Rozdział 15

Byłoby fajnie. Chciałbym zarabiać pisaniem. Obecnie pracuję jako pomocnik w kuchni w małej restauracyjce i mógłbym to dalej ciągnąć – gotowanie też sprawia mi przyjemność i dobrze mieć coś stałego, co daje odskocznię. Jednak gotowanie to nie to, co pisanie. Tak naprawdę marzę tylko o pisaniu.
A jak chciałbym pisać? Zastanawiałem się nad tym i określiłbym to tak: chciałbym swoim pisaniem dostarczać synestezji uczuć – żeby przechodziły ciary, jak wtedy gdy słuchasz zespołu Arcade Fire; żeby ciekła ślinka, jak wtedy gdy tylko czujesz zapach parmezanu; żeby nasuwały ci się skojarzenia z twojego życia, zaskakiwały epifanie, pojawiały gotowe obrazy tuż przed oczami, i żeby robiło ci się mokro w majtach, gdy wizualizujesz sobie to wszystko erotyczne, co napisane – żebyś mógł to wszystko zobaczyć, poczuć i niemal przeżyć. Marzy mi się taka pojechana bezczelna literatura, w której obok bezwstydnej, nagiej i cielesnej prawdy jest także miejsce na romantyzm, piękno, ale i wyższe idee. Jelinek mówi, że dobra literatura musi być zaangażowana. Moja też taka będzie.
I chciałbym napisać taką książkę, którą się można podniecić niczym głupimi opowiadaniami w Nowym Menie, które czytałem kiedyś, ale jednocześnie zaskoczyć erudycją psychologiczno-społeczno-kulturową niczym w Myrze Breckinridge Gore’a Vidala. I żeby było tak brudno, erotycznie i sprośnie, a zarazem głęboko humanitarnie i ze społecznym zacięciem jak u Felliniego w Amarcordzie lub u Ettore Scoli w Odrażających, brudnych, złych. Lubię włoską kolokwialność i cielesność dużo bardziej niż inteligenckie i nudne francuskie ą i ę. Pier Paolo Pasolini, Liliana Cavani, nawet Dario Argento. Oni mówią jakoś tak chropowato, ostro, czasem prostacko i wprost, ale ja też chcę tak mówić. Między oczy. Kopem w jaja. Gdy przeczytałem Libertynów inaczej Piera Vittoria Tondellego, to zachciałem pisać jak on: wartko, bezpruderyjnie, bez zahamowań i bez tej politycznej poprawności, która od jakiegoś czasu dominuje dyskurs mówienia o innych. Niektórzy Francuzi też tak potrafią: Guibert i przede wszystkim Collard – ile tam o stojących pytach i wkładaniu ogonów (w tym zwierzęcym określeniu było coś prostackiego, wulgarnego, ordynarnego, obrazoburczego i niemal szatańskiego, ale podniecało mnie to, choć także męczyło częstotliwością powtórzeń jak i rzadkim zastępowaniem synonimami), a ile przy tej wulgarności jest także pięknych poetyckich zdań. U Tondellego spodobał mi się ten jego brak dialogów, a raczej dialogi wplecione w tekst, płynące jakby z jego nurtem. I nawet zamierzałem tak pisać, lecz jak tak pisać, gdy po latach milczenia właśnie zaczynasz czuć, że na nowo w dialogu dzieje się najwięcej? Choćbym chciał, to nie ucieknę od dialogu. Teraz to nawet i nie chcę. Życie to dialog. Życie to rozmowa, choćby samego siebie ze sobą, przeszłości z przyszłością, tu z teraz, ciszy z hałasem. Życie jest nowelą. Jak w Co na kolację? Jamesa Schuylera. Jak w kryminale u Agaty Christie. Jezu Chryste! Życie jest nowelą jak w piosence Rynkowskiego. Nowelą, której nigdy nie masz dosyć. Albo masz jej dosyć zawsze; zależy kogo zapytać.
Nawiasem mówiąc, to ci trzej geniusze: Tondelli, Collard i Guibert umarli z powodu tego mikroskopijnego wirusa, który tak niepostrzeżenie wdarł się w ich ciała i który je przedwcześnie spustoszył. Pewnie spustoszyłby nawet i byczego faceta, bo wtedy nie było zbyt wielu środków, aby śmiertelnemu wirusowi przeciwdziałać. Zresztą może któryś z tych trzech pisarzy był w istocie takim Herkulesem, który pobladł i oklapł, gdy to choróbsko go dopadło. Z wirusa zrobiła się nie lada choroba – zabiła tysiące wybitnych ludzi. Niektórzy gdyby nie ten wirus, pewnie nie staliby się tacy znani i kultowi. Może nie pisaliby tak dobrze, bo nie czuliby tego oddechu śmierci na karku, który podejrzewam, że potrafi przerazić, ale i zdopingować, uruchomić w głowie myśli i skojarzenia niedostępne zdrowym, niezarażonym, żyjącym w przeświadczeniu, że śmierć ich nie dotyczy, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Przez ten wyczuwalny na karku oddech ich pisanie było rodzajem modlitwy, choćby i nawet wcale nie wierzyli. Guibert pisał: „Jest taki stopień nieszczęścia, że nawet jeśli się jest ateistą, można się już tylko modlić albo rozpaść na kawałki”. Z zazdrością i podziwem czytałem te myśli – pozbawione ckliwości, głęboko prawdziwe, dojmująco zaskakujące. Z nadzieją czekałem olśnienia i nie chciałem, by musiało ono oznaczać coś tak granicznego jak wyrok śmierci. Dziś już jest inaczej. HIV nie oznacza śmierci, a w każdym razie oznacza ją tak samo jak życie. A może…? Może gdybym umarł w jakichś tragicznych okolicznościach (przedwczesna śmierć na taką tragiczną okoliczność nadaje się jak ulał), dałoby mi to klucz do nieśmiertelności? W panteonie sław wielu jest takich, co zapowiadali się dobrze i umarli przedwcześnie.
Jak jeszcze lubię? Tak, żeby było dosadnie i ostro niczym u Geneta w Dzienniku złodzieja, Matce Boskiej Kwietnej i Cudzie róży lub jak u Wilde’a w Telenym (jeśli to w ogóle jego powieść). Lubię lubieżność. Chciałbym słowa: gej, homoseksualista, ciota, pedał, lesba, pedalski, ciotowski, lesbijski, gejowski, homoseksualny i każde im synonimiczne określenia odmienić przez wszystkie przypadki. Ile z tych słów podkreśla mi słownik Microsoft Word’a, bo te słowa to jakieś tabu – nie istnieją w poprawnej polszczyźnie, choć tak często są potocznie używane. W słowniku Word’a nie istnieje też homofobia – słownik z uporem maniaka sam przeprawia ją na homofonię, ale skoro tak, to ja chciałbym powalczyć o jej antonim, czyli polifonię – wielogłosowość. Chciałbym dać głos każdemu i napisać książkę, w której gej pedałowi homoseksualistą, ale też człowiek człowiekowi człowiekiem. I nic, co ludzkie nie jest mi obce, można by dodać tak po terencjuszowsku.
