Rozdział 12

Ale wróćmy do czasu teraźniejszego, bo – jak sądzą niektórzy – życie pisze najlepsze scenariusze i daje najlepsze tematy na wszelką literaturę. W życiu bym nie wymyślił tego, co mi się przytrafiło. Po pierwsze – historia z mamą, po drugie – na terapii pojawiło się kilka ważnych kwestii. Zacznę od mamy.
Od jakiegoś czasu mama coraz częściej do mnie dzwoniła, zapraszając na niedzielny obiad. Mieliśmy się do niej wybrać już w tydzień po naszej rozmowie, kiedy powiedziała mi o zdradach ojca, ale Marcin ciągle wyjeżdżał weekendowo na jakieś warsztaty. Za którymś razem powiedziała, że podejrzewa jakieś małe kłamstewka, jeśli chodzi o te nieustanne wyjazdy i że nieodwołalnie chce nareszcie poznać Marcina, bo trudno nazwać poznaniem te kilka razy, kiedy widzieli się gdzieś w przelocie lub raz na sztywnych świętach Bożego Narodzenia. Cieszyła mnie jej konsekwencja w dążeniu do spotkania, bo wyparła ona dotychczasową konsekwencję w udawaniu, że nie ma tematu mojego związku. Jeszcze miesiąc wcześniej wydawało mi się, że sytuacja, w której ciągle udajemy, że w naszych życiach nie ma w ogóle tematu mojego pedalstwa najzupełniej jej odpowiada. Niemal nigdy nie dopytywała o mój związek, ja też nie czułem się na tyle komfortowo, aby jej o nas opowiadać, najzwyczajniej w świecie stwierdzałem, że ona nie chce słuchać. Tłumaczyłem ją, myśląc sobie, że to przecież całkiem normalne, bo od króla Ćwieczka, Piastów, Jagiellonów i z dziada pradziada wszystkie polskie matki i wszyscy polscy ojcowie chcą, aby ich dzieci mieściły się w normie społecznej, żeby wszystko było po prostu normalnie i przezroczyście i żeby nie było o czym gadać, a jedynie się chwalić, że takie cudne i normalne dzieci spłodziliśmy. A tu syn pedał, więc z czym do ludzi? – lepiej się zamknąć, nie dopytywać, nie dołować, mnie narażać, że usłyszymy coś niechcianego. Tak już jest, więc jak tu spodziewać się innej reakcji niż milczenie? Ale jakiś żal był – może taki sam, jaki czują rodzice, gdy okazuje się, że dziecko nie spełnia pokładanych w nich oczekiwań i nadziei. Jednak w końcu minęła mi złość na matkę o ignorowanie naszego związku i zaakceptowałem stan rzeczy, że właściwie nie ma żadnego tematu – tak było bezpiecznie i w sumie mi to pasowało. Gdy pierwszy raz napomknąłem Marcinowi, że mama nas zaprasza na obiad, właściwie olał sprawę, mówiąc jedynie ironicznie: „Teściowa chce poznać synową”. Nie skomentowałem – wiedziałem, że chodzi mu przede wszystkim o nas: o to, że to ze mną mu się nie chce nigdzie iść – zwłaszcza w takiej sytuacji, gdy poza ciągłym rzucaniem wzajemnych złośliwości nie potrafimy w ogóle ze sobą rozmawiać. Gdy spotkałem się następnej niedzieli z matką (sam, bo Marcin miał znów jakiś wyjazd), spytała, kiedy ma szykować ten obiad. Odpowiedziałem, że nie jest to najlepszy czas na rodzinne obiadki, że mamy kryzys, chodzimy na terapię, ale nie wiadomo, co z tego będzie i że jest spora szansa na definitywne rozstanie. Przytuliła mnie – coś się z nią działo. Była jakoś o wiele czulsza niż przez kilka ostatnich lat. Aż tak ją odmienił ten internet, seks i randkowanie?
– Wiem, że to dla ciebie dziwne, że nagle jestem taka wylewna.
– No, trochę tak.
– Wiesz, ja nigdy nie miałam problemu z tym, że jesteś gejem. Jakoś byłam na to przygotowana. Od dawna widziałam, jak patrzysz na kolegów, widziałam, że masz mnóstwo koleżanek, ale coś mi mówiło, że nie interesują cię seksualnie. Widziałam, jakie książki przynosiłeś z biblioteki. Kiedyś rzuciła mi się w oczy taka jakby z rzeźbą faceta na okładce z fiutkiem na wierzchu. – Popatrzyła na mnie pytająco. – Taka chyba żółta…
– Nie wiem. Nie kojarzę po okładkach.
– Nieważne. Ale jakoś utkwił mi ten facet z okładki w pamięci. Trochę się zszokowałam. Przekartkowałam ją. I już wiedziałam, co i jak. Do tego wszystkiego to przekute ucho i te pożyczane lalki od tej łobuzicy z podwórka. Jak ona tam się nazywała… Mam na końcu języka…
– Elka – przypomniałem jej i sobie.
– No właśnie, Ela – przytaknęła. – Niezłe z niej było ziółko… Pamiętam też, że kiedyś znalazłam w twoim pokoju pomiędzy podręcznikami wycięte z jakiejś gazety zdjęcie niemal nagiego umięśnionego faceta. A innym razem zostawiłeś na biurku brudnopis, w którym było kilka stron zapisanych imieniem Piotr. W serduszkach… – powiedziała, spoglądając na mnie z takim zadziornym uśmiechem, ale bez cienia kpiny. – To ten Piotr z podwórka?
Rany, jak ona wszystko wyłapała? Jaka spostrzegawcza…
– Tak. Ten o rok ode mnie starszy syn Michalskich – odpowiedziałem, jakby nieco zawstydzony. – Ale później był też Piotr z liceum, więc nie wiem, o którego wtedy chodziło…
Patrzyła na mnie z zaciekawieniem. I z miłością. Widziałem to. Dawno tak nie patrzyła.
