Rozdział 13

Wieczorem, gdy leżeliśmy już w łóżku, ja przeglądałem jakąś książkę, a Marcin pstrykał po kanałach – na przemian TVN24, Polsat News i Discovery. Pod ścianą stała sztaluga, na której przez pół dnia malował jakiś dość jak na razie ciemny i mroczny obraz. To nowość. Zajmował się tym od niedawna. Pewnego dnia po prostu przytargał do domu pędzle, farby, sztalugę i płótna, stwierdzając, że od teraz będzie wyżywać się w sztuce. I super. Coś było w tym jego malowaniu. Szczerze mówiąc, gdy przytachał ten cały asortyment i oświadczył, że będzie malować, bałem się, że będą to jakieś jelenie na rykowisku lub pejzaże z ośnieżonymi wierzchołkami gór i zachodami słońca, i że będę musiał się nieźle nagimnastykować, aby ominąć smutną prawdę, że to jego malowanie nie jest wcale dobre. A tu trochę taki jakby de Kooning, może Kandisky czy poniekąd Malewicz, gdy szedł we wzory bardziej geometryczne. Choć w sumie ja się tam wcale nie znam; żaden ze mnie krytyk sztuki malarskiej. On też nie szperał i nie szukał, a kupiłem mu nawet potężny album z nurtami w malarstwie; przejrzał, lecz pomysły i tak brał z głowy, nie wzorował się na nikim. Historia sztuki jako taka zupełnie go nie zajmowała. Nie zależało mu na kontynuacji lub odnoszeniu się do jakiegoś nurtu. Jak sam mówił, to tylko próby. Dla przyjemności i rozluźnienia.

Leżeliśmy w pomroczności jego nieukończonego dzieła i mroku smutnych historii z życia wziętych. Dużo zła dzieje się na tym świecie – tak przynajmniej trąbią te telewizje informacyjne; same tragedie, ciągle coś… Nagle, tak trochę o czapy, zapytał, co dla mnie w ogóle znaczy ten związek otwarty? Że wiemy, że się bzykamy z innymi czy udajemy, że nie wiemy? A może konsultujemy i wspólnie wybieramy dla siebie partnerów? Nie ma się co czarować – każdy z nas ma różne potrzeby – zwłaszcza po tylu latach. Mamy czasem ochotę na innego fiuta – to jest proste jak budowa cepa i budowa męskiego organu płciowego, który często przerasta swoimi rozmiarami męski mózg. Tak sobie myślałem, że właściwie co związek to inne zasady, więc co związek otwarty to pewnie też inaczej sobie to partnerzy ustalają – co można, a czego nie można i na co właściwie się otwierają. Nie powiem, że nie – zdarzało mi się zastanawiać, czy chciałbym takiej relacji spróbować. Ludzie myślą, że jak jest się w związku, to automatycznie nabywa się praw do drugiej osoby i można siebie mieć na własność i na wyłączność, a tak chyba nie jest, przynajmniej być nie powinno. Może coś jest w tym, że trzeba czuć tę wolność, aby było dobrze, bo jak jej nie ma, to się chce uciekać, kręcić, kłamać – ponoć zakazane smakuje lepiej. Robert zawsze zachwycał się naszymi trójkątami i dopingował mnie, można powiedzieć, nawet do zdrad. Oj, małe obciąganko? Co ci szkodzi! Trzeba z życia korzystać, mówił wielokrotnie w saunie, gdy widział, że jakiś facet ma na mnie ochotę. Wielu gejów tak żyje i wydają się szczęśliwi, bo mogą wszystko. To takie mieć ciastko i zjeść ciastko. Niby ze sobą żyją, a jednak trochę jakby obok. Często będąc w związku, wcale ze sobą nie mieszkają – każdy ma swój kąt, a w tym swoim kącie spotykają się z kim chcą i jak często chcą. Poliamoria to się nazywa. To chyba coraz częstsze i u heteryków. Robert też był przez chwilę w takiej relacji i mówił, że to było cudowne. Takie cudowne, że skończyło się po trochę ponad miesiącu. No właśnie. Nie wiem, czy bym tak potrafił. Czy według zasady, że czego oczy nie widzą, temu dupie nie żal, nie byłbym zazdrosny, gdyby Marcin spotkał się z kimś innym? A czy pozwoliłbym mu na dłuższy układ z jednym gościem? Raczej nie. Czy chciałbym słuchać o szczegółach? – jak pachniał, jakiego miał, co dokładnie robili i w jakich pozycjach, jak długo, gdzie i co czuł Marcin? Czy byłoby to dla mnie podniecające czy może obrzydliwe? Oj, nie wiem, nie wiem… A może nie ma przed tym ucieczki, bo jak się nie zgodzę, to zdradzi mnie i tak, tyle tylko, że zrobi to tak, abym tego w ogóle nie wiedział? I tak źle, i tak niedobrze.
– A wyobraź sobie, że jesteśmy w tym otwartym związku. Pozwalamy sobie nawzajem bzykać się na boku. Chciałbyś wiedzieć z kim się bzykam? – spytałem go.
– Chyba nie – odpowiedział od razu, choć niezbyt pewnie.
– A widzisz… Kiedyś mnie wypytywałeś o tego kolesia, z którym cię zdradziłem. Pytałeś o różne szczegóły: jaki był, jakiego miał, jak było… Już nie pamiętasz?
– A teraz bym raczej nie chciał wiedzieć – powtórzył.
– A ja chyba tak – odparłem.
– I nie byłbyś zazdrosny? – rzucił po chwili.
– Nie wiem. Chyba byłbym bardziej zazdrosny, gdybym musiał się domyślać. Wolałbym wiedzieć wszystko w ogóle i w szczególe.
– No nie wiem…
– Ja bym chyba tak wolał. Ale nie wiem tak na 100%, jak bym reagował, słuchając takich opowieści: jakiego miał, a jak to robiliście, czy było ci dobrze i co się dokładnie działo.
– Nie brzydziłbyś się mnie? Przecież to może zaboleć?
– Albo podniecić – powiedziałem szelmowsko. – Pod warunkiem, że wszystko bym wiedział i nie robiłbyś z tego żadnych tajemnic. – Poczułem, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce. Chwyciłem go za penisa, który był jakby w lekkim wzwodzie. – Podnieciłeś się, co? – Chciałem ciągnąć go za język, a potem mu obciągnąć. – Chciałbyś, aby jakiś inny koleś lizał twoją pałę, co? – ciągnąłem i zapragnąłem wziąć sprawy w swoje usta.
– Oj, przestań, głupolu – zarechotał, a może właściwie zarżał, gdy zacząłem się zniżać w kierunku jego małego.
– Chciałbyś, wiem to – powiedziałem i mówiąc to, zacząłem robić mu loda. Czułem, jak jego członek zaczyna rosnąć mi w ustach. – O, tak. Ciągnąłby ci druta. Drutowałby jak się patrzy, co? Głęboko. A potem… – Marcin złapał mnie za głowę i włożył mi swojego fiuta aż po same jądra. Ścisnąłem je i trzymałem jak rękojeść. Kutas zanurzył się we mnie niczym spluwa. Chciałem tego splunięcia, tego strzału, czekałem na ten gęsty spust. W tym momencie mógłbym nawet umrzeć, choć wolałbym oczywiście żyć z nadzieją na to, że to nie ostatni raz.
– A potem wyruchałbym go najpierw w usta, o tak, jak teraz ciebie – powiedział dość agresywnie, agresywnie nadziewając mnie na swoją spluwę – a potem wyjebałbym go w dupę. Mocno, bezlitośnie, do samego końca.
– No to dawaj – powiedziałem po chwili, gdy już udało mi się oswobodzić usta zakneblowane jego pulsującym penisem. – Dokończ to, co zacząłeś w samochodzie. – Wytarłem zewnętrzną stroną dłoni swoje zaślinione wargi.
Końca można się domyślać. Było tak zmysłowo, że w pewnym momencie postradałem chyba wszystkie zmysły. A potem było mocno, bezlitośnie i właśnie tak do samego końca. Cudownie. Na to czekałem od dawna. Marcin był jurny, żwawy, fertyczny. Nieposkromiony, ofensywny, dziarski. I paradoksalnie właśnie wtedy z tą twarzą w poduszce i wypiętym tyłkiem lub gdy całkowicie rozluźniony, zakładałem mu nogi za szyję, a swoje ręce splatałem za głową, czułem się tak męsko jak nigdy przedtem. Wszyscy myślą, że jako mężczyzna można sprawdzić się w roli jedynie aktywnej i tylko z kobietą, ale ja byłem mężczyzną z mężczyzną, który wbijał się we mnie swoim sztywnym prąciem.
– Kocham cię, rybko – Marcin szepnął mi do ucha równocześnie do wytrysku zalewającego moje wnętrze. Jeszcze dogłębnie uderzał, aby pozbyć się swoich ostatnich kropli i jednocześnie liżąc moją szyję, przechodził w stronę warg. Gryzł je lekko, gdy ja jeszcze dochodziłem.
Wyszedł ze mnie, a ja od razu poczułem ten brak i miałem ochotę na więcej. Rzadko mi się to zdarza, ale czasem tak jest, że zaraz po pierwszym orgazmie ciągle mi mało i nadal mam ochotę się rżnąć – nieustannie. Widziałem, że jemu wystarczyło, ale że mu się bardzo podobało. Był spocony jak już dawno nie był. Jak mysz w połogu. Pocałowałem go, mówiąc, że było fantastycznie. Leżał zmęczony na plecach, a ja położyłem się na nim, przywarłem do jego ciała swoim nagim i mokrym od mojej spermy brzuchem, wtuliłem głowę w jego szyję, on objął mnie rękoma – czułem się bezpiecznie. Mógłbym tak leżeć na nim wieczność. Czułem pulsowanie jego tętnicy szyjnej – tętniło w nim życie, które tak bardzo kochałem, a którego czasami tak bardzo nienawidziłem. Pocałowałem go, a potem ugryzłem w miło drapiącą od zarostu szyję i poszedłem się umyć. Gdy już kończyłem się wycierać, podszedł do mnie od tyłu i wtulił się we mnie. Widziałem w lustrze jego ręce splecione na moich piersiach i jak całuje mój kark. Potem popatrzyliśmy na nasze odbicie i się do siebie uśmiechnęliśmy. Miły był taki widok nas obu. Razem.
– Chciałbym, aby tak było zawsze, wiesz? – wyznał. – I żebyśmy się już nie kłócili.
– Nie martw się, nie zamierzam – powiedziałem, a mówiąc to odwróciłem się, zaplatając ramiona wokół jego szyi. – Było cudownie, wiesz? – Gęba mi się sama cieszyła, ale miałem ochotę zażartować: – Widzę, że trochę rozochociła cię ta historia, że z kimś innym możesz to zrobić beze mnie.
– Oj, puknij się w to swoje kuku na muniu, bo jak ja cię puknę, to to nie będzie głowa – powiedział i sprośnie się uśmiechnął.
– O! Dobre to! – doceniłem jego słowny dowcip. – Udało ci się. Nie mogę się już doczekać! – Ścisnąłem go w kroczu. – Ale nie ściemniaj mi. Ja wiem, że chciałbyś tak na boku, tylko ja wolałbym wiedzieć, jeśli się to zdarzy, dobra? I wypytam cię o wszystko. – Mówiąc to, spojrzałem mu prosto w oczy. – Każdy najmniejszy szczegół.
– Oj, przestań…
– No co: przestań? To ważne o tym porozmawiać…
– Dziś mogę ci powiedzieć tyle: że nie zamierzam się z nikim bzykać na boku – doprecyzował dość poważnym tonem.
– Dziś może i nie… Ale kiedyś? – trochę kpiłem i drążyłem.
– No dziś myślę, że do tego nie dojdzie także w przyszłości. Ale jeśli chcesz, to wrócimy do tego jeszcze.
– Dobra, chodźmy spać.

Gdy Marcin już chrapał z nogą na moim biodrze, ja ciągle nie mogłem usnąć. Myślałem, czego tak naprawdę bym chciał i przypominałem sobie, że kiedyś to ja raczej kazałbym komuś się puknąć w głowę, gdyby zadał mi pytanie, czy pozwoliłbym swojemu facetowi na eksperymenty z innymi niż podejrzewałbym, że kiedyś może będę się nad tym w ogóle zastanawiać. A potem – nie wiem nawet kiedy – usnąłem i śniło mi się wielkie (rozmiarami) dzieło, którego tak bardzo nie znosiłem. Nie wiem czemu właśnie Bitwa pod Grunwaldem. Obraz stał tuż przed moimi oczami i choć w bezruchu, to jak żywy, a ja nie mogłem nawet ogarnąć wzrokiem jego ogromu. Szukałem ramy, chciałem wydrzeć z niej fragment płótna i zdjąć je, zerwać, zadeptać, gdy nagle wszystko zaczęło się ruszać. Konie zaczęły wierzgać, jeźdźcy zaczęli ciągnąć za lejce, a ja nie umiałem tego wszystkiego utrzymać na wodzy rzeczywistości ani fantazji, bo nagle to kłębowisko wąsatych mężczyzn, zwierząt i szabli zaczęło przemieniać się w orgię nagich męskich ciał – ponętnych, gibkich, umięśnionych, stękających i wyposażonych w przerośnięte przyrodzenia zamiast szabli. Było to kłębowisko ciał idealnych, lekko chłopięcych, lecz już wystarczająco męskich – dokładnie niczym z wytwórni filmów porno BelAmi, która znana jest z modeli o dość dużych atrybutach męskości. Nie byli to ci sami mężczyźni, co na obrazie w zbrojach, z chorągwiami i bronią, tylko współcześni faceci, okiełznani potrzebą zdobycia szczytu przyjemności i uzbrojeni w tym celu jedynie w swoje sterczące na baczność członki. Rżnęli się jakby w zwolnionym tempie, ale tak idyllicznie, jakby kulturalnie – tak pięknie i tak poetycko; jakby melancholijnie. Ocierali się o siebie jak glisty pełzające po sobie w pudełku kupionym przez rybaka na przynętę, ale mimo skojarzenia z glistami nie było w tym cienia obrzydliwości. Nie mogłem oderwać od nich wzroku, zapomniałem, że ta orgia była w ogóle kiedykolwiek bitwą. Jedyną bronią były teraz członki we wzwodach, na które nadziewano wszelkie wystarczająco duże otwory stworzone przez Boga w tych męskich ciałach, które tak beztrosko użyczały innym wszystkiego, co miały. I w tym tłumie, wśród gładkich, może wygolonych niemal do imentu, ciał (bo tylko włosy łonowe, no i te na głowie) dojrzałem jedno takie bardziej owłosione, ciemniejsze i bardziej dojrzałe. Umieszczone było w konstelacji czworokątnej: jeden w nim od tyłu, drugi w jego ustach, a on w innym trzymanym za biodra. Z profilu było widać gęsty zarost i niewiele więcej – większość zasłaniały dłonie tego, który zanurzał się w jego ustach. Płótno pulsowało jakby jękiem i przeciągłym oddechem. I wszystko niby na wyciągnięcie ręki, ale niemożliwe do dotknięcia. Ciemniejszy koleś zmienił pozycję – teraz było widać jego twarz i gdy dwóch naraz brało go od tyłu (tak tak – to możliwe, a jakże!), było widać, że ta zachwycona, rozdziawiona w ekstazie buzia to buzia Marcina – mojego Marcina. Wył z rozkoszy, chwytał się za głowę, przymykał oczy, by zaraz potem sięgać swojego krocza, stymulować i wpatrując się w stronę tylko jednego widocznego świdrującego go swoim penisem kolesia, syczeć i dyszeć przez przygryzane wargi. Nie było mi z tym źle, chciałem na to patrzeć, podobało mi się, byłem ciekawy, podniecałem się, choć nie jestem pewien, czy chciałem dołączyć. Chciałem po prostu patrzeć, widzieć, przyglądać się, podglądać. I tak patrzyłem jakby w zbliżeniu. Na jego przymykane w zachwycie oczy, na dziurkę szturmowaną przez inne kutasy, na jeszcze innego fiuta, który znów siłą zaczął wdzierać się w usta Marcina. Widziałem, że był blisko. Krzyczał jak na pornosach: „I’m comin’”, co znaczyło: „I’m cumin’”. Jeszcze chwila i eksploduje. I nagle jakby ktoś chlusnął farbą. Czerwoną. Jakby jakiś Pollock bryznął kolorem tak od niechcenia przez całe płótno, przez wszystkie nagie ciała. Taki czerwony sik. I jeszcze jeden. I kolejny. I normalnie jakaś masakra. Na koniu jechał rycerz z obrazu Matejki – ubrany – i ciął wszystko i wszystkich szabelką, jak gdyby nigdy nic i jakby wojna się wcale nie skończyła. Przejeżdżając obok Marcina i jego kompanów, machnął szablą tak, że jednemu odciął głowę, a Marcinowi kutasa, a jucha z chuja zaczęła bryzgać z taką mocą, że zalała cały obraz. Zaczęło pojawiać się jeszcze wielu kolejnych rycerzy. Zarżnęli wszystkich pięknie rżnących się kolesi bez mrugnięcia okiem, wycieli ich w pień, a potem zagnietli i zadeptali. Istne pandemonium. I nagle zobaczyłem, że w ręku trzymam prącie Marcina. „Dzierżę twoje berło, kochany”, pomyślałem i się obudziłem.