I wiem, że mogę być oskarżony o maniakalną chujofilię, na podobieństwo bohatera Miasta kobiet, którego kobiety oskarżyły o maniakalną dupofilię. Wiem, że czytelnicy mogą się obrazić, że spermę im robię z mózgu lub że piszę, co mi pragnienie spermy na język przyniesie. I że ta cała moja pisanina to taka chora i obleśna – nomen omen – spuścizna, w której niestety nie potrafię postawić wielokropka i przemilczeć pewnych obrzydliwych, choć jakże ludzkich spraw. Po prostu jadę z koksem – bez żadnej żenady, bezwstydnie i bezpruderyjnie. Penisocentryzm, fallusocentryzm, a może prostacki kutasocentryzm. Dla wielu będzie to totalny hardkor. Ale mam nadzieję, że również dla wielu nie będzie to w końcu jakaś naiwna bajeczka. I w imię czego te wulgarności? W imię naczelnej zasady, że prawda chwili i fragmentu jest najważniejsza? Każdej chwili i każdego fragmentu?, zapytają niektórzy. Że przez to można uchwycić rzeczywistość w drodze, w procesie i w dzianiu się? I po co? Naprawdę warto? Moim zdaniem trzeba, bo wszystkie momenty są ważne, ale wiem, że dla wielu i tak powinienem ugryźć się w język i go poskromić. Niedoczekanie twoje!
I chciałbym, aby było różnorodnie: żeby ironia mieszała się z tragedią, a piękno z brudem i wulgarnością; żeby złośliwość mogła dawać poczucie bezpieczeństwa i żeby naiwna wiara dawała nadzieję na przyszłość; żeby kicz – tak jak u Almodóvara – miał znamiona arcydzieła i żeby przegięcie było swoistą obroną przed smutną rzeczywistością, w której świat jest tylko taki, jaki jest. I jeszcze żeby publiczne stawało się prywatne, a prywatne publiczne, a skomplikowanie przełamywało stereotypy, choć stereotypy też się skądś biorą, więc całkiem od nich uciec nie można.
Zależy mi na tym, aby świat miał pełną paletę barw – niczym w filmie Miasteczko Pleasentville, a nawet jak w Shortbusie – aby nie było niedopowiedzianych obszarów egzystencji, pustych miejsc, przemilczanych terytoriów. Rzeczywistość powinna być wielowymiarowa. Jeśli coś może być niedopowiedziane, to tylko takie przeświadczenie, że można się zmienić, że można mieć chęci nieodkryte, że można samego siebie zaskakiwać i wreszcie: że można mieć ruchome tożsamości – może się coś nagle okazać – na przykład, że queer i świr z ciebie większy niż sam myślałeś.
Chciałbym, żeby mój świat był liberalno-konserwatywny: żeby nikt nikogo nie obrażał i żeby dla każdego było miejsce, choć wiem, że to utopia, bo sam obrażam i wyzywam, bo nóż mi się w kieszeni otwiera i bluzgi ślina na język przynosi. Mówi się, że każdy niesie swój krzyż – niektórzy dosłownie targają go na Krakowskie Przedmieście i robią pośmiewisko na cały świat, ale są też tacy, co jako ten swój krzyż, monstrancję swoją niosą tęczową flagę i wymachują nią pod pałacem prezydenckim lub pod sejmem. Są też tacy, dla których świat nie ma odcieni, jest zupełnie czarno-biały i wedle tej czarno-białej zasady patrzą na świat tak po polsku, czyli biało-czerwono i nic to, że w swej ultrapolskości potrafią zajadać kebaba, słuchać czarnego rapu i nosić koszulki made in China. Mówią „dzień dobry” przez zaciśnięte zęby, bo to też takie polskie i po polsku narzekają, że za drogo, że kiepsko, że źle i coraz gorzej, nawet mimo tego, że przed kilkoma dniami wrócili z wycieczki do Portugalii, dopiero co kupili nowy samochód, właśnie wyremontowali kuchnię, a w planach mają weekend w Paryżu albo Rzymie. I co zrobisz, że ich obraża tych dwóch pedałków paradujących publicznie za rękę lub te dziewczyny, które całują się bardziej niż powinny i nie jest to żadna zachęta, aby między nie wkroczył jakiś facet i pokazał, do czego tak naprawdę służą ich krocza? Przecież ci bezwstydni, niemoralni egoiści to Boga w sercu nie mają i dlaczego mamy to znosić? W imię czego? I wtedy potrafią się odnosić do normalności prezentowanej przez tych, co w założeniu żyją w celibacie (o jakże to normalne!) i którzy coraz częściej mają twarz ojca Rydzyka i jemu podobnych chrześcijan, którzy już z historii zapomnieli, jak sami byli prześladowani w swoich początkach, a teraz z wielkim upodobaniem i chęcią barbarzyńsko prześladują innych – wskazują wroga, depczą, nienawidzą i opluwają. I „Pan z wami i z duchem twoim. Przekażcie sobie…” druki na przelew. Ale cóż, tu jest Polska – tutaj właściwie wszystko jest możliwe: kiedyś było dwóch takich, co ukradli księżyc – potem okazało się, że to dla nich zbyt mało, więc postanowili zawłaszczyć także cały kraj. A Polacy to naród politycznie upośledzony – ci, co kiedyś krzyczeli „precz z komuną!”, dziś krzyczą „komuno, wróć!”, straszą, że: obcy kapitał, narybek wyjeżdża, dzieci się nie rodzą, a starym każą pracować, wprowadzając późniejsze emerytury. I tu można obiecywać wolność za pieniądze, można kłamać i można jak się chce i każdymi środkami, bo tak: Polska to nie Ameryka – tutaj jest wolna amerykanka. Bełkot i gadka szmatka. Mieć a nie być.
Myślę ciągle pisaniem, jestem nim: cały czas notuję – mam swoje brudnopisy, mam notatnik w komórce, mam serwetki na stoliku w knajpie lub zawsze jakieś karteczki lub choćby chusteczki i długopis w plecaku. A tak naprawdę to chciałbym mieć w głowie taki wbudowany rekorder, bo sporo myśli nie możesz w danej chwili zapisać – bo właśnie wysiadasz z autobusu, siedzisz w kinie w trakcie projekcji filmu, biegniesz do metra, wracasz obładowany zakupami i nie masz rąk – i te niezapisane myśli uciekną zapewne na zawsze lub stracą ten niepowtarzalny wyraz, jaki miała ta dziewicza iluminacja – znam to z doświadczenia. Czasem myślisz, że zapamiętasz, że to oczywiste i na pewno ci się znów skojarzy, ale później tylko wiesz, że miałeś pamiętać, ale już zupełnie nie wiesz, o czym. Ulotne są myśli i niektóre już nigdy nie wrócą. Pamięć to zawodna stenotypistka, która w swojej maszynie zapomniała wymienić atramentu.