– Kiedy się zorientowałeś, że jesteś gejem? – zapytała zupełnie na serio i bardzo spokojnie.
– W sumie to… – zacząłem niepewnie, jakby się zastanawiając, chociaż odpowiedź znałem przecież bardzo dobrze. – Ja to wiedziałem zawsze, nawet wtedy, gdy jeszcze nie umiałem tego nazwać. Taki się urodziłem. Ktoś to gdzieś ładnie nazwał i ja to powtarzam, że jestem zakładnikiem losu, który uczynił mnie takim, jakim jestem. Coś w tym jest, choć nie wiem, czy do końca to rozumiem. Ale tak już jest. Nigdy nie interesowały mnie dziewczyny – wyznałem i sam się zdziwiłem, ale zabrzmiało to jak wbicie ostatniego gwoździa do trumny. Czy tak to odebrała? Nie widać było smutku w jej oczach, więc może nie. – Z tego, co mówisz, to chyba dość szybko się zorientowałaś, co? – spytałem.
– No tak, ale nie myśl sobie, że cię jakoś specjalnie pod tym kątem szpiegowałam. To jakoś samo wpadało w moje ręce, gdy próbowałam ogarnąć ten bałagan w twoim pokoju. Martwiłam się, ale nigdy nie było złości. Raczej lęk o ciebie. Zastanawiałam się, co to wszystko znaczy. Wiem, że ruszałeś moje szminki, lakier do paznokci, sukienkę i buty na obcasie, w których i tak nie chodziłam. – Rzeczywiście tak było. W dzieciństwie zdarzało mi się, że jak sam byłem w domu, to miałem frajdę z przebieranek. Niedawno też kupiłem sobie perukę, a Anka dla próby zrobiła mi make-up, bo mamy wybrać się z Robertem na przebieraną imprezę do Glamu. Musiałem się ogolić na glanc, a po tym całym malowaniu w lustrze nie poznałem sam siebie. Dziękuję ci Max Factorze, dziękuję ci Heleno Rubinstein, dziękuję ci Estée Lauder i dziękuję wam zwinięte no name’owe skarpetki wetknięte pod biustonosz, że zrobiłyście ze mnie niemal Agrado ze Wszystko o mojej matce. Nie mogę się doczekać tej szalonej imprezy… –  U babci też chyba lubiłeś majstrować przy tej toaletce, co?
– No dlatego zależało mi, abyś ją zatrzymała. Dobrze mi się kojarzy – stwierdziłem. – Ale teraz jakoś nie mam ciągot do malowania się i przebierania. Tak dla zabawy to tak, ale nie na co dzień. Wtedy to chyba były takie eksperymenty. Może sprawdzałem swoją kobiecą naturę. – Popatrzyła na mnie i jakby jej się coś przypomniało.
– Właśnie! – parsknęła. – Pamiętasz, jak kiedyś na czyichś imieninach albo urodzinach – chyba ciotki Heńki – zaśpiewałeś piosenkę Być kobietą tej…, jak ona tam…?
– Alicji Majewskiej – pomogłem jej; zawsze była kiepska z muzyki.
– A tak. Wujek Waldek miał nietęgą minę, co? – mówiąc to, śmiała się, ja zresztą też, chociaż tej sytuacji zupełnie nie pamiętałem. Jakie to wszystko żenująco stereotypowe, pomyślałem. I jaka ona była w tym wszystkim bezproblemowa i taka pogodzona. Przynajmniej teraz.
– Naprawdę? Nie przypominam sobie wcale, abym to śpiewał – przyznałem zgodnie z prawdą – ale teraz Majewską bardzo lubię. Wtedy ubóstwiałem Sośnicką i Jurksztowicz…
– Tak! Pamiętam, jak śpiewałeś Diamentowy kolczyk… – wtrąciła się mama. – Oj, pamiętam, jak kazałeś to sobie puszczać w kółko i na okrągło, a potem chodziłeś po mieszkaniu i ciągle to wyłeś jak jakiś wyjec. Kochany wyjec… – Obudziły się w niej jakieś sentymenty. Oczy jakby zalśniły, a może właściwie nagle zgasły i blask straciły, bo ten sentyment miał w sobie sporo jakiegoś smutku, jakby był nie tylko przypominaniem, ale i gorzką refleksją nad przemijaniem.
– A powiedz mi mamo – zacząłem, bez pardonu przerywając jej zawieszkę – czemu w takim razie zachowywałaś się tak, jakbyś nie akceptowała tego, że jestem gejem?
Popatrzyła na mnie jakby odmieniona. Jeśli w jej głowie leciał Diamentowy kolczyk, to w jednej sekundzie muzyka przestała grać – powróciła do tu i teraz, choć pytanie dotyczyło sytuacji sprzed kilku lat. Chyba nie wiedziała dokładnie, co powiedzieć. Wyglądało to tak, jakby biła się z myślami, jakby chciała je najpierw sobie jakoś ułożyć w głowie, zanim je głośno wypowie. Nie chciałem nalegać, pospieszać, przypierać do muru. W końcu po chwili powiedziała sama, całkowicie bez mojej interwencji:
– Wtedy się o takich sprawach nie mówiło. Nie potrafiłam. A potem wybrałam mniejsze zło, wiesz? Wiem, że to brzmi dziwnie i jakoś tak pompatycznie, ale tak było. – Posmutniała, lecz zaraz jakby tchnięta nadzieją zmieniła ton na taki spokojny, miły i ciepły, choć na pewno też pełen przejęcia. – Jeszcze zanim miało miejsce to twoje pobicie w tym tramwaju, kiedy wylądowałeś w szpitalu, to zauważyłam, że gdzieś znikasz, że ciągle gdzieś jeździsz i widziałam, że jesteś szczęśliwy, wiesz? Podejrzewałam, że kogoś poznałeś. Czułam to. I jakoś podskórnie wiedziałam, że to facet. Cieszyłam się, ale w sumie nie wiem, czemu nie potrafiłam cię o to spytać. Wtedy zupełnie nie umiałam o tym mówić, wiesz? Później coś powiedziałeś o jakimś zakochaniu się w kimś z tego wyjazdu w góry. I tylko upewniłam się w tym, że to mężczyzna, bo kiedyś usłyszałam twoją rozmowę przez telefon i było dla mnie jasne, że rozmawiasz z nim, a nie z nią. Mówiłeś do niego „kochany”. Jak już wyszło w tym szpitalu, że jesteś gejem i że masz Marcina, to chciałam się usunąć w cień, aby nie zburzyć waszego szczęścia. Widziałam w szpitalu, jak on na ciebie patrzy, jak się martwi, jak ty jesteś zakochany i nie chciałam…
– Ale czemu miałabyś zburzyć nasze szczęście? – wszedłem jej w słowo. – Nie rozumiem.
