. Taka tradycja. – Zaraz wyjdzie i zrobi ta-dam! Zobaczycie.
– Ta-dam! – Marcin teatralnie otwiera drzwi, wychodzi z łazienki i zaczyna witać się ze wszystkimi.
– A nie mówiłem… – kwituję jakby niezauważalnie i zaczynam przyglądać się Tomkowi. Bardzo miła twarz, przystojny, dobrze zbudowany. Zapewne chropowaty zarost gęsto usiany na policzkach, brodzie, nad górną wargą i na szyi małymi jak mak kropeczkami. Zarost jak makiem zasiał. Tylko wtulić się, ocierać, usnąć. Seksowny. Robert przecież nie mógłby być z żadnym paszczurem ani żadną szkaradą. Pewnie aktywny – na takiego przynajmniej wygląda, choć akurat tutaj można się czasem bardzo zawieść – często ci aktywni z wyglądu są także albo tylko pasywni – w drugą stronę raczej to nie działa. Ale Robert na pewno już to sprawdził – z pasywem by się na pewno nie prowadzał.
– Jak zwykle piękny, ciągle przystojny i pachnący! – mówi zadziornie Robert, dając mojemu Marcinowi wylewne całusy w policzek, jakby całował się z ciocią na imieninach. – Co to? Jakaś nowość? – Niucha.
– Nie. To, co zawsze. Gucci – oznajmia Marcin.
– No tak, ciotka burżujka! – zaśmiał się Robert. – Poznaj Tomka.
– Cześć, jestem Marcin. Miło mi. – Tomek podał mu rękę i tylko nieśmiało się uśmiechnął. Z natury chyba jakiś taki cichy albo tylko cicha woda…
Marcin wyściskał Ankę i podał rękę Łukaszowi, a on ośmielony przytulańcami, które dopiero co miały miejsce, chwycił go w ramiona i powiedział, nabijając się nieco:
– No stary! Daj się przytulić!
– Oj, ty głupku! Widzieliśmy się już dziś w pracy, ile tych ścisków! – Z mojego Marcina rzadko wychodziło przegięcie, ale to był ten jeden z niewielu momentów, gdzie jakby zagrał je specjalnie dla Łukasza, który nauczył nie krępować się uścisków z gejami ani nawet całusów w policzek.
– Uścisków z ciotami nigdy za wiele! Przecież jestem znanym homolubem – oznajmił głośno i znów zapanowała ogólna radość.
– Co tam pichcisz? – Robert szybko spojrzał na brytfankę stojącą na kuchence, zajrzał też przez szybkę do piekarnika i natychmiast sam sobie odpowiedział: – Znów pizza? Rany boskie! A na tych kursach to niczego innego cię nie nauczyli?
– Nie chcesz, to nie musisz jeść – odpowiedziałem zgryźliwością na zgryźliwość. – Zresztą ostatnio zrobiłem paellę z krewetkami i też kręciłeś nosem. Wiecznie niezadowolony… – Czasami miałem po dziurki w nosie tego jego narzekania.
– Bo wszędzie te owoce morza… – westchnął. – Wszyscy ocipieli na punkcie tego śmierdzącego obrzydlistwa…
– Ty lepiej nie marudź, tylko powiedz, co tam w wielkim świecie słychać? – usłyszałem pytanie Ani zmierzającej ku krzesłu przy blacie kuchennym.
– A nic takiego. Byliście już na nowym Allenie? My świeżo po. Właśnie wracamy z kina – odpowiedział Robert.
– Nie, jeszcze nie widzieliśmy – odparła Ania.
– Ciągle płodny mimo wieku – wtrąciłem. – Co rok nowy film. Ale warto?
– Trochę się uśmialiśmy, no nie? – Robert szturchnął swojego gacha, ale tamten nic nie odpowiedział, tylko tak pokiwał głową na boki i uniósł brwi.
– No właśnie. Ja to muszę przyznać, że coś mam ostatnio problem z tym Allenem. Niby go lubię, ale u niego wszyscy są tacy jacyś przeintelektualizowani – oświadczyłem jakby zmęczony i zdegustowany. – I czasem aż mam dosyć tych jego rozhisteryzowanych i wiecznie znerwicowanych bohaterów.
– No dlatego oni często mówią do siebie coś w stylu: you have to put yourself together! – dodał Marcin, przedrzeźniając cytowany filmowy dialog. – Bo są znerwicowani.
– No tak. I z niektórymi to aż trudno by było wytrzymać w rzeczywistości. Samego Allena bym nie zdzierżył. A w dodatku coś mi się zdaje, że ten cały Allen jest ukrytym rasistą, bo coś dziwne jest to, że w jego filmach o Nowym Jorku, który jest przecież mieszaniną wszelakich ras i kultur, Allen pokazuje ciągle jakby jedno środowisko, które się z innymi nie przenika. To jest aż niewiarygodne. Nie pojawiają się tam niemal wcale czarnoskórzy, panuje jakaś taka zastanawiająca segregacja. Dziwne, nie? – zawiesiłem głos.
– No rzeczywiście – powiedział zaintrygowany Robert, który nawet jakiś czas wcześniej był w Nowym Jorku u innej latawicy zapoznanej w warszawskim klubie.
– A Melinda i Melinda? – rzucił Łukasz. – Nie widziałeś tego? Jest tam czarny muzyk. Ukazany zresztą bardzo pozytywnie. I na końcu pojawia się jeszcze inny czarny bohater.
– Czarny bohater… Ale to brzmi… – lekko szydziłem. – Prawie jak czarny charakter. Ale no właśnie: widziałem ten film i to u Allena jest jak wyjątek potwierdzający regułę. U niego ta nieobecność czarnoskórych wydaje mi się jakby znacząca… Coś mi w tym nie gra… Węszę jakąś fobię. Co pijecie? – spytałem, szykując szklanki.
– Ale chyba bez przesady! Czy jest jakiś obowiązek umieszczania czarnoskórych w filmach o Nowym Jorku? Przecież nikt nie musi – stwierdził Robert. – I to tak od razu rasizm?
– No właśnie nie musi, ale mi się coś zdaje, że to taki znaczący brak – powtórzyłem.
– No może facet ma problem – odezwał się Marcin – i jako Żyd postanowił dyskryminować innych, choć nie wiem w sumie, czy to tak prosto działa… Ale warto iść do kina czy nie? – zwrócił się do Roberta.
– Można się wybrać, ale można i zaczekać na DVD. Żadna rewelacja – odrzekł Robert. – A słuchajcie? Może później poszlibyśmy do Toro? Co wy na to?
– Znów do tej remizy… Już nie ma innych klubów w tym mieście? – zauważyłem.
– No my to raczej nie – powiedziała Ania.
– To sobie sami pójdziemy – stwierdził Robert, czekając na potwierdzenie swojego chłopca, którego się doczekał w postaci pokiwania głową.
– A powiedz, co tam w pracy? Może jakaś nowa zabawna historyjka z lotu? – spytała Anka. Praca stewarda sprzyja zadawaniu ciągle tych samych pytań. Przekonywałem się o tym na każdym spotkaniu, gdzie ludzie już wiedzieli lub właśnie dowiadywali się, czym Robert się zajmuje. Robert wtedy brylował, opowiadał, udając jednakże pewne zdegustowanie, poniekąd zblazowanie i zmęczenie tematem.
– A nic ciekawego. Wiesz, ciągle to samo dziadostwo lata. – Uwielbiał mówić z pogardą o swoich pasażerach, zapominając, że tak naprawdę to jego chlebodawcy. Niekiedy o samolocie mówił nawet „bydłowóz”. – Zresztą ostatnio dość mało latam. Ale – oczywiście miał jakąś nową opowieść w zanadrzu – całkiem niedawno pani chciała płacić w eurze. Śmiałem się jak głupi.
– W czym? – spytałem.
– No spytałem ją w jakiej chce płacić walucie, a ona na to, że w eurze! – wyjaśnił.
– Aaa! – zawyła Anka.
– Dobra agentka – zaśmiał się Marcin.
– Dobre, dobre. Musimy to zapisać w naszym kajeciku – mrugnąłem do Roberta.
– No! Niezła była. Ale i tak najbardziej mi się ostatnio podobał facet z hiperwentylacją – wyznał zachwycony, prawie rozanielony.
– Z czym? – spytał Łukasz.
– A za dużo tlenu się bidulek nawdychał z nerwów i wpadł w panikę – wytłumaczył Robert. – Boże, jak on się bał, jaki był przerażony! Chłop jak dąb, taki barczysty i szeroki, a gdy uczyłem go oddychać, to ściskał mi dłonie dosłownie jak małe dziecko. A jaki był przystojny, mówię wam!
– Zaliczyłabyś gdzieś w toalecie, co? – przegiąłem się z uśmiechem od ucha do ucha. – Zrobiłabyś jakieś usta-usta, no nie?, ty latawico jedna, a przy okazji byś sprawdziła, czy miał jajka jak żołędzie…
– Kochana! On musiał mieć w majtkach coś pokaźnego. Musiał. Widziałem, gdy się nachylałem potrzymać go za ręce. Oparłem łokieć o jego ciepłe udo… Boże! jakie to było kurewsko podniecające! – Robertowi niemal spierzchły wargi z tego zachwytu. – Ale poczekaj! – oblizał usta i powiedział jakby oburzony: – Ja nie wiem za kogo ty mnie masz! Ja jestem przecież personelem lotniczym: służką, pielęgniarką i psycholożką w jednym, ale bez przesady! – wrzasnął, udając poważnego. – Jeszcze się nie kurwię!
– No jeszcze nie… – rzuciłem z przekąsem. – Ale to powiedz lepiej jak w końcu było: uratowałaś go czy pozwoliłaś mu umrzeć? – ciągnąłem kpiącym tonem
– A wiesz? – spojrzał na mnie złośliwie. – Pozwoliłem mu umrzeć i przemyciłem go do domu. – Końcówki „-em” akcentował dobitnie, jakby chcąc podkreślić, że to już koniec zabawy w babskie przedrzeźnianie. – Do dziś traktuję go jak fantoma do ćwiczeń, ale trochę bardziej wyuzdanych niż na pierwszej pomocy – powiedział i pokazał mi język.
– No widzę, że humor ci dopisuje – powiedziałem zadowolony. – Chwali się, chwali!
– A wiecie, że taki fantom, na którym się ćwiczy pierwszą pomoc, nazywa się Little Anne? – chciał zabłysnąć, ale nikt nie podtrzymał tematu, bo się wtrąciłem:
– Do rzeczy, kochani – rzekłem dość głośno, chcąc zmobilizować towarzystwo do ważnych decyzji. – My tu gadu gadu, a wódka czeka schłodzona. My z Marcinem już pijemy drineczki. Jeszcze chwila i będzie pizza. Jest też deser! – powiedziałem pełny dumy. – No ale najpierw powiedzcie, co chcecie do picia?, bo ten to jak zwykle nie spyta… – Mówiąc to, spojrzałem w kierunku mojego nic niejarzącego faceta. Taki mały pstryczek, bo gospodarzem na imprezach tradycyjnie był kiepskim, za to realizował się w poimprezowym sprzątaniu.
– Oj, już nie przesadzaj! – syknął.
– Dobra dobra. Ania? Łukasz? Co pijecie?
– A nie będzie Kaśki ani Agi? – spytała Ania, jakby ignorując moje pytanie.
– Kaśka musiała pojechać do rodziny, a Aga miała się odezwać, ale nic nie napisała. Coś mówiła o jakimś wyjeździe z nową laską czy coś. Chyba trzecia randka.
– Trzecia? To jeszcze razem nie mieszkają? – parsknął złośliwie Robert.
– Wygląda na to, że nie.
– A czemu miałyby razem zamieszkać? – dopytała nierozumiejąca niczego Anka.
– Jak to: dlaczego?! – ryknął niemal z oburzeniem Robert. – Bo lesby wprowadzają się do siebie już na drugiej randce!
– A u wielu ciot w ogóle nie dochodzi do drugiej randki! Coś o tym wiesz, nie? – odgryzłem się w imieniu Agi i spojrzałem na udającego, że nic nie rozumie, Tomka. Ciekawe, co wiedział o Robercie? Może powinienem się ugryźć w język… Nie lubiłem w nim tej jego złośliwości, ale – jak już się wielokrotnie przekonałem – odbijanie piłeczki nie było skutecznym sposobem, aby ją wyplenić. Sam też umiałem być niedelikatny i zgryźliwy.
– Szkoda. Dawno ich nie widziałam – jęknęła Anka, jakby w dalszym ciągu niezbyt kumając, o co chodzi z tym wspólnym zamieszkaniem.