I co na to mama i ciotki? Co one na to, że tak opowiem o wszystkich swoich myślach, potrzebach, frustracjach, fantazjach, że będę taki wulgarny i dosadny, jakiego nie znają? Mogą mieć pretensje, że przez to, co mówię, moja intymność nie jest już wcale intymna, że nie mam wyczucia, że nie o wszystkim mówić można i trzeba? Co to z niego wyrosło?, będą się zastanawiać. Przecież był z niego taki normalny chłopak! Taki ładniutki i grzeczniutki jest na tych zdjęciach z dzieciństwa. I kto teraz przedłuży ród?, będą się zastanawiać jakby homoseksualność automatycznie oznaczała bezpłodność. Taki ładny chłopak, a na zmarnowanie! I zaczną mówić językiem moich przeciwników, moralistów, narodowców, wszystkich tych, którzy nazywają moją miłość obrzydliwością. Będą powtarzać, że przecież Bóg z jakiegoś powodu stworzył kobietę i mężczyznę, prawda?! A ci zboczeńcy chcą się posuwać w kloakę! Z tego dzieci na pewno nie będzie! Z tego w ogóle nie będzie nic dobrego! Ten argument z dziećmi to chyba jeden z moich ulubionych. Tak mówią także niektórzy księża – nieważne, że sami uciekają od tego boskiego planu – tłumaczą, że ich przeznaczenie jest inne i tak ma być, to jest jak najbardziej normalne! No i dobra, będą myślały ciotki, nawet jeśli jest tym homoseksualistą, to niech już sobie będzie. Jak nie potrafi inaczej, to niech zostanie tym gejem, ale po co się tak afiszować i o tym wszystkim trąbić naokoło? To przecież osobista sprawa każdego człowieka, co robi w łóżku i z kim! Czy ci normalni krzyczą o swojej orientacji seksualnej? Po co to tak głośno manifestować? Naprawdę – tym biednym ludziom choroba odbiera chyba rozum, bo zamiast przemilczeć i się wstydzić, to oni wychodzą z tym swoim gejostwem na sztandarach i krzyczą o tym wszem i wobec. Żadnego wstydu nie mają, wykolejeńcy jedni. I jeszcze mówią, że są dumni, choć nie mają właściwie żadnego powodu do dumy! Bo kto to słyszał, żeby tak gadać o tych obrzydliwościach! Po co i komu to właściwie potrzebne? I dlaczego właściwie on!? Ten mój wnuk, kuzyn, brat, syn, ta moja córka, siostra, matka? Niech inni się angażują! A ty siedź cicho – jak nasza bohaterka narodowa Dulska, jak jej mąż trzymający gębę na kłódkę. Pierz brudy w domu, zamieć najlepiej pod dywan. Za taką czystą polskość się modlimy – za polskość i moralność zapolską, a nie przeciwpolską wyśmianą niesłusznie przez Gabrielę Zapolską w jej przeciwpolskiej sztuce.
I to jest tak: to ty musisz się pogodzić sam ze sobą, ale oni też się muszą pogodzić: twoi rodzice, rodzina, znajomi, współpracownicy. To boli, bo z niczyją heteroseksualnością nikt się godzić nie musi, nie musi jej akceptować i tolerować. Jesteśmy homofobami sami dla siebie, nienawidzimy się za to, kim jesteśmy, część z nas nawet zabija się, nie mogąc pogodzić się ze swoją tożsamością – spójrzcie na ilość samobójstw wśród homoseksualnej młodzieży. Paradoksalnie dla wielu to nie żaden tam dowód na ostracyzm społeczny i dyskryminację, a jedynie na to, że homoseksualiści są zaburzeni, chorzy, słabi i może lepiej, że sami siebie eliminują – taka jakby eugenika. Przyzwolenie na mowę nienawiści trwa, bo nawet jeśli myślisz inaczej i się sprzeciwisz, to jeszcze ciebie będą podejrzewać, że to z tobą jest coś nie tak, skoro ich popierasz. I lęk zamyka ci usta, nie będziesz się mieszał, milczenie trwa. Milczenie jest przecież złotem, a złoto stoi wysoko. Hossa. Hossa obojętności i znieczulicy. Mówią tylko ci, którym odpowiada status quo, że z pedała co najwyżej można się śmiać i nic nie powinno tego zmieniać. Jak już wspominałem: w kabaretach jest mnóstwo śmiesznie przegiętych kolesi, ale jakoś z homofobów to nikt się nie nabija. Trudno się pogodzić z taką krzywdzącą nierównością. Ale nie zaprotestujesz – może nawet sam się uśmiechniesz, żeby nikt sobie nie pomyślał, żeś pedał, skoro nie  śmiejesz się z pedała.
To właśnie dlatego wielu z nas trwa w zakłamaniu, nie mówi otwarcie, bo wiemy, że ci wszyscy wokoło mogą się nie pogodzić. I jak powiesz, to zaraz mogą być wyzwiska, wątpliwości, wyrzuty i zarzuty. Ale to wszystko to taki podatek VAT od bycia sobą. Może kiedyś to się zmieni i tak samo jak heteroseksualiści nie będziemy musieli płacić żadnej ceny za swoją seksualność. Kiedyś może i w Polsce zagości cywilizacja, choć i tak wtedy będą tacy, którzy powiedzą, że to cywilizacja śmierci, skoro z pedałów nie ma żadnego pożytku w kreowaniu następnych pokoleń, a większość chorujących na AIDS to geje. Jasne, że to kara boska, bo niby cóż innego?
A jeszcze z innej strony: jak mają się czuć rodzice tych odmieńców? Przecież ciągle słyszą, że to coś nienormalnego, że trzeba się wstydzić, że powinni siedzieć cicho z tą swoją chorą prawdą i nie opowiadać, co robią w łóżku. Tak już jest – choćbyśmy i tego nawet nie opowiadali, to przecież wszyscy wiedzą, co cioty robią w tych swoich łóżkach i wizualizują sobie to, gdy tylko powiemy, że jesteśmy gejami, no nie? Matki drżą na samą myśl, że rodzina się dowie, że będą gadać. Bracia i siostry cieszą się, że ich to ominęło, nie padło na nich, ale jak dłużej się nad tym zastanowią, to orientują się, że nie ominęło ich to tak całkowicie i zaczynają szybciej oddychać, denerwują się i oblewa ich zimny pot, że jak inni się dowiedzą, to przecież odpowiednio to skomentują, zaczną coś podejrzewać.

– Ale czy trzeba od razu każdemu zaglądać w majtki i do łóżka? – spytał Marcin.
– Nie trzeba, ale ja akurat lubię. Sporo było tych historii, gdzie tylko sugestie, jakieś insynuacje i weź się tu człowieku domyśl, dopisz sobie resztę za autora.
– No dobra, a jakim językiem będziesz to wszystko pisał? Z takim przegięciem jak w tym fragmencie, który mi dałeś do przeczytania? I tak dosadnie, wulgarnie i wbrew politycznej poprawności?
– Taki mam styl, nie lubię owijać w bawełnę. Wiesz, że uwielbiam sarkazm, ironię, a czasem przerysowanie.
– To może i śmieszny język, właśnie taki dosadny, ale zobaczysz – zaraz krytycy wytoczą przeciwko tobie działa, że walczysz o tolerancję i jakąś polityczną poprawność w przestrzeni publicznej, ale jednocześnie sam używasz takiego języka pełnego ocen i dyskryminacji.
– Wiem, wiem.
– No i jak na to odpowiesz? Że ty możesz wszystko? Tobie wolno?