Czy moje sny zawsze musi reżyserować jakiś Lynch albo inny Cronenberg czy Buñuel? Nie można normalniej? Zapowiadało się nieźle – pornografia pełną gębą – a potem znów któryś z tych podłych wizjonerów kina rozbił wszystko w drobny mak. A może to był Roger Corman albo Wes Craven? To u Cravena w Ostatnim domu po lewej dyskutuje się o tym, co zrobił Freud – że już żaden słup telegraficzny nie jest po prostu tylko słupem, a żaden kanion jedynie kanionem. Podteksty – wszędzie podteksty! Nawet w pornograficznych snach! Co to miało w ogóle znaczyć? Że tak łopatologicznie? I tak dobrze, że za ten sen nie zabrał się Nagisa Oshima – on pewnie niczym w Imperium zmysłów zrobiłby ze mnie modliszkę i kazałby mi odgryźć Marcinowi jego berło… No jeszcze tego brakowało…
Marcin leżał obok zwinięty w kłębek. Wiedziałem to, bo natychmiast wtuliłem się w jego barczyste plecy. Dłonią sięgnąłem do jego zmiętoszonego penisa. Był tam – ciągle przytroczony do reszty jego ciała. Podświadoma kastracja? Wszystko to dość oczywiste. Może boję się tego oddania go w inne ręce? Nie mogłem zasnąć; ciągle myślałem. Oczy przyzwyczajone do ciemności wpatrywały się w płótno na sztaludze. Co w nim się kryje? Co kryje się w Marcinie? A co będzie, jeśli go stracę, bo najpierw go oddam innym, a mu się tak bardzo spodoba, że już nie będzie chciał ze mną? A co jeśli się w kimś zakocha? A jeśli się zakocha mimo to albo właśnie dlatego, że pozwolimy sobie na to otwarcie?
Wstałem, wziąłem laptopa i poszedłem do salonu. Chciałem napisać, jak się z tym wszystkim czuję. Mógłbym napisać dokładnie o nas, ale po co? Skoro chcę być pisarzem, to muszę umieć zmyślać i kłamać. Jak mawiał chyba Hemingway – najlepsi pisarze to kłamcy. Wyobraziłem sobie więc taką parę, która jest już ze sobą bardzo długo – niemal dziesięć lat, cynowe gody (co za głupota? – kto to wymyślił!). Niech to będzie Grzesiek i Krzysiek. Pierwotnie mieli nazywać się inaczej: Mariusz i Arek, ale przypomniał mi się taki profil na jakiejś gejowskiej stronie, gdzie jacyś Grzesiek i Krzysiek będący w długoletnim związku sympatycznie się uśmiechali, szukając chyba czegoś więcej niż tylko znajomych i dorobiłem sobie ich historię, zmyśliłem na własny użytek ich życia i problemy. Ale zaznaczam: wszelkie podobieństwa do osób i zdarzeń autentycznych są zupełnie przypadkowe. A więc zmyśliłem, że Grzesiek jest stewardem w liniach lotniczych, a Krzysiek pracuje w domu – robi strony internetowe różnym fundacjom i stowarzyszeniom i szkoli się na trenera antydyskryminacyjnego. Mieszkają sobie na warszawskiej Pradze we wspólnym mieszkaniu, a do pełni numerologicznego szczęścia brakuje im tylko siódemki zamiast ósemki w numerze bloku, bo mieszkają na siódmym piętrze pod numerem 77. Ale oni nie wierzą w numerologię. Jeden podobny jest do mnie, drugi do Marcina. Czemu nie? Choćbym bardzo chciał, to nie ucieknę od podobieństw i paralel do rzeczywistości, więc nie ma co na siłę wydziwiać. Przetrwali wiele kryzysów, dali jakoś radę. Prą do przodu. Nigdy nie podejrzewali, że kiedyś dojdą do takiego punktu w swoim związku, do jakiego doszli – a jednak. Kochają się bardzo, akceptują swoje potrzeby, rozmawiają o nich i pozwalają sobie nawzajem spotykać się z innymi – czemu nie? – nikogo tym nie krzywdzą, bo to ich obopólna decyzja. Tworzą tzw. otwarty związek – są przedstawicielami „puszczalskich z zasadami”, o których nawet powstała książka o tym samym tytule. To właśnie jest poliamoria. Sprawdzają na sobie jej plusy i minusy. Jeden bardziej chce pozwalać, a drugi bardziej chce, aby mu pozwalano, ale obaj to akceptują. Tylko mają sobie o wszystkim mówić – taki warunek stawia ten pierwszy. I najlepiej jakby jeszcze był z tego jakiś filmik albo przynajmniej fotka. I tak jest. Zdarzyło się coś. Filmiki i fotografie zastępują słowa – niewiele trzeba dopowiedzieć. Może tylko to, czy fiut nie śmierdział i czy fajnie się całowało? Pachniał ładnie, był bardzo zadbany, przygolony, a koleś całował się trochę zbyt agresywnie, ale może to przez poppersa, który go tak rozochocił i nakręcił. I nie było zazdrości. Może tylko o to, że ten pierwszy pewnie też by tak chciał, ale chyba nawet czysto teoretycznie nie bardzo potrafi się do tego zabrać. Ale cieszy się, że nie ogranicza partnera. A ten korzysta, szaleje. Jest online wszędzie i zawsze. I coraz mniej zaczyna mówić, a coraz bardziej cieszyć się do monitora, klikając w nieskończoność z tymi klikaczami po drugiej stronie. I ten pierwszy najpierw podejrzewa, że drugi przemilcza, ukrywa, właściwie to okłamuje, a potem udaje mu się potwierdzić swoje domysły, ale nie przyznaje się przed drugim, że wie, bo tak naprawdę czeka aż ten drugi powie, ale drugi nic nie mówi. I czeka aż się sytuacja dopełni, aż zdradzi bez słowa, aż drugi sam postawi kropkę nad i. I pierwszy pisze na komputerze list – szybko, bez polskich znaków diakrytycznych, a i może z błędami, ale szczerze. List brzmi jakoś tak:

Krzys,
Jakos przelalo sie, nie umiem Cie dotykac, moze dlatego, ze nie rozumiem…
Widze Cie niemal ciagle, jak siedzisz z nosem w telefonie albo monitorze i pracujesz – tak, pracujesz, wiem – ale przy okazji ciagle jestes online, ciagle szukasz, ciagle flirtujesz, ciagle sie usmiechasz do tych po drugiej stronie. Nawet jak jestes na szkoleniach, to ciagle monitorujesz czy ktos wszedl, zagadal, zostawil slad. A ja wchodze, zeby zobaczyc czy jestes online i sie zastanawiam, z ktorym teraz ten moj Krzys gada, umawia sie, flirtuje, pisze co to by nie zrobil i jak by nie wyruchal. Nie jest to mile uczucie, ze musze sie nad tym zastanawiac, a Ty sam nie masz ochoty mi powiedziec. Masz chyba duza potzrebe posiadania tajemnicy, a kiedys byles taki transparentny. Zmieniles haslo na gayromeo, ukrywasz telefon, odwracasz go grzbietem, abym nie widzial, ze przychodzi nowa wiadomosc. Tym bardziej dziala to na moja wyobraznie i ciekawosc i tym bardziej chce wiedziec.
Zajrzalem Ci do telefonu. Nie umialem sie oprzec. Przeczytalem te rozmowy o seksach, a wyzwiskach slownych, o dominacji, o rznieciu, lizaniu rowa, obciagach i soksach, na ktore jako jedyne powiedziales „nie”. Wiem – to wszystko to tylko taka paplanina, ale zaczalem watpic w to, ze masz jakies granice. Mowilem Ci, ze jesli masz ochote, to mozesz sie z kims umowic – nie mam nic przeciwko – ale postawilem warunek – chce o tym wiedziec. A Ty robisz z tego tajemnice, ukrywasz to i masz perwersyjna przyjemnosc z tego, ze kolejny koles prawi Ci komplementy, ze jestes taki seksi, przystojny i w ogole niezle ciacho.
Moze to zazdrosc, bo ja nie jestem taki otwarty, nie umiem tak zagaic rozmowy, nie jestem taki pewny siebie i ogolnie u mnie tendencja znizkowa w odroznieniu od Twojej wzrostowej. W dodatku jestem niezlym pasztetem (bo pzreciez tak mi tacy jedni napisali na tym profilu, do którego mnie tak namawiałes). Boli mnie to, ze wiedzac to wszystko, nie probujesz mi pomoc i ciagle brniez w te rozmowy, tajemnice, flirty. Myslisz, ze kilka razy powiedziane: „jestes najpiekniejszy na swiecie, megaprzystojny i superseksi” pomoze. Nie pomaga, bo co niby masz powiedziec… Powiedziales mi kilka dni temu, ze minela Ci chcica, ale na portalach ciagle wchodzisz w rozmowy z podtekstem, dajesz sie w nie wciagac – moze ich nie inicjujesz, ale wchodzisz w nie z zadowoleniem.
I jakos mam pewna odraze do Twojego zachowania. stracilem pewnosc i zaufanie. Naprawde chcesz kogos bic w seksie i wyzywac? Naprawde masz takie potrzeby, aby ruchac sie z kims czy tylko tak lubisz o tym gadac? Naprawde masz potrzebe zapamietywania ksztaltu czyichs kosci policzkowych? To juz dosc romantyczne… Masz fantazje – to dobrze, ja tez je mam. Ale co innego jest je miec, a co innego ciagle dzialac jakby na granicy lojalnosci wobec mnie – tak czuje – jakbys mnie zdradzal mimo tego, ze chyba jeszcze tego nie zrobiles… chyba… Moze te podejrzenia dlatego, ze mi nie mowisz calej prawdy.
Wiem – namawialem Cie do tego. Pozwolilem. Ale postawilem warunek, a Ty masz to gdzies. Kiedys bylismy w odwrotnej sytuacji. To Ty mi dawales wolnosc, a ja moglem z niej korzystac i skorzystalem, a Ty miales mi za zle, ze to zrobilem, bo mam swoj rozum i powinienem wiedziec czy moge. Pamietasz to wszystko? Mialem Ci wtedy za zle, ze czemu wiedzac to wszystko, mnie nie powstrzymales. Dzis sytuacja jest podobna – ja wiem, ale nic nie robie. A Ty brniesz dalej, choc troche widzisz, ze cos jest nie tak. Zapytasz: „czemu nic Ci nie powiedzialem, czemu nie zastopowalem tej sytuacji?” Odpowiedz znasz. Tak samo jak Ty kiedys, po prostu nie wiedzialem, jak Ci zabronic. Widze, ze Ci sie to wszystko podoba, ze budujesz na tych komplementach zewszad poczucie wlasnej wartosci. Mam Ci to odebrac? Troche boli, ale to zniose. Troche boli, ze budujesz to wszytsko na mojej poniekad krzywdzie, bo czuje sie upokorzony, ze moj facet ciagle flirtuje z innymi facetami i ze ma w dupie, jak ja sie z tym czuje. Ale tez to zniose, choc nie zmienia to faktu, ze mam ochote napisac na wszytkich swoich kontach, do ktorych mnie namawiales: „jestem frajerem – pozwalam wlasnemu facetowi ruchac sie z innymi, choc mnie to jakos upokarza”. albo: „chcesz sie niezle poruchac – odezwij sie do mojego faceta. robi to swietnie”. A tak naprawde mam ochote te konta zlikwidowac lub odznaczyc, ze nie jestem z Toba i nie jestem w zadnym zwiazku, bo wstydze sie tego, jak ludzie oceniaja tego frajera i paszteta, ktory jest z takim ciachem i ruchaczem.
Zaraz minie nam 10 lat zwiazku. Minie, bo nie zamierzam Cie zostawic, nawet jesli mnie zdradzasz/zdrzdzales/zdradzisz. Sam nie jestem swiety. Ale powoli widze, ze ten zwiazek przeradza sie w tzw. uklad i chyba mi sie to nie podoba. A Ty szukasz do ukladu ludzi poza mna. moze jednorazowego ukladu, ale jednak. Wszystko by bylo dobrze, gdybys byl w tym uczciwy, ale niestety nie jestes. A ja wstydze sie tego, ze mam natretne checi kontrolowania tego, o czym mi nie mowisz i zagladania Ci do telefonu. Wstydze sie tego, bo to troche paranoja relacji, ze nie rozmawiamy, ze Ty wolisz pogadac z innymi, ze nakreca Cie to wszystko tak bardzo, ze chyba juz nie umiesz bez tego zyc.