– No widzisz, misiu? – Robert pocałował w policzek swojego kochasia. – Jaka szkoda! Nie będzie lesbopotama – zadrwił lakonicznie, a w tym jego ostatnim słowie zawierała się jego cała niechęć do tych lesbijek w rodzaju Agi zasłuchujących się k .d. lang i Melissą Etheridge. – Lej drinki! Trzeba pofetować troszkę z powodu tej niepowetowanej straty… – oznajmił niby cicho, ale jednak słyszalnie. Mówiąc delikatnie, nie lubił jej zbytnio. Zresztą ze wzajemnością. Już nie pamiętam, o co dokładnie poszło, ale najprawdopodobniej o niewyparzony język któregoś z nich, a najpewniej obydwojga.
– Słyszałem! Wredoto ty jedna… – syknąłem, udając groźną minę, a potem lekko zniecierpliwiony ponowiłem pytanie: – Co do picia?! – wpatrując się w Ankę.
– Ja może tylko wodę – oświadczyła.
– Jak to tylko wodę? Chyba wódę! – zaśmiał się Robert. – Kochana, daj jej wódkę z sokiem jak zawsze. Będzie potem łatwiejsza!
– No my dziś mamy wolne od terapii, więc chcemy sobie urządzić małą domową alkoterapię! – powiedziałem z wielkim przegięciem i okrasiłem je gestem obrażonego imbryczka, po czym łyknąłem swojego drinka.
– Nie, jednak tylko wodę – powtórzyła Anka, rumieniąc się.
– A co ci się stało? – spytałem zaniepokojony. Jest piątek wieczór, a Anka raczej nie zwykła odmawiać wokoło weekendu…
– Ja nie mogę alkoholu – powiedziała jakby nieśmiało.
– Jak oni tylko wodę, to niech sobie czekają – mówi Roberto. – My jesteśmy bardzo spragnieni i chcemy whisky z colą, nie? – Spojrzał na swojego Tomka, a tamten przytaknął ruchem głowy. Whisky mieliśmy zresztą od Roberta; kupował na bezcłówce, bo zawsze trochę taniej.
– Już robię – odpowiedziałem, ale zafrasowany Anią, spojrzałem na nią, tak jakby coś węsząc, bo coś mi tu nie grało: Łukasz taki obejmujący ją ramieniem, ona dziwnie zarumieniona, ale jakby dumna. Coś się święci, pomyślałem. Chyba wiem co… – A czemu nie możesz pić, Aneczku? Coś się stało? – udawałem niedomyślnego.
Łukasz przytulił ją mocno i pocałował w czoło. Był zadowolony.
– No powiedz im. Nie ma co robić tajemnicy – uzasadnił tajemniczo.
– Naprawdę? – spytałem nieśmiało, bo już na stówę wiedziałem, o co chodzi.
– Jestem w ciąży – oświadczyła zadowolona, lecz jakby i zakłopotana tą świadomością, że zaraz wszystkie oczy skierują się właśnie na nią.
Stało się! Nareszcie! Anka w ciąży! I posypały się gratulacje i zachwyty, że super, jak fajnie i ale ekstra! Będzie bobas! Hurra! Wypijmy zdrowie!
– Kurcze! Ale zajebiście! A który to miesiąc? – pytam.
– Pierwszy! Dziś na USG potwierdziło się, że to początek czwartego tygodnia. W poniedziałek zrobiłam test, bo ostatnio czułam się tak jakoś dziwnie, i był pozytywny, więc szybko umówiłam się na wizytę u ginekologa. No i jest. – Widziałem, że jest naprawdę szczęśliwa, zadowolona, od jakiegoś czasu starali się przecież, ale im nie wychodziło.
– To co? Będziemy wujkami? – zamyślił się z uśmiechem Robert.
– Chyba chciałeś powiedzieć: ciotkami? – rzekłem niby poważnie i wszyscy nagle parsknęli śmiechem.
– No cioć i ciotek będzie zatrzęsienie – podtrzymała komiczny wątek Anka, ciągle się śmiejąc.
– Ciocia Roberta, ciocia Martina, ciocia Simona… – Wskazałem palcem każdą z nas, odgrywając powagę i wyniosłość spod znaku uroku starszych dam w stylu babci Wolańskiej z Kogla-mogla. Wzbudziło to jeszcze większy rechot i głupawkę. Po chwili, gdy się nieco uspokoiliśmy, już bardziej serio rzekłem: – No to super, bardzo się cieszę. A wiecie, że w ósmym tygodniu życia płodowego kształtuje się orientacja seksualna?
– Serio? – zdziwiła się Ania.
– No naprawdę. Tak mi przyszło do głowy, bo wyczytałem to całkiem niedawno i wiem, że gdybyś chciała urodzić małego homoseksualistę, to trzeba cię po prostu trochę postraszyć w ósmym tygodniu. Ponoć wtedy stres wpływa jakoś tak na neuroprzekaźniki i jakieś tam hormony czy coś takiego, a to z kolei wpływa na przyszłą orientację płodu. – Rzeczywiście takie informacje znalazłem w książce Chuć, którą zacząłem czytać od rozdziału o środowisku LGBT.
– Mi tam jest wszystko jedno, czy będzie gej, lesbijka czy hetero, ale stresować specjalnie się nie zamierzam – zaśmiała się Ania.
– A wolicie chłopca czy dziewczynkę? – spytał Marcin.
– Mi jest wszystko jedno – odparła. – Byle było zdrowe.
– Ja tam wolałbym dziewczynkę – wtrącił Łukasz.
– To co? Będziemy mieli pierwszego bobasa w rodzinie! – powiedział Robert, siedząc wygodnie na kanapie i obściskując się ze swoim nowym nabytkiem.
– No tak, my się jakoś staramy i staramy, ale coś nam nie wychodzi – zażartowałem, a Marcin, choć wszyscy się zaśmiali, spojrzał na mnie pochmurnie, bo nie lubił, jak dowcipkowałem w taki sposób przy innych, nawet tych dobrze znanych nam osobach. – Nic to! Jesteśmy bezpłodni i już – kontynuowałem, nie zważając na jego minę. – Można rzec: jałowi, jak chce pani poseł Pawłowicz.
– Może niepokalane poczęcie wam się przytrafi – zaśmiał się Robert.
– Ta! – jęknąłem. – Już to widzę! Musiałby to być cud nad cudy! Tylko Schwarzeneggerowi i kilku transgenderystom się to jak dotąd udało – zażartowałem.
– Trzymamy kciuki – powiedział rozradowany Łukasz i pocałował Anię w policzek.
– To co? Ani nalewam wody, tak? – spytałem. Kiwnęła w odpowiedzi głową potakująco. – Ojcze, co tobie? – zaśmiałem się.
– Też wody. W ramach solidarności tak wypada – powiedział i spojrzał na nią ze skwaszoną miną.
– Co ty opowiadasz? – wtrącił się Marcin. – Lej mu wódki! To trzeba oblać! Anka nie może, ale to ty musisz za dwoje albo i za troje! Obowiązkowa lufka dla wszystkich!
Gdy wyjmowałem kieliszki, piekarnik zadzwonił, że już minęło 14 minut. Nastawiłem jeszcze na 2 minuty zapiekania od góry. Pizza zaraz będzie gotowa.
– Nalejesz wódki, a ja zajmę się pizzą? – powiedziałem do Marcina.
– Pewnie – uśmiechnął się do mnie i daliśmy sobie buziaka. – Jest na dole? – spytał, sięgając do dolnych drzwi lodówki.
– Tak, chyba już dobrze zmrożona.
Nalał wódki do pięciu kieliszków. Ja zgarnąłem z suszarki listki rukoli
– No to co? Chlup!? – zainicjował Marcin. – Za płodzicieli i maluszka w brzuchu, tak?
– Płodzicieli… – zaśmiała się Anka.
– Za płodzicieli! – wrzasnął Robert gromkim, jakby nie swoim, głosem.
Wszyscy stuknęliśmy się i przechyliliśmy kieliszki do dna. Zimna, dobrze schłodzona wódka. Marcin nalał każdemu po jeszcze jednym szociku.
– To co? Na drugą nóżkę? Teraz w odwrotnej kolejności: za malucha i za Anię i Łukasza, co?
– Dobra, ale potem drineczki, ok? – zaoponował Robert, który jeśli mógł wybierać, to wolał whisky od czystej. No chyba że byliśmy w Przekąskach Zakąskach…
– Zdrowie! – powiedzieliśmy niemal chórem i wszyscy stuknęliśmy się kieliszkami, a z Anią szklanką z wodą i miłe ciepło rozgrzało gardła wszystkim oprócz niej.
– No to nie ma picia, co? – zwróciłem się do Anki. W tym momencie piekarnik zadzwonił, że minęły 2 minuty, więc ubrany w rękawice wyjąłem gorącą blachę i postawiłem na kuchence.
– Niestety… I tak już przeholowałam dwa tygodnie temu, pamiętasz? Pycha! – spojrzała na gorący placek z apetytem. – Mam nadzieję, że to nie zaszkodzi małemu.
– Dobrze, że dałem zwykłej szynki, a nie parmeńskiej.
– Oj nawet i z parmeńską bym zjadła. Wyjąć talerze? – spytała.
– Tak. Tu, w tej szafce – wskazałem ruchem głowy i zacząłem kroić pizzę na kawałki, a potem nakładać na talerze i posypywać wszystko rukolą i startym parmezanem.
– Dla mnie bez parmezanu! – krzyknął Robert.
– Ty ciągle coś wydziwiasz! Mówię wam: wybredne to takie… – westchnąłem. – Lata po tym świecie wte i nazat, a nauczyć się jeść porządnie nie może…
– Oliwek też nie chcę!
– Aj, ty głupolu! – bąknęła Anka. – Nie wiesz, co dobre. Ale to dobrze. Więcej będzie dla nas – ucieszyła się.
– A! – wrzasnął jeszcze Robert, poderwał się i podbiegł do kurtki. – Jeśli jeszcze mógłbym pomarudzić, to zmień te smuty na to. Słuchać się nie da tych jęków… – Wręcza mi płytę, którą ledwo wykaraskał z kieszeni. – Nowy Will Young – oznajmił z zachwytem.
– Te jęki to pedał Patrick Wolf – poinformowałem z premedytacją, wiedząc, że to spowoduje prośbę o pożyczenie płyty owego nieznanego artysty.
– Pedał, mówisz? To pożycz mi do domu. Posłucham na spokojnie.
– Weź se zmień i rób co chcesz.
– Zobaczycie. Nowy Will jest cudowny! – orzekł podniecony i zaczął nastawiać płytę.
– No dobra, ale to co? – zwracając się do Ani, wróciłem do tematu ostatniej imprezki. – Wtedy jak się tak schlałaś w trakcie tej naszej ostatniej popijawy, to już miałaś w sobie to jajko niespodziankę, co nie? – Po jej natychmiastowej minie zauważyłem, że chyba palnąłem niezłe głupstwo; faktycznie wyglądała na nieco tym zaniepokojoną… Ale co takiego mogło się zdarzyć od jednej niewinnej imprezki? – No coś ty! – powiedziałem. – Kiedyś kobiety piły i paliły w ciąży i było dobrze.
– No nie wiem, czy tak dobrze, patrząc na niektórych…
– Kogo masz konkretnie na myśli? – zaśmiałem się i rozejrzałem po pokoju. – Oj, nie ma się co martwić na zapas – dodałem, przytuliłem ją mocno i ucałowałem jeszcze raz. – Mam nadzieję, że pizza ci będzie smakować.
– Najwyżej pobiegnę do toalety. Nie obraź się wtedy. Nie kontroluję tego ostatnio. Ale najważniejsze, że mam ochotę, to dobry objaw, bo ostatnio różnie bywa.
– No to dobrze.
– Będzie palce lizać! – mówiąc to, poszła już z talerzem w ręku w stronę chłopaków siedzących na kanapie. – Dobra, to powiedzcie, co tam u was? Robert! Dawno cię nie widziałam. Jak tam to całe latanie? – Chyba zapomniała, że już o to pytała. Może przez to podekscytowanie ciążą, jakieś rozkojarzenie.
– No mówiłem, że po staremu. Nic nowego. Też mamy trochę ciążówek w pracy, a stewki nie mają tak łatwo – perorował, jakby zapominając, że Ance i Łukaszowi też to łatwo nie przyszło. – Ponoć przez zmiany ciśnień, promieniowanie kosmiczne i takie tam. A tak w ogóle to niezbyt dużo teraz pracy. Jutro po dłuższym wolnym mam wieczorny lot. Jak zwykle gdy sobota wieczór i człowiek poszedłby na disko, to jest robota, nie? – powiedział, patrząc na swojego, jak on tam ma? A! Tomka. Tomek nic nie odpowiedział, tylko ponownie się ładnie uśmiechnął, pokazując swoje równe ząbki. Skąd oni się znają?, zacząłem się zastanawiać.
