Rozdział 14

Tak – być brudną szmatą – przynajmniej w fantazjach – to to, co zawsze umiałem bardzo dobrze. Fantazja powtarzała tych kilka ulubionych scenariuszy, dowodząc swoich ograniczeń i nieomal niezmiennego zespołu fetyszy i pragnień. Czasami potrafiłem godzinami siedzieć w necie i oglądać tony zdjęć, filmów, sprośnych stron, a mój penis mógłby zapewnić mi wygraną w masturbatonie, czyli maratonie masturbacji, bo słyszałem, że takie imprezy odbywają się w bardziej wyzwolonych miejscach niż nasza smutna pruderyjna Polska. Masterpiece of masturbation. Miałem permanentną chcicę. Łechtałem swoje ego tak, że nawet superego machało ręką (której nie miało), na ten pierwiastek niemoralności i zła zawierających się w tych niskich, prawie czysto (a właściwie brudno) fizjologicznych potrzebach, objawiających się fizjonomiczną radością i ekstatycznym spełnieniem. Wiele sobie wyobrażałem, bardzo wiele. I wbrew dzisiejszemu powiedzeniu, aby nie dawać ciała, ja swoje ciało chciałem dawać, rozdawać i nie wiem, co mnie trzymało, aby z tej chęci nie przejść do czynu. Właziłem na portale, gdzie od razu dostawałem fiutami po oczach i wciągało mnie to – chłonąłem, szukałem, chciałem więcej i właściwie zaraz to sobie samemu dawałem, bo w necie wcale nietrudno było dokopać się do treści, które mogłyby zadziwić niejednego mojego znajomego – że takie rzeczy mnie kręcą, że potrzebuję takich emocji i podniet – a i zadziwiało to mnie samego, bo kiedyś tak nie było, a i wydawało mi się to przecież obleśne, ale akurat dziś i w wykonaniu tych seksownych gości jest to szalenie pociągające. Na różnych filmach działy się takie niestworzone rzeczy, że w głowie się to pomieścić nie mogło, że na ekranie one się jakoś stworzyły, a ci aktorzy mieścili to wszystko nie tylko w głowie, ale i w innych pojemnych zakamarkach swojego ciała. Widać to magia mediów, że tam niemożliwe staje się możliwe. A może wystarczy wyłączyć myślenie, a włączyć działanie i iść na całość? Ludzie doznawali tam takich orgazmów, że sama Meryl Streep by lepiej tego zagrać nie potrafiła. Hektolitry spermy lały się strumieniami, a ja ciągle marzyłem, że to, co było na ekranie, da się także zrealizować w życiu realnym – ze mną w roli głównej. Fantazjowałem, że kiedyś doświadczę tego, co ci kolesie tak brutalnie sponiewierani przez innych i że będzie równie ostro, brutalnie, ale i przyjemnie w rzeczywistości, jak potrafi to wyglądać na filmie lub w fantazjach. Marzę, żeby ktoś, a może nawet kilku facetów naraz tak mnie przedrylowało, przedmuchało, rozjebało, że na dupie nie usiądę, a jak usiądę, to będzie boleć, przypominając, że było niewiarygodnie dobrze. Przyjemność w seksie potrafi boleć całkiem przyjemnie. Mówi się, że dupa to najlepszy krytyk – to powiedzenie działa nie tylko w przypadku kina i teatru, ale także dobrego analnego seksu. Zapewniam, że wiem o czym mówię.
A więc jestem zboczoną świnią, a właściwie zostawmy tę świnię w spokoju, bo zboczeni bardziej niż świnia potrafią być na pewno tylko ludzie, a zwłaszcza ich szczególny gatunek – pedzie. Nie ma co tego ukrywać. Świata nie oszukamy – mamy w tym względzie spore osiągnięcia. Często opanowuje mnie ten stan myślenia fiutem i cofam się wtedy w czasie, przestaję być homo sapiens i staję się homo erectus. I stoję, i mi stoi – nic więcej się nie liczy. Ograniczam się do widzenia fiutem, swoją erekcją. I właśnie tak myśli o mnie spora część społeczeństwa, chociaż wcale nie zna moich myśli, moich pragnień, moich seksualnych i pozaseksualnych doświadczeń. Myślą, że jestem zboczony i że jestem świnią. Biedne świnki – im też się tak niesłusznie dostaje, choć przecież one potrafią być mądrzejsze niż psy i koty razem wzięte – spójrzcie na Babe, świnkę z klasą.
Ale cóż zrobić? Jestem szmatą i już, bo w łóżku robię z innym mężczyzną to, co oni – heterycy – myślą, że robię, a tak świntuszyć to tylko zboczone świnie mogą. (Knury, dodam w nawiasie, bo my to robimy jak knur z knurem). Albo nie: żeby nie czepiać się świń, które przecież mogą mieć jakieś uczucia, niech będzie, że jestem tylko tą szmatą i się szmacę. Nie mam uczuć – jak na szmatę przystało. Więc nawet gdybym był grzeczny od rana do wieczora i od wieczora do rana, to ludzie i tak wiedzą swoje. Oni nie chcą nawet o tym myśleć, co my w tym łóżku potrafimy wyczyniać, ale jak myślą o nas, to właśnie myślą tylko o tym, co robimy w łóżku z tym innymi mężczyznami i to nie ich wina, że inaczej nie potrafią i tylko to wstrętne przychodzi im do głowy: te odbyty, penetracje, obciąganie i inne grzeszne oraz ordynarne obopólne mężczyzn się dotykanie, poniewieranie, deprawowanie i ta cała mechaniczna kopulacja bez prokreacji przyczyniającej się do wzrostu populacji. Wszystkie pedały są takie: plugawe do szpiku kości i egoistyczne. O nic więcej tam nie chodzi; tylko się ruchają i nic więcej! I z tego łóżka to w ogóle nie wychodzą! Są jałowi, bezużyteczni i wstrętni w oczach Boga i każdego porządnego człowieka. A ta afirmacja homoseksualistów i coraz bardziej liberalne poglądy w społeczeństwie to tylko oznaki zgnilizny czasów, upadku obyczajów, zbliżającego się końca świata, bo gdy pedalstwo świat zaleje, to ten świat umrze – przecież te cioty same sobie dzieci nie spłodzą! (Jeszcze tego by brakowało, aby cioty się rozmnażały!). I dlatego myślą o mnie z obrzydzeniem i że nawet nie jestem wart splunięcia, ale mimo to plują, a mi jakoś trudno udawać głupa i mówić, że to tylko deszcz pada. Odmawiają mi praw i odmawiają modlitwy, żebym smażył się w piekle, czyli tam, gdzie moje miejsce. Niektórzy gdyby mogli, to może i by mnie ukamienowali – kara śmierci za homoseksualizm w niektórych państwach nadal istnieje i są tacy, co twierdzą, że całkiem słusznie… I w sumie to powinienem zachować te wszystkie wstrętne szczegóły dla siebie i nie wspominać w ogóle, że jestem homo, bo to nie ich wina, że gdy tylko się dowiedzą, to zaraz narzuca im się obrzydliwy obraz dwóch mężczyzn mających chore inklinacje i uprawiających straszne bezeceństwa w tych biednych bezczeszczonych łóżkach, które powinny być przecież plenerem tylko dla tej jedynie słusznej formy miłości po bożemu dającej owoce w postaci płodu, który jest istnieniem ludzkim, choć jeszcze nienarodzonym. I amen, czyli niech tak się stanie! Ale jest w tym wszystkim jakiś paradoks, bo jak wspomnę, że jestem homo, to jestem bezwstydny, a jak nie powiem, to jestem zakłamany. I tak źle, i tak niedobrze… A ja myślałem, że to tylko cioty tak trudno zadowolić. Zresztą warto także zauważyć, że gdybym całe życie się nie przyznawał do swojej orientacji, gdybym szedł w zaparte, że nie jestem żadnym tam homo – gdybym tylko milczał, udawał, oszukiwał siebie i innych – to wszystko byłoby w całkowitym porządku. Wtedy zasługiwałbym na te prawa, na które jako homo nie zasługuję. Ciekawe, co?
A odpierdolcie się wy wszyscy świętojebliwi popaprańcy, którzy tylko w założeniu wyglądacie słitaśnie i normalnie i tylko w deklaracjach jesteście dobrzy i tacy świat przed zagładą ratujący. Pod dywanem, za kłamstwami, pod skórą, w piwnicach, gdzieś z tyłu głowy, w najskrytszych i nigdy niewypowiadanych pragnieniach – wszędzie tam skrywacie prawdę o sobie. Mam powiedzieć co o was myślę? Tak dosadnie? Albo powiem spokojnie, ale z ostrzem słowa, które potrafi dopiec. Jesteście hipokrytami. Zabolało, nie? I tak dowalę wam jeszcze później, bo nie umiem się opanować i powstrzymać. Skoro wy tak dokładacie do pieca i po nas hurtowo jedziecie, to jest też kilka spraw, którymi można hurtowo was podsumować, a nawet nimi wam dojebać bez mrugnięcia okiem. Nietrudno o ten jad – on się uruchamia sam z siebie jakby w odwecie na wasz jad. Nawet chciałem napisać coś takiego do gazety, coś na kształt artykułu. Tak podsumować tę heteroseksualną hipokryzję wylewającą się głównie w internetowych komentarzach anonimowych użytkowników; w tym bełkocie, bluzgu, polewce, niekontrolowanym pojaździe. My też czasem w sposób kompletnie niekontrolowany mamy chęć wyrzucić z siebie wszystkie pretensje, ale kto by to wydrukował? W gazetach trzeba bułkę przez bibułkę; tam nie puszczą takiego niekulturalnego, pełnego złości pojazdu na zakłamanie.
Zacznę od tego, bo to bardzo ważne: chciałbym zaznaczyć i choć wiem, że posłuchu raczej mieć nie będę, to powiem to głośno: jestem różnorodny! Mogę być perwersyjny i mogę być uduchowiony, mogę być przewidywalny, a mogę zaskoczyć samego siebie. Nie jestem taki sam jak inni i w ogóle nie chcę być taki sprowadzony do wspólnego mianownika. Zaraz powiecie, że ja też dowalam masowo, generalizuję, rozjuszony walę na oślep. Wy kontra ja. A proszę bardzo! Nauczyłem się tego od kogoś – to lata nauki i ta nauka nie poszła w las. Też mam potrzebę dowalenia i takiego masowego pierdolnięcia, chociaż wiem, że sytuację trzeba by było zniuansować, że nieprawdziwe są wszelkie generalizowania i że niedobrze jest tak pomijać jednostki. Zatem nie oczekujcie, że ocalę wasze indywidualności od uogólnienia. Poczujcie się tak samo oskarżeni, jak ci najgłośniej krzyczący i plujący. Nas też tak traktują, jakbyśmy byli jedynie klonami tych utrwalonych wizerunków nas samych. Pewnie dlatego niektórzy homoseksualiści chcą z nas zrobić normalsów, podciągnąć pod wspólny mianownik z czymś, co bierzemy za normę człowieczeństwa w ogóle. Na siłę chcą z nas wszystkich zrobić podobnych do heteroseksualistów – i to za wszelką cenę. Co jakiś czas występuje u Ewy Drzyzgi lub w innych telewizyjnych tokszołach jakiś gej i próbuje emocjonalnie apelować do sumień ludzkich, przekonywać wszystkich, że nie jest wielbłądem, słoniem, orangutanem, mrówką ani tym bardziej żadną zboczoną świnią, ale jest taki sam jak reszta – całkiem normalny, bidulek. Za wszelką cenę chcemy pokazać, że geje są normalni, że są dobrzy ponad miarę i wbrew temu, co się o nich/o nas wygaduje. Uciekamy od tej łatki zboczeńca i degenerata, którą nam przyszyto. Nogi nam się plączą, sami je sobie podstawiamy, gubimy się. A ja się pytam: czy trzeba być dobrym hetero, aby zasługiwać na prawa, jakie wszystkim hetero przysługują? Wszyscy hetero są z założenia prawi, dobrzy i niezboczeni? Chciałoby się. Tak samo jest ze związkami partnerskimi. Mówią, że źle robi tej ustawie takie sprzedawanie jej jako projektu tylko dla środowisk LGBT. Tak, schowajmy się za hetero: to dla nich walczymy o te prawa, których oni jeszcze nie mają. A że nam coś skapnie… Oj, Pani Obłudo i Święta Hipokryzjo! – paplamy się w nich wszyscy… A chyba chodzi o to, aby po prostu było sprawiedliwie. I nie udawajmy, że potrzebna nam byle jaka ustawa, w której nic niemal nie będzie, a która będzie jedynie symbolem. Nasze problemy są realne, a nie symboliczne, więc mamy dość symbolicznych gestów, słów i zapewnień, że coś zrobimy, bo to ważny problem i rażąca nierówność społeczna. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość… Ale festiwal obłudy trwa dalej. Znów ktoś przekonuje, że jest całkowicie normalny, że jego orientacja to nie tylko to, co robi w łóżku – zupełnie jak u hetero. I proszę państwa!, on ma uczucia jak każdy człowiek, więc cóż to, że kocha kochać innych mężczyzn! Miłość nie ma płci! A świat to tygiel orientacji, istna wieża Babel.