– Bo jakoś kilka dni wcześniej dowiedziałam się, że mam… raka.
Co ona mówi?, pomyślałem. Poczułem jakbym dostał w łeb.
– Jakiego raka? Co ty mówisz?! – ryknąłem nagle wzburzony, jakby nie nadążając za tym wszystkim. – Najpierw zdrady ojca, teraz rak? Co ty opowiadasz?
– No wiem. Nie mówiłam ci… Tak wiele ci nie mówiłam… – Wyglądała na zakłopotaną; uciekała wzrokiem, patrząc na boki lub wpatrując się w podłogę. – Miałam raka piersi. Duży guz. Ale już po wszystkim – dodała tak trochę asekuracyjnie, wyraźnie chcąc mnie uspokoić. Spojrzała mi w oczy, chwyciła mnie za rękę i ścisnęła. – Wszystko jest dobrze. Mam wyciętą pierś, ale to nic. Nie ma się czym martwić.
– Jak to masz wyciętą pierś? – Dobrze, że siedziałem, bo chyba bym zemdlał. Czułem, jak przechodzą mnie ciarki. Nie wiedziałem, o co chodzi. Nie rozumiałem. Patrzyłem na jej bluzkę, niczego nie było widać. Chciałem się rozryczeć i jednocześnie byłem zły, że mi nic nie powiedziała.
– Mam specjalny biustonosz, wiesz? Ale guz nie był złośliwy. Wszystko jest dobrze. Mastektomia i naświetlania podziałały.
– Miałaś naświetlania? – zapytałem roztrzęsiony.
– Tak, radioterapia pomogła. Dostawałem też hormony. Ale nie denerwuj się, Szymek… Jest dobrze – prosiła.
– Czemu mi o tym nie powiedziałaś? – wyparowałem. – To mogło się przecież źle skończyć?! – prawie krzyknąłem, ale gdy zobaczyłem łzy w jej oczach dodałem po cichu: – Byłaś z tym całkiem sama…
– Synuś, nie chciałam niszczyć twojego szczęścia… Szpital, dużo nerwów, ciągłe badania i konsultacje… Może wolałam być z tym sama…
Od razu pomyślałem o samotności w szpitalu. Te oddziały onkologiczne muszą być takie dołujące. Widziałem to nieraz w telewizji. W różnych reportażach lub filmach. I kiedyś koleżanka z pracy mówiła mi o tym, bo jej ojciec właśnie walczył z rakiem trzustki czy czegoś tam i leżał w szpitalu onkologicznym. Pamiętam, że była przerażona przemiałem na oddziale, chorymi ludźmi, chemioterapią…
– Wypadły ci włosy? – spytałem przerażony, przypominając sobie te wszystkie sceny filmowe, gdzie pacjentów na onkologii pokazywano niemal łysych.
– Nie, ja nie miałam chemii, a to głównie po chemii wypadają.
– Czemu mi nie powiedziałaś? – powtórzyłem i czułem, jak głos więźnie mi w gardle. Pewnie od tej guli, która natychmiast urosła mi w przełyku.
– Stwierdziłam, że to dobry pomysł, aby uchronić cię przed niepotrzebnym stresem. Pamiętasz? To wtedy powiedziałam ci, że jadę do babci na Śląsk. To było moje alibi. A właśnie wtedy leżałam w szpitalu. – Rzeczywiście tak było. Poinformowała mnie przez telefon, że ma sporo zaległego urlopu i że jedzie na wieś. Miałem tylko przychodzić podlewać kwiatki. Niczego się nie domyśliłem. Byłem zajęty sobą i przewożeniem jakichś gratów do mieszkania Marcina. – Może też się trochę wstydziłam, wiesz? – ciągnęła. – Nigdy nie rozmawialiśmy o tak intymnych sprawach. Myślę, że brakowało mi języka, aby mówić o tych wszystkich mammografach i mastektomiach. Tak samo zresztą jak brakowało mi języka, aby pytać o ciebie i Marcina. Krępowałam się. Wiedziałam, że skłamałeś w sprawie tego wyjazdu w góry, domyśliłam się, że byłeś wtedy u niego. Ale stchórzyłam, nie wiedziałam, jak o tym mówić, jak pytać. Wolałam być z tym sama.
Co mam się dziwić swojej matce, skoro nawet pedalscy artyści – na przykład w tych tak zwanych ambitnych filmach – bardzo często od rozmowy uciekają w jakieś takie długie ujęcia, ciszę, na siłę poetyckie obrazy. To ich ulubiony środek stylistyczny – mówić obrazem. Dlatego w tych filmach często jest mało akcji i dialogów, a za to dużo tajemniczości, nerwu, wieloznaczności i przejmującej samotności. Jakby nawet im samym brakło języka na opowiedzenie o tej ucieczce przed światem i przed samym sobą – bo język nie potrafi wypełnić narracji i trzeba ją koniecznie wzmacniać wieloznacznym obrazem, jakimiś symbolami. Więc co się dziwić matce, że milczała?, powtórzyłem sobie w myślach.
– I nie masz żadnych przerzutów? – po chwili ciszy spytałem, patrząc jej prosto w oczy. – Na pewno wszystko jest ok?