– Ja wiem, że zaraz mi wypomną, że czemu jak ja mówię na pedała „pedał”, to jest ok, a jak ktoś inny powie publicznie to samo, to to już jest dyskryminacja. A mi się wydaje, że tu chodzi o pewien dystans do siebie, o jakieś odkłamywanie języka albo nadawanie pewnym słowom jakichś nowych znaczeń. Jak będziemy tego „pedała” się tak bać, to on zawsze będzie tak jednoznacznie obraźliwy. A może trzeba pokusić się o próbę odczaro…
– Ja rozumiem – wtrącił się – że to tak jak w tej teorii queer, o której mi kiedyś opowiadałeś. Że słowa można odkłamać, odzyskać je, właśnie odczarować ich złą moc, tak?
– No właśnie o tym mówię.
– Ale to jak ty chcesz walczyć z tym brakiem poprawności politycznej, jeśli sam używasz języka, który obraża? Ludzie tego nie chwycą! Powiedzą, że jesteś agresywny i wulgarny. Dajesz im w ten sposób kolejny argument przeciwko samemu sobie i przeciwko wszystkim homoseksualistom. Stwierdzą do tego, że jesteś jakimś pedalskim talibem i w imię swojej chorej wizji świata uprawiasz gejowski dżihad! A może wierzysz, że usprawiedliwią cię, bo cel uświęca środki? Wierzysz chyba w cuda…
– A mi się wydaje ważny kontekst, zamiar i miejsce, w którym języka się używa. Czasami taki dosadny potrafi pomóc odreagować, zmniejszyć frustrację. A do tego wszystkiego ważna jest chyba też ta ironia, co?
– I myślisz, że wszyscy to tak skumają, wyłapią i nie posądzą cię o, nie wiem…, jakieś takie zadufanie w sobie, że ty jesteś lepszy i ty możesz, a innym to wara? To czemu taki poseł Zawisza czy inny Kurski nie może tak publicznie powiedzieć o pedałach, a ty w swojej książce możesz i to jeszcze tak prześmiewczo i bezwzględnie?
– Dobre pytanie. Ale mi się wydaje, że sytuacja publiczna to inna sytuacja niż taka literacka, która jest swego rodzaju kreacją, budowaniem świata przedstawionego przez słowa i ich dobór. Tymi słowami możesz coś mówić, stwarzasz jakąś rzeczywistość. Trzeba odróżnić obrażanie i dyskryminowanie od zwracania uwagi na obrażanie i dyskryminowanie.
– Ale to, gdybyś napisał o tym, że geje mogą pięknie się kochać i zbudował taką fikcję literacką, że żyli długo i szczęśliwie, nikomu nie wadzili i w ogóle, że ta miłość była najpiękniejsza na świecie, to to też byłoby pozytywne budowanie świata przedstawionego.
– No tak, ale świat nie jest taki jednostronny i świat to nie fikcja. Zresztą takich historii już trochę było. To wszystko jest takie iluzoryczne: biedny dobry gej przeciwko złemu światu. Przez ten ugrzeczniony wizerunek autorzy chcą zaprzeczyć temu stereotypowi, że gej to zboczeniec. Tylko że takie ocieplanie negatywnego wizerunku to wpadanie w jakąś koleinę poprawności, znowu oszukiwanie i pogłębianie tego zakłamania. Ja tak nie chcę, choć rozumiem, że to poniekąd słuszne. Lubię sytuacje bardziej skomplikowane, w których nie trzeba być dobrym w każdej minucie swojego życia i w każdej swojej myśli, aby zasługiwać na szacunek. Zresztą, jeśli na przykład bohaterowie będą się puszczać, będą mieć kryzysy i będą robić rzeczy, które większość uważa za dziwne i nienormalne, ale jednak oni sami sobie wybaczą, to my i tak mamy prawo ich skreślić, ocenić, odmówić im praw tylko dlatego, że żyją inaczej niż reszta albo inaczej niż przyjęło się oficjalnie o tym mówić? Przecież historie hetero wielokrotnie są podobne… I można nikogo innego w tym wszystkim nie krzywdzić, poza samymi zainteresowanymi oczywiście.
– A widzisz, no to tu się z tobą zgadzam. Takie historie zdarzają się bez względu na orientację. – Zamyślił się, coś jakby zaświtało mu w głowie i w końcu zapytał: – Ale jeśli będzie o tej twojej książce głośno, to czy zamierzasz się też szerzej angażować w jakieś antyhomofobiczne akcje?
– W sumie to się nad tym zastanawiam. Skoro chcę być w tym wszystkim szczery, to coraz częściej sobie myślę, że tak. I może nawet powinniśmy to zrobić razem.
– Ale czemu my? I niby co? Przecież nawet ten twój cały Witkowski się nie angażuje, Jacyków ma wszystko w dupie, Poniedziałkowi zdarza się powiedzieć coś, co delikatnie mówiąc nie robi dobrze naszemu środowisku, mnóstwo ciot siedzi w swoich szafach, a poza aktywistami mało jest takich ludzi, którym temat ten leży na sercu…
– No wiem, ale czy wszyscy muszą? Ja nikogo nie zmuszam. Mnóstwo jest ciot, które nawet na paradę nie chcą przyjść, bo po co się afiszować i w ogóle nie ma się czym przecież chwalić, żeby tak paradować po mieście. Oni często pytają, czy heterycy sobie tak paradują? Czy chwalą się swoją orientacją? I nie widzą tego, że oni przecież paradują całe swoje życie, każdego swojego dnia obnoszą się ze swoja seksualnością, nie muszą się ukrywać i w ogóle mogą o wiele więcej niż my – może dlatego, że nie są odbierani jedynie przez pryzmat swojego heteroseksualizmu albo że ich orientacja stała się przezroczysta – nawet jak robią coś burzącego publiczny spokój, to nikt nie mówi: „patrz, jacy wstrętni heteroseksualiści”, a nas to od razu od pedałów wyzywają. I ci geje, którzy tego nie widzą powtarzają tak naprawdę zarzuty prawicowców – tych wszystkich jedynie prawych i jedynie sprawiedliwych – i przyjmują ich perspektywę.
– Mi tego tłumaczyć nie musisz. Wiem, że tak jest.
– No widzisz, a do klubu to te cioty biegną pierwsze, ale żeby coś zrobić w naszej sprawie, to niestety. Ich byt polega na bywaniu, więc bywają też czasem homo, ale tylko wtedy, gdy jest łatwo i przyjemnie. Ja wiem, że się boją i wstydzą, bo nauczyliśmy się wszyscy tego lęku i wstydu, ale ile można? Tak sobie zacząłem myśleć, że skoro już chcę o tym gejostwie pisać, bo zauważam, że mogę powiedzieć coś nowego i o coś tym pisaniem zawalczyć, i skoro razem czujemy potrzebę uczestniczenia w takich paradach równości, bo przecież chodziliśmy na nie od zawsze, nawet wtedy, gdy było między nami źle, to czemu nie zrobić czegoś więcej? Zaangażować się w jakąś akcję propagowania związków partnerskich? Przecież ty też to wszystko śledzisz. Czytasz artykuły. Nie ukrywasz się przed nikim. Razem byśmy mogli dać radę, co nie?
Marcin zamyślił się. Patrzył na mnie tak niby z uśmiechem, ale tak jakby mnie podglądając.
– Bardzo się zmieniłeś, wiesz? – stwierdził.
– Ale że co? – zdziwiłem się.