Chociaż w sumie to tak. Jesteśmy tacy sami – tak jak inni robimy sobie listę zakupów, mamy swoje hobby, szukamy przyjaciół, mamy uczucia, pragniemy, wypróżniamy się, pożądamy, spółkujemy, kochamy, mamy godność, oddychamy, spożywamy posiłki i ba! – nawet w miejscu serca mamy też serce! Ale halo?! Wychodzi na to, że jeśli chodzi o funkcje życiowe, to niewiele nas wszystkich różni od zwierząt! I to jakiś absurd krzyczeć, że jesteśmy tacy sami, jesteśmy normalni i chodzi nam o to samo. To gówno prawda! Ci, co tak twierdzą, są zapatrzeni w pogląd, że podstawą tolerancji powinna być wiara, że wszyscy jesteśmy tacy sami, identyczni, tożsami, bo mamy ręce, nogi, głowy, serca – bo nas coś łączy i mamy cechy wspólne. Nic bardziej mylnego, bo ani te ręce i nogi, ani tym bardziej głowy i ich zawartości nie czynią nas tożsamymi. A to, co powinno nas uczyć tolerancji, to nasza różnorodność. Nie jesteśmy tacy sami, tak samo jak dwóch heteroseksualnych facetów nie ma tych samych potrzeb, pragnień i doświadczeń. Sęk w tym, że przez wiele lat wpajano nam, że jesteśmy trochę inną kategorią, więc teraz niektórzy na siłę chcą nas ujednolicić i wpleść w masę, która także tą masą jest jedynie czysto abstrakcyjnie. I my sami też nauczeni doświadczeniem i obserwacjami od maleńkości zaczęliśmy o sobie myśleć, że jesteśmy inni – ale w znaczeniu: gorsi, nienormalni, napiętnowani, chorzy – i dlatego musimy się ukrywać, bojąc się, że jak inni się dowiedzą, to nas zniszczą. I zaczęliśmy w końcu wierzyć, że po prostu trzeba wszystkich przekonać, że jesteśmy tacy sami, przyjąć taktykę wmieszania się w tłum, asymilacji, a oni wtedy albo nie zauważą naszej inności, albo się nad nami zlitują i nas zaakceptują, jeśli nie będziemy się zbytnio wychylać i zaczniemy działać na ich warunkach. Dorastający homoseksualista z wielu stron dostaje przecież sygnał, że jego życie się nie liczy, że powinien się zmienić, aby wejść na drogę w pełni akceptowalną i jedynie słuszną, że z punktu widzenia przetrwania gatunku należy być hetero albo przynajmniej takiego udawać, zapładniać, rodzić, rozmnażać się. Więc ten świadomy swojej seksualności homoseksualista przynajmniej niech nie mówi, kim jest, bo po co tak żenować wszystkich naokoło?! I niech się ukrywa, zaprzecza sam sobie, udaje. Rodzina, nawet gdy się domyśla lub wie, to i tak milczy, nie pyta, nie interesuje się i boi się jak ognia tego tematu, bo wie, że ostracyzm pójdzie dalej – bo i ją dotknie to spojrzenie i podejrzenie, że z nimi wszystkimi musi być coś nie tak, skoro w rodzinie mają pedała, lesbijkę lub inne homo-nie-wiadomo.
I jak tu o tym w ogóle mówić? – jakby brakło języka, bo przez gardło nie przejdzie, aby zapytać syna, czy ma chłopaka i czy jest szczęśliwy, bo przecież jeśli o homoseksualizmie, to tylko „wy pedały!” i inne wyzwiska i tylko nieszczęście nad wszystkie nieszczęścia, a nie rozmowa o emocjach, uczuciach, spokojnie i bez nerwów, jakby to było coś najbardziej zwyczajnego w świecie. A społeczeństwo i partie polityczne i tak ciągle mówią, że to temat zastępczy – że trzeba się zająć kryzysem rodziny, kryzysem demograficznym, kryzysem finansowym. A ten temat to jedynie alarmująca oznaka kryzysu moralnego! Podobnie demagogicznymi stwierdzeniami można zdyskredytować wiele problemów wszelkich mniejszości – przecież łatwo jest ignorować problemy, które nas nie dotyczą. Ale tak uczciwie na to patrząc: czy ja żyję zastępczym życiem? To dlatego niektórzy chcą mnie wysyłać na tzw. terapię reparatywną – żeby zreperować moje złe, amoralne, występne, zdegenerowane, wynaturzone, zwyrodniałe, przestępcze, i zastępcze życie? Więc się pytam: czy problem dziedziczenia i zwolnienia z podatków, obowiązek wzajemnej opieki, możliwość otrzymania informacji w szpitalu, decydowanie o pochówku partnera, prawo do odmowy zeznań w sądzie i w ogóle prawo do godnego życia w kraju, który ma obowiązek chronić każdego człowieka przed agresją i nienawiścią i powinien zagwarantować także parom homoseksualistów prawa, które należą się po prostu osobom sobie najbliższym – czy to wszystko to są problemy zastępcze? Domyślam się, że dla wielu tak – bo żyję życiem w zastępstwie tego, którym żyć powinienem. Taki niewygodny temat, nie? Bo przecież żyjemy w wolnym kraju, mamy demokrację, ale akurat te prawa dla tej akurat mniejszości to już gruba przesada! Stosujmy zasadę zdrowego rozsądku i zachowajmy zdrowe proporcje, bo mniejszość nie będzie mówiła większości, co ma robić! Mają tupet, aby się tak upierać przy swoim. Ale nie! Niedoczekanie ich! My im tego nie damy!
I państwo odmawia nam praw, nie zauważa nas, a przez to pozwala wszystkim traktować nas jak powietrze albo jak świrów i zboczeńców, którym w głowach i w tyłkach się zupełnie poprzewracało, bo porąbańcy żyć jak normalni ludzie nie chcą. Ale o jakichś prawach to ciągle krzyczą! A figa z makiem! Bo o co w ogóle chodzi? Czy im jakaś krzywda się dzieje?! Śmiechu warte! Przecież można spisać testament, można pojść do notariusza i każda sprawa będzie załatwiona. No więc to temat jedynie zastępczy i zupełnie nieistotny, a ci cali homoseksualiści, to właściwie czego oni chcą i o co im w ogóle chodzi?! Powtórzmy to jeszcze raz głośno i dobitnie: źle przecież nie mają! Sami patrzcie! Kariery w telewizji robią! Zobaczcie ile tych Pirogów, Jacykowów, Poniedziałków i Raczków mamy! A ten Kammel z tym Janiakiem to też jacyś podejrzani, bo tacy za piękni na całkiem normalnych. I zagranicą też te różne Gok Wany, Grahamy Nortony i inne Matty Lucasy w TV szoł robią, a takie Rihanny czy Madonny bez żenady z kobietami się po teledyskach całują, lesby jedne! To stamtąd idzie do nas to zepsucie! Tam lesbijki za przykładem Ellen DeGeneres robią cyrk w telewizji. Nie bez powodu ma tak, a nie inaczej na nazwisko. To nie może być przypadkowe! Z tego zgniłego i zupełnie dzikiego zachodu! Wystarczy spojrzeć co się w telewizji wyprawia! W tych różnych reality shows i na tych castingach do tych programów muzycznych – ile w nich tych niemających wstydu pedałków. Śpiewają te wyjce jedne albo tańczą jak jacyś zupełnie zboczeni i nic tylko żenują, obrzydzają i demoralizują, bo patrz: co to za przegięty koleś! – co za oblecha! Co ja dziecku powiem, gdy zapyta, kto to jest? No co?! Że pedał! Ale jak to dzieciom wytłumaczyć, że facet z facetem?! To jest miłość? Tak od tyłu?! To przecież namiastka miłości, że aż przykro na to patrzeć. Jeszcze przykład z nich weźmie, jeszcze się zarazi od tego patrzenia na takie świństwa… Ale za to w kabaretach, gdy ci stworzeni na pedalskie podobieństwo się wyginają i wdzięczą, to tak bardzo śmieszą – do rozpuku! Hahahahahaaaa! „Lesby, geje! Cała Polska z was się śmieje!”, no nie? I takiego pedała to ja lubię – tam jest jego miejsce, gdzie ubaw po pachy i pełna tolerancja dla wizerunku tak wybornie humor poprawiającego. Niech się pręży w tym kabarecie, wygina i przegina do woli. Ale wszędzie indziej to nóż się w kieszeni otwiera. Już nawet w zwykłej telenoweli nie można normalnego życia sobie obejrzeć, bo te cioty muszą wszędzie pokazywać. Normalnie zatrzęsienie tych zboczeńców w tych mediach i szołbiznesie, że aż trzęsie człowieka z obrzydzenia, jak człowiek na to wszystko patrzy. I wstydu nie mają, te cioty bezwstydne! Pchają się do tej telewizji drzwiami i oknami! Parcie na szkło mają przeogromne, karierowiczki jebane. I w dupach im się poprzewracało od tych zdrad, skoków w bok i tych perwersyjnych seksów! I tylko ciągle im mało! Pojeby jedne jebią się w dupsko od tylca i już ich całkiem od tego jebania pojebało! I kto mi powie, że jest dyskryminacja, co? Kto powie, że oni mają źle, te cioty pierdolone?! Nie zmusza się ich przecież do żadnego leczenia, nie zamyka w żadnych ośrodkach i mogą bezkarnie sobie łazić po ulicach jak zupełnie normalni ludzie. A oni co? Zajmują się tylko swoimi egoistycznymi życiami, bawią się i robią, co chcą – o nic się nie martwią i o nikogo nie dbają. Toć to hedonizm w czystej postaci! I na domiar wszystkiego jeszcze do tej telewizji jak do siebie przychodzą i człowiekowi horyzont chcą poszerzać, bredzą coś o tej tolerancji i że świat musi iść do przodu. A ja mówię stop takiej tolerancji! A co ja oczu nie mam? Nie widzę, co to za jedni i po co to wszystko? Ja swój rozum mam! I dlatego nie! Niedoczekanie ich, żeby ich poprzeć. Zakłamane to takie, bo niby takie biedne i uciśnione, a po telewizjach się włóczą i w głowie im tylko, żeby się lansować i pieniądze na głupocie biednych ludzi robić. Mają normalnie tak, że żyć nie umierać, ale nie! – im jeszcze jest źle i ciągle mało! Ta dewiacyjna grupa chorych psychicznie mniejszości seksualnych rozpuściła się jak dziadowski bicz – a właściwie dziadowska bitch tak z angielska, bo wiadomo, że im, popaprańcom, tylko jedno w głowie, jak tym rozwiązłym kurwom spod latarni! I tylko się domagają tych nie-swoich-praw i nie wiadomo jeszcze czego, a wiadomo, że jak dostaną palec, to będą chcieli całej ręki i nie będzie już odwrotu! Będzie jak w Holandii – Sodoma i Gomora i Zgniły Zboczony Zachód! Zobaczycie! Najpierw związki, a potem wiadomo: dzieci, pedofilia i zoofilia. Bo to wszystko w prostej linii ku tym zwierzęcym instynktom idzie! Ale my jesteśmy czujni, bo wróg czyha! A tak w ogóle to przecież ich jest tak mało i czemu akurat im mamy zrobić dobrze, co? No czemu? A żeby ich tak trafiło i przekręciło, grzeszników jednych!
No to skoro nas jest tak mało, to jak i czym mamy zagrozić społeczeństwu? Ja wiem, że lobby, że wpływowi, że nam, tak jak żydom, świat pada do stóp, bo polityczna poprawność i takie tam. Ta choroba się rozprzestrzenia. To jest zaraźliwe i zakaźne. Tylko jak przekonamy tych wszystkich hetero, aby przeszli na naszą stronę dupojebców i dupodajków i tych lesb, które nie wiem jak są nazywane – cipolizkami? Jak was zachęcimy, żebyście wyrzekli się swojej seksualności i stali się nami? Jak mamy wypromować ten nasz homoseksualizm, skoro wy, mimo nieułatwiania nam życia i mimo że jesteście większością, nie jesteście w stanie przekabacić nas na swoją stronę? Czyli jednak nie zarazimy was tą chorobą, a jeśli do czegokolwiek kogokolwiek zachęcimy, to tylko do życia w zgodzie z samym sobą. Samych pedałów i lesb nie przybędzie, za to więcej będzie tych, co mówią o tym głośno i nie ukrywają się ze swoją tożsamością. To tak źle, że będą żyć uczciwie i w zgodzie ze sobą? I tak bardzo wpłynie to na te wasze tzw. normalne rodziny? A jak tak mało jest niepełnosprawnych na wózku, to może ich też całkiem zignorować, co? Zresztą właściwie to i tak się przecież dzieje, bo bez przesady! – po co im, skoro ich tak mało, te łagodne krawężniki i udogodnienia w publicznych toaletach? No po co? Ale jeśli tak, to ja się pytam: po co ciągle wałkować ten smutny temat katastrofy smoleńskiej, skoro tak niewiele ludzi żyje na co dzień rozwiązaniem tej sprawy, co? O kant dupy potłuc ten cały wrak, komisje śledcze i te brednie o trotylu, zamachu i spiskowych teoriach dziejów. I tak wszyscy wiedzą, że to Tuska wina, więc najlepiej od razu postawmy go przed plutonem egzekucyjnym. Są tacy, co z chęcią by strzelili bez mrugnięcia okiem. Zresztą wracając do homofobii, to Tusk sam też nie jest o wiele lepszy od tych jawnie uprzedzonych i homofobicznych. On po prostu do pewnego momentu uważał, że nie ma co strzępić języka, a teraz gada, ale z jego gadania niewiele wynika. Tchórz nad tchórze.
A tak w ogóle to modne są ostatnio stwierdzenia, że całe to pedalstwo to ponoć kwestia mody. I nic ponadto – żadne geny, żadne wychowanie. Przecież tyle tych pedałów tak nagle wokół się popojawiało, nie? Widzicie ich wszędzie – jakby się sklonowali w tym swoim bezwstydzie. A dopiero twierdziliście, że nas tak mało – teraz utrzymujecie, że problem rośnie, że zagrażamy rodzinie, a nawet ludzkości. Rany boskie, co za odpowiedzialność na nas spoczywa! To przez nas ten świat schodzi na psy. Cóż to za ważna rola w historii ludzkości i wszechświata! Dlatego heterycy, którzy chcecie być modni, łączcie się ze wszystkimi nieheteronormatywnymi! Razem zniszczymy ten świat modą na wychodzenie poza normę, schemat i standard! A moda jest przecież nieubłagana i taka pociągająca. Lubi błysk fleszy, samouwielbienie i lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie. Ponoć modnie jest teraz mieć przyjaciela geja, wychodzić z nim na zakupy, bo nikt nie doradzi, jak być modną i ponętną, tak jak on. I można się mu wypłakać w mankiet – on raczej nie odbije faceta, który przecież jest hetero. Perfekcyjny przyjaciel kobiety gej. I ponoć ta cała homoorientacja i te homopreferencje to jakaś kompletna ściema, bo czego się nie robi dla mody? No rzeczywiście – bo ja taki kamikadze jestem, żeby sobie każdego dnia pod górkę robić, gdyż bycie gejem to istna bajka, a gejostwo daje stuprocentową gwarancję na sławę, pieniądze i powszechne uwielbienie. I dlatego tych ciot coraz więcej i są coraz bardziej agresywne w tym swoim pedalstwie! Liczą na te profity! Dlatego istotnie wzrasta odsetek tych chorych na to uzależnienie od bycia trendi i bycia posuwanym. (Czy te wyrażenia nie stają się synonimami?).