– A skąd się znacie, jeśli można spytać? – spytała Ania. Normalnie czyta mi w myślach, pomyślałem sobie, a potem jeszcze to, że przyjaźń to też jakaś telepatia.
– A z takiego programu z telefonu, wiesz? – wyjaśnił Robert nie wiedzieć czemu z odegranym przekąsem.
– Z grindra? – wydarłem się znad talerzy.
– No a niby skąd? – oburzył się.
Anka spojrzała na mnie pytająco, Łukasz z Marcinem rozmawiali, stojąc przy oknie.
– Jakiego programu? – spytała zaintrygowana.
– To taki program na smartfony. Taki można powiedzieć gejolokalizator. – tłumaczyłem. – Po prostu pokazuje ci najbliższych pedałów w okolicy, którzy też mają zainstalowaną taką aplikację w telefonie.
– Gejolokalizator… – parsknęła. – Niezłe. A mówią, że geje mają tak źle – westchnęła. – Moje koleżanki nie mają gdzie i jak spotkać faceta, a wy nawet w telefonie macie takie cuda! No ale cóż. W dupach się poprzewracało, a świat idzie do przodu.
– No Kaśka też narzeka, że chłopa znaleźć nie może – poinformowałem. – Ostatnio mi powiedziała, że u koleżanek to zaraz rodzina i dzieci, a przyjaciele geje to są tacy na zawsze i raczej dzieci się nie dorobią, zwłaszcza w tym kraju…
– Tak mi się zdaje, że Kaśka jakoś chyba nie zauważa, że te koleżanki sobie kogoś znajdują, więc to może ona jakaś wybredna – rzucił Robert.
– No wybredna to ona nie jest, ja bym powiedziała, że raczej łatwa, ale to tajemnica, tego…, no jak mu tam…?
– Poliszynela – dokończyłem.
– A właśnie – uśmiechnęła się. – Cała Kaśka! Mówię to tak z czystej sympatii, bo ją lubię. Ale trzeba przyznać, że coś w tym jest, że trudno się teraz związać, bo rzeczywiście samotni hetero w naszym wieku mają dość kiepsko. Jak już kończą studia i mają stałą pracę, to trudno poznawać ludzi, a z tego, co mówią mi dziewczyny w pracy i nie tylko, to na tych portalach dla heteryków mnóstwo jakichś pokręconych świrów, bo fajni to już zajęci, więc ich po prostu na tych portalach nie ma.
– No u nas jest tak, że nawet ci zajęci są na portalach, bo wielu z nas albo tak na chwilę dla urozmaicenia związku, albo bez wielkich nadziei, że związek przetrwa, albo zwyczajnie po cichaczu ciągle szuka czegoś na boku, tak dla rozrywki. Zresztą nasze kochane państwo ciągle nie chce nam dać możliwości zalegalizowania naszej miłości, więc narzekają na naszą rozwiązłość, ale jak mogliby nam dać prawo do jej usankcjonowania czy uprawomocnienia, oczywiście mówię o miłości, a nie rozwiązłości – zaśmiałem się – to nie i już! Taki malutki paradoks.
– Bo to barany są i już! – palnął Łukasz, który przestał już na boku rozmawiać z Marcinem. – Głodny już jestem. Jemy?
– Dobrze, już dobrze, tatuśku, nie denerwuj się tak! – uśmiechnąłem się do niego. – Już można brać. Siadajcie gdzie tam chcecie, bo przy stole i tak wszyscy się nie pomieścimy – powiedziałem i każdy wziął sobie talerz i zajął wygodne dla siebie miejsce lub po prostu takie, jakie jeszcze było wolne. Ja usiadłem po turecku na podłodze z opartymi o szafkę plecami.
– Oni myślą, że nas zarazicie – ciągnął Łukasz. – A ja sobie myślę, że to wszystko wynika z niewiedzy. Też kiedyś tak myślałem, jak jeszcze was nie poznałem. Oni nie znają żadnego geja i dlatego ciągle was wyzywają i mówią o tej absurdalnej promocji homoseksualizmu, homomafii czy jakiejś tam homodyktaturze. I krzyczą coraz głośniej, plenią się jak chwasty… Ciemnota i tyle.
– Ale to jak im nas przybliżyć? – zapytał Marcin. – Przecież nie jesteśmy tacy sami, choć z telewizora może się wylewać podobna masa chorych na AIDS, ciągle przebranych, z pawimi piórami w dupsku, krzyczących o prawach jakichś zdesperowanych ludzi. Często widzowie do innych obrazów homoseksualistów nawet nie mają dostępu, bo się tematem po prostu nie interesują, nie znają nas i tyle.
– Ale zauważ – powiedziałem – że już wymieniłeś kilka typów, a mimo to odbiór społeczny i stereotyp wrzuca nas wszystkich do jednego worka z napisem: „Chorzy, degeneraci, zaburzeni, zdeprawowani”. W ogóle: „typy spod ciemnej gwiazdy” lub „śmieszni i żenujący”.
– Bo przecież nigdzie nie ma tych normalnych – powiedział Marcin. – Oni nawet jeśli pójdą na paradę, to są niezauważalni. Media ich nie pokażą, bo wyłapują jedynie tych rzucających się w oczy.
– No właśnie. I ludzie też tego nie widzą, że jesteśmy różnorodni – mówię. – Myślą, że jak lesba, to musi być agresywna i męska, a jak gej, to bankowo musi mieć HIVa, przebiera się w damskie ciuszki, jest słabym człowiekiem, a przede wszystkim skacze ciągle z kwiatka na kwiatek. Wszystko razem. I nic dobrego – żadnych pozytywnych skojarzeń. Nie wyśpiewują przecież żadnych peanów ku czci wielkich gejowskich artystów i myślicieli: Czajkowskiego, Sokratesa, Leonarda da Vinci, Iwaszkiewicza czy… nie wiem… Alana Turinga. Najlepiej to nawet pominąć, że oni byli homo. No chyba że Safona albo zboczeniec Wilde. To wiadomo…
– Turinga? – zdziwił się Robert. – A kto to taki?
– Taki angielski matematyk, bez niego nie byłoby komputerów. Niedawno wyszła o nim powieść, mogę ci pożyczyć, jak chcesz… No ale chodzi mi o to, że się nikt nawet o ich orientacji nie zająknie, w szkole się temat kompletnie przemilcza. A jeśli już, to słyszalne jest ewentualnie tylko to poczucie żalu, że to tacy biedni ludzie, skrzywdzeni jakoś tam przez los, trzeba im współczuć, ale i tak wiadomo, że przecież sami są sobie winni, bo powinni walczyć ze swoją chorą naturą. I potem cały ten syf ciągnie się za każdym dorastającym gejem i każdą dorastającą lesbijką. One to mają nawet jeszcze gorzej niż pedały, bo dosyć, że są dyskryminowane jako kobiety, to jeszcze jako lesbopotamy. – Wymownie spojrzałem w stronę Roberta i tym razem nie zbył mnie wzruszeniem ramion, tylko odparował:
– Mają gorzej? Co ty pierdolisz!? – wybuchnął bezpardonowo. – Przecież mogą sobie chodzić pod rękę po ulicach, nie wzbudzają takiej agresji, jak publicznie się całują na mieście. Wzbudzają nawet pozytywne zainteresowanie. Weź się pocałuj gdzieś publicznie z Marcinem, to zobaczysz, kto ma gorzej.
– Może i tak, ale zobacz, że lesbijek nikt nie traktuje poważnie. Wszyscy myślą, że to takie babskie widzimisię, fanaberia, a jak znajdzie się odpowiedni facet, to na pewno przekabaci je na odpowiednią stronę. Takie jest myślenie ludzi. Zobacz: w niemal wszystkich heteryckich pornosach są jakieś wątki z panienkami, które się ze sobą zabawiają, robią sobie dobrze i takie tam, ale one mają tylko rozkręcić akcję, bo pełen orgazm to da im tylko jakiś wyposażony facet, gdy wkroczy w ich krocza. Nie zauważyliście tego?
– No co ty oglądasz? – zaśmiała się Anka.
– Już nie mówcie mi…
– No tak niestety jest – weszła mi w słowo już całkiem poważnie. – Do tego ten szklany sufit, nie? – dodała. – Ja tam wiem, że on jest. Na serio.
– Jaki sufit? – spytał kpiąco Robert.
– Że mają gorzej w środowisku pracy, trudniej im awansować i rządzić na przykład grupą mężczyzn. Tak się mówi: że to szklany sufit, że wyższe piętra mogą sobie tylko oglądać z dołu, bo wyższe stołki nie dla nich.
– Może coś w tym jest? – zastanowił się Robert. – Rzeczywiście ja zostałem szefem pokładu, chociaż u mnie w pracy jest mniej facetów. Miałem jakby fory, nawet tak się mówiło. Ale w sumie to kobiety mnie wybierały…
– No właśnie! – krzyknąłem. – Trafiłeś w samo sedno. Bo kobiety w większości też powielają to myślenie, że ciąża, że matka, że więcej nieobecności w pracy i firmie się mniej opłaca dać awans dziewczynie… Same sobie utrudniają życie i stwarzają ten szklany sufit. I mnóstwo kobiet nie lubi przecież środowisk kobiecych… Powtarzają, że „ja się o ten cały feminizm nie prosiłam…”. – Mówiąc to, spojrzałem w kierunku Anki, ale nie zareagowała.
– Oj, już nie ma co przesadzać… – bąknął Robert, przytulając się do swojego ciasteczka. – I co ty się tak unosisz? Czy to twoja brożka? Po co się tak dołować? Śmiej się i już! Rigole, Szymek. Rigole! – zawołał po francusku.
– A sam się śmiej, ty wstrętna szowinistyczna cioto! To nie jest żadna przesada – oburzyłem się i miałem ochotę go tak pizdnąć w czoło, ale tylko popukałem się we własne i wyrecytowałem lekceważącym tonem: – Puknij się w czoło! Takie bzdury opowiadać… Pedały to tak czasem mają, że dla siebie to chcieliby jak najwięcej, ale innym to już nie za bardzo. Taka pieprzona ślepota i okropny egoizm. Nic poza czubek własnego nosa… – Robert widać, że się obruszył moim atakiem, ale miałem dosyć już po raz któryś wracać do tego tematu i tłumaczyć mu jak krowie na rowie, że nierówność płci to nie jest jakiś wydumany problem podnoszony przez nawiedzone feministki. – Ja nie mówię tu o jakichś absurdalnych teoriach – wróciłem do tematu mimo wszystko, bo podniosło mi się ciśnienie – że na przykład wszystkie drapacze chmur i jakieś tam, nie wiem…, obeliski i w ogóle wszystko o strzelistym kształcie, to oznaki fallusocentryzmu i że łechcą one męską dumę jako symbole męskiej dominacji nad kobietami. To są jakieś nieżyciowe teorie, żeby nie powiedzieć, że jakieś wydumane bzdury… To tak jakby powiedzieć, że wszystkie groty, jaskinie i szpary w ziemi są pochwałą waginocentryzmu. No brednie jakieś, nie? – stwierdziłem, spoglądając na Roberta. – Ja mówię o faktach, moja droga krótkowzroczna cioto. Zajrzyj do pierwszych lepszych badań socjologicznych, a dowiesz się, kto lepiej zarabia i kto obejmuje wyższe stanowiska. Albo rozejrzyj się wokół, spójrz na nasz parlament lub telewizję. Mało tam kobiet, nie? Jeśli już, to są raczej pogodynkami albo funkcjonują jako silne jednostki jak np. Olejnik czy taka Środa. O! Albo spójrz na nasz język. Pewne zawody przykleiły się do kobiet – zazwyczaj te mniej cenione i mniej płatne – i nie mają jakoś męskich odpowiedników. W drugą stronę też to działa i dlatego śmiejemy się z pani ministry, co nie? – Zatkało go, nic nie odpowiadał, więc kontynuowałem: – A kto pierze w reklamach? Kobiety, prawda?, ale już ekspertem od prania jest mężczyzna, bo to on zazwyczaj instruuje i poucza kobiety, w czym mają prać. Siedziałem w tym po uszy, więc wiem – przypomniałem sobie o przeszłości, o której nie chciałem pamiętać. – I jeszcze trochę z innej beczki, ale zobacz, że chociaż ojców w dużej mierze nie ma w naszych domach, bo jak nie wojna, to ciągła praca, rozwody, alkoholizm albo na przykład już umarli czy inne sraty taty, to i tak mamy ojczyznę. A to przecież kobiety uczą nas języka ojczystego. Ojczystego! Kumasz? W angielskim jest mother tongue i jest motherland, a u nas są ojczyzna i język ojczysty.