– Kiedyś, jeszcze w sumie nie tak dawno temu, to mam wrażenie, że przychodził weekend i najważniejsza była imprezka, zabawa, chlańsko, może nawet i jakiś flircik, nie? – Patrzył na mnie, a ja ani drgnąłem, ale wiedziałem, że coś w tym jest. – A teraz? Nie chce ci się wychodzić. Coś piszesz albo jeśli już, to do kina sobie pójdziesz albo na kawę z kimś się umówisz, ale już bez szaleństw.
– No rzeczywiście. Trochę mi się pozmieniało. Wiesz, już nie te lata… – zaśmiałem się.
– Tylko o to chodzi? – przytulił się do mnie. – Mój biedny staruszek. Moja…
– No – wszedłem mu w słowo – z tobą do klubu to bym poszedł, ale tobie się nie chce.
– Naprawdę? No to możemy iść jutro po terapii. Ok?
– Super! – pocałowałem go w policzek. – Wytańczymy się za wszystkie czasy!
– No!
– A pamiętasz jak kiedyś poszliśmy do Toro i chyba nawet nie było między nami dobrze, a ja się nieźle schlałem i leciała Chylińska…
– No pamiętam, pamiętam. To ten straszny hicior, który już mi tak obrzydł. Ona tam śpiewa coś, że „chcę ci tyle dać, nie jesteś sam” czy jakoś tak.
– I pamiętasz, jak się wzruszyłem, płakałem ci w ramię…
– To wódka płakała wtedy! – zaśmiał się.
– A ja pamiętam, że poczułem jakąś bezradność, że cię kocham i że nie ma wyjścia z tego naszego kryzysu, bo sam nie wiem, czego chcę, czepiam się o wszystko.
– No tak. Najpierw płakałeś i mnie przepraszałeś, a potem przelizałeś się z jakimś kolesiem na parkiecie.
– To chyba nie wtedy…
– Wtedy wtedy, ty moja puszczalska – powiedział żartobliwie przez zaciśnięte zęby i ścisnął mnie za policzek, a potem po nim poklepał. – Moja bidulka…
– Oj, dobra. Było minęło, nie? Jutro tak na pewno nie będzie!
– No, mam nadzieję! Jeszcze tego by brakowało… – powiedział niby szeptem i przytulił mnie jeszcze bardziej, chwytając mnie ręką za moje slipy. Zrozumiałem aluzję, sam też miałem ochotę.
– Poczekaj, pójdę się przygotować. Zaraz wrócę. Włącz jakiegoś pornoska.

– Mamo, ty się mnie wstydzisz? – Siedzimy przy kuchennym stole. Kończymy herbatę, wróciliśmy z zakupów. Pomagałem jej przytargać siaty.
– A czemu tak myślisz? Zawsze byłam z ciebie dumna.
– Oj wiem, ale chodzi mi o to, czy wstydzisz się tego, że jestem gejem? Gdyby ktoś w pracy cię spytał, czy mam dziewczynę, to co byś powiedziała?
– Jak to co? Już wszystkim powiedziałam, że jesteś gejem i że jakie to straszne, że przez tak długi czas musiałeś się męczyć ze swoją orientacją, bo wiadomo jak jest w dzisiejszej polskiej szkole i jak jest w naszym katolickim społeczeństwie.
– Naprawdę im tak powiedziałaś? – spytałem lekko oniemiały. Nie nadążałem, nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę.
– No naprawdę. Czemu miałabym cię okłamywać?
– I co powiedzieli?
– Trochę ich zatkało. Mańka się tylko spojrzała, Marcin udał, że nie słyszy, Aśka powiedziała, że jej brata córka lub ktoś taki jest chyba lesbijką, a pani Wiesia – wiesz, ta starsza, co siedzi w  kadrach – powiedziała, że to dla niej to też straszne, bo przecież sobie tego nie wybraliście.
– A pan Michał?
– On nie żyje. Nie mówiłam ci? Miał udar.
– Nie wiedziałem.
– No już ze trzy lata będzie… – dokończyła i zamyśliła się. Pan Michał przychodził czasem do nas do domu. Zachowywał się jak jakiś absztyfikant, przychodził z kwiatami, winami, ale mama nie miała ochoty na nic więcej niż tylko przyjaźń, co wcale nie działało na niego odstraszająco.
– Czyli nie było aż tak źle, co? – spytałem po krótkiej chwili.
– A tak. – Odwiesiła się. – No na koniec jeszcze im powiedziałam, że nie życzę sobie żadnych prymitywnych docinków i kawałów o pedałach.
– Nieźle. Może zaczniesz działać w jakichś strukturach organizacji zrzeszającej matki i ojców gejów i lesbijek, co? – ironizowałem, ale zadowolony, uśmiechnięty.
– Ty się nabijasz, a ja chyba dobrze im powiedziałam, co?
– No pewnie, że dobrze. Jestem z ciebie megadumny!
Ona naprawdę była jakaś niesamowita. Nie podejrzewałem jej kompletnie o taki brak problemowości, takie wyczucie i determinację.
– A nie jest ci z tym źle, że prawdopodobnie nie będziesz miała wnuków? – wypaliłem po kilkunastu sekundach jej krzątania się po kuchni i mojego zbierania myśli, których zawsze w głowie było mnóstwo, a teraz jakby pustka. – No wiesz, że nie przedłużę naszego rodu i takie tam?
– No i co takiego się stanie? Zresztą może kiedyś będą tu możliwe adopcje i będziecie mogli zaopiekować się z Marcinem jakimś dzieciakiem.
– Ta! – jęknąłem. – Wierzysz chyba w bajki… – powiedziałem jakoś odruchowo, chociaż sam w sumie zaczynałem wierzyć, że kiedyś się to wydarzy. – Ale nie wiem, czy my chcemy, wiesz? Czasem tak, czasem nie… Tak naprawdę to to dziecko miałoby bardziej przesrane niż my…
– Ale świat się przecież zmienia. Może za kilka lat będzie już inaczej. Jeśli pytasz, czy chciałabym być babcią, to pewnie, że bym chciała. Ale nic się nie stanie, jak nie będę. To twoje życie i nie mogę oczekiwać, że mnie będziesz uszczęśliwiał na siłę. – Przegryzła kruche ciasteczko, wzięła łyk herbaty i uśmiechnęła się do mnie. – Ale i tak jestem pewna, że bylibyście świetnymi rodzicami, wiesz? A te absurdy powtarzane przez debilnych szczekaczy, że homoseksualiści wychowają homoseksualistów to jakaś totalna głupota. No ja i ojciec byliśmy hetero i patrz! No chyba że czegoś nie wiem! – uśmiechnęła się. – Jak dziecko będzie miało być takie, to takie będzie, nawet z heteroseksualnymi rodzicami.
– No raczej – skwitowałem.
– A ty co opowiadałeś swoim znajomym, jak tyle czasu żyliśmy trochę z dala od siebie? Że wyrodna matka cię odrzuciła? – wydukała, a w jej głosie można było usłyszeć zawstydzenie przemieszane z nadzieją, że tak jednak nie było.
– No czasem mówiłem, że nie jest ci chyba łatwo i że nie do końca akceptujesz moje życie.