Oj, ludzie, ludzie, weźta się opanujta z tymi swoimi mądrościami! Że też wierzycie w te wasze bzdurne myśli. Że ta moda jest zaraźliwa i że to w ogóle jakaś moda… Jakby można było i was przekonać do bycia gejem lub lesbijką… A jak tylko ktoś w taki sposób odbije piłeczkę, to od razu protestujecie – mówicie, że was to nie można do tego namówić i że to jakieś nie na miejscu sugestie! Nie, bo wy jesteście prawdziwi i zatwardziali hetero, ponadto zupełnie zdrowi!, wam nic nie dolega. I wy się nie dajecie tej propagandzie i temu homoseksualnemu lobby, prawda? Nikt was na tę szkodliwą modę, a właściwie modłę, nie nawróci. Tylko inni są tacy słabi, dali się przekabacić, a teraz paradują, bezwstydnie przyznając się do tego, co robią po nocach i pod płaszczykiem ideologii praw człowieka agitują na rzecz dewiacji. I już samym wyglądem zachęcają do śmiałego sprzeciwu wobec tego, co reprezentują: tymi wyzywającymi fryzurami, obcisłymi spodniami, tym odwróceniem porządku, że facet to ma być facet, a baba to baba. Sami proszą się o to, żeby spuścić im łomot – jakiś megawpierdol – i pokazać, gdzie ich miejsce. Kiedyś po cichaczu spotykali się w tylko sobie znanych miejscach, na tych swoich pikietach i nikomu było do tego. A teraz te cioty jedne afiszują się ze swoim penisocentrycznym poglądem na świat bez żadnego owijania w bawełnę. Że tak powiem kawa na ławę – chuj na blat. I tylko demoralizują oczy niewinnych ludzi.

Ale z tym wszystkim to jest jednak spore zamieszanie! Bo tyle tych głosów i zdań: bo tak, bo srak, bo ten pedzio to taki i owaki, a ta lesba to już w ogóle. A ci zaciekli hetero to tacy, śmacy, owacy, pisowscy i na pewno radiomaryjni. I w ogóle politycy to to i tamto, a księża i Kościół to tamto i sramto. I mówię swoim głosem, ale i parafrazuję innych. Ironia, mówienie serio, sarkazm, złość, żenada, bezsens, przekrzykiwanie, hiperbola, groteska. I powtarzam, a potem się znowu powtarzam. I jakiś bełkot z tego wychodzi, i brednie jakieś albo co najmniej jakiś bałagan, bo mówię jakby jednym głosem, ale w tym głosie przebijają się inne głosy sobie sprzeczne, sobie zaprzeczające, siebie chcące obśmiać i wykluczyć. I to się czasem rzeczywiście wyklucza i nie chce się już wkluczyć z powrotem, bo wykluczanie dzisiaj to ulubione zajęcie niektórych – i czym prędzej, żeby ktoś inny mnie w tym wykluczeniu nie ubiegł. I cześć. Spadaj na szczaw!
No ale po co ja o tym wszystkim piszę? O tej nienawiści, o tych modach, o cierpieniu? Kogo chcę uświadamiać? Pewnie heterycy nie dotrwali do tego momentu i już dawno przestali tę książkę czytać – pewnie odpadli na samym początku przy tych obleśnych darkroomowych historiach, uznając, że może i w sumie pierwsze słyszymy, ale jednak nie mamy ochoty w te zboczoności się zagłębiać. A ci hetero, którzy jednak dobrnęli aż tutaj, to pewnie mają dość wysoki poziom tolerancji i empatii i akurat im nie trzeba tych niuansów dyskryminacji i tworzenia piętrowych bzdur tłumaczyć. No a tak w ogóle – ta książka ma volens nolens dość wąsko sprecyzowany target – pedalski, może trochę lesbijski – ogólnie rzecz ujmując queerowy. Po co w takim razie pisać o tym, co wszyscy odmieńcy znają z autopsji? Ich akurat informować nie muszę o tych myślach, pretensjach, rozczarowujących spostrzeżeniach i obiekcjach wobec tego niesprawiedliwego świata. Im nie trzeba przypominać, jak wyglądało ich dorastanie i wykluczanie – pamiętają to dobrze, a niektórzy ponad wszystko pragną o tym zapomnieć. A może jednak należy wzmóc w nich złość i zagrzać do walki? Niech jeszcze bardziej poczują tę niesprawiedliwość i absurdalność zarzutów, że całe zło tego świata to przez nich. Może wtedy, jeśli dotąd jeszcze nie mieli odwagi powiedzieć, kim są, to w końcu to zrobią – i to nareszcie bez lęku, że zostaną z tym sami. Będą mieli też siłę zareagować i opowiedzieć, że są nie tylko tacy, sracy i owacy, czyli jedynie papierowo stereotypowi, ale są wielowymiarowi, różnorodni, nie do ogarnięcia tymi kliszami, które my – niemal wszyscy bez wyjątku – przykładamy do typów ludzkich, aby łatwiej nam było funkcjonować w rzeczywistości.
Nie uciekniemy przed tym – nie uciekniemy przed stereotypami – z nimi nam łatwiej, chociaż innym mogą znacznie utrudniać i uprzykrzać życie. Ale nam jest wygodnie tak zasiąść w fotelach w swoich 40-metrowych mieszkaniach, za które płacimy czynsze i opłaty licznikowe, i z tej wygodnej i bezpiecznej perspektywy łatwo nam tak wszystko podsumowywać, sprzedawać oświecone prawdy życiowe, utrwalać je, pozjadać wszystkie rozumy, oceniać i szydzić z innych. Walczymy o lepsze samopoczucie, siedząc w loży szyderców i gdy tylko komuś dojebiemy, to od razu czujemy się lepiej. Przecież wszystko możemy skomentować, wszystko podsumować, a ilość stereotypowego myślenia, jakie wylewamy na swoich fejsbukowych ścianach, twitterach lub w anonimowych komentarzach jest porażająca. I dobrze się czujemy w tych uogólnieniach, wśród tych wyraźnych granic, bo dzięki nim czujemy się lepsi. Nawet geje czują potrzebę dojebania stereotypowej moherowej staruszce, choć sami według innego stereotypu powinni być wszyscy przegiętymi ciotkami wymachującymi torebkami. Ale cóż? Jesteśmy krótkowzroczni i za wszelką cenę chcemy stworzyć sobie wroga – zwizualizować go, ujednolicić, aby widzieć go dokładniej. I nazwiemy wszystko po imieniu. Bo musimy postawić kropkę. Bo konieczne jest, żeby wszystko nazwać, bo trzeba uczepić się jakiejś teorii lub zbudować nową – swoją własną. Bo przecież te lesbijki to nie są lesbijkami tak po prostu, ot, tak sobie. Musi być jakiś powód! Pewnie były krzywdzone w dzieciństwie, bo trudno sobie wyobrazić, że tak po prostu bez powodu i z własnej nieprzymuszonej woli stały się lesbijkami. A tak w ogóle to przecież wiadomo, że gdyby tylko w ich krocza wkroczył odpowiedni facet i je nieziemsko zaspokoił – tak nareszcie porządnie wychędożył – to wtedy by się ogarnęły, pojęłyby, co dla nich dobre i jak należy żyć. A ci geje, to też nie wiedzą, co tracą. Gdyby tylko wiedzieli, co znaczy seks z kobietą, to nawróciliby się na słuszną drogę. Oj tak…

No więc może i bywałem rozerotyzowany jak brudna szmata, jak jakiś niezaspokojony seksoholik. Zdarzało się, że chciałbym, aby moje życie było niczym superpodniecający pornos. Wielokrotnie chciałem, aby ktoś przecwelił mnie aż po jelita albo i na wylot, a i czasem czułem się jak zgłodniałe, podatne na instynkty zwierzę, animizując moje chęci, moje pragnienia, mój język i moje odgłosy. Chciałem sobie po prostu poużywać życia i żeby mnie inni w tym życiu poużywali. Ale to były fragmenty mojego życia – nie zawsze byłem taki, choć tak widzi mnie społeczeństwo nienauczone w szkole ani nigdzie indziej, że homoseksualizm to nie tylko rypanie w dupsko faceta przez faceta i wszystko to, co kobieta może w łóżku zrobić innej kobiecie, ale także miłość, wspólne życie, wspólne budowanie, odpowiedzialność za drugiego człowieka. Czyja to wina, że tak myśli ogromna część społeczeństwa? Z czego się to wzięło? Z tego, że znają nas jedynie z utartych stereotypów; że nas nie lubią, choć w większości nie znają osobiście; że drażni ich to przegięcie, które, jak uważają, jest nieodzowne dla wszystkich homo; że nie wiedzą, że prawdopodobnie około 5 do 10% ich znajomych to homoseksualiści, ale się tym jakoś nie chwalą; że istnieje przyzwolenie na obrażanie każdego na przysłowiowego pedała; że w szkole był to temat tabu, a teraz – pomimo nowoczesności czasów – wcale nie jest lepiej, zwłaszcza gdy wychowanie do życia w rodzinie prowadzi katecheta traktujący temat seksu jak śmierdzące jajko. A może to dlatego, że zewsząd krzyczą, że my wszyscy tacy rozwiąźli, ale jak żądamy ustawy o związkach, to nie – żadnej ustawy nam dać nie chcą, choćby i teoretycznie to dobre było tak łączyć się w pary, dbać o siebie, się kochać – i tak wiadomo, że w praktyce o ruchanie tu chodzi. Ale im mało, że ruchają się między sobą – oni chcą nas wszystkich wyruchać – nasze państwo polskie i jego wszystkich zdrowych podatników na wydatki chcą naciągnąć. Podłe padalce!
Cóż… Nie mamy dobrego pijaru. Musimy ciągle walczyć z opiniami i sądami, że jesteśmy wcielonym złem, że nas coś opętało, że czujemy coś, czego nie czujemy naprawdę – że sobie to po prostu wmówiliśmy, że przeznaczenie człowieka jest inne i że za sprzeniewierzenie się temu przeznaczeniu nas Bozia kiedyś ukarze – może ześle kolejną plagę lub zarazę jak tę epidemię AIDS, którą niestety przetrwaliśmy. Jesteśmy trędowaci, niektórzy baliby się nas dotknąć, bo jak pomyślą, że te ręce fiuta dotykały, te usta druta drutowały, ten język zgłębiał odbyt, to od razu odrazą ich to napawa, że to jakieś pod prąd ludzkości, że to chore i zboczone zapędy. Albo myślą, że my nic, tylko się non stop ruchamy, nienawidzimy dzieci, chcemy rozpadu rodziny i wszyscy jesteśmy siebie warci – tak samo zepsuci, rozpustni i odrażający. Według obiegowej powszechnej opinii wszyscy powinniśmy wyglądać niczym z żurnala – ale wystarczy pójść do gejowskiego klubu, w którym nie liczą się tylko metki, aby się przekonać, że nie wszyscy przykładają wagę do swojego wyglądu i obalić ten stereotyp. Są jeszcze takie przeświadczenia, że wszyscy homo interesują się sztuką, literaturą, filmem – ogólnie rzecz ujmując kulturą. Niestety lub stety tak nie jest, bo wśród homoseksualistów jest wielu, którzy nie wymienią żadnego współczesnego pisarza (nawet, a może tym bardziej gejowskiego), a w ostatnim roku jedyną książką, jaką czytali był facebook. I oni w ogóle się nie interesują kulturą – nawet pedalską. No może takie oczywistości jak Klatka dla ptaków lub Brokeback Mountain obejrzą, ale angażować się bardziej? – po co?! Do klubu za to chodzą co weekend, w tygodniu są „spoza środowiska” – swoją seksualność sami sobie reglamentują według opracowanego na własny użytek klucza.
Nie wszyscy geje lubią też operę i arie, choć akurat część z nich czasami mówi z takim zaśpiewem, nerwem i przejęciem jakby odgrywali rolę jakiejś operowej diwy. Niektórzy sami potrafią tańczyć, lecz nie znaczy to, że prawdziwy jest stereotyp jakoby uwielbianie baletu automatycznie imputowało skłonności homoseksualne (i na odwrót) – zapewniam, że są tacy, których ominęło to straszliwe nieszczęście łapania się w ten bzdurny pogląd, co nie oznacza, że nie znajdą się tak czy owak chętni, aby wyrazić, co na ten temat sądzą. Wśród tych rozkochanych w operze, wielu ma swoje ulubione śpiewaczki – niekoniecznie od razu Marię Callas lub Cecilię Bartoli, bo gejowskimi diwami nazywa się równie chętnie popowe ikony jawnie dziś popierające równouprawnienie. Dla mnie akurat tron dzielą Madonna i Kylie Minogue – a ta cała Lady Gaga może służyć co najwyżej za podnóżek dla jaśnie królujących. Ale bardziej niż diwy zajmują mnie filmy i książki – ja akurat czekam na gejowskie nowości i węszę pedalskie wątki. Lubię też płyty gejowskich piosenkarzy. Może nie Eltona Johna, Darrena Hayesa i Adama Lamberta, ale George’a Michaela, Johna Granta, Rahsaana Pattersona i Anthony’ego to i owszem.