– No rzeczywiście. Nie pomyślałem o tym wcześniej – zadziwił się Robert i otworzył szeroko oczy. – I we francuskim jest tak samo – dodał. – Też jest język macierzysty, bo maternelle, ale ojczyzna to już chyba raczej od ojca, bo la patrie, chociaż i tak ma żeński rodzajnik.
– A widzisz, faktycznie. Nie zastanawiałem się nad francuskim… No i o tym właśnie mówię. Polski jest dla kobiet bezlitosny. I w ogóle kobiety, tak samo zresztą jak i gejów, dotyka mnóstwo krzywdzących stereotypów i wyobrażeń. Nie wiem, czy wam już to kiedyś opowiadałem, ale poznałem raz na jakiejś imprezie kolesia, który stwierdził, że jak na pedała, to jestem za mało pedalski, bo na przykład nie znam tytułów płyt Barbry Streisand, a w którymś tam filmie o ciotach było, że każdy gej musi znać wszystkie jej albumy na pamięć.
– A nie znasz? – zapytał Robert. – Phi! Co z ciebie za ciota! A było o tym chyba w Przodem do tyłu – poinformował i zanucił piosenkę Willa, która właśnie leciała z odtwarzacza.
– No może i było, nie pamiętam, ale nie chodzi o to. – Wstałem i odstawiłem talerz do zlewu. – Jak ktoś jeszcze chce pizzy, to jest? Zaraz będzie sernik!
– No to o co w tym chodzi? – dopytała Anka.
– Chodzi o to, że musimy spełniać jakąś normę wykolejeńca. Śmieszne to, bo zrobiono nas najpierw nienormalnymi, a potem utworzono nam normę bycia nienormalnym. I jeśli jesteśmy bardziej normalni niż powinniśmy być, czyli jak odstajesz zbytnio od normy bycia nienormalnym, to też jest źle. Trochę to zawile tłumaczę…
– Właśnie zanim przyszliście, to rozmawialiśmy o tym, czy aby osiągnąć cel, należy udawać kogoś, kim się nie jest – przypomniał mi Marcin.
– No właśnie. Bo tak się nam zdaje, że trzeba sprzedawać taki obraz geja do schrupania, taki, aby nas zaakceptowali. Wiecie – że my tacy normalni, nie mówimy zbytnio o seksie, uciekamy od jeszcze bardziej drażliwych tematów niż sam nasz homoseksualizm, aby nikogo nie drażnić. W przestrzeni publicznej gej to musi być całkowicie zjadliwy, czyli niewidoczny lub uciosany do bezpiecznego wizerunku, bo jak nie, to zaraz nazwą go nienormalnym i będzie koniec dyskusji. I mi się zdaje, że to wynika z jakiegoś takiego zaszczucia i że to w nas samych też siedzi – taka autocenzura, aby nie powiedzieć, że homofobia, bo nawet lepiej nie powiedzieć, że jestem homo, bo jak już powiem, to oni od razu pomyślą, że my to robimy w kakao i inne straszne rzeczy… I trzymamy sami siebie za mordę, bo być może sami boimy się, że w tych ocenach jest ziarnko prawdy… Na portalach gejowskich mnóstwo ciot podkreśla, że są normalni i szukają normalnych. A ja mam po prostu w dupie taką normę.
– W tym to jest nawet nie tylko ziarnko, ale kilka ziarenek prawdy… – dodał ironicznie Robert.
– No ale przecież to tyczy się też hetero! – mówi Łukasz. – Oni też są zboczeni i robią różne rzeczy, o których się nie chwalą. Wystarczy spojrzeć na portale randkowe… – mówiąc to, popatrzył na Ankę. Czyżbym o czymś nie wiedział? Jakieś eksperymenty mają za sobą czy Anka po prostu nie wie, że Łukasz zagląda na takie strony? – Polacy po prostu są pruderyjni – konstatuje – i niby nie chcą słyszeć o takich tematach. Zaraz się gorszą i już. Co innego w domu po kryjomu…
– Otóż to! – wykrzykuję. – Ale myślę, że gejów to jeszcze bardziej dotyka niż hetero, bo w naszym przypadku jest jeszcze większe tabu seksualne…
– Czy ja wiem? – powiedział Robert. – To hetero coś mniej chętnie przyznają się do zdrad i różnych perwersji, więc zastanawiam się, skąd się biorą ci żonaci i dzieciaci w tych gejowskich saunach i klubach? Coś o tym wiem, bo spotkałem ich tam wielu. A jakie oni mają potrzeby…? Mówię wam! – zaśmiał się, teatralnie unosząc oczy i machając z przegięciem ręką.
– Oni chyba po prostu myślą, że bardziej ryzykują, bo więcej mają do stracenia – mówię. – No wiadomo: dzieci, żony…
– A tam, pierdoły jakieś! – irytuje się Marcin. – Po prostu u hetero panuje większe zakłamanie, bo w ogóle mniej mówią o swoich potrzebach seksualnych, może przez większą zazdrość, nie wiem… Tam to jest dopiero tabu seksualne!
– A co ty o tym w ogóle wiesz? – ironizowała Ania.
– Nie martw się, coś wie… – odpowiedziałem za niego. Anka chyba zapomniała, że Marcin to stary heteryk i że próbował z dziewczynami, tylko jakoś wycofywał się za każdym razem, kiedy tylko pojawiał się temat ślubu i dzieci. – No i widzicie, tak sobie myślę, że to co piszę, może być zbyt ostre dla przeciętnego, nawet branżowego, czytelnika, bo ja nie zamierzam być hipokrytą i czegoś udawać, zamiatać pod dywan, upiększać. Nie zatajam trudnych tematów, nie uciekam od nich, jadę z koksem po prostu i mówię wszystko od a do z. Przynajmniej takie mam założenia…
– A mnóstwo jest takich, także gejów – wtrącił Marcin – którzy uważają, że dla sprawy lepiej by było wiele ukryć, przemilczeć, nie wkładać kija w mrowisko. Ja też tak czasem myślę, bo to mimo wszystko ryzykowne. Takie narażanie się z każdej strony.
– Wy to ostatnio macie chyba ciężkie tematy, co? – spytał Łukasz.
– A dziwisz się? – odpowiedziałem. – Jak nas takimi jałowymi nazywają w telewizji i z błotem mieszają, to trudno nad tym przejść do porządku dziennego. Ja mam ochotę coś z tym zrobić.
– A co z tą twoją książką? – zapytał Robert. – Bo moja o ciotach latawicach ciągle czeka… A tak w ogóle to wiecie, że Almodóvar robi o nas film? Znaczy się o stewkach! – Robert był zachwycony. – Polski tytuł to Przelotni kochankowie. Jakie to dwuznaczne! Nie mogę się doczekać!
– Wiem, też czekam. Widziałem zajawkę na youtube’ie i niestety nas wyprzedzi. Obejrzymy, to zobaczymy, czy będzie w ogóle o czym pisać. Ciasta? – spytałem, otwierając lodówkę.
– Dawaj, dawaj! – zawrzeszczał Łukasz.
– A co? Zamierzacie coś o stewkach pisać? – wróciła do wątku Anka.
– Tak, no, Robert mnie namawia. Sprzedaje mi tysiące historii z pokładu i w ogóle. Wiesz: różne sytuacje z pasażerami, kochanek w każdym porcie i takie tam…
– Taa… Chciałbym… – westchnął jakby rzewnie nasz szef pokładu, a jego Tomasz spojrzał na niego z uśmiechem.
– A jeszcze co do tej książki, którą piszę teraz, to jest o nas na terapii. Znaczy się nie o mnie i Marcinie, bo o nas, to mówię w sensie o gejach, którzy walczą o swój związek.
– Czyli o was – wtrącił Robert.
– No nie, ale można powiedzieć, że na naszym przykładzie. O tak.
– Te fragmenty, które mi czytałeś, to jakoś tak trochę się pokrywały z tym, co się działo u was – zauważył Robert.
– No trochę tak, ale to nie jest ważne. Chodzi o problem. I chcę tą książką jakoś zawalczyć o prawdę na temat związków, relacji gejowskich i w ogóle środowiska i branży, no i opinii publicznej.
– Ambitnie… – wtrącił się Łukasz.
– Na początku miała to być tylko taka zabawa – kontynuowałem – ale ostatnio stwierdziłem, że chcę zawrzeć w tym więcej jakiejś takiej głębi na temat relacji międzyludzkich w ogóle. No i zależy mi na tym, aby było tak… że tak powiem… bez owijania w bawełnę. Bo co, gdy geje piszą książki, w których się zdradzają, robią sobie i innym jakieś świństwa, są wulgarni, perwersyjni? Tak jak już mówiliśmy, pewnie niektóre organizacje gejowsko-lesbijskie powiedzą, że to zły pijar dla środowiska i że tak nie można, bo pisząc o takich rzeczach, utrwala się w ludziach fałszywe przekonanie, że tym chorym ciotom się nic nie należy, bo wszyscy oni to jacyś kompletni wykolejeńcy, no i jak na dłoni dajesz wtedy tym wszystkim przeciwnikom argumenty, że trzeba powiedzieć stop tej degrengoladzie. I dlatego tak się zastanawiam, czy żeby coś osiągnąć, koniecznie trzeba nakłamać, uprawiać taką jakąś naiwną afirmującą propagandę, że to wszystko w tych klubach: te zdrady, flirty, seksy i perwersyjne myśli, to kompletna nieprawda i w związku z tym należy pokazać historię jakiegoś wyjątku, zapominając o tym, że wyjątki, jak się mówi, potwierdzają przecież regułę, no nie? Ja uważam, że niekoniecznie i nie chcę tak pisać. Rozumiem jakoś tę chęć ucieczki od krzywdzącego skądinąd poglądu, że wszyscy homo są sprośni, zboczeni, rozpasani i rozpustni, ale nie kumam zakłamania, jak już mówiłem: zamiatania pod dywan niewygodnych prawd, jakiegoś takiego nowego generalizowania i odżegnywania się, że to nie tak jak wy wszyscy myślicie, to zupełnie na odwrót! Przeginanie w stronę fantastycznych relacji i udawania pięknego, choć zaszczutego przez zły świat życia też jest fałszem. A Marcin ma wątpliwości… – Spojrzałem w jego stronę.
– Ja nie mam wątpliwości – oznajmił Marcin. – Może miałem wcześniej, ale teraz tylko tak sobie myślę, że po pierwsze: zasięg książki będzie i tak raczej mały, bo jakoś trzeba być chyba tylko tym…, no jak on tam…? – szukał w pamięci zapomnianego nazwiska, pomagając sobie zadumaną miną i pstrykaniem palcami. – Ten od Raczka?
– Szczygielski! – zawył Robert i zaraz spytał: – Co wygrałem? – Marcin zignorował jego żart i dalej snuł swój wątek:
– No właśnie, trzeba być Szczygielskim albo takim Witkowskim – spojrzał w moim kierunku – żeby się dobrze sprzedać. A po drugie: ludzie i tak nie zmienią zdania, bo ludzie z zasady nie lubią zmieniać zdania. Czy myślisz, że jak ktoś z zaciekłych katoli obejrzałby te twoje Modlitwy za Bobby’ego, które mi niedawno pokazałeś, to zmieniłby zdanie? Szczerze wątpię. Może gdyby ich dziecko zginęło z rąk jakiegoś homofoba lub gdyby się samo zabiło, to jeszcze jest jakieś tam prawdopodobieństwo, że tak, ale jak to jest tylko w telewizji, a w dodatku podane w sposób zbyt mocno chwytający za serce, to można zawsze powiedzieć, że to ohydna konfabulacja, homoseksualna propaganda i w ogóle obrzydliwa żonglerka faktami i że to nas w ogóle nie dotyczy, bo to nie nasze życie.
– A telenowele? – wtrąciłem.
– Co: telenowele? – zdziwił się.
– Jak to co? Miliony oglądają telenowele i w nie wierzą: przeżywają, płaczą, wzruszają się losami bohaterów…
– No tak, ale to coś innego! Telenowela to nie pedalskie romansidło, w którym oglądasz to, czego nie chcesz widzieć. Większość uważa, że pedałom po prostu się należą w ciry i to się tak łatwo nie zmieni. I w ogóle będzie wiele „ale”, które przysłonią każdą choćby najbardziej dramatyczną historię, nawet opartą na faktach. Zbyt łatwo by było, gdyby ludzie po obejrzeniu filmu schodzili ze swoich stanowisk, na których trwają od lat.