– Tak. Chodzę regularnie na badania kontrolne do onkologa, robię co jakiś czas USG. Wszystko jest w porządku. Ale kontroluję, bo to nigdy nic nie wiadomo. Nasłuchałam się w tych szpitalach i przychodniach opowieści, że guz niby miał być niezłośliwy, a jednak się przerzucił. Nigdy nie wiadomo, więc lepiej regularnie sprawdzać, bo to w sumie cholera wie.
Przytuliłem ją, a właściwie wtuliłem się w nią, jak gdybym był małym chłopcem, chociaż byłem od niej wyższy o głowę.
– A ja myślałem, że mnie nie akceptujesz. Mamo, kocham cię, słyszysz? I chcę wiedzieć o takich sprawach. Musisz mi o tym mówić – głos mi drżał i nieomal się rozryczałem. – Powiedz, że mnie kochasz i że już nie będziesz niczego takiego przede mną ukrywała.
– No pewnie, że cię kocham! – krzyknęła i zaczęła beczeć. – Synuś! Chyba nie masz żadnych wątpliwości? – wydukała.
– Teraz nie mam. Ale czasami wydawało mi się, że wolałabyś mieć innego syna i dlatego mnie odtrąciłaś.
– Szymciu! Dziecko moje! – zawyła i rozryczała się jeszcze bardziej. Szlochała, niezdarnie wycierając dłońmi łzy i co i rusz pociągając nosem. Miała załzawione oczy, rzęsy skleiły się od wilgoci, a sól rozpuściła maskarę. Masakra.
– Nie chciałam cię odtrącić – wymamrotała łamiącym się głosem, próbując powstrzymać dławiący ją płacz. – W jakiś taki pokrętny sposób wmawiałam sobie, że cię chronię – tłumaczyła się.
Złapałem ją za ramiona i patrząc jej prosto w oczy, spytałem:
– A czemu mi teraz mówisz o tym wszystkim?
– Bo chcę, żebyś wiedział, że zawsze cię akceptowałam, nie chcę, abyś myślał, że mam jakiś problem z twoją seksualnością lub z Marcinem. Dorosłam do tego. Nareszcie dorosłam. – Zrobiła krótką pauzę, próbując się uspokoić, i ciągnęła dalej: – Jeszcze wtedy, gdy byłeś w szkole i gdy już miałam pierwsze przebłyski, że nie będziesz taki, jak reszta chłopców, bo te lalki, te koleżanki, te zaczepki i książki, to wtedy jeszcze nie potrafiłam patrzeć na to, tak jak teraz. Niezbyt reagowałam na to, co działo się w szkole, bo jak poszłam do twojej wychowawczyni ze skargą, że chłopcy z klasy ci dokuczają, to ona mi powiedziała, że będziesz nienormalny i że powinnam bardziej się tobą zająć, bo skończysz jak degenerat lub w kryminale. – Mówiła to z mieszanką oburzenia i przerażenia. – Pamiętam to jak dziś. Bałam się tego wszystkiego. Byłam wtedy bardzo słaba, wiesz? Dlatego wycofałam się, przymykałam oko na wszystko, nawet na to, że krzywdzono moje dziecko… Być może byłam skupiona tylko na sobie… – Znów zaczęła szlochać. Ze zdwojoną mocą.
– Mamo… – przytuliłem ją mocno i zacząłem głaskać po włosach. – Daj spokój, już jest dobrze – powiedziałem, a ona ciągle wtulona we mnie mówiła, zanosząc się od tego szlochu i co i rusz pociągając nosem. Może to dziwne, ale przez chwilę poczułem się tak jak kiedyś, gdy wracałem z wakacji od babci i zasiadając w fotelu naprzeciw telewizora, przemykały mi przez głowę zdania: nie ma jak w domu, nie ma jak u mamy.
– Przepraszam cię synu za to wszystko, wiesz? – dukała niespokojnie. – Za to, że byłam taka ślepa i nieczuła, że poszłam na łatwiznę i nie reagowałam na nic. Przepraszam, że nie miałeś we mnie żadnego wsparcia. Przepraszam, dobrze? Przepraszam! – wybełkotała jak w jakimś amoku i ciągle zanosząc się od płaczu, spojrzała mi głęboko w oczy i zaczęła rozwijać zmiętoszoną chusteczkę. – Wybaczysz mi? – spytała z nadzieją, jakby nieśmiało i głośno wysmarkała nos.
– Przestań, mamo. Nic się przecież nie stało. Już jest dobrze.
– Powiedz, że mi wybaczasz! Wybacz mi! – poprosiła, wpatrując się nerwowo w moje oczy, raz prawe, raz lewe. Patrzyła tak mocno, jakby chciała odnaleźć w nich odpowiedź jeszcze zanim coś powiem.
– Pewnie, że wybaczam. Ja już dawno temu dałem sobie radę z przeszłością. – Tak naprawdę, mówiąc to, trochę skłamałem, ale chciałem ją pocieszyć i dodać jej otuchy.
– Dziękuję ci, moje dziecko! I przepraszam jeszcze raz – wykrztusiła, znów wtulając się w moje ramiona. – To dobrze, że dałeś sobie radę. Cieszę się, że cię mam i że jesteś taki, jaki jesteś, wiesz? I chciałabym, abyś był szczęśliwy, bo to się najbardziej liczy.
Spojrzała znów na mnie i uśmiechnęła się nieśmiało. Z leżącej na szafce torebki wyjęła chusteczkę, wydmuchała nos i wytarła załzawione oczy i policzki. Patrzyłem na nią jakby z podziwem i byłem szczęśliwy, bo tak otwarcie to my chyba nigdy w życiu nie rozmawialiśmy.