– No widzisz… Może tak to wyglądało, ale ja akceptuję, bo nie ma nic bardziej strasznego niż unieszczęśliwiać się na siłę, obwiniać, szukać dziury w całym. Teraz to wiem. Szkoda, że dopiero teraz, ale chyba lepiej późno niż wcale, nie? – Spojrzała na mnie jakby błagająco. Pokiwałem głową. – I wiesz? Ja cię akceptowałam zawsze, tylko tę głupotę z tym rakiem wymyśliłam, żeby ukryć, nie mówić. To było głupie, ale w to brnęłam i…
– Wiem, mamo – wtrąciłem się – mówiłaś już o tym, no ale stało się. Ważne, że teraz jest dobrze i że jesteś zdrowa.
– I ważne, że jesteś, jaki jesteś i kocham cię bardzo, wiesz? – mówiąc to przytuliła mnie mocno, a potem pocałowała w policzek. – No ale dobra, bo się zaraz rozkleję i makijaż mi popłynie.
– No widzę, żeś taka umalowana. Jakaś randka z Krzysztofem?
– Przychodzi później. A u was dobrze?
– Tak, wczoraj po terapii byliśmy nawet na imprezie. Dawno razem nie wychodziliśmy, ale było bardzo fajnie. Marcin się tak roztańczył, mówię ci! Niespodziewanie się spił i musieliśmy zostawić samochód pod klubem. Dziś dogorywa z kacem. Potem musi pojechać po samochód.
– To niech jutro odbierze.
– Jutro nie może, bo coś tam robi.
– Acha. No to dobrze, że u was dobrze. – Mama pogładziła mnie po policzku jakbym był małym chłopcem. – Ta terapia naprawdę działa?
– Działa, działa. Teraz myślę, że bardzo dobrze, że na nią poszliśmy. W sumie łatwiej byłoby się rozstać, zerwać ze sobą i znaleźć kogoś innego, przynajmniej tak się nam zdawało na początku. Teraz wiem, że było warto. I terapia działa, ale nie załatwia wszystkiego. Na pewno kontakt z tobą i to wszystko, co mi powiedziałaś dało mi do myślenia. Chyba odpowiedziałem sobie na pytania: „czego tak naprawdę chcę?” i „co jest dla mnie ważne?”. A terapia pomogła do tego wszystkiego dojrzeć, poukładać to.
– To dobrze. Bardzo się cieszę i trzymam kciuki. – Uśmiechnęła się i czule zmierzwiła mi grzywkę na czole. – A powiedz mi, przyszła niedziela nadal aktualna? Przyjdziecie?
– No chyba tak. Krzysiek się trochę stresuje, ale nie mówił, że nie.
– Powiedz mu, że nie gryziemy i nie przyjmujemy gości w kusych strojach. Przynajmniej nie tych hetero – dorzuciłem.
– Ale z ciebie żartowniś?!
– A, mamo, wiesz? – przypomniało mi się. – Jeszcze o jedno chciałem cię spytać, a właściwie ci coś powiedzieć.
– No, dawaj…
Trochę się tego bałem, ale muszę jej o tym powiedzieć.
– Pewnie pamiętasz, że kiedyś pisałem wiersze, nie?
– A pewnie, że tak Niektóre nawet dawałeś mi czytać. Dużo o śmierci i nieszczęśliwej miłości. No i co w związku z tym? Piszesz nadal?
– Piszę, tylko teraz nie wiersze, a powieść. Pisałem też trochę opowiadań.
– Tak? To super! A chcesz to wydać, tak? No to patrz, jak dobrze, że nie umarłam przez tego raka, bo bym nawet nie miała szans przeczytać!
– Świetne żarty, wiesz?
– No trzeba umieć się śmiać nawet z takich rzeczy, no nie?! – rzuciła zadowolona. – Ale lepiej mów, o czym ta twoja powieść?
– A widzisz… To właśnie nie jest wcale taki neutralny temat. Piszę o gejach, a wiesz jak to jest w tym kraju? Jakoś gejostwo zawsze mnie interesowało, może dlatego, że się na tym trochę znam i doświadczam tego na co dzień. No i zawsze to był taki temat tabu i zakazany owoc, więc ciągnęło mnie do tego zawsze. Nie wiem, czy zdawałaś sobie z tego sprawę, ale już pod koniec podstawówki czytałem sporo gejowskiej literatury.
– No chyba nie tylko literatury… – rzekła z przekąsem. – Nie pamiętam, czy ci mówiłam, że kiedyś znalazłam w łazience gazetkę z całkiem gołymi facetami – uśmiechnęła się. – Ładni byli.
– Spuśćmy na to zasłonę milczenia – powiedziałem się i chrząknąłem, czerwieniąc się. – Chyba bardzo chcesz mnie zawstydzić… No ale ja o tych książkach zacząłem mówić, bo czytając te wszystkie powieści, miałem ciągle jakiś taki niedosyt i ciągle w sumie go mam, bo jakoś nadal mało jest takiej literatury, która mówi głębiej niż te grzeczne historyjki o potrzebie tolerancji, te zakamuflowane historie, inteligenckie brednie i te smutne opowiadanka, że geje i lesbijki to mają tak strasznie. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.
– No to pisz. Bardzo dobrze. Pisz, jeśli tylko to lubisz. Ale właściwie o co chcesz mnie zapytać?
– Bo, widzisz…, ja chciałbym to wydać pod swoim nazwiskiem, czyli i pod twoim. Może dlatego, że jestem z Marcinem już dość długo i że obaj chodzimy na tę terapię, jest coraz lepiej, staramy się, no i w ogóle zawsze chodzimy na parady, jakoś nie ukrywamy się tak jak mnóstwo osób w tym kraju, to czuję jakąś taką odwagę i chciałbym nie wymyślać pseudonimu, tylko mieć swoje nazwisko i swoją twarz. – Mama patrzyła na mnie z zaciekawieniem. – Bo ja wiem, że nie robię nic złego. No ale ze względu na temat może zrobić się o tym głośno i uruchomi się lawina telefonów od ciotek, wujków i kuzynów, a może i dojdzie to do sąsiadek i tych twoich znajomych z pracy. I zaraz przybiegnie ten wścibski babsztyl z naprzeciwka i będzie węszyć. I pójdą w ruch te wszystkie epitety, że jestem chory, zboczony, zdegenerowany i w ogóle, że wstyd i pokaranie boskie. I ty też będziesz musiała się z tym zmierzyć… Ciebie też odpowiednio nazwą…
Słuchała mnie najpierw z uwagą, a potem jakby się zawiesiła. Spojrzała nagle przez okno, zamyśliła się i jakby zniknęła gdzieś daleko. Nie chciałem napierać, żeby od razu coś mówiła. Prowadzony kierunkiem jej spojrzenia wyjrzałem na zewnątrz, ale mój wzrok zatrzymał się na geranium stojącym na parapecie, które miało kilka bardzo pożółkłych lub już całkiem suchych liści, których mama nigdy nie obrywała, czekając aż same opadną. Wstałem i oberwałem je. Lubiłem ich cytrynowy zapach zostający na opuszkach palców. Prawie wszystkie listki wyrzuciłem do kosza, zostawiając sobie tylko jeden, jeszcze nie całkiem suchy, który chciałem dla zapachu pomiętosić w dłoni, a następnie usiadłem z powrotem na taborecie. Zauważyłem, że mama znów jest tu i teraz – wróciła i spoglądała mi prosto w oczy, jakby chcąc zajrzeć w nie bardzo głęboko i coś odszukać, ale niczego nie mówiła.