Ale jednak to, na co najbardziej ciągle czekam, to nowa pedalska epopeja – drugie Lubiewo, którego autor jak na razie skończył w kryminale i choć skutek tego jest całkiem niezły, to swoim Drwalem wydaje się, że nieco ucieka od tej szuflady pisarza pedała, i to trochę smuci. Lecz luj nadal jest – nadal kręci i podnieca. Ale to jednak regres niż progres na drodze polskiej literatury pedalskiej. Chyba żeby wziąć pod uwagę wyzwolenie się z szufladkowania, wyjście poza schemat. Ale mi jednak marzy się kolejne coś à la Lubiewo – nie żadne tam odcinanie kuponów, lecz taka pedalska epopeja na miarę nowych czasów. W Lubiewie Witkowski wybudował mauzoleum dla tego wymierającego gatunku ciot z przeszłością i po przejściach w PRL-u, które pamiętają jeszcze jak sięgnęły bruku i jak ten bruk sobie umiłowały. Te kicia, pierdla, jednostki wojskowe i te półświatki, dworce i brudne szalety – ten cały nieucywilizowany jeszcze świat, który teraz się tak strasznie komercjalizuje – tam to wszystko jest pokazane w znikaniu, w odchodzeniu, w żałobie. Bohaterki Pati i Lukri zabarykadowały się w swoim świecie szklanek z uchwytem oraz nostalgii i swego rodzaju umiłowania tej wulgarnej, aczkolwiek podniecającej, rzeczywistości szarej strefy, brudnego światka i tego kręcącego ryzyka, że dostaną w ryj od pijanego luja – ręką albo fiutem – och, jak podniecająco! – zabarykadowały się i siedzą, i wspominają. Relikty wspominają relikty. Lubiewo to było takie epitafium dla umierającego pedalskiego świata, tego rezerwatu osobliwości, którym wraz z tym, jak zaczęła się plaga AIDS i jak geje, bo już nie cioty, zaczęli domagać się praw, zaczęły rządzić nowe reguły gry. Upadek komuny był dla nich koszmarem – zagładą ich kochanego świata. Kapitalizm i epidemia AIDS to był ich własny Auschwitz. Pozostaje im tylko z sentymentem i smutkiem powiedzieć: to se ne vrati. To był historyczny zwrot w życiu polskich ciot. Ktoś opisze to, co dzieje się teraz? Czekam… Witkowski chciałby, aby homoseksualizm pozostał gdzieś w okolicach szaletu jako obscena, prowokacja, zboczenie i grzech ciężki. Żeby oficjalnie był ciągle tylko jakimś zagranicznym wynalazkiem, przemilczeniem spełniającym się w kradzionych macankach, nieautoanalizujących się zachowaniach. Żeby był jak jakiś produkt importowany i wymysł zdegenerowanych społeczeństw. I chciałby, aby gejostwo jasny szlag trafił. Walka na barykadach mu nie odpowiada, choć nie ma już od niej ucieczki wraz z postepującą walką o prawa człowieka. Kto opisze ten nowy niewspaniały świat?
Ale nie tylko wytwory pedalskiej wrażliwości mnie interesują. Szukam też innych emocji, innych myśli, innych twórców. W ogóle mam dużą potrzebę nadrabiania zaległości tak naprawdę do nadrobienia niemożliwych. Bo jak być na bieżąco i jak ogarnąć tę całą przeszłość tak skomplikowaną, różnorodną i bogatą? Czasu nie starczyłoby na siebie, gdyby tak chciałoby się dotknąć wszystkiego. Ale próbuję. Może niekoniecznie wszystko, bo jakoś nie interesują mnie te Avatary, Harry Pottery, Zmierzchy i inne Mroczne wieże, ale i tak na półce leży stos rzeczy czekających aż będę miał czas i zajrzę: książek, płyt DVD i CD, albumów. I nie wiem, czy mnie chwycą. A może chwyciłyby, ale za drugim lub trzecim razem, a nie wiadomo czy po pierwszym będą kolejne. Czasem na zachwyt potrzeba więcej czasu – jakiegoś olśnienia. A czasem ten zachwyt przechodzi i już po jakimś czasie nie podoba się, jak podobało się wcześniej.
I po co tyle czytać, tyle słuchać i tyle oglądać? Po co interesować się, szperać, marnować czas na te wszystkie nieważne w perspektywie śmierci rzeczy, skoro i tak wiadomo, że stoję na przegranej pozycji i nie mam szans dowiedzieć się wszystkiego i nadrobić tak, aby być na czasie ze wszystkim? A może właśnie to w tej perspektywie śmierci wszystkie dzieła nabierają sensu? Bo zmarnowane jest życie, w którym liczy się tylko moja perspektywa. Po to czytam, słucham, oglądam – aby spróbować zrozumieć innych, a i siebie przy okazji. Bo nie jestem samowystarczalny.
I w ogóle ta cała kultura to taki ogrom nie do ogarnięcia. Ciągle wypływa nowe dzieło, nowe nazwisko, nowa zaległość do odrobienia. I próbuję choćby odrobinę – czy chwyci. I jest zachwyt, a potem zachwyt kolejny, i następny, i jeszcze jeden… A gdy chcę wrócić do czegoś, co już niby mam za sobą, to nie wiem, o co chodziło – coś świta i coś dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele. Więc po co czytam, oglądam, gdy i tak zaraz zapomnę? Ładnie to umykanie ujął Patrick Sűskind w krótkim opowiadaniu Amnezja” in litteris”, którego tytuł podaję tylko dlatego, że mam egzemplarz na półce i sobie zaznaczyłem kolorową karteczką z myślą, że się kiedyś przyda. Gdybym nie zaznaczył, to mógłbym łatwo zapomnieć, tak jak zapomniałem, o czym dokładnie były te dzieła Zoli, Cervantesa, Victora Hugo i Blaise’a Cendrarsa, które kiedyś namiętnie czytałem. Mimo wszystko coś jednak zostaje, coś się kołacze w zakamarkach umysłu. Pamiętam, że Zola pisał coś o kopalni, ale co oznaczał ten Germinal, to już nie wiem kompletnie, a rękę dam sobie uciąć, że był to tytuł znaczący. Zola to także autor sławnego artykułu Oskarżam…! oraz powieści Nana o prostytutce, która – o ile dobrze pamiętam – zapada na jakąś chorobę weneryczną. A Sűskind to ten od Pachnidła i Kontrabasisty, a kontrabasistę grał – choć nie widziałem tego w teatrze – Jerzy Stuhr, który – notabene – tak świetnie zagrał w Wodzireju Feliksa Falka. A znów Feliks Falk to ten od Samowolki, w której jedną z pierwszych swoich filmowych ról zagrał Robert Więckiewicz. A Więckiewicz to… itepe, itede. Można by tak bez końca. Świat się zapętla. Świat się nigdy nie kończy. I to świat siedzi na ławie oskarżonych. I społeczeństwo. I blame society. Gregg Araki. The living end. USA, 1992.

– Ostatnio jest ciągle dobrze – powiedziałem. – Po ostatnim spotkaniu zrozumiałem, że to nie było tylko tak, że to jedynie ja czułem się odrzucony. Nie widziałem tego, może nie chciałem tego widzieć, że byłem w stosunku do Marcina taki sam jak on do mnie; jota w jotę.
– No tak – wtrącił Marcin. – Przerzucaliśmy się odpowiedzialnością, humorami, fochami, ciągłymi wyrzutami. Taka akcja – reakcja non stop. On coś, to ja też coś. Albo on chce naprawić, to ja nie chcę. I na odwrót. Dziecinada – prychnął.
– W tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz – zacytowałem starego dobrego Fredrę.
– I teraz już tak nie jest? – Pani Martyna spojrzała na Marcina.
– Raczej nie. Rozmawiamy, a nie się obrażamy – odpowiedział.
– No to dobrze. A czy mają panowie jakieś wspólne zainteresowania?
Cisza. Uśmiecham się do Marcina, a on do mnie. Pewnie też sobie przypomina różne nasze rozmowy, że Anka, Robert albo ktoś tam inny mówili, że wszystkie nasze problemy biorą się z tego, że nic nas nie łączy – nie fascynujemy się niczym wspólnie, nic razem nie robimy.
– No więc? – pyta pani Martyna.
– Można powiedzieć, że interesujemy się wspólnie sobą nawzajem – zacząłem lekko żartobliwie. – Właściwie to żartuję, ale wiem do czego pani zmierza, że powinniśmy mieć jakieś wspólne hobby, spędzać razem czas, mieć podobne zainteresowania, wtedy może ten wspólny dobry czas przeciągnie się w normalność. To takie myślenie, że jak coś nas łączy, to że wtedy jest łatwiej, tak? Ale my w sumie, poza jakimiś małymi rzeczami, które nas łączą, to chyba zdążyliśmy się pogodzić z naszymi różnicami. – Mówiąc to, spojrzałem na Marcina, a on jakby przejął pałeczkę: pociągnął temat i rozwinął go.
– No właśnie tak często jest, że ludzie myślą, że tylko zgodnie znaczy dobrze. My już od początku wiedzieliśmy, że jesteśmy kompletnie inni. Szymek to bałaganiarz, ja – pedant. On dobrze gotuje, a ja przypalam przysłowiową wodę. Na co dzień nam ta inność nie przeszkadza, chyba że jesteśmy na siebie źli, to potrafimy sobie dowalić, że ty to taki, a ja to lepszy. Podzieliliśmy się mniej lub bardziej sprawiedliwie obowiązkami: on robi zakupy, ja częściej sprzątam. Wkurzamy się czasem na siebie, no bo ja to ciągle coś tam, a ty znów się lenisz, ale w sumie nauczyliśmy się z tym żyć, że jesteśmy inni. Ja na przykład nie mam potrzeby zaliczania niemal każdej premiery w kinie, w ogóle nie potrzebuję czytać żadnych powieści, a zwłaszcza już tylko tych pedalskich książek, które Szymek ciągle kupuje. I…
– No ja nie czytam tylko pedalskich – wtrąciłem się.
– No przecież wiem. Po prostu upraszczam sprawę, generalizuję.
– No tak. Kiedyś na początku to informowałem go, że czytam coś fantastycznego, polecałem mu, zmuszałem, żeby też to przeczytał, ale po jakimś czasie zauważyłem brak zainteresowania. I przestałem mu mówić, co czytam. Wiedziałem po prostu, że i tak sam do tego nie zajrzy.
– I co w tym złego? – zapytał z lekką pretensją.
– Nic a nic! – spuentowałem.
– No to dobrze! Ja po prostu nie jestem zainteresowany kulturą jakoś szczególnie – wytłumaczył Marcin – a Szymek za to średnio potrzebuje polityki. Ja też nie wychodzę tak często na pogaduchy z koleżankami, a właściwie nie wychodzę wcale – może dlatego, że nie mam żadnych koleżanek – a on za to nie ma potrzeby chodzenia na siłownię. Jesteśmy różni. Zawsze tak było.
– Rzeczywiście nie dla mnie żadne hantle, ani takie tam różne bieżnie i drabinki. Marcin na przykład nie lubi tańczyć i raczej nie wychodzi do klubów, dlatego wychodzę zazwyczaj sam lub ze znajomymi. Jeśli już gdzieś idzie, to do pubu na piwo. Ale wracając do tej kultury, to ja nie mam kompletnie talentu do malowania, a on i owszem, i czasami sobie coś tam maluje.
– A tam – mruknął. – Takie tam bohomazy… Tak mnie od jakiegoś czasu naszło. – Nie lubił o tym mówić, nawet żadnego swojego obrazu nie chciał powiesić w naszym mieszkaniu. – A Marcin znowu ciągle coś pisze – zmienił temat. – Jakieś opowiadania, kiedyś wiersze. Czasami mi nawet coś czytał.
– Lubi pan obrazy pana Marcina? – zwróciła się do mnie.
– W sumie to tak – przyznałem.
– A jak by pan je nazwał? – dociekała.
– Czy ja wiem? Ekspertem nie jestem, ale są w sumie abstrakcjami. Na pewno nie jest to tzw. sztuka figuratywna.
– To nie jest w ogóle sztuka! Amatorszczyzna i tyle – wtrącił się Marcin. – Ja sobie maluję tak dla zabicia czasu i dla przyjemności. Ale nie to, żebym od razu był jakiś biegły w malarzach. Odróżnię Picassa od Van Gocha czy Dalego – tutaj, mówiąc to, mrugnął do mnie okiem – ale wystarcza mi samo malowanie bez tego całego backgroundu z historii malarstwa. To raczej Szymek pokazywał mi Lucjana Freuda czy jakiegoś tam Bacona.
– I zawiesiłby pan te obrazy pana Marcina w salonie? – spytała mnie.
– Ba! No ja bym chciał, ale on się nie zgadza.
– No to muszą być dość dobre? – zwróciła się do mnie, jakby ignorując słowa Marcina.
– No mi się podobają – powiedziałem.
– A pan ich nie lubi? – zwróciła się do Marcina.
– One nie są do lubienia. Lubię sam proces malowania i tyle. Do samych obrazów nie jestem przywiązany. Po namalowaniu mógłbym je zniszczyć jak buddyści mandalę.
– A czy lubi pan opowiadania pana Szymona? – przeszła na mnie.
– W sumie to od dawna mi nic nowego nie czytał, chociaż wiem, że coś pisze. Ale to, co mi kiedyś czytał było odważne, mądre i trafne językowo. Przede wszystkim język mi się podobał, bo Szymek ma chyba zdolność do chwytania takich językowych smaczków.
– Jeśli mogę coś wtrącić – wtrąciłem się – to Marcin uważa, że to, co piszę, jest za bardzo pedalskie, zbyt śmiałe i zbyt szufladkujące.