– A wiesz? – powiedziała. – Ja dopiero jakoś całkiem niedawno temu poczułam, że odżyłam, że nareszcie staram się być szczęśliwa, żyć pełnią życia. I nareszcie przestałam obwiniać się za śmierć ojca – wydmuchała nos i nieco się uspokoiła. – Wiesz? Może trochę późno, ale zrozumiałam, że trzeba cieszyć się każdą chwilą i trzeba walczyć o lepszą przyszłość. Lepiej chyba późno niż wcale, co? – mówiąc to, zaśmiała się. – Ostatnio ci mówiłam, że umawiam się na seks bez zobowiązań. Nie myśl, że twoja matka jest jakąś tam puszczalską. Spotykam się z jednym mężczyzną. A że seks bez zobowiązań, to się trochę śmieję, bo dość szybko skończyliśmy w łóżku. – spojrzała na mnie lekko spłoszona i dodała: – Już na pierwszej randce.
Nie poznawałem swojej matki. Gdzie była ta zrezygnowana kobieta, która na nagrobku ojca kazała wygrawerować swoje imię, nazwisko i datę urodzin, jakby w oczekiwaniu na to, aż będzie można tam tylko dopisać datę jej śmierci. Gdzie była ta kobieta, która swoje życie rozgrywała pomiędzy tysiącktórymśtam odcinkiem Klanu, czterytysiącektórymśtam odcinkiem Mody na sukces a którymśtam z kolei odcinkiem Na Wspólnej oglądanym zaraz po jakiejś innej brazylijskiej lub wenezuelskiej telenoweli, w której biedna Esperanza Esposito była nieszczęśliwie zakochana w jakimś przystojnym latynoskim macho Don Federico Belmonto, a w tle ich wielkiej miłości rozgrywały się inne prawdziwe tragedie: utraty pamięci i utraty wzroku, mezalianse, zdrady i zemsty, odkrywane zbrodnie i tajemnice przeszłości oraz dramaty brzydkich kaczątek i tragedie porzuconych dzieci.
– Co tak na mnie patrzysz? Bredzę, tak? Zwariowała ta twoja stara matka?
– Nie. Po prostu jestem w szoku i trochę cię nie poznaję, ale cieszę się, że mi to wszystko mówisz.
– Ja też się cieszę i odkąd jestem taka rozgadana, jest mi wręcz zajebiście dobrze, wiesz?
– Mamo! Co za słownictwo?! – wtrąciłem żartobliwie, ale zupełnie to zignorowała.
– Wiesz? Wtedy, gdy mi wycięli pierś, bałam się, że stracę kobiecość. Nienawidziłam swojego ciała. Ciągle nie chciałam, żebyś się dowiedział o moim raku, więc nawet jak się widzieliśmy, to unikałam przytuleń, abyś nie zauważył, że nie mam piersi, choć i tak wypychałam sobie stanik silikonową wkładką, więc trudno byłoby cokolwiek zauważyć. I dopiero całkiem niedawno uświadomiłam sobie, że to nie ta pierś, ale że ja sama sobie tę kobiecość odebrałam o wiele wcześniej. I paradoksalnie też niedawno, teraz, gdy już tej piersi nie mam, poczułam się pełnowartościową kobietą. Zrozumiałam, że zawsze się blokowałam zupełnie bez powodu. Unieszczęśliwiałam się na siłę, umartwiałam. Dopiero ten rak trochę mnie otrzeźwił, dostałam od niego kopa do życia na nowo. Wygrałam z nim, rozumiesz? Wygrałam! – powiedziała i spojrzała na mnie szklistymi oczami.
Znów ją przytuliłem i zaśmiałem się do siebie, ale zaraz na nowo poczułem gulę w gardle, bo zdałem sobie sprawę, że byliśmy od siebie tak daleko, bo – może i pokrętne to uzasadnienie – moja matka chciała mnie chronić przed swoją chorobą, nie burzyć mojego najpiękniejszego okresu w życiu, nie zakłócać mojego pierwszego prawdziwego zakochania. I była całkiem sama ze swoją chorobą. Jak sama mówi: wygrała, ale co by było, gdyby – jak ja nienawidzę tego stwierdzenia – przegrała tę swoją walkę z rakiem? Jakbym się czuł, gdybym się dowiedział, że nie było mnie przy niej, gdy ona walczyła?
– Ale wszystko na pewno jest dobrze? – spytałem ją, patrząc jej prosto w oczy.
– Jest dobrze. Już się nie martw. – Patrzyła na mnie, śmiejąc się przez łzy.
– A gdyby coś się działo, będziesz mi mówić?
– Będę – zapewniła.
– Obiecujesz? – Mówiąc to, starałem się być stanowczy.
– Obiecuję. Chodzę na kontrole, badam się. Nie martw się.
I znów się przytuliliśmy. Trochę to rzewne i nudne, ale tak właśnie było. Też bym chciał, aby ta scena miała w sobie więcej humoru i takiej bezpretensjonalnej głębi jak na przykład w Stalowych magnoliach, ale co zrobić skoro bliżej jej było akurat do łzawego dramatu telewizyjnego bez żadnych gwiazd w rolach głównych. Po tych wszystkich ściskach i przytulańcach zjedliśmy obiad, a ja przyglądałem się własnej matce, jakbym ją tak trochę podglądał. Była to ciągle moja matka, ale jakaś nie do poznania. Amazonka. Dzielna amazonka.