Tez chcialbym tak jak Ty, ale chyba nie potrafie. To nie jest kwiestia tylko potrzeb, ale i umiejetnosci. I ja po prostu nie umiem. A czuje, ze Ty bys chcial tak na boku, tak zebym nie wiedzial, tak zeby realizowac z innymi to, o czym mi nie mowisz, bo moze i soksy Ci sie spodobaja – kto wie?…
Nie oczekuje, ze zlikwidujesz te profile – nie oczekuje, ze przestaniesz gadac z ludzmi. Ale chcialem, abys mi o tym mowil, bo wtedy czuje sie pewniej, nie wpadam w paranoje i chora podejrzliwosc, ze pewnie w koncu i tak sie z kims spotkasz, i nie zrobisz mi zdjecia, i nawet mi o tym nie powiesz, bo wtedy nie bedzie juz to takie fajne, gdy wypytam o kazdy szczegol, gdy nie bedzie juz to tylko Twoje i gdy obroce to w opowiedziana historie, bo zmusze Cie do jej opowiedzenia w detalach, a potem jakos ja skwituje – lepiej lub gorzej. A Ty poczujesz, ze bylo to niskie, plytkie i nie fair w stosunku do mnie i troche zenujace, ze na to sie zgodziles… Tak – Ty tez bedziesz sie z tym czul zle, wiec lepiej nie mowic, tak? Nie wiem – ja, jak mowilem, wolalbym wiedziec, a nie tylko sie domyslac i szalec z zazdrosci, ze nie wiem, czy gdy ja pracuje, to Ty ruchasz sie z kims u nas, u niego, w bramie, w parku, a moze robisz loda w autobusie, jak ten koles z gayromeo, ktorego tak podziwiasz za te akcje z tym jakims hetero w nocnym autobusie…
Jeszcze nie tak dawno mowiles, ze nie chcesz otwartego zwiazku. Troche sie nam pozmienialo. Mi tez. Ale wydaje mi sie, ze chcesz wiecej niz ja bym chcial i umial Ci dac. Ty bys chcial tak bez calkowitej kontroli: zeby moc innym powiedziec, co tylko chcesz, zrobic, co tylko chcesz, zachowac sie, jak chcesz i z kim chcesz. I zebym ja o tym nie wiedzial – abys Ty nie musial sie konfrontowac z moja reakcja, aby uniknac tej zenady i zaklopotania, ze cos bylo dla mnie zaskakujace, ze cos bylo inne – ze ty byles inny niz jestes w stanie byc ze mna. Nie chcesz sie przede mna wstydzic, a te rzeczy, ktore potrafisz tam napisac sa zenujace. Wiem – nie robisz tego specjalnie – przeciez nie piszesz ich, abym to ja je czytal, ale sek w tym, ze nie myslisz o mnie wcale, wypisujac te zdania pelne – nie wiem czego? – pragnien, glupot, popisywania sie, zabawy, bezpruderyjnych zaczepek??? Nie jestem naiwny – wiem, ze mamy rozne fascynacje, fantazje, perwersyjne potrzeby, meczace mysli i checi spelnienia przedziwnych pragnien. Znasz mnie i wiesz, ze ja tez tak mam. I ok – ale u mnie gorzej jest z realizacja. U Ciebie za to ten problem jest mniejszy. I tak sobie mysle, ze Ty chyba bys chcial takiej totalnej samowolki – otwarcia, ze Ty sobie, a ja sobie i nic nam do tego co kazdy sobie, z kim, gdzie, kiedy i jak. Ja tak nie potrafie i nie chce, i nic na to nie poradze, ze mi nie jest wszystko jedno z kim sie pieprzysz i jak to robisz, jakie masz potrzeby i czego nie umiesz zaoferowac mi.
I wiesz? chyba wiem, ze zrobisz to niebawem. Zdradzisz mnie, i oszukasz, i nic mi nie powiesz. A ja nawet z ta swiadomoscia tego nie utne wczesniej. Bo moze jestem ciekawy, jak bardzo potrafisz sie zagalopowac w tych swoich malych klamstewkach. I moze chcialbym Ci udowodnic, ze czasami mozna nie myslac o konsekwencjach – sam tak kiedys mialem z Janisem, pamietasz? Roznica polega na tym, ze wtedy mielismy kryzys, a teraz chyba go nie mamy. A moze jednak mamy?…
Nasz zwiazek nazywasz jakos… „monogamiczny zwiazek otwarty” czy jakos tak…? Fajna koncepcja – szkoda, ze mi jej za bardzo nie wytlumaczylaes – nawet dla innych jest ona intrygujaca, a dla Ciebie chyba bardzo wygodna. Majstersztyk nowomowy, normalnie. Dzieki temu nie wstydzisz sie z nimi rozmawiac, tak jak rozmwiasz, ale za to mi wstydzisz sie pokazac te rozmowy. Moze dlatego, ze wiesz, ze nie jest to zbyt fair i niezbyt uczciwe wobec mnie?. Chyba czujesz, ze nie jest to w porzadku… Ale brniesz w to, bo to takie mile i krecace…
Moze nie zrobiles jeszcze tego, bo trafiales na wiekszych gawedziarzy od siebie i bardziej niezdecydowanych od ciebie. Albo ze wtedy, kiedy Ty mozesz, bo ja pracuje, to ktos nie moze albo juz sie nie odezwal, bo znalazl kogos innego. Albo te cholerne szkolenia, albo ten ktos w tych godzinach, kiedy Ty mozesz to idzie w gosci i nie moze. Bo przeciez 17 listopada mogloby sie udac, no nie? Tylko ten jeden – co zagadnal Cie z ta ksiazka – akurat mial jakas imprezke w gosciach, a ten, ktorego ruchales ostatnio tez nie mogl przyjsc na piwo – szkoda – bo byles sam – „Grzesiek do drugiej lata”. A taki bylby piekny prezent na moje imieniny, o ktorych zapomniales, a ktorych ja nie obchodze. Kiedys ja Ci zrobilem podobny prezent urodzinowy, pamietasz?… Ach, ja to wszystko potrafi sie przewrocic do gory nogami… Zadziwiajace! Ale nie martwie sie – te prezerwatywy, ktore na Ciebie pasuja jak ulal, w koncu sie przydadza. W koncu sprzyjajaca okazja sie nadarzy, bo Ty bedziesz chcial i ktos bedzie chcial i obaj bedziecie mogli te pisanine wcielic w czyn i w ruch. Tak – ruchanie bedzie nieziemskie. Wiem o tym. I bedzie milo, bo tak lubisz i sperma bedzie swieta, bo tak uwazasz.
Wiec o co mi glownie chodzi? Chyba o to, ze olales moje uczucia, bo wiedziales i widziales, ze jestem zazdrosny o te twoje pisaniny i ciagle usmiechy do monitora. Nie jestes wrozka, powiesz, a nic Ci nie powiedzialem. Tak, ale masz rozum, no nie? Wybierales za kazdym razem, ukrywajac sie z tymi flirtami, a miales mi mowic z kim i o czym piszesz. A Ty wolales po kryjomu.
I ciesze sie, ze jestes taki „forward” i ze szukasz na „sex dates”, i ze jestes „Krzysztop”, i ze jestes zadowolony ze swojej pracy, i ze masz mnostwo czasu na innych kolesi. Bo chyba poswiecasz im wiecej czasu niz mi czasami… I w wielu niby niewinnych postach jest ciagly podtekst, jest aluzja. I taki jestes w tym wszystkim rownosciowy, bo pogadasz z kazdym, odpiszesz na kazda wiadomosc – pelna kultura – ale jakos dziwnie sie sklada, ze dluzsze rozmowy ciagniesz tylko z tymi przystojnymi. Ciekawe dlaczego? Kiedys jak ktos proponowal Tobie seks, to pisales, ze jestes w zwiazku i ewentualnie trojkat wchodzi w gre. Teraz w grze jestes sam i choc na gayromeo w opisie niby w ogole nie szukasz, to jakos nie oponujesz, gdy ktos Cie znajdzie i dajesz sie wciagac w wyuzadane konwersacje, zupelnie zapominajac o mnie, dyskryminujac mnie, majac gdzies to, o co cie prosilem.
Naprawde ze mna jest tak nudno i beznadziejenie, ze juz musisz szukac tylko na wlasna reke i na wlasnego chuja? Jakos na nasze wspolne konta wchodzic niemal zaprzestales i liczy sie dla Ciebie teraz tylko, co Ty sobie sam upolujesz. No i niemal od razu wszystkim telefon podajesz. A noz zgadacie sie jak bede latal. Szkoda, ze czesto te terminy sie nie zgrywaja… A zreszta moze zgadaliscie sie juz smsowo? Moze juz bylo jakies spotkanie? Wiadomosci mozna zawsze skasowac…
A o mnie sie nawet nie zajakniesz w tych wymienianych wiadomosciach na portalach. Choc niby jestes w zwiazku, bo jestes „currently partnered”, ale co tam. Inni to maja w dupie, ale nie dziwne skoro wszystkim oswiadczasz, ze szukasz „dates” lub „sex dates”. Mowiles, ze chcesz poznawac gejow, bo chcesz dowiadywac sie, jak zyja. Teraz chyba Twoje checi ewoluowaly do sprawdzenia, jakie maja fiuty, jak ciagna i jak daja dupy. Nie wiem, czy jest w tym miejsce na Twoje socjologiczne pytanie „jak zyja?”, ale na pewno jest w tym jakas socjologiczna prawda tego, jak oszukac i zdradzic partnera, bo oni przeciez tez w tych otwartych zwiazkach bardzo czesto ruchaja albo przynajmniej chca sie ruchac na lewo i prawo. Fajnie, nie? Tacy wszyscy sa otwarci i bez problemu. I tak latwo chca rozlozyc nogi – dobrze, ze chociaz latwiej powiedziec niz zrobic i prawie zadne te gadaniny do skutku nie dochodza, bo ciagle cos stoi na przeszkodzie…
Dla mnie to wszystko jest dosc smutne. Hulaj dusza, zwiazku nie ma. I mnie zazwyczaj – jesli nie prawie zawsze – nie ma w tych Twoich flirtach. No chyba ze moja obecnosc krzyzuje jakos plany ewentualnego spotkania, to wtedy co najwyzej napiszesz: „no ja nie mieszkam sam” i usmieszek. 😉 😉 😉 Jakos mi nie do smiechu, wiesz? Bo te wulgarne rozmowy to tak, jakbym patrzyl, jak sie z tym kims calujesz, majac mnie w dupie lub jak sie z nim posuwasz, tak jak wtedy u tego kolesia z Florianskiej – trudne to do przelkniecia, ale dosc latwe do zwizualizowania, bo przeciez o tym wiekszosc tych wiadomosci: kto, komu, co, jak i jaka masz pale.
I trudno mi zaakceptowac, ze mnie w tych twoich flirtach nie ma. Trudno mi myslec, ze jestes na tyle samolubny i zapatrzony w Twoje „zeby bylo milo”, ze wtedy, gdy ja pracuje, to Ty tak wysoko cenisz sobie mila i erotyczna zabawe, ze co prawda moze i jestes „partnered” (a czasem nie, bo na przyklad na takim Grindrze to sie zmienia jak w kalejdoskopie – nie wiem, jak jest na Kumpello), ale zachowujesz sie jakbys byl „single”. A ja jestem i trudno mi nie byc i sie usmiechac, ze dla Ciebie juz mnie nie ma, ze sie nie licze, gdy Ty sobie piszesz jakies wyuzdane scenariusze albo przynajmniej sie na nie zgadzasz. I nawet nie jestem wart tego, aby mi w oczy powiedziec, ze masz na kogos ochote, ze sie zakreciles, zajarales, chcesz kogos wyruchac lub komus obciagnac. Smutne to i troche boli.
Oj, Krzys, kocham Cie i nic tego nie zmieni. To nie jest nawet kwestia milosci – wiesz o tym. I nawet nie placze, bo to nie jest powod do placzu, ale jest mi tak po prostu smutno i przykro, ze przestales sie ze mna liczyc. Zawiodlem sie. I to tuz przed nasza 10. rocznica. Powiesz, ze to nieprawda, bo to tylko glupie i nic nieznaczace slowa. Moze jednak znaczace, skoro mnie raniace, choc wiem, ze nie sa skierowane bezposrednio do moich uszu lub oczu i podstepem do mnie dotarly na moje wlasne zyczenie. Ale to jednak nie zmienia faktu, ze to slowa wobec mnie nielojalne. I smieszne, ale chyba teraz juz wiem, co oznacza ta „lojalnosc”, bo kiedys mialem z nia problem. Nie wymagam, abys uczyl sie na moich dawnych bledach, bo kiedys myslalem podobnie do Ciebie i to Ty wtedy byles na moim miejscu. Jednak mam nadzieje, ze bedziesz mial szanse nauczyc sie nieco na swoich bledach i wyciagnac pewne wnioski sluszne dla nas obu, bo mi sie chyba to udalo zrozumiec kiedys, gdy – pamietasz? – zazdrosny czatowalem pod naszym blokiem, zastanawiajac sie, czy jestes w domu z kims lub czy moze w klubie wlasnie z kims flirtujesz albo cos wiecej. Wtedy zrozumialem swoj blad, zrozumialem, jak Ty sie czules. Ale trudno mi wymagac od Ciebie, abys Ty na podstawie moich bledow sie uczyl, wiec nie wymagam. Wymagam, abys nauczyl sie na swoich.
No a coz z tego wszystkiego wynika/wyniknie w dluzszej perspektywie? Chyba nic. I tak wierze, ze bedzie dobrze. My w koncu lubimy eksperymentowac na samych sobie. Moze ta cala historia stanie sie po prostu dla mnie tematem do ksiazki. Moze ten list wkleje nawet caly – jako zagajenie do ksiazki o zwiazku otwartym, kto wie? Ale nas to nie ruszy. My jestesmy jak skala. I wiem, ze bedziemy zyli dlugo i szczesliwie. Az do nastepnego eksperymentu na otwartym sercu.