– I co, mamo? O czym myślisz? – przerwałem ciszę.
Ciągle we mnie wpatrzona robiła jakby taką minę, że jest zła lub że ma mi coś za złe – tak przynajmniej mi się zdawało. Jakaś stała się taka zimna. Patrzyła tak intensywnie, jakby chciała mnie prześwietlić na wylot.
– A jak tam wasi sąsiedzi? – nagle spytała. – Wiedzą?
– Czy wiedzą o nas?
– Że jesteście razem, że jesteście gejami…
– No nikt im wprost tego nie powiedział, ale chyba nietrudno się domyślić, co? Tyle lat razem, to już nawet przestali w żartach pytać, czy przychodzą do nas koleżanki, bo bywało, że i o to nas wypytywali gdzieś w windzie lub na korytarzu. Kiedyś może myśleli, że my to jakaś rodzina, kuzyni, bracia lub coś, ale chyba już zwątpili i teraz już raczej tak nie myślą. – Zrozumiałem, że mama się boi, że jest to lęk o świat zewnętrzny. – Ale nie wszyscy to jacyś tam pisowcy – zresztą chyba nie wszyscy pisowcy to od razu homofoby. W każdym razie odpowiadają nam na „dzień dobry”. No może nie każdy, ale większość. Ale nie wiem, czy to znaczy, że wiedzą albo nie wiedzą. Wiesz, my nie jesteśmy z tych, co chodzą pod rękę i całują się publicznie – powiedziałem i od razu nie polubiłem tego, co usłyszałem. Nie chciałem, aby tak to zabrzmiało, więc zaraz dodałem: – Wolimy to zachować na sytuacje domowe, klubowe. Nie dlatego, ze się wstydzimy, tylko po prostu robimy to tam, gdzie czujemy się bezpiecznie.
Zamyśliła się ponownie i popatrzyła na mnie ciągle zaniepokojona.
– A ktoś ciebie lub Marcina kiedyś pobił lub coś takiego? No poza tym tramwajem…
– No tak wtedy to było oczywiste. Ale jak widać, nie ma tego złego… Nawet chciałem taką scenę umieścić w książce, że jakiś gej pobity kiedyś przez dresów lub skinheadów, gdy widzi na paradzie, że jacyś agresywni geje zadymiarze biją jakiegoś naziola, to on staje w jego obronie, ale…
– Geje zadymiarze biją naziola? – powtórzyła z niedowierzaniem lub jakby uczyła się nowego obcego języka. – Jest coś takiego? Co to ci zadymiarze?
– Nawet coś w tym stylu może się zdarzyć. Takie anarchistyczne środowiska, nawet niekoniecznie gejowskie, ale po prostu anarchistyczne. Zresztą geje to też nie tylko przegięte ciotki. Ale mimo wszystko taka sytuacja wydała mi się naiwna w tym swoim zbytnim idealizmie.
– No ja bym im też przypierdo… no ten tego, wiesz co mam na myśli. – Jakby odzyskała humor, lekko się nawet uśmiechnęła.
– Wyobraź sobie, że właśnie myślałem o takiej scenie w książce: żeby takiemu jednemu tak dla przykładu wpierdolić za moją historię z dresami, za tych wszystkich homofobów, za akcję „Hiacynt”, za Ku Klux Klan, za holocaust, za apartheid – po prostu za całe zło tego świata! Ale potem tak pomyślałem, że w sumie to to jest kiepskie, bo naiwne jest sądzić, że ci wszyscy, których my wrzucimy do worka z napisem „wykluczeni” staną za nami murem. Ci wszyscy czarnoskórzy, Żydzi, żółci, Cyganie, imigranci nie wstawią się za nami z automatu, tak jak nie wszyscy geje z automatu chcą popierać akcje promujące wychodzenie z szafy, parady, walkę na rzecz związków partnerskich.
– No dobrze, ale mnie interesuje, czy kiedyś tak naprawdę od kogoś dostaliście? Czy ktoś was zaczepiał lub obrażał, a nie to, co ty z tym zrobisz w książce?
– Rozumiem. Mnie w sumie poza tym tramwajem to nie –zdarzały się jakieś tam nieistotne sytuacje, ale to w sumie nic takiego. A Marcina raz jeden napruty sąsiad wyzwał od pedałów, ale tak niby w żartach. Na trzeźwo nigdy nic nie mówi. A mnie to raczej nic. Choć przecież zawsze można usłyszeć dużo takiej mowy nienawiści, jakichś niby niewinnych uszczypliwości, głupich tekstów, które nawet ktoś może sobie nie zdawać sprawy, że ranią. Ludzie chcą dowalić na pedała, bo to najczęstsze i najbardziej obraźliwe wyzwisko i to już smutna norma. Ludzie nie wiedzą, jak to może zaboleć, choć często mówią te swoje głupoty zupełnie nieświadomie. Dlatego ja lubię mówić oficjalnie, że jestem gejem, aby uprzedzać takie niezręczne sytuacje. A jak wiedzą i mimo to obrażają, to wiem, co to za ludzie. Dlatego ty też powiedziałaś o mnie w pracy – żeby wiedzieli. Bo jak ludzie wiedzą, to zazwyczaj głupio im wyjechać z takimi jawnie homofobicznymi tekstami. Tak więc u mnie to od czasów szkoły względny spokój. No ale jak mówię – nie afiszujemy się zbytnio, żeby w łeb nie zarobić.
Mama znów się zamyśliła. Patrzyła na mnie i chyba nie wiedziała, co powiedzieć. Westchnęła sobie głęboko, przekręciła się bokiem do stołu i założyła nogę na nogę.
– I teraz w tej książce tak wszystko opowiesz, tak? I to będzie takie bezpieczne?
– Oj wiem, że to tak może wyglądać, ale przecież ci prostacy raczej do tego nie zajrzą, nie?
– Ale cię odpowiednio nazwą. Nie martw się…
– No ale to mam siedzieć z założonymi rękami? Oni nazywają mnie tak bez względu na to, czy ja piszę taką książkę, czy jej nie piszę.
Zdenerwowała się, widziałem to. Gdyby tak jak kiedyś paliła papierosy, to właśnie to byłby ten moment, żeby wstać i sobie zakopcić. Wstała i swój pusty kubek wstawiła do zlewu. Zajrzała do szafki z kubkami, ale niczego nie wyjęła, tylko znów usiadła na taborecie.
– Ojejku jejku… – wzdechnęła jakby ciężko. – No dobrze, ale dasz mi przeczytać jakieś fragmenty? To już jest gotowe?
– Jeszcze ciągle piszę. Ale już mam całkiem sporo.
– A Marcin co na to?
– Też jeszcze nie wszystko czytał. Tylko jakieś kawałki. I też ma wątpliwości. Mówi, że ta książka jest zbyt odważna, bezpruderyjna i wulgarna, a na dodatek, że paradoksalnie może bardziej zaszkodzić sprawie niż pomóc.
– Co to znaczy: odważna?