Gdy wróciłem do domu długo myślałem o tym raku, o którym tak niewiele wiedziałem. W internecie szybko poszukałem informacji o mastektomii, o podawanych hormonach i radioterapii, oglądałem zdjęcia amputowanych piersi. Przeraziło mnie to. Dużo rodzajów tego raka. Nie wiem, który z nich miała mama. Mówiła, że niezłośliwy. Zadzwoniłem do rodziny pod Wrocławiem z pytaniem, czy wiedzieli o tym, że mama chorowała. Ciotka – mamy siostra – powiedziała mi, że wiedziała, ale że mama prosiła, aby nic mi nie mówić, choć właściwie tak czy siak nie było za bardzo okazji, bo od śmierci babci Jadzi, czyli mamy mojej matki, mój kontakt z tą częścią rodziny się trochę urwał – nie jeździłem tam wcale, czasami zdarzało mi się tylko zadzwonić z życzeniami na święta. Ciotka spytała jeszcze, czy u mnie wszystko dobrze i czy nadal jestem w związku. Zdziwiłem się, że wie i trochę mnie zamurowało. Właściwie to o jakim związku wiedziała? Wyczuła moje zakłopotanie i powiedziała, że wszystko wie od mamy, że matka nigdy nie narzekała, nie miała pretensji i nie biadoliła, że chciała, aby było inaczej. Przemknęło mi przez myśl, aby spytać, czy wszyscy wiedzą – inne ciotki, wujkowie, kuzyni – a zwłaszcza czy wie jej syn trochę ode mnie starszy, w którym się podkochiwałem, gdy przyjeżdżałem tam na wakacje. Ciekawe, czy pamiętał o tym, jak kiedyś przyłapał mnie, gdy podglądałem go w łazience przez dziurkę od klucza. Pewnie już wtedy myślał sobie o mnie: „a ten mały pedałek”. Ale on mi się podobał. Podglądałem jego coraz bardziej owłosione i potężniejące ciało i podziwiałem je, podniecałem się nim, zazdrościłem. Nie spytałem ciotki, czy wiedzą już wszyscy, ale pewnie wiedzieli – w rodzinach się przecież mówi o różnych plotkach i domysłach i trzeba znaleźć powód, dlaczego on ma niemal trzydziestkę na karku i ani żony, ani nawet dziewczyny… Czyli że co? Mam taką tolerancyjną rodzinę? I w dodatku mieszkają na wsi i nie mają z tym żadnego problemu? Ci ze wsi mogą być bardziej postępowi niż ci miastowi? Wierzyć się nie chce. A ja myślałem, że to taki przyczółek zabobonów i dyrdymałów, zaścianek radiomaryjny.
Ach, ta moja matka! Czasami chciałem jej wykrzyczeć, że nigdy nie miałem w niej wsparcia i że to nie jest łatwe, gdy przez całe swoje dorastanie musisz się ukrywać, udawać, przemilczać i gdy w odpowiedzi na wszystkie zaczepki rodziny o narzeczoną, musisz coś zmyślać i ściemniać. To dlatego wielu homoseksualistów ląduje na terapiach i/lub odsuwa się od rodzin. Nie chcą ich gorszyć swoim byciem, byciem sobą, a siebie nie chcą męczyć powstrzymywaniem się przed autentycznością. Dlatego otaczają się ludźmi którzy wiedzą i akceptują. Wybierają sobie swoją własną rodzinę złożoną z przyjaciół i znajomych, przed którymi nie muszą kłamać, kręcić i udawać. Im nie trzeba opowiadać żadnych bajek, oni nie zadają pytań sugerujących odpowiedzi, oni cieszą się, gdy obchodzisz którąś tam z kolei rocznicę swojego związku. A ona wiedziała i winiła się o wszystko. Nie chciałem jej dobijać. Czasem warto ugryźć się w język. Chyba wystarczająco jej życie dokopało. Równie wystarczająco dokopała sama sobie.
Wszystko zrobiła z premedytacją. Zrezygnowała z mojej ewentualnej pomocy, mojego wsparcia, aby dać mi nacieszyć się moim pierwszym związkiem, pierwszym zakochaniem, pierwszym szczęściem. Nawet nie zastanawiałem się, czemu rzuciła palenie. Przecież całe życie była zatwardziałą palaczką, kopciła te swoje szlugi jak najęta i na potęgę, że aż z popielniczki wysypywały się pety i popiół. Jej płuca miały przerób jak jakaś niezmordowana fabryka lub elektrociepłownia. To była długoterminowa inwestycja w raka, która – nawet sama tego nie wiedziała – że zwróci się właśnie jej z nawiązką, bo zawsze się naiwnie wierzy, że nas to nie dotknie i jakoś to będzie. I nagle jak ręką odjął, jakby nigdy nie była nałogowcem. Jaki byłem ślepy i zajęty sobą… Ona żyła pewnie w lęku, w permanentnym strachu, że to się źle skończy, a ja w tym samym czasie rzeczywiście przeżywałem najszczęśliwszy czas w moim życiu i był to czas jakby bez niej i tylko to mnie poniekąd usprawiedliwia moją ślepotę. Miałem świetny związek, świetny seks i było nawet tak świetnie, że miałem gdzieś to, że matka mnie, jak wtedy myślałem, odtrąciła i tak łatwo zrezygnowała z naszego kontaktu. Pamiętam, że było wtedy dla mnie jasne, że ona nie jest w stanie pogodzić się z moim gejostwem i że dlatego pozwoliła mi zamieszkać z Marcinem. Myślałem, że po prostu nie chciała oglądać swojego zboczonego syna i dlatego nasze spotkania ograniczyła do minimum. Niby zapraszała nas na świąteczne obiady, ale Marcin był tylko raz; było tak oficjalnie, wszyscy spięci, więc nawet drugi raz go nie ciągałem. I byłem z nim tak szczęśliwy, że nawet nie miałem ochoty się nad tym wszystkim dłużej zastanawiać. I w sumie przez to myślenie, że jej już na mnie nie zależy, to nawet jakoś bardzo za nią nie tęskniłem. Nie to nie – łachy bez! Ciągle wydawało mi się, że jest zawiedziona, zraniona, smutna, że to życie jej nie oszczędzało. Od czasu do czasu się widywaliśmy, a to, że kiepsko wyglądała zrzucałem na karby tego, że ogólnie zawsze miała predyspozycje do zaniedbywania się, a i pewnie nie wpływała na nią pozytywnie dołująca świadomość, że jej syn okazał się być nienormalnym pedałem. Dlatego w sumie cieszyłem się, że jesteśmy od siebie daleko, że nie mieszkamy już razem, że tak niewiele nas łączy i widujemy się sporadycznie. Nie chciałem jej dobijać swoją obecnością. Po co jej przypominać, że urodziła zboczeńca, co to najpewniej pozwala innemu facetowi wpychać… – o Boże! – ona pewnie nawet nie chce sobie tego wyobrażać, myślałem wtedy, co jej dziecko robi z tym innym facetem w łóżku i być może nie tylko – nie daj Boże! – w łóżku. Może i o tym myślała, może analizowała, jak to się stało, że jej syn lubi facetów, że to oni go podniecają, że chce z jednym z nich być, żyć, kochać się, przytulać, całować, mieszkać, kłaść się i budzić u jego boku. Pewnie się nad tym zastanawiała. Ale ja zawsze myślałem, że temu zastanawianiu musiało towarzyszyć jakieś obrzydzenie, jakieś ukłucie w sercu – że dlaczego ona i dlaczego właśnie jej syn – że chciałaby, aby było inaczej i że nie umie tego zaakceptować. A z tego, co ona mówi, to było zupełnie inaczej. Nie czuła złości, nie czuła się pokrzywdzona przez los. Może jeszcze w podstawówce się tego bała, ale potem jakoś to przegryzła, zdążyła się na to przygotować i w sumie nie miała nikomu za złe, że to ją spotkało, a nie inną matkę. Nie wstydziła się powiedzieć swojej siostrze. Nie wstydziła się mnie. I przecież nigdy nawet źle o mnie nie powiedziała – wszystkie te obelgi sam sobie wykrzyczałem w głowie jakby w jej imieniu, bo tak mi się zdawało i tak sobie wyobrażałem te powody niewidywania się i rozluźnienia kontaktów. To były tylko spekulacje, może nawet urojenia, które wziąłem za prawdę, ale wtedy składało mi się to w dość logiczną całość, która, jak się okazuje, nijak miała się do rzeczywistości.