Rozpisałem się troszkę, poniosło mnie. Jak zwykle. Pisałem niby nie o nas, a jednak o nas, chyba podejrzewając, że chcemy takiego samego otwarcia. Prawdopodobnie obaj zdajemy sobie sprawę, że jest to swego rodzaju igranie z ogniem. Po raz kolejny. Jesteśmy już w sumie weteranami. I choć do dziesięciu lat nam sporo jeszcze brakuje, to doświadczeń i kryzysów za sobą mamy już pokaźną liczbę. I musimy pójść dalej w te eksperymenty? Nie ma od tego ucieczki? Muszą być takie etapy w każdym związku gejowskim, że najpierw partnerzy nie widzieli świata poza sobą, potem zapraszali kogoś do wspólnej zabawy, później zdarzało się to, tamto i owamto, a po tym wszystkim nie ma już odwrotu i trzeba pójść jeszcze o krok dalej? Wiem, że mamy inaczej niż hetero. U nas łatwiej o łatwiejszych gości i mniej zobowiązujące spotkania, bo może w ogóle nasze życie mniej nas zobowiązuje do bycia wiernym i wymagania wierności. Albo sami sobie pozwalamy się mniej do tego zobowiązywać. Poliamoryczność. Ładne słowo. Pewnie coś takiego jest – zauroczyłem się kimś kilka razy, będąc przecież z Marcinem. I nie przestawałem przez to kochać Marcina. To możliwe. A może to tylko usprawiedliwienie dla swoich niezaspokojonych żądz, dla puszczalskości? To wszystko to trochę takie eksperymentowanie na otwartym sercu – to prawda, ale ewentualnie skrzywdzimy tylko siebie nawzajem – nie ma tu dzieci – i to raczej nawet potencjalnie są one bardzo mało potencjalne. A i rodziny już chyba się przyzwyczaiły i poddały, i w końcu od nas nie oczekują, że te dzieci kiedyś będą. I może nawet dają nam większą wolność, niezbyt pytając o naszą intymność. Może oni się boją usłyszeć to, co jest stereotypem, a co się może okazać także rzeczywistością. Że geje to nic tylko się ruchają i zdradzają. Rypią się jak króliki, puszczają na lewo i prawo, i na prawo i lewo i tak w koło Macieju, i abarot, i od nowa aż w głowie się może zakręcić od tego pomieszania z poplątaniem, kto kogo i gdzie. I nie ma lojalności – może dlatego, że lojalność ma teraz odcień jedynie konsumpcyjny a nie międzyludzki. Przecież nieustannie i regularnie piszą do mnie te groupony i paybacki, a w portfelu karty lojalnościowe ciągle się przypominają, dają punkty wymienne na nagrody, oferują rabaty, obniżki, promocje i gratisy i jak nie kupię, to niewiarygodna okazja przeleci mi koło nosa, stracę coś bezpowrotnie, będę frajerem. Lojalni jesteśmy także wobec klubów. Najbardziej lojalną klientelę mają te lokale z ostrą selekcją lub z kartą klubową. Tam wiesz, że nie będzie mezaliansu pięknego z brzydkim, biednego z bogatym – będziesz całkiem bezpieczny i wśród swoich. Przynajmniej na pozór. I nawet jeśli nikogo tam nie poznasz, to na pewno kogoś rozpoznasz – tu się bawią celebryci, tu przybywa cała śmietanka, leń pachnący potańcowywuje obok lenia pachnącego, sybaryta obok sybaryty; jutro będą leżeć odłogiem w glorii sławy i samouwielbienia. Tu będziesz mógł się otrzeć o jakiś luksus, skapnie na ciebie nieco z bogactwa tego świata, liźniesz przekonania, że ci się należy, bo jesteś lepszy niż ten motłoch, co żłopie piwsko w tych zwykłych spędowniach i w ogóle znaczysz więcej niż ci wszyscy straszni mieszczanie więzieni w swych strasznych mieszkaniach – to bydło żyjące tak zwykłą szarą rzeczywistością, czekające jedynie przejścia w nicość i nic więcej. W Utopii i miejscach jej podobnych znana twarz albo przynajmniej te wszystkie metki z drogich ubrań są biletem wstępu, więc jeśli myślisz, że bez nich wpuszczą cię do środka, to chyba śnisz albo wierzysz w jakąś utopię – w końcu musisz wyglądać na kogoś, kogo stać na drogiego drinka, aby dostąpić wstąpienia do tego raju, który tak pięknie jest piekłem i występkiem podszyty. Ale czego się spodziewać? – trzeba się jakoś ustawić w życiu. Kasa, snobizm, pozoranctwo i jakaś łatwizna odebrały ludziom ludzkie uczucia. Do tego jeszcze ten łatwy i szybki seks bez zobowiązań, czyli bez lojalności – facetom przecież tylko jedno w głowie – przynajmniej taki jest stereotyp. A pedał, nawet kryptopedał celebryta to też facet – podobno…

Ale czy naprawdę tylko jedno nam w głowie? Rzeczywiście chciałbym spróbować z innym sam na sam. Wiem, jak jest z moim facetem, ale chcę spróbować, jak jest z innymi, jakby licząc na cud, że będzie o niebo lepiej, że poczuję więcej. Zdarzało się, że rzeczywistość mi nie wystarczała. Niby byłem wyposzczony, ale z Marcinem niczego nie chciałem nawet inicjować. Przestawały mnie podniecać nasze wspólne uniesienia. One mnie nie unosiły, a tylko dołowały. Brakowało w nich namiętności. Podniecałem się natomiast samą myślą, że dotknie mnie ktoś inny, że na moim rozporku położy swoją dłoń obcy mężczyzna, że ja rozepnę jego spodnie i zagłębię się w tej otchłani pragnień i… złudzeń. Często to sobie wyobrażałem, widząc jakiegoś przystojniaka, na którego widok aż pierzchły mi wargi. Nie wiem tylko, czy potrafiłbym i czy byłoby tak przyjemnie, jak przyjemnie potrafi być w wyobrażeniach. Bo realizowane fantazje często smakują chujowo, że o kant dupy potłuc, bo dupa kanciasta się staje, a i chuj jakiś chujowy i nie staje. I tego naprawdę chcę? Przecież właśnie tak może być. Nie stanę na wysokości zadania, bo zwyczajnie fiut mi nie stanie. Tak bywało już wcześniej w tych różnych sytuacjach, kiedy dochodziło co do czego i miało być tak pięknie i seksownie, a byłem spięty, jakoś wcale nie taki zachwycony tym obcym fiutem i wcale nie celebrujący tej fantazji, która się właśnie spełniała na moich oczach, na moich wargach, a czasem i na mojej własnej dupie. Może byłoby tak samo nijak jak z tym kolesiem z klubu? Wcześniej nie przyznawałem się wam, moi drodzy czytelnicy, do tego zbyt jednoznacznie, chociaż wspomniałem może gdzieś mimochodem, ale tych moich zdrad zdarzyło się więcej niż ten właśnie kolo i Jacek. Opisałem te historie ze szczegółami. Ale jak oczyszczenie, to oczyszczenie. Powiem wszystko. Bez cenzury. Marcinie, wybacz mi, jeśli to przeczytasz – będziesz chciał, to opowiem ci wszystko twarzą w twarz.
Bo na przykład kiedyś byłem z Robertem w saunie (a trzeba zaznaczyć, że w sezonie jesienno-zimowym chodziliśmy tam dość często: a) aby dogrzać kości; oraz bardziej istotne b) jakby z głodu roznegliżowanych męskich ciał, aby nasycić stęsknione oczy ich rozkrytymi widokami, jak to czasem powtarzam: dokarmić i dopieścić głodne podglądactwo; a także dla mnie czysto potencjalne, a dla Roberta koniecznie obowiązkowe c) żeby zaliczyć coś lub być zaliczonym, bo dla niektórych przynajmniej jedno z dwojga to podstawa, aby wieczór zaliczyć do udanych) i gdy mój ukochany przyjaciel poszedł za całkiem niczego sobie kolesiem do darkroomu i dość długo nie wracał, to wyhaczył mnie taki niski koleś (a niektórzy niscy potrafią być bardzo seksownymi krasnalami) i zaczął mnie bajerować, że jestem taki przystojny i może byśmy ten tego poszli tam (owo „tam” zobrazował nagłym podniesieniem jednego oka i ruchem głowy, jakby zarzucał brwią wędkę w stronę kabin prysznicowych). Początkowo byłem nieugięty, lecz on dalej obiecywał złote góry, że będzie miło i że zaraz musi iść, że jak mi się nie spodoba, to zawsze mogę się wycofać. I dopiął swego – polazłem – złowił mnie tą swoją wędką, złapał w sieć, głupią płotkę. Za zasłonką rzucił się na mnie nagle, wepchnął mi język po sam przełyk i dosłownie szast-prast ukląkł wcale nie po to, aby podnieść przysłowiowe mydło. Na półeczce z glazury wyczułem znajomy kształt opakowania prezerwatywy i mały podręczny żel. Patrzcie, jaki przebiegły i przygotowany! – nawet nie wiem, kiedy to tam położył. Koleś męczył się i męczył nad moim ptaszkiem, dwoił się i troił, wytrwale niczym dzięcioł stukając głową o moje podbrzusze. Bidak myślał chyba, że to jego wina, a przecież starał się jak umiał i naprawdę nie można mu było odmówić umiejętności, zaangażowania i inwencji. Nie wiedziałem, czemu, ale byłem niemal kompletnie miękki i sklapciały – klapa po całej linii, a facet przecież spoko, taki trochę misio, ale apetyczny. Po chwili walki wstał i spytał, czy chociaż ja jemu zrobię dobrze. No dobra, poświecę się. Klęknąłem i wziąłem jego sporawego małego do buzi. Zaczął pieprzyć moje usta, trzymając mnie oburącz za uszy. Trochę się dławiłem, ale on najwyraźniej miał to gdzieś. Nagle podciągnął mnie do góry i zapytał, czy jestem pasywny. No i byłem, na co za chwilę miał dowód głęboko we mnie. Swojej aktywności dowodził nad wyraz aktywnie. Ruchał mnie tak miarowo i głośno, że aż jacyś kolesie dopingowali nas zza zasłonki, co i rusz odsłaniając ją i zaglądając do środka. On, odchodząc od zmysłów, doszedł, a mi nawet nie stanął. Mimo to na pożegnanie powiedział mi, że jestem słodki i chciałby się jeszcze ze mną spotkać na kawę, choć wiedziałem przecież, że chodziło mu o inne płyny. Zaraz dodał nawet, że może wtedy zamienimy się rolami. Musiał już iść, a ja jeszcze chciałem się umyć. Chyba też wstydziłem się tak z nim wyjść spod tego natrysku wprost na głodne i zazdrosne spojrzenia tego stada hien, które pewnie jeszcze czatowało za kotarką. Spytał, jaki mam numerek szafki i że jeśli się już nie zobaczymy, to zostawi mi numer do siebie. Numer za numerek. Gdy wyszedłem, już go nie było, ale była za to rzeczywiście obiecana karteczka z ciągiem liczb (podpisał się Adam, jeśli mnie pamięć nie zawodzi) i pojawił się także Robert, który całą sytuację podsumował, mówiąc coś w stylu:
– Patrzcie ją! No tak to się nigdy ruchać nie chciała, a jak już się raz dorwała, to skończyć nie chciała! Ruchawica jedna, a cnotkę niewydymkę zgrywa! – Mówiąc to, zaśmiał się. – Nie martw się, nic nie powiem Marcinowi – dodał i z przegięciem, ale i gracją godną Patricka Swayze ze Ślicznotek zrobił gest zamykania ust i wyrzucania klucza za siebie. Uśmiechał się przy tym beztrosko od ucha do ucha. Potem wypytał o wszystkie szczegóły, nie zapominając oczywiście opowiedzieć o swoich podbojach. I nie mógł się nadziwić, że mi nie stanął, bo jemu stawał zawsze. U niego gdy tylko pojawiał się kręcący go koleś – tym bardziej nagi i chętny – to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jak w jakimś odruchu Pawłowa, prącie rosło jak na drożdżach, roztwierały się wszelkie czeluście gębowe i nie tylko gębowe i rozpoczynała się jazda bez trzymanki. U mnie zazwyczaj takie rzeczy działy się tylko w fantazjach – jak zwykle przychodziło co do czego i: mein kutasen totalen kaputt. Nie wiem, czemu przyszło mi to do głowy w nibyniemieckim…
– Nie kumam. Mi do tej pory stoi i znów bym tyłka nadstawiała. Zaraz wracam.