– Oj, już nie przeinaczaj moich słów. Po prostu opisujesz tylko to środowisko i tylko doznania i życie gejów, a ja bym chciał, żebyś pisał szerzej – o ludziach w ogóle, a nie tylko o gejach – myślał głośno. – Ale ja wcale nie znam się na literaturze, więc nie chcę się wypowiadać. Przeczytałem kilka rzeczy, które polecił mi Szymek, ale czytanie to nigdy nie była moja mocna strona.
Uśmiechnąłem się. Kiedyś mieliśmy już taką dyskusję o tym pedalstwie w mojej pisaninie. Nie umiem od tego uciec – tak właśnie patrzę na świat. Może nie to, że przede wszystkim jestem homoseksualistą, ale nie umiem póki co narzucić sobie innej perspektywy i może nawet jej sobie narzucać nie chcę, bo wiem, że takiej pedalskiej literatury jest ciągle mało – zwłaszcza w Europie Wschodniej – a ja mam wrażenie, że chciałbym powiedzieć coś istotnego i wpływać na myślenie ludzi – odkłamywać różne wizerunki homoseksualizmu. No jak już chce pisać, to niech pisze, ale nie mógłby inaczej, w sensie: normalnie? Takich głosów pewnie byłoby dużo. I sporo było już takich autorów, którzy pisali „normalnie”, a byli „nienormalni” według standardów konserwatywnego myślenia, więc przepraszam wszystkich niezadowolonych, ale dajcie mi pisać dla innych nienormalnych. Pedalstwo przysłoniło mu świat, powiedzą. Tak – pedalstwo to mój cały świat – pedałem jestem 24 godziny na dobę. Ale chyba ta opinia, że jak o gejach, to tylko przez gejów i dla gejów jest nieco krzywdząca – przecież to nie nikt inny, a heteroseksualny Ang Lee zrobił jeden z najpiękniejszych filmów nie tylko o homoseksualnej miłości, ale o miłości w ogóle. W Brokeback Mountain scena wąchania i przytulania koszuli jest porażająca. Udało się w niej uchwycić uczucie, które nie ma orientacji – bo miłość to miłość. Dlatego nie wykluczam, że napiszę kiedyś coś mniej pedalskiego, może całkiem heteroseksualnego, choć na taką niezłożoność świata trudno byłoby mi się zgodzić. Jednak teraz mam taką potrzebę przedstawiania tego świata, który jest dla wielu czytelników zupełnie nieznany lub narosły wokół niego jedynie jednostronnie krzywdzące stereotypy. Wiem, że skądś się one biorą – ale nie może być tak, że tylko one funkcjonują i wypierają prawdę, która przecież jest głębsza niż opinie, którymi chcemy sobie porządkować świat.
– A skąd się wzięło u pana to pisanie? – dopytała terapeutka, ale nie czekając na odpowiedź, zadała drugie pytanie. – Chciałby pan coś wydać?
– Pewnie, że bym chciał. A piszę od dawna. Po liceum chciałem iść nawet na polonistykę – wspominałem kiedyś o tym – i odkąd pamiętam siedziałem z nosem w książkach. Chyba uciekałem w literaturę i tam czułem się dobrze, tam szukałem też swoich myśli, opisu swoich pragnień. Czułem się mniej samotny, gdy czytałem, że ktoś przeżywa i myśli podobnie jak ja. Dlatego tak bardzo lubię literaturę gejowską, bo to z niej czerpałem wiadomości o samym sobie. Z nikim przecież nie mogłem o tym porozmawiać, zawsze to był temat tabu. A u takiego Baldwina lub Geneta mogłem sobie poczytać o ludziach poniekąd takich jak ja.
– A czemu przestał pan czytać panu Marcinowi?
– Najpierw chyba dlatego, że wiedziałem, że Marcin nie jest tym jakoś superzainteresowany. Wiedziałem, że nie do końca popiera sposób mojego pisania, że nie podoba mu się, że ten cały świat u mnie kręci się wokół tego gejostwa. A potem to chyba sam zauważyłem, że zawieram w tym swoim pisaniu mnóstwo siebie, a wraz z narastającym kryzysem i wzajemną nieufnością chyba zacząłem się Marcina jakoś tak wstydzić, więc zacząłem swoje pisanie ukrywać. – Spojrzałem na niego. Patrzył na mnie i wydawało mi się, że wie, o co mi chodzi. – Wstydziłem się, bo dużo tam było mnie, o którym mu nie mówiłem. Nie chodzi mi o jakieś sytuacje z życia, choć to pewnie też, ale jakby wstydziłem się, bo wiedziałem, że to czytanie tych moich wynurzeń pewnie pociągnęłoby za sobą jakąś rozmowę, a ja nie wiem, czy chciałem z nim w ogóle o tym rozmawiać. Byliśmy od siebie daleko i jakoś próbowałem się od niego separować. Uciekałem w to pisanie, tak jak wcześniej uciekałem w czytanie.
– A teraz chciałby pan Marcinowi coś dać do przeczytania? – uparła się i drążyła temat.
– Teraz chyba tak – wyznałem – bo ostatnio jest między nami lepiej, spokojniej, choć w niektórych kwestiach nawet mniej spokojnie, ale to akurat cieszy. – Uśmiechnąłem się do niego zadziornie, a on wiedział, o co mi chodzi. – A tak w ogóle to Marcin może chyba potwierdzić, że ja tak właściwie to lubię czytać swoje rzeczy innym. Może nie dla poklasku, ale lubię mieć jakąś informację zwrotną. Ale i przyjemność z tego też jest jakaś. W Śniadaniu u Tiffany’ego Truman Capote napisał, że niewielu niepublikowanych autorów odmówi czytania swoich dzieł na głos. No i miał rację. Mam tak samo i często czytam fragmenty na przykład Robertowi lub Ance. Zresztą on mnie namawia do napisania książki o jego zawodzie, więc sprzedaje mi sporo smakowitości z pokładu.
– Aaa, pan kiedyś mówił, że ten Robert to pracuje jako steward, tak? – spytała terapeutka.
– Tak, to latawica jakich mało! – uśmiechnąłem się. – Taki mógłby być nawet tytuł, gdybym coś napisał: Latawica. I też byłoby bardzo pedalsko, bo w tym lotnictwie to wyoutowanych i otwartych gejów zatrzęsienie jak na standardy panujące w innych zawodach. Wie pani: kochanek w każdym porcie i takie tam – zaśmiałem się, nawiązując do kolejnego stereotypu.
– I co pan na to, panie Marcinie? – przerzuciła uwagę i wzrok na niego.
– Ja? – ocknął się po chwili Marcin. – Co ja na to, że piszą? No niech piszą. Jestem ciekawy. Znając Roberta, domyślam się, że książka będzie rzeczywiście i pedalska, i bardzo śmieszna.
– No dobrze, panowie. To niech pan, panie Szymonie, sobie pisze. A pan, panie Marcinie, niech maluje. Fajnie, że macie hobby. Nawet różne. I wiecie co? Dobrze się was dzisiaj słuchało! – rzekła dumna i zadowolona. – Nie porozmawialiśmy nawet o tych zadanych tematach, pamiętacie, tak? O początkach kryzysu i w ogóle? I czym jest dla was zdrada?
– No ja nawet coś o tym napisałem – powiedziałem, patrząc w kierunku Marcina.
– O! No to porozmawiamy o tym za tydzień. Pasuje wam przyszły piątek?
Spojrzałem na Marcina pytająco.
– Tak, pasuje – powiedział, wyciągając z kieszeni odliczoną kwotę za sesję.
– W takim razie, do piątku. Dziękuję wam.
– To my dziękujemy. Do widzenia.
– Do widzenia.
– Dobranoc.

Gdy pokazałem Marcinowi to, co napisałem jako ten zmyślony Grzesiek, spytał, czy to moje. Powiedziałem, że tak, ale że to wydumana sytuacja, choć odrobinę z nas w niej jest. I że to tak à propos związków otwartych i puszczania się na boki.
– Posłuchasz?
– Dobra, czytaj.
Położył się na łóżku, ja siedząc, czytałem. Nie przerwał mi ani razu, choć wiercił się trochę, zmieniał pozycje. Nie przeszkadzał nam nawet grający cicho telewizor ustawiony obowiązkowo na jakimś kanale informacyjnym.
– Przecież to nie o nas – stwierdził po wysłuchaniu całości.
– Nie miało być o nas. Zmyśliłem ich trochę i sytuację. Ale to tak jakby to, co nas może czekać.
– No nie wiem – zadumał się, ale nie wiedziałem nad czym: nad tym, czy to nas rzeczywiście może czekać, czy że może ta zmyślona sytuacja mu się nie podoba?
– Też przechodziliśmy różne etapy fascynacji seksem z innymi – tłumaczyłem. – Też mamy na koncie zdradę. I może się tak zdarzyć, że pójdziemy z tym za daleko. Pamiętasz, jak mówiłem o tym pociągu do flirtowania? Jeszcze całkiem niedawno czułem, że mnie to kręci.
– Ale przecież to nie ja jestem tym Krzyśkiem. Ja się z nikim nie umawiam na boku.
– Ja nie powiedziałem, że ty to Krzysiek, a ja to Grzesiek. Po prostu to zmyśliłem. Równie dobrze to ty możesz być Grześkiem lub ten Krzysiek może być, nie wiem, Robertem.
– Acha? Akurat! – zaśmiał się ironicznie Marcin.
– No dobra. Z Robertem to przesadziłem, bo on chyba nigdy nie przetrwałby z nikim dziesięciu lat. To nie jest typ długodystansowca, no chyba że mowa o bzykaniu, wtedy to on może nawet bardzo długo – zachichotałem. – Ale niech to będzie ktokolwiek, byle kto. No i tak, to prawda, są jakieś podobieństwa – potwierdziłem. – Dawaliśmy sobie przecież tę wolność, o której w tym liście jest mowa. Jednak chodziło mi o jakąś modelową sytuację. O to, że zaczyna się beztrosko i jest zabawnie, a może się skończyć poważnym zranieniem kogoś, kogo się kocha i to niekoniecznie celowym zranieniem. Czasem po prostu nie umiemy odpowiedzieć na czyjeś uczucia albo potrzebujemy mieć swoje tajemnice, oddalamy się od siebie, wstydzimy się. Tak mi się wydaje. Że czasem szukamy jakiegoś układu, bo nam czegoś brakuje i że nawet może się to zdarzyć, gdy niby jest dobrze. Nie przewidzimy wszystkiego.
– A nie mogłeś mi tego po prostu powiedzieć? Musisz pisać? I o co tak naprawdę ci chodzi?
– Nie wiem – przyznałem. Sam czułem, że się w tym jakoś gubię. – Może o to, że się boję? – pytałem jakby sam siebie. – Albo że nie ufam samemu sobie, bo łatwo jest zdradzić nawet tego, kogo kochasz? Że ja z tym Jackiem to może nawet chciałbym tak po kryjomu i nic ci nie mówić i może w sumie miła była sama taka myśl, że on to taka odskocznia od tych wszystkich naszych problemów, bo z nim to zaczęła się jakaś fascynacja, która zawsze na początku jest taka miła, kręcąca i tolerancyjna na wszystko, i jest taka wyrozumiałość i ciekawość. Dla niego chciałbym być fajny, a dla ciebie to już jestem, jaki jestem: czasem fajny, częściej świnia. – Nie umiałem o tym powiedzieć konkretnie i jednym zdaniem. Może to wcale nie musi być konkretne, jak zapewne nigdy nie są konkretne i jednoznaczne powody zdrad, skoków w bok, rozpadów związków. – Nie wiem, czy za mną nadążasz? – Nie chciałem, aby to wyglądało na jakieś celowe lawirowanie, uniki, zaciemnianie albo ucieczkę od powiedzenia tego, co czuję.
– Też nie wiem, ale na pewno ja też jestem ciężki. Wiem, że się czepiam, że nie jest łatwo ze mną w łóżku, że mam okresy, kiedy mi się nic nie chce, a potem kiedy chcę ciągle eksperymentować. Wiem, że do wielu rzeczy cię przekonałem, a może i jakoś tam zmusiłem. Ale nie chcę mieć układu na boku. Jeśli już, to chcę mieć układ tylko z tobą, że chodzimy na układy z innymi, ale zawsze razem.
– I nie zachcesz niczego więcej? A jak ja zachcę? Pytam tak czysto hipotetycznie… – zastrzegłem.
– No mówiłeś, że z tym Jackiem, to w sumie do niczego nie doszło? – spojrzał na mnie tak sprawdzająco, jakby wzrokiem przykładał papierek lakmusowy albo badał mnie wariografem.
– Na pewno wiele się zadziało w mojej głowie. To bez wątpienia – przyznałem. – Ale chyba i tak bym cię nigdy nie zostawił. Niby mnie czasem niemiłosiernie drażnisz, czasem mam cię tak serdecznie dość, że nie wyrabiam, tęsknię do czegoś innego, kogoś innego, a mimo to jednak chyba nie umiem i nie chcę bez ciebie żyć i nie chcę się rozstawać, wiesz? – Spojrzałem mu prosto w oczy. On patrzył na mnie i widziałem, że mi wierzy, ale mimo to pociągnął temat w dość nieoczekiwanym dla mnie kierunku:
– A może to tylko tchórzostwo z twojej strony, co? – zasugerował coś, co już kiedyś insynuował na którejś sesji albo w jednej z wielu kłótni. – Jakieś takie wygodnictwo albo strach przed byciem samym i znów poszukiwaniem tego jedynego? – dopowiedział, uśmiechając się i szczypiąc mnie w sutek przez koszulkę.
– Auć – syknąłem.
– A co jeślibyś po mnie nie znalazł nikogo? – ciągnął dalej. – Co gdyby ci się całe życie przewróciło do góry nogami, co?
– I myślisz, że jak przewraca mi się z tobą, to jest tak o wiele łatwiej? – parsknąłem.
– Myślę, że jest – rzekł i uśmiechnął się jak klaun całkowicie pewny swego.