Jakoś rozczuliłem się tym wszystkim i rozryczałem. Rozwaliło mnie to. Od płaczu aż bolało mnie gardło – od tego ścisku, tej guli w przełyku, która pęczniała do rozmiarów piłeczki pingpongowej. Jak wiele można nie wiedzieć, jak wiele można się domyślać i jak bardzo można w tym wszystkim się mylić, bo mylnie sobie dopowiadać? Przeraziłem się tego raka i tego, że w sumie niemal dotknęła mnie sytuacja, która kiedyś była moim niezrealizowanym pomysłem na powieść, do której robiłem swego czasu nawet notatki i konspekt. Historia była mniej więcej taka: matka pewnego chłopaka choruje na raka, a on nie potrafi pogodzić się z tym, że nawet ona sama chce już swojej śmierci, bo jej stan jest tak zły i tak bardzo cierpi. Najtrudniejsze to zaakceptować, że ktoś bliski, kogo strasznie kochasz, nie chce już żyć, nie chce być na tym świecie. I ta matka umiera, a on nie mogąc pogodzić się z jej śmiercią, nie przyjmuje tego do wiadomości i pisze książkę o swoim życiu, w którym wszystko dzieje się tak, jak się dzieje w rzeczywistości, ale w którym ta matka ciągle żyje. On ją jakby ratuje w literaturze – robi z niej postać literacką. Świat przestał dla niej istnieć, ale ona nie przestała istnieć dla świata, nie dla swojego syna. Zachowuje ją przy życiu, jakby stawiając siebie w roli Boga, w którego ona tak bardzo wierzyła, a który mu ją odebrał. Kreuje jej i swoje życie, tak jakby ona ciągle istniała – nie jako duch, a jako żywy człowiek. Pogrzeb, na którym wygłosił żarliwą mowę pożegnalną, jawił mu się jako sen. Może to przez proszki na uspokojenie, niestwierdzony lekarską pieczęcią stan przypominający rozdwojenie jaźni albo najpewniej przez dojmującą samotność, której doświadczył mimo wielu ludzi wokół. I zaczyna żyć tak jakby ona sobie tego życzyła – żeni się, buduje dom, płodzi dzieci, sadzi drzewo. Ale jest jedno „ale”: bohater jest nieakceptującym swojej orientacji gejem. Mogłoby to być uzasadnieniem dla jego nieumiejętności pogodzenia się ze śmiercią matki. On miał wiecznie nieodciętą pępowinę – nawet jako dorosły facet był maminsynkiem, nieumiejącym pogodzić się z jej odejściem. Jego seksualność daje o sobie znać coraz silniej wraz z coraz bardziej zatracającą się umiejętnością umieszczania matki na stronach pisanej książki, stającej się dziennikiem jego, a także jego postępującej choroby. Bohater wypiera swój homoseksualizm, ale czym trudniej jest mu przypominać sobie matkę, tym bardziej te wypierane chęci dochodzą do głosu.
Taki był pomysł. Książka miałaby być opisem długiego dojrzewania do akceptacji siebie, ale i akceptacji wszystkich aspektów życia, w tym także nieuchronności śmierci. Pamiętam, że nie umiałem sobie poradzić z tym, jak i kiedy wyjaśnić, że ta matka umarła i że od pewnego momentu była tylko duchem albo fikcyjną postacią zaplątaną w realne życie bohatera – uratowaną przez niego, ocaloną przed śmiercią. Pomysł chyba ciekawy, ale mnie przerósł. Przerosła mnie forma. A potem natrafiłem na wspaniałą, świetnie napisaną powieść Kamienna łódź Andrew Solomona, o relacjach matka-syn, matka-choroba i syn-choroba matki i uznałem, że ktoś mnie już wyręczył w opisaniu tej ciekawej relacji homoseksualny syn-umierająca na raka matka i zacząłem szukać innych pomysłów, nie umiejąc uciec od bohatera homoseksualisty, może nawet własnej biografii.