I zniknął nie wiadomo, a właściwie wiadomo gdzie. Cały Robert. Lubił seks jak koń owies (albo jak była posłanka Begerowa). Może nie tylko seksem człowiek żyje, ale to nie tyczyło się Roberta. Od naszego wspólnego pierwszego razu chyba nie miał tygodnia przeżytego w celibacie. Opowiadając o nowych podbojach, sam głupio się szczerzył, mówił, jakby się usprawiedliwiając, że organ nieużywany zanika, a potem lubieżnie chichotał. Zmieniał facetów jak rękawiczki (choć rękawiczek nie lubił nosić nawet przy dużych mrozach, bo nie umiał w nich palić ani odbierać telefonu), zmieniał ich jak w kalejdoskopie (a pewnie rzadko przypominał sobie, że była kiedyś taka zabawka), wreszcie skakał z kwiatka na kwiatek (sam w domu kwiatków nie mając, nie dając ich nikomu z żadnych okazji oraz od nikogo ich nie otrzymując, gdyż najwyżej cenił prezenty praktyczne: wibrator, encyklopedię seksu, gejowską kamasutrę, zapas prezerwatyw, płytę gejowskiego artysty: George’a Michaela, Willa Younga, Darrena Hayesa albo Adama Lamberta, ewentualnie jakąś pedalską powieść, ale nie z tych ciężkich, grubych, bełkotliwych i nie wiadomo o czym). W ruchach frykcyjnych atakujących jego zwieracze zawierał się cały świat. No może prawie cały. To było jego fixum-dyrdum, bzik seksualny, chroniczne duposwędzenie. Lubił też: primo – wakacje, ale tylko jako zapowiedź jeszcze większej ilości szturmów na jego zwieracze dokonywanych przez różne armie obcych facetów, oraz secundo – lody, czemu nie można także odmówić pośrednich związków z seksem. Cierpiał na chorobę zwaną priapizmem, ale w wersji bezbolesnej i dlatego właśnie dolegliwość ta nie była dlań uciążliwa, bo przysparzała mu jedynie ekstatycznych uniesień. Póki co! Nie doświadczał zwiotczenia w nieodpowiednich momentach. Żył raczej beztrosko, choć może to tylko taki pancerz. Zgrywał takiego, co to boi się jedynie przedwczesnych zwiotczeń u innych – to gorsze nawet niż przedwczesny orgazm, myślał. Brał do siebie wszystko, co było przedwczesne i przeżywał to na swój własny sposób: irytacja, że za krótko lub irytacja, że za… krótko. Pierwsza irytacja była kompletnie negatywna – dupę zawraca tylko, a z ruchania nici; a druga była i owszem irytująca, ale miała również odcień pozytywny, bo w tym przypadku przedwczesność była jednocześnie niewysłowionym na głos komplementem, bo tak było dobrze i on, Robert we własnej osobie, był taki dobry, że dłużej się już nie dało, choć oczywiście on sam dawać mógłby dłużej bez wątpienia. Ach, ta moja latawica, mój wulkan seksu, który niezmiennie marzył, żeby ktoś zatykał, kneblował i przepychał te jego gorące kratery! Niekiedy zazdrościłem mu tej śmiałości. Po prostu dążył do celu i już. Jak była posucha, to chwytał się byle kogo jak ostatniej deski ratunku, działając według zasady: na bezrybiu i rak ryba, choć potem oczywiście zgryźliwie potrafił skomentować atrybuty kolesia lub raczej ich brak. Lubił duże gabaryty, śmiejąc się, że „fiut to ma być fiut, a nie żadne ciut ciut”. Jak on to robił, że zawsze kogoś znajdował? Ja tak nie potrafiłem, ale nie ustawałem w staraniach lub przynajmniej wyobrażeniach. Gdy już po tym moim podprysznicowym ekscesie robiliśmy sobie kolejne wypady do sauny (Marcin nie chodził z nami, bo sauna nie była dla niego niczym przyjemnym), to prawie zawsze szedłem wyposażony w gumki, mały żelik poślizgowy i z przygotowaną wcześniej dupą. Lewatywkę robiłem potajemnie już w domu – tak na wszelki wypadek. Dziwne to, ale nie miałem wyrzutów sumienia. Nie wiem na co liczyłem – to znaczy wiem – ale zazwyczaj i tak się przeliczałem, bo sam na siebie liczyć nie mogłem i za mało zdecydowany byłem w odpowiadaniu na zaczepki innych. Z nudów podsłuchiwałem rozmowy brzuchatych i przegiętych w większości emerytek, które schodziły się tu wieczorami i wyglądały jak kuracjuszki w sanatorium, karnie kursując od sauny suchej i mokrej do swojej dziurki w darkroomie. Nie umiałem nikogo zagadać, a i w rozmowy też się zanadto nie dawałem wciągać. Pozostawały mi jedynie obserwacje, jak inni kolesie, w tym Roberto, potrafili się zakręcić i zorganizować sobie ruchańsko w try miga. Czasami wystarczało jedno, wcale nie takie powłóczyste spojrzenie. Nieraz, gdy mi się wydawało, że ta sauna to jakiś oddział geriatryczny, jakieś sanatorium w Ciechocinku, do którego ciągną niemal sami 60+, czyli target raczej nie dla mnie, to Robert potrafił najpierw pomarudzić i powybrzydzać, ale finalnie i tak poszukać i znaleźć nie tak znowu leciwego i w miarę sprawnego pana, aby nie wyjść o suchym pysku i niewyruchanej dupie. On to dopiero jest pies na chłopy i mężczyźniarz, jeśli można tak nazwać pedalskie wcielenie kobieciarza. Poligamista! Ruchawica! Glośnodajka! Korzystał z możliwości bycia wykorzystywanym – lubił to, gdyż także czerpał z tego korzyści, na przykład analną przyjemność transponowaną bezpośrednio do mózgu, który na ten bodziec kazał reagować nieokiełznanymi dźwiękami jamy gębowej. Nigdy nie miał egzystencjalno-filozoficznych rozkminek na kształt patetycznego „być albo nie być?”. Robert to nie Hamlet. Jeśli już, to Don Juan albo Casanova, ale nie ten Felliniego, a taki bez wątpliwości i jedynie homoseksualny. Nie miał żadnych rozterek typu „dać albo nie dać?” (opcjonalnie „dać” można wymienić na: „pociągnąć”, „wypiąć”, „rozłożyć nogi” itede itepe). Nie stawiał sobie podobnie głupich pytań retorycznych. Po co, skoro na tego typu i tak postawione pytania odpowiedź zawsze była jedna i optymistycznie twierdząca – tak! A te dziadki… Kiedyś być może też Casanovy – kto ich tam wie? Obecnie ich zmarszczone ciała coraz silniej poddawały się sile grawitacji, ale nie przeszkadzało im to mieć nadzieje, że znajdzie się jakiś amator seksu z żywymi skamielinami z poprzednich epok. Niektórzy bezwstydnie potrafili paradować ze wszystkim na wierzchu, nawet w pełnym wzwodzie, demonstrując wszem i wobec pewne sparafrazowane powiedzenie, że z fiuta liceum, a z reszty muzeum, jakże dumni, że mimo starczego uwiądu jeszcze im staje. Inni – jeszcze bardziej bezwstydni – bezwstydnie nie mieli w ogóle wstydu i tak przy wszystkich wypinali się na skórzanej leżance, prezentując swoje czeluście i zakamarki w całej okazałości. Przechodząc, lubieżnie wkładali paluchy do buzi, puszczali obleśne całusy i bez pytania lub uprzedzenia łapali za krocze, szczypali w boczek lub ściskali za pośladek, zapominając na chwilę o swoim stetryczeniu, artretyzmie, anemii, niedowładach rąk i nóg oraz ogólnej słabowitości, o których bez problemu przypominali sobie w zatłoczonych środkach komunikacji miejskiej. A znajdźcie sobie rówieśników!, warczałem, ale tylko w swoich myślach, bo nie chciałem tak na głos im robić przykrości. Czasami wydawało się, że te ich wyuzdane zachowania to były ostatnie podrygi ich seksualności i cielesności oraz że to wszystko – nie dopuść Boże! – może skończyć się zawałem i nagłym zgonem. Reanimować takiego staruszka to żadna przyjemność, a przecież obowiązek. Dla niego taka reanimacja usta-usta z młodszym, dość przystojnym i nagim facetem to może jedno z ostatnich życzeń do spełnienia – potem można już nawet zemrzeć bez żalu za tym padołem łez i upokorzeń. Dobrze, że przy resuscytacji bez maseczki można pominąć te dwa wdechy co trzydzieści uciśnięć, ale już same uciśnięcia klatki są obowiązkowe, nie do ominięcia i zastąpienia – nie ma zmiłuj, bo jeszcze cię oskarżą o zaniechanie pierwszej pomocy, zarzucą nieumyślne spowodowanie śmierci i wpakują do pierdla! A wyobraźmy sobie, jaki to byłby wstyd tak zejść w pedalskiej saunie i zaszokować tym całą rodzinę: żonę, córki lub synów i ewentualne wnuki, którzy prawdopodobnie się nie domyślali, że małżonek, ojciec i dziadek wieczorami znikał w takich właśnie parszywych przybytkach, aby czynić właśnie te do cna obrzydliwe bezeceństwa. Cóż! – taki dziadek to zupełnie inne pokolenie. Pokolenie Kolumbów, którzy przeżyli wojnę i powstanie. Nie mieli już sił, aby powstać i przyznać się głośno przed rodziną i samymi sobą, że są inni i pragną innego życia. Oni nie mieli nawet opcji, by żyć otwarcie, więc zapędzili się w życia jakoś tam łatwiejsze, a patrząc z drugiej strony nawet trudniejsze – życia, których nie do końca chcieli, ale których chcieli za nich inni. Dziś zresztą takie pójście na poniekąd trudniejszą łatwiznę nadal się dość często zdarza, bo presja społeczna, żeby było normalnie jest wielka.

Ale wracając do tych bezeceństw w saunie, tych bezwstydnych zachowań bez zahamowań – zdarzały się sytuacje wręcz nierealne i jakby zmyślone w najbardziej perwersyjnych fantazjach. Zdarzali się tacy bezpruderyjni goście gotowi na dla jednych śmieszne, dla drugich podniecające, a dla jeszcze innych jeszcze bardziej bulwersujące ekscesy niż wypinanie swojej pani tak wszem i wobec. Tak jak na przykład ten koleś, który w zaciemnionej saunie był chętny przyssać się do niemal każdej pałki i ssąc, dławił się, a dławiąc się, ssał dalej i głośno siorbał, mlaskał, a potem z zadowoleniem jęczał, krzycząc: „Dziewiętnastki to ja lubię. Ładuj po samo gardło!”. Obciągał do końca – z połykiem, zaznaczmy! – a potem zabierał się za następnego, ale jeśli był zdegustowany zbyt małym rozmiarem, potrafił warknąć: „Za mały! Z czym do ludzi!”. On na pewno nie wychodził z założenia, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Rozochocony pragnął samych dorodnych ptaków – czym większy tym lepszy. Wszyscy wiedzieli, który to i zastanawiali się, skąd ta desperacja i brak hamulców u tak fajnego faceta, który tutaj ze zwykłego zjadacza chleba zamieniał się w seryjnego połykacza spermy, spermojada – chętnych do wystawienia mu fiuta i strzelania do jego otworu gębowego nie brakowało. On do tych wielkich, sterczących pał pałał uczuciem niewiarygodnie głębokim! Śmialiśmy się z Robertem, że faza oralna nie minęła mu od niemowlęctwa – wszystko do buzi. Ciekawe czy był w ogóle zdrowy? Może to chodzący tryper lub inna kiła mogiła, a może nosi w sobie plusa i stąd jego wyluzowanie i pozytywne podejście do życia i śmierci? Robert zarzekał się, że nigdy nie dał mu do obciągania, ale kto wie, czy ta latawica prawdę mówiła.
W tej saunie to w ogóle często zdarzało mi się spotkać facetów tak samo niezdecydowanych jak ja. Przychodzili i tylko kursowali wte i wewte, niby korzystając jedynie z dobrodziejstw gorącej pary tudzież węgielków oblewanych zimną wodą z olejkiem eterycznym. Unikali spojrzeń, a jeśli już zostali złapani zalotnym, dość jednoznacznym spojrzeniem, nie umieli tego kontaktu utrzymać. Uciekali najpierw wzrokiem, a potem uciekali z pola widzenia. Zupełnie tak jak ja. Siadali, rozglądali się i podsłuchiwali te przekrzykujące się emerytki, wśród których jedna miała niezwykle mimiczną twarz, wydatne (a może wydęte) usta i takie czarne, wysoko narysowane brwi, dające dużo miejsca wokół powiek na cienie, kolory i różnego rodzaju kreski, zarysowujące przerysowaną, karykaturalną kobiecość. Emerytowana drag queen? Jego twarz nadawała się do tego wprost wybitnie.
Raz na rozgrzanych deskach w saunie suchej siedział taki przystojny, a właściwie bardzo przystojny koleś. Totalnie w moim typie, trochę taki Rumcajs. Ojejku, jaki fajny, pomyślałem, gdy tylko go zobaczyłem. Ukląkłbym i się z nim przywitał, oj tak. Pożądanie bywa bardzo proste. My bywamy bardzo prości. Faceci są prości – chyba niemal wszyscy, bez wyjątku. Był męski, barczysty, bez żadnych ewidentnych akcentów w stronę stereotypu cioty – taki Kmicic, a nie żaden tam niewieściuch, jak napisałby Sienkiewicz. Tylko był jeden szkopuł, bo ten z zewnątrz kipiący testosteron był niestety w wersji totalnie nieśmiałej, czyli mówiąc gwarą ubliżającą kobietom, to nie był żaden facet, a kompletna cipa i może to w sumie dodawało mu nawet uroku. Czyżby nie był prosty tak jak ja? Na pewno świetnie udawał, że przyszedł tu jedynie rozgrzać kości. Wszystkich zlewał i traktował jak powietrze, choć było widać niewielkie podenerwowanie, gdy ktoś natrętnie patrzył w jego stronę w wiadomym celu. A było na co popatrzeć, że aż nie wiedziałem, gdzie oczy podziać. Ach, to piękne, podkreślające idealną budowę klatki piersiowej owłosienie. Och, ten ładnie uwypuklający kości policzkowe kilkudniowy zarost na twarzy! Ach, te dość duże, pokryte czarnymi jak rtęć włosami i żylaste dłonie, przywodzące na myśl kutasy upstrzone gęstą hydrauliką grubych żył. A na dodatek – ochhh! – te bujnie owłosione, zgrabne i jakże postawne nogi. Mmm… Nogi to podstawa, bo przecież wiadomo, że nie ma nic mniej seksownego od faceta na kościstych i patykowatych nóżynach. (No może jeszcze długi pazur wyhodowany nie wiadomo po co na małym palcu jest równie odpychający). A takich chudziutkich nóg to nawet gęsty porost seksownym włosiem nie uratuje. Ten miał nogi wręcz idealne – niczym Dawid Michała Anioła. A zwłaszcza te jego uda! Rany boskie! Takie uda się właściwie nie mogły udać, a jemu się udały. Długo niestety nie dane mi było ich podziwiać. Zniknął nawet nie wiadomo kiedy i nawet nie wiadomo, czy w ogóle skonsumował swoje przyjście do tej jaskini rozpusty. Też nie skonsumowałem niczego tamtym razem i nikt nie skonsumował mnie, a na cały wieczór w pamięci utkwił mi ten piękny kolo, który – co za zbieg okoliczności! – dosłownie następnego dnia zdzielił mnie swoim widokiem w Kinotece, gdy na ten sam film co ja, przyszedł w objęciach, achach i ochach ze swoją – ojej… – drobną i ładną dziewczyną. Rozpoznałem go mimo okularów, a i rozpoznał mnie także on, co zauważyłem w jego zlęknionym i zakłopotanym wzroku. Czyżby kolejny odgrywający swoją zakłamaną rolę życia pseudoheteryk czy może jakiś biseks? Ciekawe, czy ta biedna panna wie, gdzie wieczorami szlaja się jej przystojne ciasteczko, gdzie wygrzewa, a może i wystawia swoją ponętną dupcię? I tak naprawdę nie wiesz, jak jest naprawdę. I raczej się nie dowiesz, czy to tylko tak dla niepoznaki i czy ten związek to tylko przykrywka, zasłona dymna, jakaś fasada i wszystko to pic na wodę fotomontaż i nic więcej. I zastanawiasz się, kim on właściwie jest? Tacy nieoczywiści faceci są dość kręcący, chociaż jeśli to tylko na pokaz, to szkoda tej dziewczyniny – fajna się wydawała. Chociaż właściwie: żałować jej czy jego?