– Też tak myślę – powiedział Łukasz. – Przecież na przykład z tą adopcją to nie chodzi o to, żeby dzieciom było lepiej. Gdyby tak miało być, to w ogóle nie byłoby domów dziecka, bo chyba wszyscy wiedzą, że tam najlepiej tym dzieciakom nie jest. To jest po prostu kwestia władzy, decydowania i lęku, że jak na coś takiego pozwolimy, to stracimy poparcie i nasz świat się zawali. To wszystko jest polityka. Bo elektorat się boi i chce mieć poczucie władzy, że to on tu rządzi i już. Więc geje nie mogą położyć swoich ohydnych łap na dzieciach, bo wiadomo, że oni wszyscy to pedofile, a nawet jeśli nie wszyscy, to kilku by się znalazło.
– No tak – skwitował Marcin. – A kościół milczy i wypiera się problemu pedofilii wśród księży. Ktoś chce dolewkę czegoś? – rzucił pytanie.
– My! – krzyknął Robert, a Marcin zgarnął szklanki z ich wyciągniętych dłoni.
– To trochę inny problem, ale tak jest, że ci czarni słyszą od dzieci „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, robią znak krzyża na czole takiemu maluchowi, a potem nie mają jakoś problemu, aby pchać tym dzieciakom łapska w majtki lub nie wiadomo co tam jeszcze robić. I to jest chore, że Kościół to zamiata pod dywan i na ślepo wali we wszystkich gejów, że to na pewno też pedofile. Ach… – westchnął. – Pierdolona hipokryzja…
– No własnie o to chodzi! – niemal wrzasnąłem, jakbym co najmniej odkrył Amerykę. – Krytykuję zakłamanie Kościoła w wielu kwestiach, to i dlatego nie mogę kłamać w portretowaniu świata homoseksualistów. Nie będę tylko słodził i pokazywał naszego uciemiężenia. Uważam, że nawet w imię walki o prawa nie można zakłamywać rzeczywistości. Nawet tu, w Polsce, gdzie obraz geja jest przedpotopowy i ciągle wypaczony, sprowadzony do upraszczającego schematu.
– A daj spokój! Ta nasza Polska to w ogóle jakiś kraj z dupy – kontynuował Łukasz – bo niby tacy jesteśmy nowocześni, gonimy Europę i w ogóle: zielona wyspa i inne sraty taty, a są takie sprawy, że ciągle jesteśmy daleko w ogonie i ani rusz do przodu. No weźmy na przykład edukację. Ja się śmieję, choć tu wcale do śmiechu nie jest, że u nas szkolnictwo zamiast nieść kaganek oświaty, to zakłada dzieciom kaganiec oświaty! Bo to wszystko jest…
– Ej, dobre to! – wtrąciłem się. – Kaganiec oświaty! – powtórzyłem zachwycony.
– No a co? Nie?! Ta edukacja u nas jest jakaś kompletnie nieadekwatna, jakoś nieprzystająca do czasów. Religia w szkole to był głupi pomysł, już nie mówiąc o ciągłym braku edukacji seksualnej. I znów tu swój udział mają wpływowi hierarchowie kościelni. I to jest ten nowoczesny kraj? Tylko martyrologia 24 na dobę, ciągle mesjanistyczno-narodowo-katolicka ideologia, peany patriotyczne i jakieś inne tego typu bzdety. Coraz częściej myślę, że to państwo jest, aby unieszczęśliwiać swoich obywateli, ogłupiać, trzymać za mordę i sprowadzać do parteru. Chcą tylko podatków! I nic w zamian!
Kurcze – nawet nie wiedziałem, że w Łukaszu mamy takiego sprzymierzeńca i że on potrafi tak sensownie gadać. Zawsze gadaliśmy jakoś na takie głupsze tematy o dupie Maryni albo o mojej dupie, a teraz okazuje się, że temat widzi jakoś głębiej i patrzy na to z taką gorzką ironią. Myślałem kiedyś o nim, że to tylko erotoman gawędziarz, a tu proszę…
– No niestety coś w tym jest – przyznałem. – Nie wiem, czy tej edukacji seksualnej kiedykolwiek się w polskich szkołach doczekamy. A dzieci sobie w necie wszystko znajdą. Prymitywne i wulgarne; i właśnie takie będą miały pojęcie o tym, co to jest miłość i seks.
– Ale wracając do tej przemiany w ludziach, to może należy być większej wiary, bo zmienić się chyba można zawsze – rzucił Łukasz z samozadowoleniem. – Może nie wszyscy mogą tak od razu, zwłaszcza politycy, ale już ci kiedyś mówiłem, że ja kiedyś też miałem nasrane we łbie i niezbyt podobało mi się, że moja Ania przyjaźni się z jakąś tam ciotą. – Mówiąc to, puścił do mnie oko. – A teraz? Kochany!
– Tak? Nie dawałeś tego odczuć… – spojrzałem na niego, lekko marszcząc brwi.
– No bo heloł! Miałem przecież jakieś resztki kultury osobistej – zaśmiał się z przekąsem. – Ale pamiętam, że niezbyt podobały mi się te wasze wypady do tych pedalskich klubów. I wiesz co? Na domiar złego spedaliłeś mi najlepszego przyjaciela! – zawołał, wpatrując się z udawaną złością w Marcina, a ten posłał mu lubieżnego całusa, całkowicie nie w swoim powściągliwym stylu. – Też cię kocham! – odpowiedział na ten gest Łukasz już trochę wstawiony i kontynuował swój wywód: – Mam zresztą też innego kumpla, który w liceum był skinheadem, a teraz nie ma nic przeciwko gejom, bo dowiedział się, że jego bliski przyjaciel ze studiów to też gej czy jakoś tak. Jak widać, ludzie się zmieniają. Dojrzewają na skutek różnych doświadczeń.
– No tak – kiwnąłem głową i coś mi się przypomniało. – Ja też kiedyś w pedalskim klubie spotkałem chłopaka z mojej podstawówki, który obściskiwał się z jakimś tam kolesiem. A w szkole ten chłopak robił z mojego życia totalne piekło niemal każdego dnia: wyzywał mnie na w-fie od ciot, ciągle zaczepiał, bił i obrażał przy innych.
– A pamiętam. Mówiłeś mi kiedyś o nim – wtrącił Robert.
– No i on wtedy w tym klubie do mnie podszedł i mnie przeprosił. Widać było, że mu głupio. Powiedział chyba coś takiego, że nie akceptował tego, kim sam jest, a coś mu mówiło, jakiś gejradar – wypowiadając to, zaśmiałem się – że ja też taki jestem i właśnie dlatego za wszelką cenę chciał się ode mnie odciąć i mnie zgnębić, żeby pokazać wszystkim naokoło, że nie jest taki jak ja.
– No fajna historia, ale jak to się ma do twojej książki? – spytał Robert. – W tych fragmentach, które mi dawałeś do czytania było dużo takiego przegięcia, zabawy słowem, seksu, więc co? Boisz się, że jak to wydasz, to cię zjedzą, bo za dużo będzie w tym prawdy i pornografii w imię walki o równouprawnienie?
– Nie wiem… Tak najogólniej rzecz ujmując, to chyba boję się, że odbiorą to jako zakłamanie, bo tam ma być pokazana taka droga: od tylko zabawy i pokątnego mówienia o problemie wśród tylko zainteresowanych do zaangażowania i publicznego reagowania na to, co się dzieje. Tak obrazowo to książka ma się zacząć darkroomem i ma wychodzić z piwnic na zewnątrz, do światła, od tajemnicy do publicznej sprawy, od „ja” i mój czubek nosa do „my”, mój związek i społeczeństwo. I tak jak w przypadku ACTA emocje nie powinny opaść. I chcę pokazać też różnorodność postaw, bohaterów, zachowań. Jakby taką złożoność wszystkiego. Że nie jesteśmy ani tylko dobrzy, ani tylko źli.
– No i super. I czego się tu bać? Przecież to nie zakłamanie – stwierdza Anka.
– No, mówiąc krótko, mam obawy, że będzie za dużo o seksie, za dużo pornografii.
– A czytaliście te Pięćdziesiąt twarzy Greya? Ja zaczęłam, bo w pracy wszystkie dziewczyny się zaczytują i jedna mi pożyczyła.
– I co? – spytałem. – Słyszałem, że to słabe.
– Dobrze się czyta, ale bez rewelacji. Wybitna literatura to to na pewno nie jest. Wielką znawczynią to ja też nie jestem, ale tak mi się zdaje, że to takie tam erotyczne czytadło i nic więcej.
– Tak myślałem. W ogóle teraz chyba dużo się takich książek wydaje. W księgarni widziałem, że większość z nich ma nawet podobne do siebie okładki i podejrzewam, że to taki trochę siermiężny erotyzm bez polotu. Wystarczy, żeby było niby tak bulwersująco i erotycznie. A ja chyba jednak wolę de Sade’a albo Alinę Reyes. Nie wiem, czy coś jej czytaliście?
– No ale wychodzi na to, że ty idziesz dokładnie w tym samym kierunku, co ta od tego Greya? – stwierdził Robert, ignorując moje pytanie o autorkę Rzeźnika i Lilith. – Sądząc po tym, co mi już zdążyłeś pokazać, to na pewno epatujesz pedalskim seksem i walisz kutasami po oczach. Ostentacyjnie napierdalasz pornosem.
– Niezupełnie. Pornografia to u mnie tylko jeden z elementów. Ważny i dlatego w tekście jest dużo seksu. Śmieję się, że zamiast opisów przyrody idę w opisy natury, ale natury ludzkiej. Ale chodzi mi w tym wszystkim o coś więcej i nie chcę tej pornografii całkowicie pomijać, bo jest ważna. Zresztą nie umiem. I poniekąd rozumiem te wszystkie zarzuty, że to będzie obsceniczne, epatujące czymś, co jest wypierane przez większość ludzi i bardzo dosadne, ale to jest książka, a nie polityka, nie wychodzę z tym na mównicę, choć to nie znaczy, że to nie jest stanowisko jakoś tam polityczne. Po prostu chcę coś pokazać, jakąś wielowymiarową rzeczywistość, na przykład przenikanie się prywatnego z publicznym. I nie mogę się zgodzić na zakłamanie, jakąś taką hipokryzję w imię politycznych celów grupy, które nawet rozumiem. Bo to tak jakbym wyrzucał z parady te wszystkie drag queeny i roznegliżowanych kolesi, bo szkodzą wizerunkowi środowiska i nie pasują do miłego, nieszkodliwego obrazka, więc niech lepiej zostaną w domu i tam sobie manifestują swoją wolność i inność, gdzie to nikomu nie będzie przeszkadzać ani szkodzić. Przecież są takie głosy nawet wśród niby światłych gejów.
– A nie psują nam wizerunku?! – wydarł się Robert. – Maszerują w wielkim tłumie, ale w mediach to zaraz tylko tych przebierańców pokazują i nic więcej… Same kreatury w tych swoich kreacjach! – rzucił z przekąsem i zaczął przewracać oczami.
– Wiesz co? Ręce opadają, jak się ciebie czasem słucha. Jakbym był złośliwy, to bym powiedział, że ty też nie należysz do tych najmniej widocznych, ale jakoś nie zabraniam ci się rzucać w oczy. Nie lubię po prostu obłudy i tyle. To jakiś zakłamany konformizm i nic więcej.
– Jednak jesteś złośliwy… – Robert zmrużył oczy i wykonał gest podrzynania gardła, a następnie spojrzał teatralnie w stronę okna, udając obrazę majestatu, a my wszyscy wymieniliśmy wiele mówiące spojrzenia. – A tak w ogóle, to co masz do mojej męskości, co?! – odszczekał się, nabijając się z samego siebie i wszyscy parsknęliśmy śmiechem.
– Oj wiesz, że cię kocham – puściłem mu przegiętego buziaka – ale po prostu wkurwia mnie takie piętrowe dyskryminowanie: że my się domagamy równouprawnienia, ale zdyskryminujemy tych, których trzeba się wstydzić, bo oni nam psują wizerunek… Mówią niektórzy, że wszystkie cioty są takie wrażliwe na ludzkie cierpienie, empatyczne, a wychodzi na to, że w większości są jedynie przewrażliwione na swoim własny punkcie. I to jest smutne… – podsumowałem.
– Rany boskie! Jaki ty się stałeś ideowy ostatnio… – westchnął Robert. – Załóż jakiś związek, nie wiem… Ruch Wyzwolenia Gejów! – kpił. – Jak to się ludzie zmieniają… Już nie pamięta wół, jak cielęciem był… Kiedyś to tylko na imprezy biegał i kurwił się po klubach, a teraz: patrzcie ją! Nagle taka aktywistka i działaczka się z niej zrobiła!