– No to dobrze myślisz. – Zaśmiałem się i rzuciłem na niego. Całowałem go w szyję, gryzłem i drapałem swoim zarostem. – Jesteś mój, wiesz?! Mój i nikogo innego! I mam ochotę cię zjeść! – powiedziałem i wgryzłem się w jego jabłko Adama.
– Nie łachocz mnie! – zaczął mnie odpychać.
– Oj, będę cię łaskotać, łachotać i zaraz będę… – i zacząłem mówić jakby groźnie – łechtać twoją dumę. Zobaczysz! – zaśmiałem się. – Oj, jak będę ją łechtać swoją łechtaczką w moim głębokim gardle! – Zacząłem dobierać się do jego dresowych spodni.
– Łechtaczką? Co ty wymyślasz? – Śmiał się i niby ze mną drażnił, próbując trzymać spodnie za gumkę, ale ja nie dawałem za wygraną.
– A ty będziesz mnie łechtał? No dawaj! Chcę zobaczyć twoją dumę, pokazuj natychmiast, ty mój dziadu kochany! Ściągaj gacie! – huknąłem.
– No jak wyzywasz mnie od dziadów to niekoniecznie jest romantycznie, wiesz? – próbował złapać mnie z groźną miną za przeguby rąk.
– A kto powiedział, że ma być romantycznie, ty moja małpo kochana?! Po tylu latach on jeszcze chce romantyzmu… Lepiej zdejmuj gacie, ty mój Romeo! – krzyknąłem i ściskając ręką jego krocze, wgryzłem mu się w szyję.
– Ty zbereźniku! – zaczął się śmiać, machać nogami i odpychać mnie rękoma. – Bo zawołam sąsiadkę, że tu gwałcą i plądrują moje ciało!
– Oj!, zaraz je splądruję tak, że popamiętasz! – ugryzłem go w sutka, a potem spojrzałem mu w oczy, mówiąc: – A potem ty splądrujesz mnie, dobra? Splądrujesz swojego małego Szymeczka, co? – Spojrzał na mnie niegrzecznie i zadziornie się uśmiechnął. Przestał się bronić i pozwolił zsunąć mi swoje spodnie, unosząc lekko biodra. Nie miał majtek, więc beż żadnej niepotrzebnej zwłoki jego duma dumnie ukazała się w całej swej okazałości. No może jeszcze nie w całej, ale zaraz nad tym popracujemy, pomyślałem. Ściągnąłem całkowicie jego dresy, a on lekko zgiął kolana, opierając stopy na materacu. Padłem pomiędzy jego rozchylone nogi jak w trójwymiarową książkę i czytałem, czytałem i czytałem ten tekst niezwykle bezpruderyjnie i jednocześnie czule, doprowadzając siebie i jego do mentalnego i fizycznego wzwodu. Przerwałem na chwilę, aby zadać pytanie:
– Kontynuować czy może wołasz sąsiadkę?
– Osz ty, głupku! – parsknął uradowany, a ja odwróciłem się w stronę półki, chwyciłem małą buteleczkę, która gdy ją odkręcałem, wydała syk sprężonego wewnątrz gazu.
– Chcesz? – spytałem. Kiwnął głową, że nie. A ja sobie niuchnąłem. Aby wzmocnić doznania. Szkoda tylko, że już chyba uodporniłem się na ten środek do czyszczenia głowic albo moja głowica została już niemal doszczętnie wyczyszczona, bo prawie nie czułem działania tego niegdyś zabierającego mnie w megaodjazdowe krainy specyfiku. Mimo to zrobiło mi się jakby trochę błogo. Co prawda nie tak jak za pierwszym razem, gdy będąc jeszcze, bardzo króciutko zresztą, w związku (tu należałoby zrobić ten wymowny gest cudzysłowu dwoma palcami obu rąk) z Robertem, niuchnąłem to paskudztwo, które Robert przywiózł z Anglii, i po chwili miałem cudowne wrażenie, że mógłbym obciągnąć dosłownie wszystko, każdej wielkości i grubości – nie wiem: cokolwiek, nawet maczugę Herkulesa w Ojcowskim Parku Narodowym – nie mówiąc już nawet o tym, co byłbym w stanie zaprosić do swojego wnętrza od tyłu, przez odbyt, który stał się nagle tak gościnny niczym polski dom na święta w tym znanym porzekadle o polskiej gościnności, które nie wiem, jak miało się do rzeczywistości, bo akurat u mnie w domu nigdy nie stawiało się dodatkowego talerza dla zagubionego wędrowca. No ale ja byłem gościnny – zwłaszcza po tym nielegalnym w naszym kraju dopalaczu. Teraz już niestety nie było takiego efektu, ale coś tam jeszcze dawał – trochę otumaniał, choć niestety po megaprzyjemnym rozluźnieniu i euforii sprzed lat pozostał tylko ślad wspomnienia. No niestety – za często używam i spowszedniało. Może trzeba by na jakiś czas odstawić ten miły specyfik, zastosować jakiś detoks?, pomyślałem. Jednak nie tym razem. Powąchałem jeszcze raz i zabrałem się za tę czynność, którą przerwałem, a którą w literaturze przedmiotu określano po łacińsku terminem fellatio. Potrzebowałem tego wypełnienia w moich ustach. Stęskniony chciałem poczuć jak rośnie. On mi nie spowszedniał. Niezmiennie bezkonkurencyjny. Rarytas.
– I co, mój śliczny i męski facecie? – powiedziałem, spoglądając na niego i oblizując wargi. – Jak ja zrobię laskę, to nie ma chuja we wsi, co nie? – Moja wulgarność osiągnęła poziom ekstremalny, ale Marcinowi najwyraźniej się to podobało.
– Oj, nikt ci nie dorówna. Nikt! Ciągnij dalej – rozkazał i łapiąc mnie oburącz za głowę, ponownie wypełnił moje usta swoim fiutem. Ale chuj!, ale kutas!, ale fujara!, jaki kutafon!, myślałem i nie były to żadne obelgi – były to najpiękniejsze, bo najbardziej podniecające komplementy, jakie mogłyby wydostać się z moich ust, a które nie wydostawały się tylko dlatego, że byłem tak zachłannie pochłonięty i skupiony na pochłanianiu tego żylastego kolosa, że nie chciałem marnować nawet sekundy na wypowiedzenie czegoś, co na pewno o wiele przyjemniej było czuć w sobie po same jądra niż tylko o tym mówić. Marcin wił się i mruczał z rozkoszy, sapał, jednocześnie próbując dosięgnąć mojego sztywnego kutasa rozsadzającego obcisłe slipy, ale ja nie chciałem mu go dać. Pragnąłem, aby skupił się na przeżywaniu przyjemności z mojego obciągania, a i bałem się, że jak mnie tam dotknie, to natychmiast eksploduję. Połykałem go tak głęboko, jak tylko mogłem. Dusiłem się, ale to było przyjemne duszenie. Siorbałem, lizałem i znów połykałem. Widziałem, że jak nie przestanę, to zaraz strzeli. Strasznie sapał i raz po raz naprężał lub rozluźniał nogi. Palce u stóp rozczapierzał i zginał, wachlując nimi na zasadzie domina. Wyglądało to tak, jakby na niewidzialnej dla oka ludzkiego klawiaturze fortepianu odgrywał nimi – ćwiczył, chcąc opanować do perfekcji – niezapisany jeszcze temat muzyczny wielkiego dzieła rodzącego się w głowie wirtuoza. Przystopowałem na chwilę, a on na mnie popatrzył prawie w ekstazie takim jakby zamglonym wzrokiem. Zorientowałem się, że coś gada, ktoś niemiłosiernie relacjonuje jakieś relacje z relacji. To telewizor. Jakaś tragedia. Pieprzą coś o wybuchu gazu w kamienicy. Nikt nie zginął, ale są ranni, poszkodowani i stratni. Rozpraszało mnie to.
– Wyłącz ten telewizor – rozkazałem, a Marcin szybko odnalazł pilota i nacisnął odpowiedni guziczek.
Błoga cisza. Teraz dobitniej będzie można usłyszeć nasze harce. Bardzo powoli zacząłem walić mu jego oślizgłego od mojej śliny konia, a na drugą ręką wyplułem te zapasy śliny, które miałem jeszcze w ustach i wysmarowałem nimi swój rozochocony otwór. Chciałem już nawet się odezwać i zaproponować mu, by mnie przerżnął, ale okazało się, że nie musiałem go nawet o nic prosić, a moje niewypowiedziane życzenie i tak zostało wspaniałomyślnie i uczynnie spełnione. Moja cudowna złota rybka, myślałem… Brał mnie jak chciał – mocno, głęboko, bezlitośnie i bez zbędnych ceregieli. Nie użył nawet żelu poślizgowego, bo wystarczyło tego naturalnego środka, jakim jest ślina. Ładował mnie tak mocno i szybko, że w duecie do podniecającego sapania i klaśnięć jego bioder o moje pośladki, stękałem głośno i niewyżycie jak na ostrych pornosach. Oj tak, dawno mnie tak nie dymał, myślałem, dyszałem, umierałem ze szczęścia.
– Ale, kuu-rwa, Cu-do-wniee. Rżni-ij Moo-cno! Ru-u-chaj! – aż jąkałem się od tych jego szybkich i miarowych posunięć i dyszałem w poduszkę: – A-le je-steś za-je-bi-sty. O ta-aak! Dyy-ymaj mnie-e! – powtarzałem wniebowzięty. – Dyy-maj moo-cnoo! Oo! Ooo! – A on spełniał moje życzenie i rżnął, ruchał i dymał tak mocno, jak tego chciałem, trzymając mnie za biodra. Ale „mam dziś jebliwą duszę”, cytowałem sobie w głowie zdanie z klasyki literackiej pornografii – mało w Polsce znanej książki Jedenaście tysięcy pałek, czyli miłostki pewnego hospodara autorstwa poety o polskich korzeniach Apollinaire’a, którą niewiele wcześniej przeczytałem. A z tego mojego Marcina to potrafi być taki jebaka, że nono! – sam się nie mogę nacieszyć, że tyle szczęścia mi daje ten mój ukochany brutal. Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Wibracje przesuwały nim po biurku.
– Odbierz. Może to coś ważnego – zasugerował Marcin, ciągle jednak wykonując swoje boskie ruchy.
– A kto dzwoni? Weź zobacz – powiedziałem trochę zirytowany, że ktoś miał nieodpowiedni timing. Wyszedł ze mnie, wstał i nachylił się nad biurkiem.
– Mama – przeczytał z wyświetlacza i podał mi telefon. Wyłączyłem dźwięki i odłożyłem go na kołdrę.
– Zaraz oddzwonię. Dokończmy – zaproponowałem, kładąc się na plecach i łapiąc w zgiętych kolanach.
– Mówisz, masz. – Przyssał się na chwilę do mojego sztywnego małego, a następnie zacharczał, wypluł trochę śliny na palce i posmarował sobie członek, którym po kilku sekundach wypełnił moje spragnione wnętrze. Nie trwało to już zbyt długo. Tuż przed finałem przygniótł moją klatkę swoimi dłońmi i przyspieszył. Doszliśmy równocześnie, wydając bardzo głębokie, tubalne wręcz dźwięki. Splądrował moje zaplecze wprost wybornie – niczym najlepszy zbir, o którym czasem marzyłem w ten przyjemnie dwuznaczny sposób.

Po wszystkim poczułem się wyczerpany i spełniony, ale zaraz pomyślałem, że to wszystko to coś, na co już znów czekam i cieszyłem się na samą myśl, że to wszystko ponownie jeszcze przede mną. Zaspokojenie było chwilowe, bo spokój od tych natrętnych myśli, aby to szybko znów powtórzyć nie trwał długo. Poczekaj do wieczora, powiedziałem w myślach sam sobie, daj mu się zregenerować, ruchawico jedna. Położyłem się pomiędzy jego udami. Na linii wzroku miałem jego pulsującego jeszcze fallusa – masowałem go i jądra kolistymi ruchami, czasem biorąc je do ust. Lekko kłuły odrastającymi włosami. Powinien je ogolić. A może właściwie nie… Policzkiem leżałem przy jego pachwinie, na tętnicy udowej i czułem bicie serca, choć w rzeczywistości jego serce biło przecież nieco wyżej. Leżałem i wpatrywałem się w bliznę po wyrostku robaczkowym. Jeździłem po niej palcem. Obserwowałem jak wilgotny penis nieco maleje, kurczy się. Po chwili przeniosłem swoją głowę na wysokość klatki piersiowej i przykładając ucho do skóry, słyszałem prawdziwe bicie jego serca. Wtuliłem się w niego i jedną dłonią gładziłem jego włosy, a drugą miętosiłem przelewające się w mosznie jądra i sklapciałego już całkowicie penisa. Marcin objął moje ramię i szyję i pocałował mnie w czoło.
– Boże, misio, jak ty potrafisz ruchać… – westchnąłem. – Jesteś cudowny, wiesz?
– To ty jesteś cudowny. Kocham cię, rybko – pogłaskał mnie i podrapał po brodzie.
– To ty jesteś rybką, i to złotą, bo tak pięknie spełniasz moje życzenia… I też cię kocham, kochany mój. – Odchyliłem głowę, daliśmy sobie buziaka i ponownie położyłem ją na jego przyjemnej skórze, gryząc go lubieżnie w sutek. Szczęśliwi ludzie potrafią bredzić. I jakie to potrafi być niezjadliwe, gdy słucha się tego z boku, choć akurat oni wtedy tego nie słyszą – słyszą inaczej i lubią te brednie. Czy nie mogłoby tak być zawsze? Tak naiwnie, słodko, miło? Musieliśmy sobie robić przerwę od takich cudownych relacji?, pomyślałem. Może nie było wyjścia? Może tak musi być, że w związkach są kryzysy i jakaś nieodzowna sinusoida, bo inaczej ludzie by się wcale nie poznali i nie umieliby doceniać dobrych chwil? Słyszałem, że statystycznie w związkach kryzysy najczęściej występują po siedmiu latach. Może coś w tym jest? U nas kryzys pojawił się coś koło tego, choć około pięciu i dwóch też nie było najlepiej. Ale co to ma za znaczenie, skoro każdy kryzys, bez względu na to, kiedy wystąpił, trzeba pokonać, aby być dalej razem. Chciałbym dotrwać dziesięciu wspólnych lat, zamarzyłem. Tak na początek dziesięciu, bo powalczymy o więcej. To musi być dopingujące przetrwać tak długo razem w świecie, gdzie liczy się ilość, nie jakość oraz przyjemność i łatwość, a nie pokonywanie trudności.