I jak to ze mną właściwie jest? Bo chodzę i szukam, a sam nie wiem czego. Na czatach to samo – czatuję sam nie wiem na kogo. Ten typ tak ma, że tylko marzy i ani kroku dalej? Może tak. Bo chyba w trakcie naszego związku nigdy żaden seks sam na sam z innym kolesiem niż Marcin nie przyniósł mi takiego szczerego spełnienia. Seks z obcymi kojarzę z megastresem, a próbowałem te kilka razy, więc wiem, co mówię. Może nie korzystałem ze wszystkich nadarzających się okazji, a właściwie może nie korzystałem prawie z żadnych, ale jakichś kilka akcji było. Poza tym niskim gościem ruchał mnie, również w saunie, taki inny misiek z lekkim brzuszkiem. Miał piękne pośladki, choć wiem, że dla wielu była to po prostu zwalista, wielka dupa albo nawet pokraczny, rozdęty zad. Mi się takie podobają. Niektóre. Fiut nie pamiętam jaki, ale całe zajście obyło się bez większej satysfakcji dla nas obu – nawet nie doszliśmy. U mnie to niemal tradycja, nie wiem jak u niego. Raz dałem też się namówić kolesiowi na basenie na wspólny obciąg. Koleś marzenie: sprężysta dupka, gibkie plecy, szerokie ramiona, wypięta pierś. Wszystko kształtne, odpowiednio obłe, sutki sterczące jak pokrętła. W rezultacie chciał, abym go wypieprzył w toalecie, ale mój fiut bezczelnie nie reagował na jego starania i moje w duchu prośby, aby stanął na tyle sztywno, żebym mógł załadować go w ciasną szparkę rozochoconego chłopaczka. Wstyd na całego. I jeszcze raz w Fantomie znalazłem się z dwoma byczymi dresami w kabince, w której jeden po drugim rżnęli mnie na zmianę. Oni doszli, mi nie stanął, a nawet się skurczył – całkowicie jakby się wchłonął do wewnątrz. Porażka. I kiedyś w Galerii na karaoke, na którym, notabene, premierę miał przyjemny i dość wysoki głos Roberta w utworze Leave right now Willa Younga (nadmienię, że śpiewał jeszcze piosenki Whitney i Mariah – wszystkie z pamięci, z zaangażowaniem, piękną angielszczyzną – oraz Dalidy i Celine Dion, chwaląc się nienagannym, godnym pozazdroszczenia francuskim – jednak trzeba przyznać, że nie powinien tych wykonań powtarzać w trosce o swoją reputację oraz uszy słuchaczy), a w przerwie popisów mojej diwy, gdy ta zajęta była lizaniem się z jakimś wąsatym gościem, zniknąłem w toalecie z pijanym przystojnym kolesiem, który zaraz po przekręceniu zamka w lichych dość drzwiach pokazał mi swojego śmiesznie przekrzywionego fiuta i niesamowity, zaskakujący tatuaż nad pośladkami – po prostu czarny napis FUCK ME, a pod nim strzałkę w dół wskazującą rowek. Próbowałem spełnić jego niewypowiedzianą prośbę, ale niestety nic z tego. A zanim znaleźliśmy się w tym kiblu, to mówił mi, że najbardziej na świecie lubi dobrą książkę. Po tatuażu można się domyślić, że lubił też dobre rżnięcie – a tu masz! – wybrał takiego niedojdę, co to nie tylko nie dojdzie, ale i nawet w połowie nie stanie na wysokości zadania i w ogóle nie stanie! Tłumaczyłem się, że to przez alkohol, ale co wstydu się najadłem, to tylko ja wiem.

I zawsze tak się kończyły te moje historie – mogłem co najwyżej dać dupy, ale jakoś nie czerpałem z tego tej przyjemności, którą odczuwałem w samych marzeniach. Było to takie mechaniczne i nawet irytujące, bo przecież miało być zupełnie inaczej – miałem wyć z rozkoszy, miałem czerpać z tego ciupciania nieziemską przyjemność, miałem odkrywać nieznane mi dotąd oblicza wyuzdania i zaspokoić niezaspokojone – bzykać się, świntuszyć, zeszmacić. A za każdym razem było gorzej niż chciałem, żeby było. Mimo wszystko zdarzały się kolejne sytuacje. Miałem nadzieję, łudziłem się, że tym kolejnym razem będzie nareszcie ekstra – że się rozluźnię i będę innym sobą. I co? I gówno! WTF? Zero podniety. Zero przyjemności. Aż dziw, że żaden życzliwy nie rozwiesił dotąd w ciotolandach mojego zdjęcia z podpisem: „Nie traćcie czasu – impotent!”. Mówię wam – czeski film! Rucha mnie gość, a ja jakbym niczego nie czuł. Ciągnie mi, a mi nawet nie staje. Ratowała mnie jedynie dupa, ale miało być przecież inaczej – chciałem czuć, że mam penisa, a czułem jakbym go w ogóle nie miał. No i głupi nie uczę się na swoich błędach i brnę w to kolejny raz. Po co? Sam nie wiem. I mam to, czego nie chciałem. Czemu ta ponowna klęska? Nie wiem. Może paraliżuje mnie strach, że nie stanę na wysokości zadania, że się nie spodobam, że nie zrealizuję pokładanych nadziei? Chyba wszystko po trochu, bo rzeczywiście: nie staję na wysokości zadania, przestaję się podobać, nie realizuję pokładanych nadziei. A nadzieje są wielkie. Na przykład, że jakiś łysol à la Jason Statham wydyma mnie od tyłu – tak na pieska – a ja będę wył z rozkoszy i na przemian cicho skomlał, pojękiwał, poszczekiwał i warczał jak nie ja, gdy on będzie samemu sobie bił brawo, głośno uderzając lędźwiami o moje poślady. Marzę o takim seksie, w którym brutalnie weźmiemy się jak psy lub nawet wściekłe psy. Ale nie dla psa kiełbasa. Przynajmniej nie dla tego psa. Za mało we mnie stanowczości i pewności siebie. A gdy wymarzony łysol się znalazł kiedyś w saunie, i ewidentnie i natychmiastowo chciał się po prostu pierdolić, a nie tylko uśmiechać, spoglądać i bawić w berka i chowanego pomiędzy szafkami i kabinami prysznicowymi, to ja najzwyczajniej w świecie dałem ciała, czyli spierdoliłem i ciała wcale nie dałem – z ciałem swoim zmyłem się zupełnie z horyzontu zdarzeń. Bo po co mi ten wstyd…?
Raz była taka sytuacja – dość dawno temu, chyba przy pierwszym kryzysie – że może i było mi dobrze, ale w sumie to tego nawet nie wiem. Nie pamiętam nic. Normalnie tabula rasa! Nie pamiętam, czy miałem jakieś hamulce. Nie wiem też, czy były potrzebne. Urwał mi się film – zupełnie. REW – nic, FF – nic. Czarna dziura, biała plama – całkowity brak podglądu, nicość. Wiem tylko, że Marcin był gdzieś poza Warszawą, a ja poszedłem do Toro, a stamtąd na aftera pierwszy raz pojechałem do Luster, bo słyszałem, że tam zabawa od białego rana do nawet i południa. Z remizy do ćpalni – to dopiero noc. Właściwie to nie wiem, co się tam stało. Może ktoś mi dorzucił coś do drinka, jakąś pigułkę gwałtu, i dlatego nastąpił totalny zgon, bo świadomie na pewno niczego nie paliłem ani nie wciągałem – no chyba że wódka zrobiła to jakby w moim imieniu, nie uzgadniając tego ze mną, a jedynie z moim alter ego, bo przecież nie z porte-parole. No i reset, restart, reinkarnacja w kogoś kompletnie innego. Około 15-tej obudziłem się w obcym domu i zrozumiałem, że przez ostatnie kilka godzin żyłem chyba nie swoim życiem, skoro nie pamiętam u kogo, gdzie i jak się tu w ogóle znalazłem. Leżałem przykryty biała pościelą. Nie poznawałem pokoju. Wokoło łóżka leżało kilka zużytych gumek, obok sporawe czarne dildo, a na nocnym stoliku stała tubka żelu do seksu analnego. Oj, musiała być jakaś ostra jazda, pomyślałem. Poczułem, że boli mnie fiut, a gdy spojrzałem pod kołdrę, okazało się, że jestem nagi, a moje jądra i kutasa ściska gumowy cockring. Kurwa! – przecież tego nie powinno się zbyt długo nosić! Bezpłodnego ze mnie zrobią, a kto wie, czy moja płodność mi się kiedyś jeszcze nie przyda?! Kto mi to cholerstwo w ogóle założył?! Zdjąłem je, choć łatwo nie było, bo nieprzyjemnie ciągnęło za i tak dość krótkie włosy. Biedne jaja niemal nie eksplodowały z gorąca, czerwieni i bólu. Rozejrzałem się po przestronnym pokoju – moje rzeczy leżały na fotelu bujanym w rogu sypialni. Wstałem i zacząłem się po cichu ubierać, gdy na podłodze zauważyłem takiego przezroczystego wielkiego fiuta. Wziąłem go do rąk i zacząłem dokładnie oglądać. Był oślizgły i lepki, jakby cały w lubrykancie. W środku miał dziurę. To chyba jest ten penetrator, który można założyć na swojego fiuta, aby go powiększyć i takim powiększonym ruchać. Boże! To ma chyba ze 30 centymetrów! Czy to mnie penetrowało? Aż strach pomyśleć! Wcisnąłem rękę w majtki i dotknąłem odbytu – nie było śladu krwi, niczego specjalnego nie czułem, ale kto wie, co się właściwie działo tej nocy? Przestraszony tych wszystkich myśli, które kłębiły się w głowie, zacząłem szukać wyjścia. Otworzyłem przymknięte drzwi. Wyszedłem z sypialni i usłyszałem jakieś męskie głosy oraz odgłos sztućców stukających o talerz lub kubek. Z przestronnego przedpokoju zobaczyłem szerokie wejście do kuchni, a w niej na tle białych mebli stół, przy którym siedziało dwóch rosłych facetów jedynie w slipkach, jeden w luźnej koszulce na ramiączka. Zauważyli mnie.
– O proszę, wstałeś nareszcie. Jak się spało, chłopaku? – spytał jeden siedzący przy stole z nogą na nodze; nie poznawałem tego seksownego łysola przypominającego w całej łaskawości losu bardziej Bruce’a Willisa niż Stachurskiego. – Chodź, zrobimy Ci kawę. – Kiwnął do mnie ręką. – Obiad też już jest. Jesteś głodny? – spytał opiekuńczym tonem.
– Nie, dzięki, ja już muszę zmykać – wydukałem, zastanawiając się, kim są ci ludzie. Drugi kolo był mi równie obcy co pierwszy. Jakbym pierwszy raz go widział na oczy. Z wieszaka przy drzwiach ściągnąłem swoją bluzę, zarzuciłem na siebie, szybkim ruchem podciągając suwak pod samą szyję.
– Oj, daj spokój – podszedł do mnie ten drugi na odległość oddechu, ale nie dostałem olśnienia, żadnej iluminacji; nie pamiętałem ani jego, ani tego pierwszego, który właśnie rozsupływał swoje zarzucone jedna na drugą nogi i wstając, gasił cienkiego papierosa w popielniczce.
– Gdzie idziesz? Zostań jeszcze trochę. – Podszedł do nas. – Weź sobie na spokojnie prysznic i spędzimy miło jeszcze trochę czasu – powiedział, dając mi buziaka prosto w usta i jednocześnie chwytając mnie za rękę; z jego ust poczułem cierpki zapach tytoniu, a wzrok zawiesiłem na seksownym, pięknie przystrzyżonym dywanie pokrywającym jego kształtną pierś i poczułem szybsze bicie mięśnia sercowego.
– Przecież ten twój Marcin – zaczął mówić ten drugi – ma wrócić dopiero wieczorem, więc masz jeszcze sporo czasu. Znaczy się: mamy jeszcze sporo czasu – poprawił się, uśmiechając się kokieteryjnie. – Nie daj się prosić. – Zdążył już zajść mnie od drugiej strony i pocałował mnie w szyję. Drapał swoim gęstym blond zarostem, ocierał się swoimi seksownymi pekaesami, obaj pachnieli przyjemnie i męsko, nawet ten cierpki papierosowy oddech nie był męczący. Ich feromony zaczynały na mnie działać, chociaż tego nie chciałem.
Jak ja mogę nic nie pamiętać? Tacy goście! Takie ciacha! W głowie miałem zupełną pustkę. Nie wiedziałem, co się wydarzyło, a oni nawet wiedzieli, jak się nazywa mój facet. Jacy oni byli apetyczni – nie tacy superprzystojni, że boisz się dotknąć, bo zepsujesz wychuchaną fryzurę i pognieciesz drogie ubranie z niebylejaką metką, ale tacy przystojni jakby naturalnie, bez napinki, bez udawania. Byli tacy męscy. Nie wiem, czy bardziej ubrani, czy rozebrani. Ich seksowne gołe stopy stały tuż przy moich odzianych we wczorajsze, nieświeże już skarpetki. Spierzchnięte wargi. Ciśnienie skacze. Pikawa 140 na 100, podejrzewam.
– Muszę już iść, naprawdę – wydukałem i zabrzmiałem tak, jakby to była prośba, a nie stwierdzenie faktu. Serce waliło mi jak oszalałe, bo niby chciałem zwiać, ale pragnąłem też zostać i dowiedzieć się, co się działo wczoraj, a może i zaliczyć powtórkę z tej rozrywki, która dla mojej pamięci byłaby jednak znów doświadczeniem dziewiczym.
– Oj, Szymcio. Nie daj się prosić. Odwieziemy cię później – powiedział ten, który podszedł do mnie jako pierwszy, złapał mnie za rękę i położył ją na swoich slipach, w których coś ewidentnie rosło i sztywniało. Ja też zesztywniałem. Nie tam na dole. Zesztywniałem, bo znów się przestraszyłem, że jak zostanę, to nie dam rady i będzie wstyd. Spiąłem się. Spiąłem pośladki lub one spięły mnie. Cały stałem się nimi. Dupa ze mnie. Trzęsidupa. Co to się tej nocy działo, że byłem dla nich Szymciem? Stałem między nimi. I pomiędzy chęcią zostania a ucieczką. Rozkrok. Wzięli mnie w kleszcze. Wszyscy i wszystko. Pamięć zawiodła. Pamięć nie istniała. Byłem między młotem a kowadłem. Blisko. Za blisko. Ten drugi, stojący za mną, położył dłonie na moich piersiach, chwycił za suwak bluzy i zaczął go powoli rozpinać. Wyrwałem mu się nerwowo i pochyliłem w poszukiwaniu butów, a gdy je znalazłem, zacząłem je szybko wkładać i wiązać sznurówki.
– Sorka chłopaki, ale niestety nie mogę – tłumaczyłem. – Dzięki za miły wieczór. Naprawdę muszę już lecieć.
– Kurcze, byłoby miło, gdybyś jeszcze… – powiedział ten bez koszulki. Miał lekki brzuszek i seksownie przygolone wszędzie włosy, które układały się w takie prześliczne meandry na jego klacie, brzuchu i pod pępkiem, które w dotyku pewnie byłyby tak seksownie drapiące, a może właściwie miękkie…?
– Byłoby, ale niestety nie mogę. – Po zasznurowaniu butów od razu wstałem i podszedłem do drzwi. Nie mogłem dać sobie rady z zamkiem, ale ten drugi podszedł i otworzył, mówiąc:
– No szkoda. A mogłoby być tak fajnie jak wczoraj. – W jego głosie pobrzmiewało zdegustowanie albo to tylko ja usłyszałem to, co jakoś tam mi schlebiało.