– Bardzo śmieszne! Niczego nie zapomniałem. Pamiętam nawet z kim na te imprezki głównie biegałem.
– Też pamiętam, jak do tych klubów co weekend biegaliście – zaśmiał się Marcin. – Ale o kurwieniu to nic nie wiem! – Dowcipnie rozdziawił gębę, a nawet oczy (jeśli je można rozdziawić) i udał głupa.
– Oj, trochę żartuję! – odpowiedział zaczerwieniony Robert, spoglądając na mnie z lękiem, że palnął jakąś głupotę.
– Tak, tak! Akurat! – Pokiwał głową Marcin. – Aż boję się pomyśleć, co się działo, gdy mnie tam nie było! A co do tego zakłamania, to jest niestety bardzo duże. I to z każdej strony. My udajemy kogoś, kim nie jesteśmy, ale robimy to jakby w odpowiedzi na ten wizerunek nakreślony przez wieki. Na dodatek w telewizji ciągle nie cenzuruje się tego oburzonego głosu ludu ziejącego nienawiścią i agresją przy każdej tego typu okazji i młodzi homoseksualiści muszą kolejny raz wysłuchiwać, jak wielką są patologią.
– No właśnie – skonstatowałem smutno i wychyliłem swojego drinka do końca. – Choć chyba nie ma co tak całkowicie przesadzać. Jest nawet sporo pozytywnych głosów. Coraz więcej na szczęście. Ale wracając jeszcze do tej mojej książki, to po prostu boję się, że jak się do niej dorwą, to niewiele poza tą pornografią zauważą, bo nie zniosą tych wszystkich erotycznych opisów i wulgarnego języka, zatrzymają się tylko na tej najbardziej drażliwej i bulwersującej warstwie. A to tak jak u Markiza de Sade – u niego też nie chodzi tylko o seks, ale sporo czytelników z jego dzieł zapamiętuje tylko to i nic ponadto. U nas seks to ciągle temat tabu, zwłaszcza ten w wydaniu homoseksualnym, a zatem sporo czytelników dostrzeże tylko ten obsceniczny i obrazoburczy dla nich aspekt. W końcu nasze społeczeństwo jest wciąż takie pruderyjne i religijne…
– To tylko taka kokieteria… – wtrąciła Anka.
– Kokieteria? – prychnąłem zdziwiony. – Chyba chciałaś powiedzieć bigoteria?
– No bigoteria też – przyznała.
– To jakaś szalejąca hipokryzja, a nie tylko bigoteria…
– No więc podajesz w tej swojej książce wszystko w szczegółach, tak? – dopytał Łukasz.
– No tak. Kawa na ławę.
– I boisz się, że to się kłóci z tą walką o prawa, bo żeby coś osiągnąć, obraz geja powinien być zupełnie czysty, kryształowy, tak? Taki do zaakceptowania…
– No tak. Boję się, że zarzucą mi niekonsekwencję, bo tu ostre ruchańsko w dupala, a tam tematy publicystyczne i walka o prawa. Ludzie nie chcą mieszać tych dwóch sfer. Celebryci i artyści to mogą, bo wiadomo, że wszyscy artyści to prostytutki, ale politycy i aktywiści? Powinni zapomnieć, że mają życie seksualne i być niczym jakieś pantofelki, ameby… nie wiem…. jakieś święte istoty… Nie powinni się przyznawać co i jak i udawać całkowicie aseksualnych. A ja chcę mieć prawo mówić o wszystkim. Nabijać się, mówić dosadnie, a czasem nawet przesadnie i to językiem politycznie niepoprawnym, i to także o seksie. I chciałbym mieć też prawo do związków, walczyć publicystycznie o to, co dla nas ważne, sprzeciwiać się pewnemu językowi, którego sam także w jakimś celu używam. Sam wiem, że może wychodzić na to, jakby nie było w tym do końca konsekwencji. Ale tak sobie myślę, że ta cała polityczna poprawność musi mieć swoje ujście w postaci śmiechu, jakiegoś wyolbrzymienia, hiperboli, wyrzucenia frustracji czy w jakiejś grotesce. W środowisku LGBT, jeśli w ogóle takie jest, mam wrażenie są trzy typy ludzi: ci, którzy się śmieją, ci, którzy mają wszystko w dupie i machają na wszystko ręką oraz ci, którzy walczą. Ci którzy się śmieją są często jednocześnie tymi, którzy mają wszystko w dupie… – powiedziałem to i zaraz miałem wulgarne skojarzenie. – Czasem dosłownie, bo dają się ruchać każdemu, kto na nich poleci.
– Ej, wypraszam sobie! – zareagował nagle Robert i choć nie mówiłem tego o nim, to spojrzał na mnie znów z jakimś takim odegranym wyrzutem, jakby udawał tylko śmiertelnie obrażonego, a potem uśmiechając się, znowu ostentacyjnie odwrócił się w stronę okna.
– No przecież nie mówię o tobie, głupolu, choć kto wie? Uderz w stół, a… – uśmiechnąłem się zadziornie, a reszta też zachichotała. Nawet ten Tomek jakby parsknął, czyli wychodzi na to, że ich relacja to pewnie tylko taki przelotny seksukład i zapewne chłopak wiedział, z jaką latawicą ma do czynienia. – Patrzcie jaka obrażalska dama! – Robert odwrócił się na moją zaczepkę z udawanym złowrogim wzrokiem i łyknął drinka. Wiedziałem, że tak łatwo się nie obraża i potrafi się nabijać także z siebie. – I ja chciałbym połączyć – perorowałem dalej – tych, co się śmieją z tymi, którzy działają. Chciałbym, żeby taka była ta książka. I do śmiechu, i zaangażowana.
– Do tańca i do różańca – drwił dalej Robert. Odgryzł się, zadowolony z siebie; mściwiec. – O wszystkim i o niczym – dorzucił.
– Ha ha ha! – udałem rozbawionego. – Kpij sobie, ile chcesz, ale ja po prostu nie chcę popadać w polityczną poprawność, bo uważam, że to jakaś pułapka, i tyle.
– No ale oburzasz się na to, co mówi o was ta pierdolnięta i nawiedzona, bo nie wiem już jak ją inaczej nazwać, świruska Pawłowicz, prawda? – spytał Łukasz.
– A ty się nie oburzasz? Literatura to coś innego niż sytuacja publiczna. Rządzi się kompletnie innymi prawami. Co innego gdy Ziemkiewicz i Wildstein obrażają nas w swoich książkach. Oni to piszą do swojej publiki. A co innego jest obrażać w publicznej telewizji, w radiu i zwłaszcza w sejmie, i to w taki sposób. I oburzam się na nią tak samo jak na tych gejów, którzy na swoich profilach w necie piszą na przykład: „cioty won!” To niepojęte, że ludzie tak bardzo lubią dyskryminować i że nawet ci dyskryminowani chcą kogoś deptać. A ta Pawłowicz robi to w parlamencie, więc już w ogóle to mi się w głowie nie mieści. Do tego ten cały Grabarczyk nie zrobił nic, nie protestował. Co to za z dupy marszałek?! Żenada jakaś…
– No wiem, to wszystko było oburzające, ale ja oburzam się słowami tej pierdolniętej szczekaczki, bo domyślam się, jak czujecie się wy i jak czują się wasi rodzice i rodziny. Trudno w takim momencie stanąć dumnie, zwłaszcza wiedząc o tym, że ta cała profesor Pawłowicz – słowo „profesor” powiedział z przekąsem, jakby w wirtualnym cudzysłowie –nie jest jedyna z takimi poglądami i ma spory poklask wśród naszego zacofanego społeczeństwa. Dla mnie to wszystko jest niewiarygodne i jestem zbulwersowany, że taka pani poseł ma prawo krzyczeć te swoje mądrości i mówić, że związki partnerskie są niekonstytucyjne, bo artykuł 18. mówi coś tam, ale jakoś te obraźliwe słowa, jakich używa to już są całkowicie konstytucyjne i akurat na to żadnego artykułu w konstytucji nie ma… Jakaś paranoja… Zresztą co to za hipokrytka! Bezdzietna stara prukwa i krzyczy o jałowych pedałach – jechał po niej ostro.
– A tam! Trzeba jej dziękować, że nie chciała zaszczycić świata przekazaniem swoich genów dalej – zauważył z przekąsem Robert.
– Racja – wtrąciłem. – Albo raczej dziękujmy facetom, że omijali głupie babsko szerokim łukiem. Przyszłe pokolenia powinny być wdzięczne.
– Oj, szkoda gadać o tej debilce – ciągnął Łukasz. – Smutne jest niestety to, że niektórzy na niektóre tematy mogą pleść wszystko bez umiaru i jakiegokolwiek ugryzienia się w język i nic nie można im zrobić, są nietykalni. To jest chore… – westchnął, wychylił zawartość szklanki do dna, a po chwili dodał: – Zrobisz mi jeszcze drinka?
– Pewnie. Ktoś chce? – spytałem wszystkich. – Ania? Coś dla ciebie?
– My! – wydarł się znowu Robert i podbiegł ze szklankami. – Tylko z lodzikiem – dodał, ostentacyjnie pędzlując językiem swój lewy policzek i jakby tak wulgarnie mrużąc oczy. – Dobra? Zrób mi dobrze, kochany.
– Spadaj, ty zbereźniku! – klepnąłem go w pośladek. – I weź tu opisuj grzecznych i nikomu niewadzących homoseksualistów. Toż to sami zboczeńcy!
– I pedofile oczywiście. Chyba odseparuję od was moje dziecko po narodzinach. Będzie szlaban! – zażartowała Ania i zwróciła się do mnie: – Ja mam jeszcze wodę, ale możesz mi wkroić plasterek cytryny. – Podeszła do mnie ze swoją szklanką.
– A mogę wycisnąć?
– A pewnie – odparła.
– Już się robi… – Wycisnąłem, a potem ją wyściskałem i dałem całusa. Była nieustannie podniecona i zadowolona. Promieniowała, to znaczy promieniała, zaśmiałem się sam do siebie. – Marcin? A ty?
– Ja sobie zaraz sam zrobię. Jeszcze mam – powiedział i puścił mi oko.
– No widzisz – ciągnąłem, polewając wódkę, whisky i napoje. – Tak to jest w tej naszej kochanej Polszy. Takich profesorów mamy mądrych i wykształconych. Ale problem jest taki, że wiele środowisk chce tę całą Pawłowicz tylko obśmiać i próbuje metody jakby z jej podwórka, czyli wulgarnego odszczekiwania się. Te wszystkie memy w internecie i ciągła polewka… Nie wiem, czy to dobre?
– No ale przecież jest też mnóstwo sensownej krytyki, która niestety nie działa, bo to taki matoł, ze niczego nie pojmuje – odpowiada Łukasz. – Ale tak paradoksalnie to ta cała Pawłowicz robi wam dobrze. To tak jak za każdym razem, gdy występuje Kaczyński, to PiSowi spada poparcie. Ona też zrobiła taki zamęt, że tego nie można już tak zostawić. Ludzie się wkurwili, złość sięgnęła zenitu. I trzeba się opowiedzieć. Jest na nią zmasowany atak, bo ona w przerysowany sposób wyłożyła wszystkie stereotypy na temat homoseksualistów i jeszcze w żenujący sposób wyśmiewała Grodzką. Więc tak naprawdę w osobie tej prostaczki macie największego sprzymierzeńca. Ona robi ten temat w telewizji, nakręca go. Media są oburzone i łatwo nie odpuszczą. Temat staje się głośny. Nawet ten pierdołowaty Tusk musi coś powiedzieć, Holland atakuje Platformę, a umówmy się – ją ludzie jakoś tam szanują. I nie chodzi tylko o jej córunię, jak chce ten żenujący Niesiołowski. To są prawa człowieka. Myślę, że jakby nikogo tak głośnego jak ta cała idiotka Pawłowicz i jeszcze kilku innych szczekaczy nie było, to by nie było w ogóle takiego oburzenia i temat by szybko ucichł. A tak to jest dym. Ludzie się wkurwili.
– Róbmy dym – ryknął już trochę najebany Robert. – Chcę na koncert Peszek!