– Odważna, jeśli chodzi o język, o seks, dużo dosadności, nieuciekanie od trudnych tematów.
– Czyli że to jakaś pornografia?
– Pewnie też, bo sporo jest tam momentów, gdzie nie zatrzymuję się, a gdzie inni pewnie by się zatrzymali. Jednak patrząc na to z innej strony, to dużo jest w tym ironii, humoru i zabawy słowem. Ale faktycznie tak jest, że chcę pokazać wszystko. Taki mam plan.  No wiesz, że geje są rożni, ich potrzeby są różne, zmieniają się i że wszystko jest ok, o ile siebie nie krzywdzą i chcą pracować nad tym, aby było lepiej – jak u heteryków.
– Ale o czym ta książka w ogóle jest? – dopytała.
– O dwóch facetach chodzących na terapię dla par – rzekłem i od razu wiedziałem, co ona na to odpowie.
– Czyli o tobie i Marcinie, tak? To jakaś biografia?
– Nie! To tak jakby na naszym przykładzie, ale zmyślam sytuacje i bohaterowie też są zmyśleni. Sporo jest tam z rzeczywistości, ale to nie jest przecież żadna książka fantasy, więc po prostu czerpię z tego, co mnie otacza. Także tego, czego sam doświadczyłem. Ale to nie jest kalka 1:1, tylko fikcja.
– Dobra, jestem ciekawa. Ale chciałabym najpierw przeczytać zanim się wypowiem. Prześlij mi na mejla pracowego, to ci powiem, co sądzę.
Odeszła od stołu i zaczęła nalewać wodę do czajnika. Postawiła na ogień. Miałem jej kupić elektryczny, ale ciągle uważała, że za dużo prądu zżera. Jak kiedyś jej matka.
– Chcesz jeszcze herbaty? – Znów zajrzała do szafki i wyjęła nowy kubek.
– Nie, dzięki.
Nasypała łyżeczkę cukru, a z blaszanej puszki wyjęła jednego szczura i wsadziła go do kubka.
– Dziecko, ja się po prostu boję, wiesz? – Podeszła do stołu, ukucnęła przede mną i złapała mnie za ręce. Mówiąc dalej, potrząsała nimi w przejęciu. – To znaczy cieszę się, że piszesz i w ogóle. Już dawno temu wydawało mi się, że masz talent; wtedy, gdy czytałam te twoje wiersze pisane w liceum. Byłam taka dumna, gdy wydrukowali cię pierwszy raz, a potem drugi i trzeci. Nie wiem, czemu tak cię broniłam przed tą polonistyką. Przecież dałbyś sobie radę ze znalezieniem pracy. Teraz mnóstwo ludzi i tak nie pracuje w wyuczonym zawodzie. Ale ja po prostu boję się, że po takiej powieści oni cię zmieszają z błotem, że nie dadzą ci spokoju, nazwą cię każdą najgorszą obelgą. To nie będzie słodki lub smutny wiersz o miłości, tak? To będzie powieść o gejach, pedałach, jak oni mówią! Dasz radę?
– Ja chyba dam, ale czy ty dasz, bo to ty będziesz matką tego potwora? Ty też wyjdziesz wtedy z szafy…
Nic nie odpowiedziała. Tylko patrzyła na mnie – raz w jedno moje oko, raz w drugie. Była jakaś taka rozedrgana. Prawie zaczęła płakać. Schowała twarz w dłoniach.
– Mamo, co się dzieje? – Wstałem i podciągnąłem ją do pozycji stojącej.
– Nic, tylko tak sobie myślę, że trudno chyba żyć z takim przekonaniem, że się jest potworem…?
– Ja nie mam takiego przekonania. To inni tak sądzą. Przyzwyczaiłem się, wiesz? Już to nie boli tak jak kiedyś, ale bywało ciężko, zwłaszcza gdy byłem dorastającym samotnym chłopakiem i jakoś czułem, że nie ma dla mnie ratunku. Teraz jestem bardziej odporny, nieczuły na takie bzdety, bo znam swoją wartość. I myślę, że trzeba coś z tym zrobić, trzeba działać, bo to nigdy się nie zmieni jak będziemy siedzieć z założonymi rękami i czekać aż ktoś inny się tym zajmie. Nie może być tak, że w naszym imieniu ciągle mówi Gazeta Wyborcza, profesor Środa, Żakowski, Grodzka, działacze albo anonimowi ludzie ze zmienionym głosem i zakrytą twarzą.
– I to musisz być akurat ty? – spytała przerażona.
– Mamo, a powiedz mi: kto? Muszą być zwykli ludzie, którzy mają nazwiska, twarze, nie wstydzą się, nie boją. Kto, jeśli nie ja? I dlaczego właśnie nie ja? Chyba dorastam do tego, aby być jednym z tych, co walczą, ale nie chcę cię zranić przy okazji tej mojej walki. Może być z tego niezłe tornado…
Puściłem jej dłonie, bo woda się zaczęła gotować, zalałem jej herbatę i postawiłem na stole. Ona już siedziała na moim dotychczasowym miejscu. Przysunąłem sobie taboret i usiadłem.
– Wiem. – Spojrzała na mnie, położyła swoje dłonie na moich policzkach i jakby je poklepała. – Tornado, mówisz? Oj, ty mój dzieciaku… A ja nigdy nie przeżyłam tornada, wiesz? – powiedziała i się głupio zaśmiała.
– Ale śmieszne?! No nie mogę!? Jesteś mistrzynią zmieniania tonów od płaczu po głupawą radość… Już wiem, po kim to mam.
– A co mam płakać z tego powodu, że mam cudnego syna, który chce walczyć w słusznej sprawie? Jestem z ciebie dumna, wiesz?! – Patrzyła na mnie rozchmurzona. – I nie mam się czego wstydzić. Chyba czas uodpornić się na te dyrdymały wypowiadane przez tych niedouczonych debili, bo czasem inaczej się nie da o nich powiedzieć, co? Tylko… oni cię zaszufladkują. Będziesz pedałem na wieki wieków…
– Mi to nie przeszkadza. Łatki to ich sprawa. Pytanie, czy tobie nie będzie przeszkadzać, że będziesz matką pedała?
Popatrzyła na mnie, jakby chciała mnie prześwietlić i odpowiedziała tak sprytnie, że sam bym tego lepiej nie wymyślił:
– Już nią jestem. To co? Prześlesz mi jakieś fragmenty?
– Prześlę – rzuciłem natychmiast i uściskałem ją.
– Boję się, ale fajnie. To przeczytam do niedzieli i dam ci znać.
– Też się boję. Nigdy nie dawałem swojej rodzicielce niczego swojego, co tak wprost będzie mówić o seksualności w łóżku i poza nim, także mojej seksualności…
– Nie martw się. Twoja matka też już nie jest taka święta.
– Serio? – zapytałem skonsternowany.
– Wybacz, ale może następnym razem zbiorę się w sobie i o tym ci opowiem.
Nic nie odpowiedziałem, tylko spojrzałem na nią nieco skołowany.
– Żartowałam! – wrzasnęła. – Nie myśl, że już nie mam żadnych hamulców. Jesteś moim dzieckiem!
– Ty jesteś moją matką i dlatego możesz przerazić się tego, co przeczytasz.
– Przeczytamy, zobaczymy!