– Sorka. Dzięki. Narka. Pa! – wystrzeliłem te wszystkie słowa szybko, jedno po drugim, jak w serii karabinu maszynowego. Wyszedłem i usłyszałem na klatce miarowe echo szurnięć i głuchych uderzeń o kamienną posadzkę, które uświadomiło mi jak szybko schodziłem po schodach, jak szybko uciekałem.
Kim oni byli? Jak się nazywali? Gdzie ja właściwie jestem? Co się w ogóle wydarzyło? Czy użyli tych prezerwatyw? Czy nie połknąłem tego, czego nie trzeba? Czy było tak dobrze jak myślę, że było, sądząc po ich wyglądzie, zadowoleniu i prośbach, abym został? A może tylko patrzyłem? Lubię też czasem popatrzeć. Voyeryzm to się nazywa – sam w domu mam zaawansowanego voyerystę, to wiem. Ale przecież miałem na fiucie ten cockring, byłem nagi, więc musiałem w tym jakoś aktywniej uczestniczyć… Może wydarzyło się mniej niż sobie wyobrażam… Głupi jestem w sumie, że nie zostałem! Tchórz! Teraz będziesz ciągle myślał, co tam się właściwie działo!? A co by się stało, gdybyś jeszcze raz pozwolił się zaliczyć? Może opowiedzieliby mi w szczegółach, jak było w nocy? Może dowiedziałbym się czegokolwiek? Kurcze – nie wiem nic. Wiem tylko, że jestem niedaleko Puławskiej. Taxi. Nie mam siły na tramwaje i przesiadki. Muszę złapać taksówkę. Obym niczego nie złapał. Nie mogę powiedzieć Marcinowi. I przez następne kilka dni fantazjowałem na temat czegoś, co wydarzyło się naprawdę, a ja jedynie ze strzępów informacji mogłem odtwarzać w swojej głowie to, co miało miejsce w domu tych przystojnych gości, których imion nawet nie pamiętam. Co za udręka tak nie wiedzieć! Jak można nie pamiętać nocy spędzonej w łóżku z takimi samcami, o których zawsze marzyłem?! Ale jakie to pole do popisu dla wyobraźni!? I można co wieczór wymyślać inne scenariusze. Po trzech miesiącach zrobiłem test na HIV – wyszedł negatywny. Wstyd się przyznać, ale nie potrafiłem o tym zagrożeniu powiedzieć Marcinowi, a przez te trzy miesiące niepewności ze dwa razy się bzyknęliśmy bez zabezpieczeń. Ale uff – nie sprzedali mi żadnej francy, więc i ja nie sprzedałem żadnej Marcinowi. Po tej szalonej nocy pozostały tylko szalone wyobrażenia tego, co mogło tam się dziać, a wersji tych szaleństw było tysiące…

Fantazji było o wiele więcej. Bo czy wygoniłbym z łóżka takiego Hiszpana, który na naszym 36-calowym telewizorze biega w tych swoich krótkich spodenkach odsłaniających pięknie wyrzeźbione uda i łydki? To nie ja oglądam mecz, a Marcin, ale skoro – jak widzę – na ekranie jest trochę przystojniaków, to nie protestuję, nie oponuję, nie krzyczę, żeby przełączył, bo prądu szkoda na to denne bieganie tych 22 kolesi po boisku za jedną małą piłeczką i jakby oniemiały zapatrzeniem oglądam. Patrzę razem z moim prywatnym domowym kibolem Marcinem i jest w sumie na kim oko zawiesić – on jest seksowny w tych swoich kusych majtkach z lamówką, ale i ci gracze z tymi ponętnymi udami też są niczego sobie. Nie wiem, co on sobie myśli i na co dokładnie patrzy, ale ja mam brudne myśli i twardnieję na samą myśl, że te moje myśli mogłyby dojść do skutku. Oj, przystojny piłkarzu z zajebistymi udami, strzel gola do mojej ciasnej brameczki!, myślę sobie zadziornie. Kochanieńki, strzelaj karnego!, no dawaj!, strzelaj do mej bramki!, ukarz mnie za me nieczyste myśli! Komentator chwali jakiegoś piłkarza o trudnym nazwisku, mówiąc, że jest „obdarzony wspaniałymi warunkami fizycznymi”. No jest, jest! Warunki to on ma – oddałbym się mu bezwarunkowo. Potem ten Szaranowicz czy inny Szpakowski co i rusz podnieca się, krzycząc: „o! jaki ładny zwód!”, a ja i tak słyszę, co chcę, bo mi ciągle wzwód chodzi po głowie, a w majtach normalnie już mokro i przyciasno od erekcji. Mam rekcję na erekcję, a moja erekcja to reakcja na te brudne myśli w mojej głowie. Ajajaj, ależ mi się chce ejakulować… Pamiętam, że dawno temu, jeszcze w późnej podstawówce, zdarzało się, że czasem przypadkiem przełączałem kanał na NBA i nie zmieniałem go tylko ze względu na tych wielkich męskich kolesi, którym w podskoku czasem było widać co nieco z umięśnionego podbrzusza, a w czasie tych ich wsadów, którymi tak emocjonował się komentator, także inne wsady, jak teraz wzwody, sobie gorączkowo wizualizowałem. Tak – byłem gnojkiem, małym dorastającym zboczonym pedałkiem i już wtedy miałem jako takie pojęcie, o co chodzi w pedalskim seksie. Kiedyś chyba z godzinę krążyłem wokół kiosku, ale w końcu kupiłem pierwszą w życiu pedalską pornogazetkę i nareszcie dowiedziałem się, co i jak z tym rypaniem się w dupsko. Nie mogłem trochę w to uwierzyć, ale na zdjęciach biały koleś nadziewał się na czarnego i wszystko było jak czarno na białym, że odbyt wszystko to musi znieść, choć na pierwszy rzut oka i pierwsze bolesne wpychanie własnego palca wewnątrz zwieracza wydaje się to bardzo nieprawdopodobne. Podniecał mnie nawet pedalski gwałt w filmie Midnight Express, zresztą na Bradzie Davisie, który jak później się dowiedziałem był pedałem także w życiu prywatnym i po pedalsku zmarł na AIDS, nazywane pedalskim rakiem, a zagrał też pedalskiego marynarza Querelle’a w filmie wyreżyserowanym przez pedała Fassbindera na podstawie pedalskiej powieści pedała Geneta. W filmie Querelle spedalenie sięgnęło zenitu – nie wiedziałem, czy film był dobry, ale oglądałem go z wypiekami na twarzy, w konspiracji i w ciągłym podnieceniu, wyobrażając sobie, że to właśnie ja z tym przystojnym Bradem Davisem, że to ja dotykam jego muskułów i że to moje głodne dłonie błądzą po jego kroczu ciasno opiętym białymi marynarskimi spodniami. Ale wracając do meczu – w przerwie chciałem dobrać się do Marcina, chodziłem i majtałem dupskiem, niecierpliwie łapałem go za krocze, ale wszystko na marne – był zbyt przejęty grą i jakby mnie nie zauważał, mówił: „potem!”, odpychając mnie i nerwowo ssąc swojego ulubionego mlecznego chupa chupsa. Tuż przed końcem reklam poszedł szybko do łazienki i to ja krzyknąłem mu, że druga część się zaczyna, na co, gdy szybko wyszedł, odpowiedział, nieco szyderczo chichocząc, że to nie jest żadna część, tylko druga połowa. Ach, ta sportowa terminologia… Jakby miało to w ogóle jakieś znaczenie, gdy tylu przystojniaków biega w kółko za sobą, czasem się nawet obściskując. I patrząc na ten mecz piłki nożnej, na tych piłkarzy z ponętnymi udami – uczepiłem się tych ud, bo póki co więcej pokazać nie chcieli – czekałem, żeby chociaż na koniec zdjęli te przepocone koszulki, prezentując pięknie zbudowane klaty. Odrzucony przez własnego faceta, pragnąłem znaleźć się z nimi w szatni, pomóc im się najpierw rozebrać, a potem wypucować do czysta – pogratulować im w ten sposób pięknego widowiska jak tylko potrafiłbym najlepiej. Liczyłem także, że inne widowisko rozegra się poza boiskiem i że postrzelamy sobie inne gole, wykonamy nie tylko zwody, ale i inne akrobacje. Ale wiem, że doszłoby co do czego i pewnie nie doszłoby do żadnego gola – chyba że samobója tj. samobija, bo na biciu konia by się zakończyła ta cała niewykorzystana, a i niewiarygodna sytuacja. Jednak na szczęście mój prywatny kibol zazwyczaj pomagał mi rozładować to napięcie i masakrował mnie od tyłu, a ja w kulminacyjnym momencie przeciągle sobie w duchu krzyczałem „goool!!!”, ciesząc się z remisowego symultanicznego wyniku.
Ale czy nie można pomarzyć? Nawet i choćby o tych nieosiągalnych piłkarzach? Nie można mieć nadziei i fantazji? Przecież fantazja jest od tego, aby bawić się na całego i uczy się tego już nawet małe dzieci w przedszkolu. Nie można wizualizować sobie, że ten hydraulik, który hipotetycznie naprawia ci zepsuty kran, okazuje się chętny na niegrzeczne zabawy, które pozostaną waszą wspólną wielką i jakże podniecającą tajemnicą? Że w tym swoim pomarańczowym kasku i z lekko umorusanym policzkiem weźmie cię w swoje silne ramiona, a potem z nadmiaru gorąca zsunie do kolan swoje niebieskie ogrodniczki wraz ze slipami i włoży swój szlauch tam, gdzie trzeba i przepchnie twoją rurę raz a dobrze, raz a dobrze i jeszcze raz a dobrze. Bo nie da się raz a dobrze! Do końca swoich dni będziesz marzył, aby twój kran sprezentował ci tę przysłowiową złośliwość rzeczy martwych i się złośliwie zepsuł. I żeby zjawił się wymarzony hydraulik i naprawił go raz, ale nie na dobre i żeby wracał, żeby przepychał, żeby istniał naprawdę.
Marzyłem, ciągle fantazjowałem. Na przykład: 1) Wybywam z domu, żeby być na zewnątrz, ale wewnątrz swoich pragnień. Jestem, znajduję dogodny punkt, obserwuję i z tłumu wyłapuję wzrokiem ludzi mnie rajcujących – jasne jest, że mam ochotę na małe bara bara. Temu bym dał, temu też, ten taki przystojny, a temu bym pociągnął, tego znów to bym wymacał, a wszystkich ich bym rozebrał nie tylko wzrokiem. Viagry mi nie trzeba, nakręcam się samoistnie. Zastanawia mnie, ilu seksownych facetów pręży się właśnie na plażach świata; ilu innych kroczy gdzieś po słonecznych miastach i wsiach albo ilu w kusych strojach gra właśnie w nogę lub siatkę na boiskach różnych kontynentów. I ilu wystawia swe atrybuty na pikietach w parkach i różnych małych laskach; ilu, stojąc przy pisuarze, zadziornie kiwa na współtowarzyszy sikania, licząc na współtowarzyszenie w bardziej erotycznych czynnościach fizjologicznych niż oddawanie moczu i ilu czeka na szczęście lub go właśnie zaznaje w darkroomach, saunach, na dworcach, basenach, leśnych polanach lub w łóżkach własnych albo cudzych. I nie ma mnie tam. Jestem tu. Idę ulicą, licząc, że znajdę się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie lub ktoś inny odpowiedni dla mnie odpowiednio mnie poderwie lub da mi odpowiedni znak-sygnał, a ja nie stchórzę i na niego odpowiem. Czekam, Rozgrzany. Rozochocony. Rozwarty i otwarty na propozycje. Gotowy na wszystko. Albo: 2) Marzę, aby poznać jakiegoś budowlańca, wojskowego albo nie – najlepiej kierowcę tira. Wychodzi z tej części samochodu, która nie wiem jak się nazywa, ale wiem, że jakąś nazwę ma – on tam siedzi, tam jest kierownica, tam jest skrzynia biegów… Nieważne. Staje na poboczu i spogląda w bok – w las, w krzaki, widzę jego nos i profil. Ma aerodynamiczny kształt twarzy, jakby jastrzębi, żeby nie powiedzieć żydowski (na przykład Tuwimowy) – nos jest masywny, jakby wykuty w brązie. Ciekawe, czy tak samo aerodynamiczny jest niżej? Może jego kuśka ma równie smukłe kształty od tego ciągłego gnania przed siebie, zmagania się z przeciwnościami losu i napierania pod prąd? Jego aktywność rysuje się w zdecydowanie władczym i nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniu. Zaciąga się, rzuca peta na ziemię, przydeptuje go i skinieniem głowy wyznacza kierunek, gdzie mamy iść. Rany! Idę za nim jak w dym, tzn. w las! Niech przytuli do swojego nieskażonego zniewieścieniem torsu, niech obejmie ciężkim ramieniem małpoluda, niech przydusi, a potem niech da wymowny, aczkolwiek niepotrzebujący głosu znak, że dość tego cackania się i że już czas paść na kolana i zabrać się do roboty. I tak się staje – amen. Padam na kolana i robię, co tylko w mojej mocy, aby dobrze wykonać swoją robotę. Na potęgę kutasa olbrzymiego! Mocy przybywaj! I jest moc. Haruję aż po pot na czole – jestem lodziarzem i produkuję olbrzymiego, wręcz wychujistego w kosmos loda, a potem wylizuję go do imentu! Oj, tak – nie ma to jak opierdzielić czasem porządnego loda. A mój lujowski superbohater – mój Tiroman – uśmiecha się i odjeżdża, puszczając mi całusa spod swoich gęstych wąsów. W radiu leci: Miłość ci wszystko wybaczy. Czy oby na pewno wszystko? Zastanawiam się. Kontempluję. Lub: 3) Znów pełen standard. W zatłoczonym autobusie obserwuję kolesia stojącego obok. Stykamy się ramionami i nawet udami dość blisko i intensywnie. Co on sobie myśli?, myślę ja. I czemu się nie odsuwa? Może wcale nie dlatego, że jest ten tak zwany tłok i nie ma przysłowiowego miejsca? Może lubi to ocieranie tak jak ja, frotterysta jeden!? Może rajcuje go moja bliskość? Dotyka mnie nieświadomie i niechcący czy może z premedytacją i z nadzieją na coś więcej? Muszę to sprawdzić. Tak ścichapęk kładę rękę na jego kroczu. Nie dostaję w mordę – znaczy się dostaję, ale chwilę potem, w parku w krzakach – jego pięknie i męsko naprężoną męską męskość. Taaak. Wypełnia moją mordę, że nawet trudno mi mruczeć z rozkoszy. Co masz? Mięsko. A skąd masz? Z autobusu wypełzło… Ależ jestem wulgarny! Świruję