– No pewnie tak jest – mówię, ignorując go, choć na Peszek też bym się wybrał. – Wielu ludzi chce się odciąć od tak jawnego i podłego języka nienawiści. Sami nazywają to jakąś koszmarną zaściankowością, kołtuństwem. Ale jest sporo takich, którym to się właśnie podoba. Nie chcą nowoczesnej Europy i tak nowoczesnej jak ta Europa Polski. Chcą, żeby Polska była ostoją moralności i normalności, a nie jakichś tam dewiacji i zboczeństw. Wrzucają ludziom do skrzynek ulotki protestuj.pl czy coś takiego, żeby mogli się sprzeciwić tej chorej propagandzie i napisali do Premiera RP. Powołują się na kościelne autorytety. Przecież właśnie stąd pochodził nasz kochany Jan Paweł II, nie? Straszą ludzi demoralizacją i rozpadem rodzin. Pedały to zło! – grzmiałem. – Pedały to koniec świata!
– Tak… Jakby teraz wszyscy mieli przejść na pedalstwo – mruknął Robert. – Fajnie by było, co? – puknął w bok swojego Tomasza i wybałuszył w zachwycie oczy.
– Super by było. Pewnie. Ludzie w to wierzą, że jak będzie większe przyzwolenie, to wszyscy będą mieli opcję i przejdą na gejostwo – ironizowałem. – Absurd jakiś… Tak samo jak to, że to przez nas jest mały przyrost naturalny. Wychodzi na to, że sama potencjalność posiadania żony lub męża i dzieci w normalnej rodzinie jest promowana i budzi szacunek. Bo nikt przecież nikogo nie egzaminuje z faktycznego zaangażowania w przetrwanie gatunku i z wpływu na wzrost dzietności. Nikt jakoś nie kontroluje ćwiczeń praktycznych z tworzenia nowych obywateli…
– No tak jest, że tym straszą ludzi, a mnóstwo hetero się też bawi i w ogóle nie myśli o dzieciach i rodzinie. Świat się po prostu zmienia i tyle – dopowiedział Łukasz już lekko bełkotliwie, a na koniec zakrył dłonią usta, bo mu się odbiło. – Sorka…
– No tak, a my przecież tak czysto potencjalnie to też możemy mieć dzieci, no nie? – Spojrzałem na Marcina i puściłem mu oko, a on wiedział, jaki żart mi chodzi po głowie. – Ale tu chyba nie tylko o to chodzi. Gdyby miało być sprawiedliwie, sensownie i dobrze dla kraju i przyrostu naturalnego, to refundowaliby in vitro i zgodzili się na adopcję przez homoseksualistów. Mało tego! Wtedy nawet pomysł bykowego byłby uczciwszy, bo każdy by sobie zadecydował, czy chce wychowywać dzieci, czy może płacić wyższe podatki. A tak to mamy taką normalność, że dziecko które ma dwie ręce, dwie nogi i dwie matki lub dwóch ojców jest gorsze niż te z rodzin bez jednego z rodziców, z rodzin patologicznych lub z domów dziecka. I tak ma być, nie?…
– Dołuje mnie taka normalność… – westchnął Marcin – a te dewotki będą dalej krzyczeć, że to chore, żeby dewiantom dawać dzieci.
– Pomiędzy dewiacją a dewocją istnieje rozległy wachlarz ludzkich zachowań. Ale czasem jedno i drugie oznacza dokładnie to samo – nagle odezwała się Ania, trafiając idealnie w sedno.
– Dobrze powiedziane. No właśnie. – Zamyśliłem się na chwilę nad tymi słowami, bo rzeczywiście dewocji i dewiacji zbyt wiele nie różniło. Po chwili dodałem: – Tylko akurat nie jestem pewien, czy temu Kaczyńskiego tak znowu spada. Jakoś od tylu lat utrzymuje się to poparcie na poziomie około jakichś tam 30% i co? – Spojrzałem na Łukasza, który już jakby nieco się zmęczył.
– No niby tak – odpowiedział – ale to dlatego, że w ogóle jest sporo ludzi niezadowolonych i nienadążających za zmieniającym się światem. Oni są bardzo podatni na spiskowe teorie dziejów, fanatyzmy i nienawiść. Ale trzeba robić swoje. Mówię ci! To się kiedyś zmieni. Powoli, ale jednak. Musisz pisać, tak jak czujesz i już. Rób swoje.
Właśnie! Co mnie to! Niech sobie gadają! Kto by się spodziewał, że to heteryk da mi taką siłę i utwierdzi mnie w tym, że nie wszystko jest takie jednoznaczne. Można pokazać też wątpliwości, nie dawać się im.
– No na pewno będę pisał. Chcę mówić to, co myślę. I mam nadzieję, że to wydadzą…
– I dobrze. Tak ma być! Tak trzymaj! – Łukasz uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu.
– No dobra. Zmieńmy już temat – rzuciłem i sięgnąłem do miski po chipsa. – Bo tylko o tych pedałach i pedałach gadamy. Czyli co? Zostaniemy wujkami? Fajnie nie? – zachwyciłem się i schrupałem chipsa.
Anka się uśmiechnęła. Łukasz spojrzał na nią szczęśliwy – widać było, że przyszły tatuś pęka z dumy.
– A ślubu najpierw nie będzie? – wtrącił Marcin.
– Wiesz, my jesteśmy jak Charlize Theron i jej facet albo Angelina i Brad. Nie chcemy się pobrać dopóki i wy nie będziecie mieli takiej możliwości – powiedziała z uśmiechem Anka. Kochana, jak pięknie z ich strony, pomyślałem, tak naprawdę wiedząc, że to nie z tych powodów nie chcą się pobrać.
– Oj, Angelina z Bradem już chyba pękli i się jednak hajtają. A ty nie chrzań, bo każda dziewczyna chce białej sukienki, welonu i w ogóle – wtrącił prześmiewczo Robert. – Zresztą nie tylko dziewczyna… – dodał, zawieszając głos.
– Głupek – uśmiechnęła się Anka.
– Nie każda. Moja siostra żyje na kocią łapę z jakieś 8 lat i ma dwójkę dzieci – odezwał się pierwszy raz piękny Tomek i wszyscy spojrzeliśmy na niego z ciekawością i zadziwieniem, że on w ogóle wydaje z siebie dźwięki. Głos miał dość piskliwy, jakby nie swój. Może z tego powodu go oszczędzał.
– No widzisz. Też bym wolała związek partnerski – odpowiedziała po chwili Anka. – Nie chcę z mojego szczęścia robić jakiejś tam szopki.
– A niektórzy geje by chcieli – nieco złośliwie zareagował Robert, po czym jakby się rozmarzył. – Widziałem taki film o wielkim gejowskim weselu. Był zabawny i taki słodki…
– Kiedyś może i wy będziecie mogli, jeśli tylko będziecie mieli na to ochotę. Mam taką nadzieję.
Gdy Anka wypowiadała to zdanie, usłyszałem dzwonek swojego telefonu. Mama. Powiedziałem, że odbiorę w sypialni. Może to niegrzeczne tak zostawiać gości, ale musiałem się dowiedzieć, czekałem aż zadzwoni, umierałem z ciekawości, lecz odebrałem jak gdyby nigdy nic, nie okazując jej żadnej niecierpliwości. Od razu poinformowałem ją, że Anka jest w ciąży. Kazała gratulować, cieszyła się, ale dzwoniła, bo musiała dać mi znać, że już przeczytała, (ale super!), że nie mogła się oderwać (jak bosko!), że jest jakoś w szoku, ale że popiera (uff…), że wie, że to nie tylko o seks chodzi (alleluja!). I że dziś po pracy poszła do KPH i dowiedziała się tam o jakiejś grupie dla rodziców gejów i lesbijek (co takiego?). Dostała też Replikę i przeczytała w niej artykuł o tych rodzicach i że jest gotowa się z nimi spotkać, pogadać, poznać się, zaangażować (naprawdę?). Jakoś taka była nakręcona, powiedziała, że nie może doczekać się wspólnego obiadu i spytała, czy mam poprzednie numery Repliki, bo chciałaby je przejrzeć.
Usiadłszy na łóżku, nie mogłem przestać się szczerzyć. Co za kobieta. Jeszcze kilka miesięcy temu nie pomyślałbym, że tak ułożą nam się relacje, że będzie czytała niełatwe przecież dla niej rzeczy i że wiedząc, że wyszły one z mojej głowy, będzie je popierać i mimo wszystko stać za mną murem. Wróciłem do pokoju. Zadowolony, szczęśliwy, pełen zachwytu.
– Co tam chciała twoja mamuśka? – spytała Ania, która podjadała kawałek zimnej pizzy. Reszta gadała nie wiem o czym. Robert popalał ze swoim chłopakiem na balkonie.
– Cieszy się, że jesteś w ciąży. – Pocałowałem ją w policzek i przytuliłem. – Gratuluje wam.
– Podziękuj jej w naszym imieniu. I pozdrów następnym razem. Wszystko z nią dobrze? – W tym momencie z balkonu wrócili chłopcy.
– Tak. Nawet bardzo dobrze – stwierdziłem.
– A co ty się tak szczerzysz? – spytała. Rzeczywiście z japy nie schodził mi uśmiech. Robert zakręcił się w kuchni, robiąc sobie i swojemu lubemu drineczki.
– No bo dałem jej do przeczytania fragmenty tej mojej książki, o której mówiliśmy, i właśnie zadzwoniła, żeby mi powiedzieć, że mnie popiera i że była w KPH, i chce się spotkać z innymi rodzicami gejów. Uwierzysz?
– Dałeś matce przeczytać książkę? – wtrącił Robert, a ja uniosłem brwi, przytakując. – Nie była oburzona? Przecież tam pewnie jest całkiem ostro…? Jak się domyślam, walisz tymi kutasami po gałach, że hoho!
– Oj, już to mówiłeś, ale nie o to przecież chodzi. Dałem jej tylko jakieś fragmenty, tak na próbę, bo przecież to się ciągle pisze… Całość jeszcze nie jest skończona. Ale faktycznie było tam sporo seksu, także ostrego i wyuzdanego.
– Nie wierzę! Naprawdę dałeś własnej matce czytać o pedalskich seksach, zdradach i darkroomach? – zdziwił się. – Przecież normalnym ludziom to trzeba sprzedać coś innego, ukryć naszą seksualność, zaprzeczyć jej, żeby im nie zobrzydzić tematu. Zwłaszcza rodzinie!
– No jak tak będziemy podchodzić do sprawy, to nigdy nic się nie zmieni. A co, ja aseksualny jestem czy co? Chyba ty, bo ja nie… – zakpiłem z niego. – Sami siebie traktujemy jak śmierdzące jajo. Zresztą niby dlaczego miałbym jej nie dać? Jeśli chcę to wydać, to i tak by się dowiedziała. Przyznała co prawda, że jest w małym szoku, ale że jak najbardziej popiera.
– Darkroomy popiera?! – rzucił z sarkazmem Roberto i usiadł przy swoim Tomku, wręczając mu szklankę z whisky i colą. – Ale liberalna! – podsumował nieco prześmiewczo.
– Pisanie popiera, głupku ty! Za słówka będzie mnie łapał… – Spojrzałem na niego niby w złości. – Popiera takie pisanie bez kamuflażu, udawania, całkowicie szczere. Bez tego całego zakłamania, że my tylko grzeczni i wiecznie tacy uciśnieni.
– To super! Tak odważnie, nie? Jeszcze nie tak dawno temu niezbyt często się do siebie odzywaliście, co? – przypomniała Anka.
– No widzisz. A w niedzielę mamy poznać jej faceta – pochwaliłem się w imieniu mamy.
– Ona ma faceta!? – zdziwiła się, pożerając paluszka. – Boże, co się dzieje z twoją matką?! Popiera gejów, a na dodatek po tylu latach znalazła sobie jakiegoś fagasa…?!
– To jeszcze nic! Nie zgadniesz, gdzie znalazła? – powiedziałem zadziornie.
– No nie mów, że w necie? – szydził Robert. – Taka nowoczesna to nie jest…
– Tak, tak: sympatia.pl…
Wszyscy się zaśmiali.
– O matko! Wypijmy za twoją starszą! – krzyknął Robert. – Oby więcej takich matek!
Wychyliliśmy jej zdrowie. Do dna. Dziwne było takie uczucie pełnej akceptacji. Czy tak czują się heteroseksualne dzieci, które wiedzą, że rodzic nie ma nic przeciwko ich własnym wyborom, a właściwie ich własnej orientacji?
Zajrzałem do lodówki. Czy już czas na deser? Może jeszcze chwilka. Marcin zaczął gadać z Łukaszem, stojąc przy otwartym balkonie razem z chłopakami. Świergotali jak zakochani. Gdybym nie znał Roberta, to w tej chwili bym uwierzył, że zdolny jest do miłości. Robert odpalił fajkę i wyszedł na balkon. Tomasz poczęstował papierosem Łukasza i mój Marcin też się skusił, choć niemal nigdy nie palił; no może po seksie w trójkątach. Spojrzałem badawczo na Ankę, a ta machnęła tylko ręką, mówiąc:
– A niech tam se pali. W domu i tak mu nie pozwalam, więc niech chociaż tu się chłopak wyluzuje… – Od dawna walczyła z Łukaszem, aby przestał smrodzić. Ograniczył, ale jak widać nie na dobre.