– Spoko ta rozmowa z tymi kolesiami, nie? – zacząłem, bo przypomniało mi się, że dziś było o tym głośno, a jeszcze o tym nie gadaliśmy.
– Mówisz o tym wywiadzie gazety.pl z twojego smsa? – odparł.
– No tak. Czytałeś?
– Czytałem. W pracy powiedzieli mi, że zrzucili Glempa z głównej strony, więc nieźle, nie? – zachichotał Marcin. – Zaraz będzie głosowanie w sejmie, więc temat jakoś w mediach istnieje. I bardzo dobrze. Nareszcie.
– A wiesz, że to chyba od nich wziąłem te imiona Grzesiek i Krzysiek w tym wymyślonym liście, który niedawno napisałem? Tak mi się zdaje, że to oni.
– No przecież mówiłeś, że to było zmyślone.
– No zmyślone, bo przecież ich nie znam, ale tak mi się wydaje, że to właśnie ich profil zobaczyłem chyba na fellow i mnie jakoś zainspirowali. Było napisane, że są prawie albo już nawet ponad 10 lat razem, a resztę to już sobie wyobraziłem.
– Oj, ty mój pisarzu… – przyciągnął moją głowę do swoich ust i pocałował mnie w czoło.
– Próbowałem ich dzisiaj odnaleźć, ale nie udało mi się…
Nic nie odpowiedział. Chwilę leżeliśmy w ciszy. Ciągle gładziłem mu brzuch, bawiłem się jego jądrami i członkiem. Z napletka robiłem różę, naciągając go na żołądź i ściskając palcami. Nachyliłem się i pocałowałem go w tę różę, ze swoich ust robiąc dzióbek.
– Kocham twojego ptaszka, wiesz? – Cmoknąłem go jeszcze raz i ściskałem w dłoni jak talizman; moje szczęście na szczęście.
– Oj weź przestań, nie myłem go jeszcze – mruknął podirytowany i spróbował mnie odepchnąć, ale mu nie pozwoliłem.
– No co zrobię, że kocham go nawet nieumytego? – zażartowałem i jeszcze raz go pocałowałem.
– No na pewno? – powiedział tak wątpiąco chyba, żeby mnie sprowokować do odwrócenia się w jego stronę. – Seks był? Teraz paciorek i spać!
– Ajtam paciorek… Jeszcze nie jest tak późno. Mówię, że kocham twojego fiutka i już! – ścisnąłem go jeszcze mocniej.
– No dobrze… Wiem, wiem… – niemal szepnął, najwyraźniej ciesząc się nieśmiało. – Ale już przestań, co? – dodał.
Mimo jego próśb, dalej pieściłem dłońmi jego krocze, myśląc, że gdybym tylko mógł, to bym pożarł to cudo, które znów trochę jakby zaczynało rosnąć z powodu mojego dotyku. Leżeliśmy tak dłuższą chwilę, nic nie mówiąc.
– Wyruchasz mnie znów jutro? – spytałem nieco agresywnie i tak tęskno, odwracając się w jego stronę.
– Że co? – odpowiedział pytaniem, już jakby przysypiając.
– Nico! – warknąłem, ale z uśmiechem na twarzy. – Pytam, czy mnie przerżniesz jutro tak samo jak dziś? – Ścisnąłem go za już prawie stojącego kutaska i mówiłem niby groźnie, przez zaciśnięte zęby.
– No pewnie, kochany, że cię przerżnę. Z przyjemnością! – powiedział jakby rozbudzony i ponownie pogłaskał mnie po głowie.
Kurcze, znów jakiś zboczony jestem. Już nie mogę się doczekać jutra. Gdyby tylko zechciał, to dałbym mu nawet i teraz. Ale tak to jest, że czasem ma się wzmożone potrzeby, a czasem nawet przez miesiąc kompletnie nic, posucha, że aż śmiejesz się, że dupa ci chyba zarosła od tego braku seksu. Nic to. Wytrzymam jakoś do jutra, uspokajałem sam siebie i zacząłem myśleć o książce. Mam już sporo tekstu. Wkręciłem się w to pisanie.
Marcin wziął do ręki swój telefon i zaczął się nim bawić. Jarzący się ekran smartfona rozświetlał mu twarz.
– Co robisz?
– Nic – odparł.
– Tak! Nic! Pewnie już szukasz jakichś romansów na tych swoich profilach, nie? Obcych fiutów ci się zachciało, co? – Złapałem w garść jego dawno nieskracane włosy łonowe i pociągnąłem za nie.
– Auć! Co ty wyrabiasz, głupku? – syknął. – I co za głupoty wymyślasz?
– Dobra, dobra! Ja już cię znam. – Zmrużyłem oczy i spoglądając na niego, udawałem, że chcę go przejrzeć, prześwietlić, przeniknąć na wylot.
– No dobra! Szukam kogoś, bo kiepsko się ruchasz… – rzucił i nie wytrzymał, bo niemal od razu parsknął śmiechem.
– Coś ty powiedział?! No tego to już za wiele, ty ruchawico jedna! – krzyczałem. – Ty małpo jedna! – Podniosłem się na kolana i zacząłem ściskać go za uda i łydki. – Ty męska szowinistyczna świnio! – Próbowałem go łaskotać po żebrach. Machał kończynami, próbował się bronić. – Ja ci tu dupę udostępniam, a ty jeszcze śmiesz mówić, że kiepsko się rucham? Tak? Kiepsko? – Odpychał mnie, wierzgał nogami i nerwowo chichotał. – Za dużo sobie pozwalasz, chamie ty! Dawaj dupsko! Zleję tę wstrętną dupę puszczalską! Dawaj!
– Oj, przestań! – darł się wniebogłosy. – Daj już spokój!
– Co: przestań! Co: daj spokój!!! Nie ma tak łatwo! – Dalej go gilgotałem i wciskałem palce między żebra. – To jak nie dupsko, to ci kutasa zaraz odetnę! Albo najlepiej odgryzę i tyle będzie z tego puszczania! – Bronił się, rechotał, sapał, zipał. Ja też się zmęczyłem, nawet chyba bardziej tym udawaniem śmiertelnie poważnego. Dyszeliśmy, kotłowaliśmy się na łóżku. Pościągaliśmy całe prześcieradło. – No dobra, już – powiedziałem wreszcie zmęczony i się roześmiałem. – Koniec tego dobrego. Daj buziaka!
– Teraz to buziaka, tak? – odpowiedział, dysząc.
– Dawaj i nie gadaj! – Nachyliłem się nad nim, a on pocałował tak jakoś za szybko. – Z języczkiem! – zażądałem i przywarłem do niego na dłużej. Poczułem jego lekko chropowaty i ciepły język. – Kocham cię, mój mały świntuszku.
– Też cię kocham – powiedział i objął mnie mocno za szyję i przytulił.
Położyłem się na plecach i oparłem głowę o jego ciało na wysokości biodra.
– Kiepsko z kondycją, co? – zakpiłem trochę z niego, a właściwie z nas obu.
– No w seksie chyba nie jest tak źle, co? Ale rzeczywiście zmęczyłem się nieziemsko… – westchnął ciężko.
Leżeliśmy.
Nic nie musieliśmy.
Było miło.
– A powiedz mi: czego oczekujesz od związku? – odezwałem się dość nagle i przekręciłem tak, że prawym policzkiem i uchem leżałem na jego brzuchu.
– Od związku? – spytał jakby roztargniony. – Czego ja oczekuję?
– No padło kiedyś takie pytanie na terapii. Zastanawiałeś się nad tym?
– Chcę po prostu, żebyśmy byli szczęśliwi – powiedział po krótkim namyśle.
– Dobra, ale ja pytam, czego ode mnie w związku oczekujesz? – doprecyzowałem.
– No jak to czego? – powiedział z niby taką oczywistością, ale już oczywistej odpowiedzi nie potrafił udzielić, bo jak się przekonaliśmy w trakcie sesji, tak to jest z oczywistościami, że często trudno je zwerbalizować. – No żebyś był zadowolony, szczęśliwy, spełniony – stwierdził, ale jakby niepewny własnych odpowiedzi.
– No ale to nie są oczekiwania do mnie, bo to zależy jakby od nas dwóch. Czego oczekujesz ode mnie? Co ja mam zrobić, abyś był zadowolony?
– Nie wiem… – zamyślił się. – Chyba chciałbym, żebyś był wobec mnie po prostu lojalny.
– Po prostu lojalny… – powtórzyłem w zwolnionym tempie. – Dość zagadkowe.
– Czemu: zagadkowe? – zdziwił się, zmarszczył brwi i poruszył z niezrozumieniem głową.
– Bo nie wiem, czy w kontekście tego, co już kiedyś mówiłeś, tej tak zwanej wolności, to znaczy, że o puszczeniu się mam ci powiedzieć jeszcze przed czy już po tym puszczeniu? – specjalnie ironizowałem.
– Bardzo śmieszne… – skwitował i się nie zaśmiał. – Ja tu na poważnie się uzewnętrzniam, a ty se jaja robisz…
– Oj, nie denerwuj się tak – pogłaskałem go po czole, bo chciałem go ugłaskać i przyznałem: – Ładne to z tą lojalnością. Naprawdę ładne. – Pomyślałem, że rzeczywiście głupio tak najpierw brać go na poważne spytki, a potem się nabijać.
Nic już nie odpowiedział. Mój błąd taktyczny.
– A wiesz, że Robert znów był w Budapeszcie? – zmieniłem temat.
– On ciągle gdzieś jeździ. – Nieustannie wpatrywał się w swojego smartfona, jeżdżąc paluchem po jego dotykowym ekranie.
– A co? Zazdrościsz mu? Niech se jeździ. Tam ma jakiegoś kumpla, więc miejscówkę miał za darmo – wyjaśniłem. – Po raz kolejny podniecał się tym klubem z lustrem weneckim. Musimy tam kiedyś pojechać.
– Też chciałbym to zobaczyć – stwierdził Marcin.
Robert był w Budapeszcie już kilka razy. Gdy my tam pojechaliśmy ten jeden jedyny, jak do tej pory, raz, to niestety nie trafiliśmy na ten klub, do którego on tak chętnie wracał – nastawiliśmy się na miejskie sauny i łaźnie, dyskotekę zaliczyliśmy jedną, ale w sumie nie było to nic specjalnego. A w tym klubie lustro weneckie ponoć oddzielało pisuary od darkroomu i było zamontowane na wysokości bioder sikających do podłużnego pisuaru kolesi; taka jakby rynna, jaką zobaczyć można także w niektórych warszawskich klubach. W darkroomie ustawiały się rządki facetów podglądających gości załatwiających swe potrzeby po drugiej stronie lustra, być może nawet nieświadomych, że ktoś na nich patrzy. Raz wśród patrzących był nawet znany polski dziennikarz, który gdy usłyszał polski język (Robert był tam z takim Kubą, też stewardem), to zagadnął do nich pełen zachwytu nad widokiem i pomysłem tego cudownego architektonicznego cacka. Szkoda, że w Wawie nikt niczego takiego nie wymyślił…
– Trzeba się tam niedługo wybrać na jakiś romantyczny weekend. – Bez odzewu; Marcin nie zareagował. – A Robert znowu namawiał na Sitges, wiesz? – zagaiłem, zmieniając nieco temat.
Marcin nie zareagował; dalej grzebał w telefonie, grał w sudoku lub coś równie fascynującego.
– Słyszysz? – zapytałem, dając mu kuksańca w biodro.
– Słyszę! – przytaknął. – Super by było w tym Sitges, tylko tam jest tak pieruńsko drogo. Pedalski kurort się ceni, bo bogate cioty nakręcają koniunkturę. Może lepiej wycieczkę na Kanary kupić i już? – rzucił pomysł.
– Ty już tu mi nie miaucz, dobrze?! – rozkazałem. – Czym prędzej zabukujemy bilety i noclegi, tym będzie taniej. Zresztą już mi nie mów, że taki biedny jesteś. Raz w roku na porządne wakacje można się wybrać, co?
– Ja nie powiedziałem, że jestem biedny, ale może lepiej do tego Sitges pojechać poza sezonem. – No chyba sobie kpi, pomyślałem i zamarudziłem lekko zirytowany:
– Oj, misio! Co ty wygadujesz! A plaże naturystów?! Faceci z całego świata. Mnóstwo klubów. Robert mówił, że tam jest cudownie właśnie latem. Przecież widziałeś zdjęcia! – próbowałem go przekabacić, wspominając o samych apetycznych urokach takiego wyjazdu. – I te pikiety i gay zone w lasku przy skalistej plaży, gdzie ci kolesie wystają nadzy w krzakach jak jakieś antyczne rzeźby i czekają aż trafi się jakaś akcja. Trzeba tam pojechać, gdy będzie ciepło, bo jak będzie chłodno, to po co?
– A co? Uklęknąłbyś przed takim kolesiem co? – zasugerował.