z pożądania i podniety! Albo: 4)  Kiedy indziej, lecz rzecz znów dzieje się w autobusie lub innym środku komunikacji miejskiej; ponownie tłok. Godziny szczytu i dlatego ja niemal szczytuję, jeśli stoi przy mnie jakiś mężczyzna godny szczytowania. No i jest. Jestem blisko obcego faceta – z ręką wzdłuż jego ciała, ze wzrokiem prześlizgującym się po jego owłosionej klacie i gęstym zaroście, z oddechem na policzku. Taki ścisk to ja lubię, myślę, zresztą jak niemal zawsze w takich sytuacjach, bo taki ścisk usprawiedliwia tę moją nachalną bliskość. Jak sardynki w puszce. Jestem sardynką. Czuję miłą woń nieznanych mi perfum. Chcę dotknąć jego skóry, chcę poczuć drapanie zarostu, chcę przejechać dłonią po jego owłosionej skórze dłoni, chcę zanurzyć się w ten zarośnięty, tak ładnie zakrzaczony dekolt. Przyglądam mu się niby ukradkiem, a on niby nie zauważa mojego wzroku, ale gdyby tylko spojrzał, to wiedziałby, że rozbieram go wzrokiem łapczywym i wygłodniałym. Właściwie to chyba wie, co się święci i dlatego nie wie, gdzie wzrok podziać, bo wpędzam go jakby w zakłopotanie, a oczyma wyobraźni sięgam tam, gdzie wzrok nie sięga. On twardo udaje, że nie zwraca na mnie uwagi, a ja już jestem niemal twardy i też udaję, że to dla mnie takie zwyczajne nic tak napierać na innego faceta swoim udem, swoją ręką, swoim tęsknym i zarazem rozochoconym oddechem. Chciałbym coś zrobić, chciałbym rozpiąć jego rozporek, chciałbym udowodnić mu moje zdolności manualne. Irina Palm, królowa ręcznych robótek z filmu Sama Garbarskiego, byłaby ze mnie dumna. Potem chciałbym udowodnić mu, że zdolności mam także oralne i w ogóle jestem wszechstronnie uzdolniony, także analnie. Zbliżamy się do przystanku. Szykuje się do wyjścia. Spojrzał na mnie króciutko i może sobie wmawiam, ale chyba zauważyłem coś, co mogą dostrzec tylko cioty u innych ciot. A może nie? Chciałbym wysiąść z nim, ale przecież nie wiem, czy on jest z tych, co poszliby z innym facetem, choć myślę, że może samo zainteresowanie nim jakoś mu się nawet podoba. A jeśli się ośmieszę? Jeśli spuści mi łomot? Wysiada. I już będąc na zewnątrz, odwraca się i posyła mi nieśmiały uśmiech, ale za późno: klamka zapadła, drzwi się zamykają i mogę tylko zanucić niczym uwielbiany przez moją mamę, słuchany kiedyś w koncertach życzeń Demis Roussos: goodbye my love, goodbye. A więc był branżowy. Stracona szansa. Mogłem go nawet dotknąć. Może taka okazja już się nie powtórzy… Wyszło chyba na to, że niezły jestem w te klocki, a sam wiem, że gdyby tylko on wykazał więcej inicjatywy, to spłonąłbym rumieńcem, skuliłbym się w sobie i na pewno nie stanąłbym na wysokości zadania. Oj, nie stanąłbym w ogóle. Bo dopóki jest marzenie i jest fantazja, to wszystko przebiega po mojej myśli, lecz przyjdzie co do czego i już nie jest tak fantastycznie, bo okazuje się, że nie tylko ja organizuję tę czasoprzestrzeń, sytuację, konwersację i dochodzą ograniczenia nie do opanowania – przynajmniej jak dla mnie. Wiem to lepiej niż ktokolwiek inny. Nie umiem tego wyjaśnić, ale tak jest. Bo na przykład: 5) Przechodzę sobie spokojnie chodnikiem przy parku wzdłuż zaparkowanych samochodów. Mimochodem i bez żadnego planu spoglądam do wewnątrz jakiejś stojącej na poboczu sportowej bryki, a tam kolo z rozwalonymi udami wali sobie konia. Moje nogi jakby odruchowo idą dalej, ale myśl hamuje, wrzuca wsteczny, cofa się, otwiera drzwi od strony pasażera, każe wsiadać, zamknąć drzwi, bez pytania nachylić się i zacząć triathlon drutowania, siorbania i połykania. W końcu sport to zdrowie! I seks też! A w takim duecie to już musi być samo zdrowie! Może ktoś inny miałby odwagę zrobić w realu to, co zrobiła moja fantazja w fantazji, ale ja nie potrafiłem ziścić tych marzeń – niestety. Zaciągnąłem hamulec i ani rusz – dupa ze mnie… Po fakcie oczywiście będę żałował. I żałuję. Lub: 6) Podrywa mnie rosły paker na ulicy, nie wygląda na geja. Nie jest aż tak wielki i przerysowany, żeby być karykaturalnym kulturystą bądź hiperbolą mężczyzny w ogóle. Ostało się w nim coś z natury, nie przekroczył tej cienkiej granicy, kiedy boisz się, że ten olbrzym zacznie zachowywać się jak ogr albo inne stworzenie nieboskie i sztucznie animowane. On jest boskim byczkiem. Mam słabość do takiej silnej męskości – tej mocnej łydki, tego silnego ramienia, tej pojemnej piersi – miękną mi nogi i twardnieje coś między nimi. Mierzę go okiem od stóp, mierzę drugim do głów, mierzę obydwoma znów ku dołowi i zatrzymuję się w okolicach krocza. Ciekawe, czy tam też jest z niego taki dryblas?, się zastanawiam. Choćbym chciał, to nie umiem mu się oprzeć, nie wiem, co się ze mną dzieje. Ale on mnie rajcuje! Jestem napalony, nieziemsko podjarany. Szaleństwo wstępuje w moje lędźwia i szaleńczo chciałbym to wykorzystać i pochylić się między jego lędźwiami w wiadomym celu. Zaprasza mnie do siebie. Wchodzimy do jego king size łóżka, rozbieramy się, on pokazuje mi swoje king size bicepsy. Jest boskopotężny niczym tarzan, ze względu na masę mięśniową – rzec można – ciężkoatleta. W dodatku z aparycji to gość zero przegięcia, taki zatwardziały heteryk, a okazuje się, że zatwardziały staje się także tam – wystarczy tylko objąć ustami i poruszać w dół i w górę. I choć tam wcale nie jest taki king size, jak mogłoby się wydawać, to okazuje się, że nie tylko rozmiar czyni cuda i dobry seks, bo w te klocki jest świetny pomimo kilku brakujących centymetrów albo może właśnie dlatego, że ten brak centymetrów stara się nadrobić nieposkromioną wprost inwencją twórczą. Och, jak jest cudownie! Inwencja potrafi zdziałać cuda! A po tej inwencji: jak cudownie poczuć się przygniecionym takim podniecającym, samczym i spoconym cielskiem… Wprost wybornie… Albo: 7) Kupuję gumki w takim kiosku, do którego można wejść jak do sklepu. Gumki dla Marcina, czyli rozmiar XL, żeby nie było. Te w rozmiarze europejskim go cisną. Sprzedawca patrzy na mnie z zadziornym uśmieszkiem i puszcza oko, dając znak, że możemy pójść na małe zaplecze. Daję się namówić, choć sprzedawca do namówienia mnie użył jedynie mowy ciała, ściskając zawartość swojego rozporka. Przekręca klucz w drzwiach. Na zapleczu najpierw klękam, potem on klęka i już wie, że prezerwatywy kupowałem raczej nie dla siebie, a na przykład, jak się okazuje, dla niego, więc zużywamy szybko jedną ściśle przylegającą do jego kutasa w rozmiarze XXL. Kupuję jeszcze wodę mineralną i wychodzę, życząc mu miłego dnia. Albo na przykład: 8) Leżę na plaży. Jest gorąco. Lubię lato, bo czuję wtedy, że pogoda jest ze mną, jest moim sprzymierzeńcem, moją wspólniczką, dając mi gołą owłosioną łydkę, oblany potem nagi tors, widoczny kawałek umięśnionego uda, opięte spodenki lub kąpielówki skrywające tajemnicę już trochę zarysowaną, ale jeszcze nieodgadnioną w pełni. Już jako dorastający chłopak na plażach nie wpatrywałem się w niebo – nie obchodziły mnie obłoki o kształcie nieregularnym niczym nadgryziona cukrowa wata (takie mniejsze cumulusy?). Zajmowało mnie za to coś innego. Byłem, być może przedwcześnie, rozbudzony erotycznie, świerzbiły mnie moje strefy erogenne, przerażały i nieziemsko kręciły wulgarne i perwersyjne myśli, rozochocały chęci powodujące pierzchnięcie warg i twardnienie prącia uwydatniające się na moich slipkach, które starałem się skrywać, leżąc na brzuchu. I patrzyłem, podglądałem, kradłem te widoki. Uwielbiałem to i nadal uwielbiam. Niestraszne mi są spiekota i udary słoneczne – wyposażam się w znakomity krem z filtrem (wyrób krajowy), piękną czapkę bejsbolówkę (wyrób zagraniczny; sportu niezmiennie nie kumam) oraz dowadniam się wysokomineralizowaną wodą lekko gazowaną (ujęcie ze źródeł krajowych, głębinowych) i jest dobrze. Uwielbiam ciała zlane słońcem, skąpane w nim po uszy, po koniuszki kończyn i czubki owłosienia. Dzięki temperaturze, słońcu i tej duchocie jestem bliżej prawdy – trudniej się pomylić, gdy nie muszę już rozbierać wzrokiem z tych kurtek, spodni, swetrów i podkoszulek. Zastanawiam się w jakie rozmiary mogą się rozwinąć te kształty zmiętoszone pod materiałem. Jest apetyczny obiekt. Mój wzrok spoczywa tam, gdzie chce spocząć moja dłoń, mój oddech także, a i moje wargi też tego chcą i rozchylając się i pierzchnąc, dają temu dowód. Chciałbym być tym materiałem, zazdroszczę mu. Obok kolejny obiekt, a obok niego następny. Przyjemnie byłoby tak móc bezkarnie wpatrywać się w te ciała godzinami, dniami, może nawet całą wieczność. Aby być mniej ostentacyjnym i bardziej bezpiecznym, zakładam okulary przeciwsłoneczne – patrzę na celebrujących lato i czas wolny mężczyzn – celebruję widoki – chcę patrzeć tak nieskończenie długo. Albo nie – niech się jeszcze coś wydarzy po tym zapatrzeniu. Wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, układając ciąg dalszy… Albo jeszcze inaczej – zmiana scenerii: 9) Kiedyś w klubie zobaczyłem, że przygląda mi się koleś. Podszedł do mnie. Był piękny niczym bóg – Adonis, może Apollo – i patrzył, zadziornie śląc mi w tym swoim szelmowskim spojrzeniu nie taki znowu tajemniczy, a raczej jednoznacznie ostentacyjny przekaz: powiedz tylko słowo, a będzie rozjechana dupa twoja. Bez filozofowania, krótka piłka: tak lub nie. Wierzcie mi, że chciałem tego rozjechania, ale tylko uśmiechnąłem się i zniknąłem w tłumie tańczących na parkiecie. A on się nie zakochał, tylko chciał się rżnąć, chciał się ruchać, chciał wydymać moją dziurkę, więc nie pobiegł za mną i nie starał się bardziej niż mu się opłacało, bo i tak wkrótce znalazł sobie innego kandydata do zaliczenia, z którym zadowolony wyszedł z klubu i któremu zapewne niedługo potem z dupy zrobił piękną jesień średniowiecza – domyślam się, że niezły był z niego Huizinga, a sądząc po nosie, mógł też mieć niezłego chuja. I głupi oczywiście żałowałem, że to nie moja dupa zaznała tego pogodowo-historycznego olśnienia, tej interdyscyplinarnej epifanii, bo w myślach to i ja chciałbym takiej jesieni średniowiecza, chociaż ani za jesienią, ani za tematem średniowiecza na lekcjach polskiego ani historii jakoś specjalnie nie przepadałem. Ale trochę też się cieszyłem, że zaoszczędziłem sobie w ten sposób nieco stresu i wstydu. No i powróćmy jeszcze do stałego zestawu marzeń ciągle powracających, a więc: 10) Co prawda minęły już czasy takich pikiet, na których ta Patrycja z Lukrecją od Witkowskiego polowały na lujów, ale to nie znaczy, że współczesne etatowe cioty – zresztą nie tylko one – nie mają nadal podobnych fantazji. Sporo jest takich amatorek/amatorów miejsc na poły publicznych: różnych plenerów, parków, brudnych szaletów i parkingów – słowem: miejsc, gdzie można utrafić prawdziwego etatowego luja, typka spod budki z piwem, menela, obszczymurka, reprezentanta hołoty, co to zaliczy skok w bok, którego nie planował i choć natychmiast o nim zapomni, to nie da zapomnieć o sobie. One/oni marzą o prawdziwym heteroseksualnym samcu, który obije mordę, zwyzywa od najgorszych, a na koniec, oj daj Boże!, jeszcze brutalnie zgwałci. Och, jakże byłoby przyjemnie! Ja też znałem takich lujów pachnących kremem Wars lub wodą po goleniu Brutal. Znałem ja takich brutali bardzo dobrze. To byli moi sąsiedzi, moi wujkowie, moi podwórkowi pijacy: byli lekko zarośnięci, a zarost mieli już z lekka siwiejący, mieli też ogorzałe twarze, spracowane ręce seksownie poorane strumieniami żył, a spod niedopiętej koszuli wystawały im kręcone włosy – czasem dosłownie czarny busz. Oj!, miło by było pobuszować w takim buszu! Marzyłem o nich czasami – o tych lujach prostackich. Chciałem, żeby zbrukali mnie, ubrudzili mnie swoją samczą i prostacką heteroseksualnością. I choć czasem sam siebie wyzywałem w myślach za te brudne myśli, to myśli i tak nadal miałem brudne, czasem nawet mnie samego zawstydzające i zastanawiające. Bo czy normalne jest to, że: 11) Zdarzało mi się wyobrażać, jak ten dres z tramwaju, który mnie pobił – ten prostak i bandyta – rucha mnie, nadziewa, że cweli mnie kutas tego kutasa długo i brutalnie, że gwałci mnie jak jakąś swoją burą sukę? Rany – były dni, że rajcowały mnie takie dziwne zboczone pragnienia. Byłem wulgarny i rozkoszowałem się tą wulgarnością. I czasami sam siebie nienawidziłem za to, że w myślach potrafię być taką brudną szmatą. Nie wiem, czy można by to nazwać wyrzutami sumienia…