Zacząłem wrzucać część rzeczy do zmywarki, gdy Anka podeszła do mnie i nie wiedzieć czemu półszeptem powiedziała:
– Fajna ta twoja mama, nie?
– No sam jej nie poznaję. Mówię ci: totalna metamorfoza!
– A u was chyba też wszystko dobrze, co? Te buziaki i miłe spojrzenia? Kiedyś się ciągle żarliście, docinaliście sobie, a teraz aż miło popatrzeć, nie? Terapia działa?
– No mówiłem ci, że już od dłuższego czasu jest dobrze. Ostatnio podczas sesji doszliśmy do wniosku, że te nasze dawne kłótnie to chyba były przez to, że obaj jakoś tak podświadomie czuliśmy, że nie gramy w tej samej drużynie i dlatego była między nami jakaś taka rywalizacja, wiesz, konkurencja. Może też przez ten seks w trójkątach, przez jakąś tam zazdrość… Nie wiem… – Zamyśliłem się. – No ale w ogóle, pamiętasz? Kiedyś rzeczywiście ciągle się go czepiałem o wszystko przy innych, zawsze miałem jakieś wąty…
– Trochę tak było… – przyznała. – Ale on przecież nie był lepszy.
– No wiem, ale chodzi o to, że ja się najpierw czepiałem, a potem wyzywałem go od odludków i miałem pretensje, że nie chce ze mną chodzić do tych ludzi, z którymi go wcześniej obgadywałem.
– A tam od razu obgadywałeś… Przecież gadałeś z przyjaciółmi, więc to nie było takie tam obgadywanie dla obgadywania. Rozmawiałeś.
– Niby tak. Ale powinienem rozmawiać o tym z nim, a łatwiej było mi po prostu nadawać na niego wszystkim naokoło i na siłę szukać potwierdzenia, że ja to taki dobry jestem.
– A widzisz. Tak to niestety bywa, że z tymi, z którymi powinno się być najbliżej, jest się niestety najdalej – zauważyła Anka i odleciała na chwilę, patrząc w próżnię, po czym nagle spojrzała na mnie uśmiechnięta takim dobrym, szczerym uśmiechem. – Czyli jednak daje wam chyba coś ta terapia? – spytała.
– Chyba tak. Polubiliśmy się na nowo i już nie walczymy, nie obwiniamy się nawzajem. Kiedyś chyba wychodziliśmy z założenia, że rozumiemy się bez słów, więc nie gadaliśmy, a to była gówno prawda. Każdy walczył tylko o swoje. Teraz dużo rozmawiamy.
– To fajnie. Cieszę się bardzo.
– Ja też. Zrobiło się teraz tak jakoś miło. I znów seks jest zajebisty – wyznałem niemal szeptem, podniecony i uradowany. – I wiesz? Ostatnio spytałem terapeutkę, jaka jest w ogóle skuteczność takich terapii dla par. Bo tak się zastanawiałem, że w sumie przecież mogliśmy już dawno temu odpuścić, rozstać się i nawet nie mielibyśmy świadomości, że była dla nas jakaś szansa. Zresztą pamiętasz pewnie, jak często nabijaliśmy się, że moglibyśmy tobie dawać w łapę jakąś stówę i też byś z nami pogadała, a skutek byłby pewnie taki sam. Ale tak nie jest. Nie to, że mam coś do twoich psychologicznych zdolności… – zarechotałem. – Co to to nie! Ale wiesz… Teraz jest w ogóle taka, słuszna poniekąd, moda, aby było łatwo i przyjemnie, żeby się nawzajem nie unieszczęśliwiać, a przede wszystkim, żeby sobie nie utrudniać życia. Nic na siłę, nie? Ale to nie oznacza przecież, że jak już nie jest kolorowo i zaczyna się robić pod górkę, to trzeba szast-prast od razu odpuszczać.
– No tak. A co ta psycholog…? Nie skończyłeś.
– Psycholożka! – poprawiłem ją. – Feministką jesteś czy nie?
– No ja się o ten cały feminizm nie prosiłam, ale niech ci tam będzie – powiedziała, unosząc jeden z kącików ust w krzywym uśmiechu.  – Lepiej gadaj, co ta psycholożka o tych terapiach powiedziała? Działają czy nie?
–  Powiedziała, że wiele zależy od tego, czy coś zaskoczy, czy zwycięży chęć zrozumienia siebie nawzajem i czy para odkryje, że w związku nie chodzi o takie nieustanne przeciąganie się, kto ma rację a kto nie, tylko o jakąś taką niekrzywdzącą nikogo świadomość, że po prostu chce się być razem. A jak ktoś idzie na taką terapię tak jedynie na odwal się, aby mieć święty spokój, że się spróbowało, i to założenie się nie zmieni, to wtedy wiadomo, że to nie ma żadnego sensu.
– Tak, a ludzie zajmują sobie bez sensu czas, trwają w jakichś destrukcyjnych związkach i nie mają odwagi powiedzieć sobie dość…
– No ale tak jest, że czasem dopóki nie zaskoczy, to nie wiesz, że może być lepiej i często boisz się po prostu odejść. I wiesz? Teraz przestałem się po prostu usprawiedliwiać, że te wszystkie moje przygody to tylko kwestia niewyszalenia się, chęć zabawy, bo za mało doświadczyłem… To wcale nie chodziło o to. Po prostu ze sobą nie rozmawialiśmy, więc szukałem kontaktu z innymi. Jakby w zastępstwie. To był problem. Ale mimo wszystko nie chciałem odejść. Bałem się. Chciałem zjeść ciastko i mieć ciastko. Odejście to też coś nowego i nieznanego, więc myślisz sobie, że już bezpieczniej trwać w toksynie, którą znasz, co nie?
– Jaki z ciebie filozof. – Anka pokiwała głową w zadziwieniu. Widać było, że się trochę naśmiewa.
– Nie nabijaj się, mamuśko ty! – zasyczałem i dałem jej lekkiego kuksańca w bok.
– Uważaj na to, co mówisz – powiedziała, jakby groźnie i ostentacyjnie machając mi palcem przed twarzą. – Jeszcze nie jestem żadną mamuśką. I nie umniejszaj mnie do roli jakiegoś inkubatora!
– Proszę! A jednak! To się nazywa feministyczna gadka! Nareszcie zaczynasz coś kumać z tej znienawidzonej przez ciebie teorii… Jeszcze będą z ciebie ludzie. To znaczy kobiety… – dodałem.
– A daj mi spokój z tym feminizmem… – żachnęła się nie całkiem serio i poczułem, jak taksuje mnie spojrzeniem, odgrywając oburzenie.
– A co! Ty żartujesz, to i ja żartuję.
– Oj wiem! Przecież nie jestem taka głupia. – Przytuliła mnie mocno, tak że poczułem silne uściśnięcie jej dłoni na plecach. – Piszesz dużo? – zmieniła jakby temat.
– No sporo. Wiesz, że to bardzo lubię. Mógłbym to robić cały czas.
– A napisałeś coś o mnie? Prosiłam cię już kilka razy. – Rzeczywiście zdarzało jej się zapytać, czy ją uwiecznię w swojej powieści. Spojrzałem na nią i wiedziała, że nie. – No weź! – powiedziała z pretensją. – Nie bądź taki! Napisz coś o mnie! Mogę choćby przechodzić przez ulicę albo robić gdzieś zakupy. Będę wiedziała, że to ja.
– Dobrze, już dobrze – uspokoiłem ją i pomyślałem, że może to nie jest taki zły pomysł. Wiem, że sprawiłbym jej tym olbrzymią frajdę.
– Cieszę się, że wam się układa, wiesz? – oznajmiła po kilku sekundach milczenia. – Naprawdę.
– Też się cieszę. A Ty się cieszysz, że będziecie mieli dziecko? – Złapałem ją za ręce.
– Pewnie, że się cieszę! – wyznała i popatrzyła mi w oczy. – Chociaż trochę mam cykora, czy dam radę…
– No kto, jak nie ty! – powiedziałem. – Będzie dobrze! – I znów ją objąłem za szyję, zacząłem masować jej plecy, a w tym samym czasie otwarły się drzwi balkonowe i chwiejnym krokiem chłopcy wtoczyli się do wewnątrz.
– Co to za przytulańce tak na osobności? – Podszedł mój Marcin, objął nas oboje i pocałował mnie w policzek, a Anię w czubek głowy, jakby po ojcowsku, jeśli ojcowie w ogóle całują w taki sposób córki lub kogokolwiek. – Fajnie, ciotka, co? Walniemy jeszcze jedną rundkę za maluszka, dobra?
– A walnijcie i za mnie – poleciła z zazdrością. – Też mam chęć, ale cóż….
Łukasz siedział jeszcze bardziej zrobiony w rogu kanapy. Widać było, że jest oszołomiony i szczęśliwy, choć może już właściwie nie bardzo kojarzył, co się dzieje, był gdzieś w swoim świecie, patrzył jak manekin, może autystyk albo po prostu jak odurzony alkoholem pijak i od czasu do czasu czkał. Chłopcy musieli trochę przyspieszyć z tym piciem, gdy gadałem z mamą w drugim pokoju, a potem z Anką. I jak widzę, znów poszły w ruch szoty.
– No to nalewaj! Zdrówko, panie Łukaszu! Pijemy! – wrzasnąłem, a Łukasz, jakby ktoś go wołał w jakichś pijackich majakach, rozejrzał się i niezdarnie podniósł z kanapy; nieustannie z jokerowskim wyrazem twarzy. – Halo! Ojcze! Tu ziemia! Ziemia do ojca! – nabijałem się. – Patrzcie jaki Pijus XV. Chodź do nas, chodź!
– Pijus XV – powtórzyła roześmiana Ania.
– No to pijemy. – Łukasz stanął przy nas na chwiejących się nogach i solidnie sobie czknął lub beknął, a może jedno i drugie naraz. Kieliszki były już pełne, więc chwycił pierwszy z brzegu i nie czekając na stuknięcie, od razu przechylił, a następnie popatrzył na Ankę tak, jakby nie mogąc odnaleźć konturów jej ciała, ich czasu, jego pamięci i tak trochę podejrzliwie zmrużył oczy, jakby próbując sobie przypomnieć, kim jest ta kobieta. – Zdrówko! – wzniósł toast trochę w nieodpowiednim momencie (co Robert natychmiast skomentował słowami: „Oho! Źle już z nim” i prześmiewczym chichotem), po czym dał swojej nieślubnej głośnego buziaka w same usta, z czego wniosek, że jednak coś kojarzył, przypomniał sobie, odnalazł się, jakoś tam. – Kocham cię, rybko! – wyznał. – Ty moje…
– Doleję ci, bo coś ci się kolejność pomyliła – zamruczał z troską Marcin i napełnił jeszcze raz jego kieliszek, a Łukasz w odpowiedzi kolejny raz czknął.
– Zaraz dam mu cytryny z cukrem. Świetny sposób na uporczywą czkawkę. Nawet pijacką – zastrzegłem i spoglądając na przyszłych rodziców, wydałem z siebie okrzyk:  – No dobra! Wasze zdrowie! – Stuknęliśmy się wszyscy kieliszkami; także z nieco opóźnionym w reakcjach Łukaszem, który przeleciał po nas wszystkich wzrokiem jakby ścinającym wszystko na jednym poziomie niczym szablą.
– Za małego! – huknął Robert, a zaraz cicho, lecz jednak słyszalnie, mruknął: – Choć ja tam wolę duże – i zadziornie zajrzał w oczy swojemu Tomeczkowi, też już nieźle napruty, choć na pewno nie tak, jak pijany nie tylko alkoholem, lecz także szczęściem, przyszły ojciec.
– Za naszych kochanych dzieciorobów! – krzyknąłem, śmiejąc się, a potem przechyliłem kieliszek do góry dnem; zimna wódka spłynęła przełykiem w dół. Anka z zaciśniętymi zębami walnęła mnie pięścią w ramię, ale widać było, że żartuje i zwyczajnie rozpiera ją duma, że hoho; wyszczerzona, nieustannie zarumieniona, z nadzieją i przy nadziei.
Chyba czas na deser. Tak, to stanowczo czas na deser. I plasterek cytryny z cukrem dla Łukasza, bo perfidna czkawka nie odpuszczała.