– Jak to byś ty tak stał, to czemu nie? Ale tak mówiąc serio, to nie chciałbyś tego zobaczyć? – rzuciłem i natychmiast zamarzyłem o gorącym słońcu i nagich ciałach. Najbardziej mi zależało na tych plażach dla nudystów. Kilka razy byliśmy na Błotach. Ja wiem, że one pewnie się nie umywają do tych w Hiszpanii, ale jednak już nawet tam polubiłem klimat golizny, który w wyobrażeniach wydawał mi się tak podniecający i erotyczny, a w rzeczywistości okazał się bardziej neutralny i po prostu radosny niż seksualny i zboczony. To na tych podwarszawskich Błotach poczułem zadowolenie z bycia wśród innych golasów. Obnażam się i jest dobrze. Jestem przyjemnie chłostany promieniami słońca. Leżę, obserwuję, przyglądam się. Wokół mnóstwo ciekawych genitaliów różnych kształtów. Bardzo różnych… Rany! Pamiętam, że jakiś facet miał zadziwiająco wypchane slipy. Aż do niemożliwości! Gdy je zdjął, okazało się, że to jego jądra – gigantyczne, nienaturalnie różowe, prawdopodobnie chorobowo zmienione. Ktoś wskazał go palcem i się zaśmiał. Inni zasłaniali usta i robili duże oczy. Zabawa w głuchy telefon.
– To ustalaj wszystko z Robertem – polecił Marcin, ratując mnie od przerażającego obrazu przeolbrzymiej moszny, nie wiadomo po co wystawionej na skwar, a teraz znów jawiącej się przed moimi oczami. – Już tam był, więc wie, co i jak.
– Ty możesz tylko na tydzień, tak?
– Do 10 dni. Więcej urlopu mi nie dadzą.
– Spoko. Będziemy się rozglądać za jakimś w miarę tanim apartamentem.
Już się nie mogę doczekać. Taka pedalska mekka. Mnóstwo przystojniaków z całego świata, pełno klubów, gejowskie plaże. Piękna pogoda, ciepłe morze, ładne widoki, dobre jedzenie. Istny raj na ziemi. Przynajmniej tak wynika z opowieści Roberta.
Znów wróciłem myślami do książki.
– A wiesz? – wypaliłem dość niespodziewanie po chwili ciszy.
– Ty przestań już gadać – przerwał mi. – Trajkocze i trajkocze jak nakręcony. Miałeś zadzwonić do mamy.
– O kurcze! Która to? – Spojrzałem na zegarek. 23.15. – Już za późno. Czemu dopiero teraz mi przypomniałeś?
– Bo sam zapomniałem – przyznał.
– Zadzwonię jutro. Już pewnie śpi.
I nastała chwila spokoju bez mojego trajkotania, którą przerwał Marcin:
– A co miałeś powiedzieć? Coś zacząłeś…
– Co?
– No nie wiem co! – burknął.
– Aaa… – przypomniało mi się. – A coś ty taki nerwowy?
– Nie jestem nerwowy – odparł spokojnie. – Mów, co miałeś powiedzieć – polecił rzeczowo.
– Że chyba nie chcę być jednak tym kucharzem, wiesz? Zdaje mi się, że takie gotowanie przez całe życie to jednak nie dla mnie.
– A ktoś ci każe? – zapytał Marcin.
– No wypadałoby jakoś coś robić i zarabiać…
– To weź coś w końcu napisz, wydaj i już – powiedział tak jakby naturalnie, szczerze, bez cienia ironii i sarkazmu, że aż się zdziwiłem.
– Ty tak serio?
– No przecież piszesz i piszesz. Widać, że cię to interesuje.
– Gdyby to było takie proste… – rzekłem z lekkim powątpiewaniem.
– Nie marudź, tylko weź się do roboty i już.
Chciałbym. Naprawdę chciałbym. Sprawiła mi radość ta jego akceptacja dla mojego pisania. I to swego rodzaju motywowanie, aby przeć do przodu, realizować się w pisaniu. Nie podejrzewałem go o taki doping; zaskoczył mnie.
– Fajnie, że tak mówisz. – Powiem mu, pomyślałem i powiedziałem: – A wiesz, że zacząłem pisać o nas?
– Co o nas? Przecież mówiłeś, że z Robertem piszesz o lataniu – zdziwił się.
– A tam… To tylko plany, Robert mi spisuje jakieś historyjki, powiedzonka z pokładu i tyle. Jest w tym jakiś potencjał, ale muszę się nad tym głębiej zastanowić. Niedługo wejdzie do kin nowy Almodóvar o jakimś feralnym locie i personelu lotniczym, więc pewnie będzie ubaw. Może się okaże, że nie ma już o czym pisać.
– To jak to piszesz teraz o nas? – spytał z zaciekawieniem w głosie, a ja nagle przestałem smyrać go po podbrzuszu i rzekłem:
– Weź mnie też tak trochę pomuskaj palcami po plechach, co? Wiesz przecież, jak to lubię. – Przekręciłem się na brzuch. Zaczął jeździć paluchami, a nawet paznokciami po mojej skórze. Zupełnie bez wyczucia. – Ale nie drap mnie – warknąłem – tylko muskaj tak delikatnie. Muskaj… o tak… Ale przyjemnie.
– No to o czym piszesz?
– O nas na terapii.
– Że co? Jak to o nas na terapii? – Poczułem, że poruszył tułowiem i zabrał dłoń znad moich pleców. Pewnie wpatrywał się we mnie pytająco, gotowy do wsłuchania się w to, co miał dopiero usłyszeć.
– No weź dalej muskaj i się nie denerwuj! – Na plecach znów poczułem delikatne i przyjemne muśnięcia. – A co do pisania, to mówiłem ci kiedyś, że mam pomysł na taką książkę, może trochę o nas, a może właściwie nie o nas… W każdym razie o parze gejów, którzy chodzą na terapię.
– Pierwsze słyszę…
– No jak to: pierwsze słyszę? Jak zwykle mnie nie słuchasz. – Podniosłem się i wsparłem na łokciu. – Przecież jak zaczęliśmy chodzić na terapię, to powiedziałem ci, że to właściwie świetny pomysł na powieść.
– Co jest świetnym pomysłem na powieść, bo nie kumam? – zapytał jakby poirytowany.
– No my na terapii. W ogóle geje na terapii dla par, dla związku. Jak jeszcze na początku tej naszej terapii powiedziałem Robertowi, że zaczęliśmy chodzić wspólnie do psychologa, to on powiedział, że pierwsze słyszy, żeby cioty na terapię chodziły. Jest taki pogląd, że lesbijki na drugiej randce się do siebie wprowadzają, a u gejów do drugiej randki nawet nie dochodzi, więc dziwił się, że co to za pomysł z tą terapią.
– Poczekaj, poczekaj, bo nie wiem, czy dobrze rozumiem… Mówisz, że my jesteśmy świetnym materiałem na powieść? – Był chyba już nie tylko podrażniony, ale i zaniepokojony. On naprawdę nie pamiętał tej rozmowy.
– Nie my, tylko temat jest ciekawy – mówię łopatologicznie. – No sam przyznaj. Nikt nie pokazywał dotąd takiej pary, która w tym zalewie uwielbianej jednorazowości – w tej manii jednorazowych seksów, randek, ciągłego poszukiwania ideału – próbuje mimo wszystko ratować swój związek, stara się o siebie i chodzi do psychologa, jakoś tam walczy. Czytałeś albo widziałeś kiedyś coś takiego?
– No wiesz, że ja nie jestem najlepszą osobą, żeby…
– No faktycznie, ale no to uwierz mi, że jakoś czegoś takiego raczej nie ma. Przynajmniej po polsku. Ja na pewno nie czytałem. Filmu też takiego nie widziałem. Był taki motyw w Shortbusie, ale  mało rozbudowany. Za to dużo jest o tych pedałach, co to tylko żyją dla siebie, ciągle bawią się i sekszą ze wszystkim, co się rusza. Albo sporo jest takich dramatycznych historyjek – no wiesz – że AIDS, ktoś umiera lub kogoś zabijają, w każdym razie na końcu jest meganieszczęśliwie i w ogóle bylejak i nie ma „żyli długo i szczęśliwie”. No i są jeszcze takie umoralniające powiastki, że tolerancja tak, ale geje muszą znormalnieć, muszą wejść na właściwą drogę, przystosować się, przestać się puszczać. Nawet takie badziewia powstają jak ten Gej w wielkim mieście lub ta jeszcze koszmarniejsza Bezpruderyjna pogoń za miłością czy jak to tam było. Ja się nie wyzłośliwiam. Po prostu chciałbym napisać coś niegrzecznego, ale i z sensem, z jakąś głębią, nie tak jednostronnie.
– A co ci się nie podoba w tym jakimś tam Geju… albo w tej Pogoni…? Może to trafia do tych ludzi, którzy nie sięgną nigdy po tych twoich Genetów i… jak mu tam?… ten na H, którego dawałeś mi…
– Hollinghurst?
– Właśnie. Hollinghurstów.
– No niby tak. I ja to rozumiem. Ale nie pamiętasz? Przecież czytałem ci kiedyś fragmenty i śmiałeś się razem ze mną do rozpuku, nie pamiętasz? I prawda, że może i dobrze, że ktoś coś takiego pisze, bo na pewno znajdą się tacy, których to wzruszy, podtrzyma na duchu, coś tam da. Zwłaszcza dla młodych gejów może znaczyć to wiele, że ktoś też jest tak samo nieszczęśliwy i ma podobne problemy. Ale w tych książkach jest stereotyp na stereotypie! I czy to musi być takie infantylne! Do tego literacko to są to takie opowiadania z podstawówki. Ten cały Chęciński od tej Pogoni… to nawet sensownych zdań nie potrafi budować, nie mówiąc już o ortografii i jakiejś wymyślonej interpunkcji. Niby była redakcja i była korekta, tylko że tego kompletnie nie widać. Wszystko szwankuje! A ponoć to absolwent polonistyki! Wierzyć się nie chce… A ile w tej jego bezpruderyjności pruderii i jakiegoś oceniania z góry, z jakichś takich moralnych i religijnych stanowisk…! Zabobony niczym z ambony. Koszmar!
– Proszę! Co za złośliwość – zauważył. – Żeby ciebie nikt tak bezlitośnie nie podsumował…
– A niech podsumowują. Każdy przecież może!
– Rozumiem w takim razie, że wiesz już, jak nie chcesz pisać.
– No na pewno nie tak, jak oni. I tak sobie myślę, że taka terapia to jest dobry punkt wyjścia do ukazania relacji w konflikcie i to relacji złożonej z jakichś pragnień, instynktów, fascynacji, perwersji, obopólnie popełnianych błędów i próby ich naprawiania. Nie uważasz, że to ciekawe?
– Chyba ciekawe, ale czy to musi być o nas? Zdradzisz wszystkie nasze problemy, skoki w bok, chęci, perwersje właśnie? Nie wiem, czy mi się to podoba – stwierdził wątpiąco.
– Ojejku! Marcin! Przecież powiedziałem, że my to tylko punkt wyjścia. Jak w tym liście. Przecież w tym Krzyśku i Grześku było sporo z nas, ale były też jakieś zasłyszane historie, moje własne wyobrażenia o związku otwartym, obawy, teksty z profili, jakieś historie Roberta czy na przykład tego twojego znajomego Adama o tym kolesiu w autobusie… Ale poza tym było w tym w ogóle sporo zmyślenia.
– Jaki koleś w autobusie? – dopytał.
– No kiedyś ten twój Adam chwalił się, jak w sobotę rano wracając po pijaku z jakiejś imprezy, zrobił w autobusie laskę jakiemuś hetero…
– A… no tak… – przypomniał sobie.
– No. A ten pomysł z terapią wydaje mi się ciekawy i nośny. Po prostu teraz, dzięki naszej terapii, wiem mniej więcej, jak to wygląda – jak takie spotkania z psychologiem mogą wpływać na zmianę percepcji, patrzenia na problem, na proces. I mam wrażenie, że to ma też jakiś taki ciężar społeczny – że chciałbym się w ten sposób zaangażować w zmianę, a jeśli nawet nie zmianę, to chociaż urozmaicenie i takie zgłębienie społecznego postrzegania gejów w ogóle. W Polsce to tym bardziej ma duże znaczenie, bo u nas niewiedza jest zatrważająca – w szkole brak przecież nauczania o seksualności, a już zwłaszcza o homoseksualności. I ta ignorancja łączy się ze stereotypowym opisem rzeczywistości, że jak gej, to musi być takim Pajacykowem lub innym freak’iem.
– No dobrze. Fajnie. Ale powtarzam moje pytanie: czy ty musisz pisać o nas? To taki jakiś ekshibicjonizm. Będziesz zdradzał historie nie tylko swoje, ale i moje.
– Oj, nie przesadzaj…
– I chcesz to potem wydać pod swoim nazwiskiem? Co na to twoja matka, ciotki, nie mówiąc już o mnie?
– Kochany, powtarzam ci: to nie będzie o nas. To znaczy: to nie będzie tylko o nas. To będzie jakby na naszym przykładzie. Nawet nie można powiedzieć, że na kanwie. Myślisz, że jesteśmy jedynymi, co chodzą na terapię i walczą o siebie jakby wbrew państwu, które nie robi nic, żeby zagwarantować takim ludziom jak my godne prawa? Oczywiście, że będą tam nasze historie, ale i innych także. Bohaterowie nie będą nami, ale będą tak samo jak my walczyć. I nie chcę, żebyś myślał, że wszystkie historie zdrad i seksów to moje doświadczenia. Jeśli masz ochotę dowiedzieć się o czymś, czego jeszcze nie wiesz, to mów. Możemy pogadać.
Zamyślił się i po chwili uśmiechnął z jakąś taką nadzieją.
– Raczej nie chcę. Ale powiedziałeś, że my walczymy o siebie? – Powiedział to jakby tak nieśmiało, ale i z pewnym zadowoleniem, jakąś nadzieją.
– No a nie? – spojrzałem na niego  i się uśmiechnąłem. – Ja walczę. Ty nie?
– Nawet nie wiesz, jak miło mi to słyszeć. – Dał mi buziaka i przytulił się mocno. – I pisz sobie, co tam chcesz. Tylko może nie zdradzaj zaraz naszego adresu i powymyślaj inne przestrzenie dla tego literackiego, czy jak to się tam mówi, tła niż nasze mieszkanie, dobra? Bo wpadnę w jakąś paranoję! – zaśmiał się.
– Obiecuję. W końcu chcę zostać pisarzem, no nie?, więc muszę umieć zmyślać.