A teraz coś podobnego mnie dotknęło w rzeczywistości. Tak wiele z tego pomysłu się poniekąd spełniło, co było przerażające i zarazem poruszające. Też bym chciał ocalić swoją matkę – choćby w literaturze. Ale przede wszystkim nigdy przenigdy nie chciałbym jej stracić, zwłaszcza nie po tym, co mi powiedziała i jak przez to zacząłem ją odbierać i cenić naszą relację. Może przez jakiś czas wydawało mi się, że mi na niej nie zależy, ale głównie z tego powodu, że myślałem, że to jej nie zależy na mnie. A było całkiem odwrotnie. Być może nie dowiedziałbym się tego wszystkiego, co wiem już teraz – o ojcu, o zdradzie, o jej podejrzeniach, co do mojej orientacji – gdyby przegrała tę walkę z rakiem i umarła. Ona wtedy nie dowiedziałaby się, że chcę być pisarzem. Muszę jej o tym powiedzieć. Zacząłem sobie myśleć, że jak nie wiesz, ile jest jeszcze przed tobą, to myślisz, że jesteś nieśmiertelny, chociaż wcale tak nie jest. I że to prawda, co stwierdzał jeden z bohaterów Everymana Rotha, że gdy „człowiek zasmakował życia, śmierć wydaje się czymś nienaturalnym”. Tak jest – to prawda. Nie myślimy o niej na co dzień. I to ja mam poczucie, że nie zdążę ze wszystkim na tym świecie?, pomyślałem. Że nie doświadczę, nie przeczytam, nie obejrzę i nie zobaczę? Pewnie, że nie zdążę. Ale czy to naprawdę takie straszne, że nie przeczytam Malapartego lub Hrabala, Al-Aswaniego lub Céline’a, Canettiego lub Vonneguta? A chuj z nimi wszystkimi! Oddałbym wszystkie książki świata, żeby moja matka żyła jeszcze długo. To jak ona musiała się czuć? Jak to jest, gdy się już wie, że koniec może cię dopaść jeszcze bardziej niespodziewanie i przedterminowo niż zakładałeś – tuż przed napisami końcowymi? I jak jest, gdy się zaczyna żyć z tą świadomością, że życie to wyrok i jest się z tym samemu? Jak musi brzmieć wtedy tykający zegar? Jak odbiera się te wszystkie informacje w telewizji i gazetach, że znów ktoś tam umarł na raka? I jak to jest dotrwać świąt lub kolejnych urodzin i nie wiedzieć, czy przypadkiem nie był to ostatni raz, gdy się świętowało? Co to musi być, skoro ja teraz odczuwam paniczny strach? Co czuła ona? Może właśnie wtedy zaczyna się żyć? Gdy już się wie? Może wtedy docenia się życie – tak jak moja matka?

Gdy Marcin wrócił do domu, zastał mnie ryczącego nad albumem ze zdjęciami, który dawno temu zabrałem z domu. Nie zaglądałem do niego często. Teraz te wszystkie zdjęcia docierały do mnie z jakąś wielką dozą sentymentalizmu. Wzruszała mnie mama ze mną na drabinkach, mama pieląca grządki w ogródku na wsi, babcia, która odeszła nie tak dawno temu ze mną na kolanach, nawet ojciec na huśtawce i ja malutki z misiem, którego pamiętam tylko z tego zdjęcia. Marcin zaciekawił się, czemu płaczę. Stanął w progu sypialni i powiedział, że jeśli chcę, to możemy pogadać. Warknąłem, że nie chcę, wycierając rękawem cieknący nos i łzy. Nic nie odpowiedział, tylko zamknął drzwi. I zrobiło mi się głupio, że go tak odtrąciłem; przecież się postarał, przynajmniej spróbował. Biorąc pod uwagę nasze ostatnie relacje, to tym razem jego pytanie było pozbawione jakiejkolwiek złośliwości. Poczułem, że muszę. Wybiegłem z sypialni. Stał przy kuchennym blacie i chyba zaczynał robić sobie coś do jedzenia, gdy podszedłem do niego od tyłu i wtuliłem się w jego plecy, mówiąc zachrypłym od płaczu głosem „przepraszam”. Musiałem go przeprosić. Odwrócił się do mnie i po raz pierwszy od dawna miałem okazję wtulić się w jego ramiona, poczuć na jego szyi zapach jego ulubionych perfum Gucci by Gucci (którym wierny jest od dawna) wymieszanych z nieco ostrą wonią przepoconej po całym dniu koszulki. Tęskniłem za tym zapachem, za tymi ramionami, za tym pocałunkiem w czoło i w szyję, którymi mnie obdarował. Zniknęła złość na niego, pojawiło się zaufanie. Ot tak – jakby pstryknięto palcami. Spojrzał na mnie i widziałem, że mogę mówić – inaczej niż do tej pory, gdy w jego oczach było ciągle czerwone światło, ja stałem na przejściu, nie przechodziłem, nie podchodziłem, bo bez kija nie podchodź. Tym razem nie musiał pytać, co się stało, abym mu opowiedział całą historię o raku, o kłamstwie mamy, a także tę o śmierci ojca, bo jakoś po ostatniej wizycie w domu (tak mimo wszystko i mimochodem ciągle nazywałem mieszkanie, gdzie mieszkała matka) nie było okazji, czytaj: chęci, aby o tym porozmawiać.
Początkowo czułem, że głos mi więźnie w gardle. Trudno mi było mówić przez ataki spazmów nadchodzące falami, a może przez wstyd, ale w końcu rozgadałem się – czułem się tak bezpiecznie w tym jego przytuleniu. Wylało się to ze mnie. Dawno nie miałem mu tyle do powiedzenia, a on dawno nie słuchał mnie tak przejęty i nie płakał razem ze mną. Rzadki to był widok – widzieć go płaczącego. Zawsze wstydził się łez. Nawet przy mnie. Teraz pozwolił sobie na szczere okazanie emocji: żadnego tłamszenia w sobie, duszenia, kłamania, że jest głazem, którego nic nie rusza. I jakiś kamień spadł mi z serca, może nawet głaz, że on nie jest tym głazem. Poczułem, że może jest w tym wszystkim jakaś nadzieja. Zatęskniłem do tej dawnej chwili, kiedy czytałem w jego myślach, nawet z zamkniętymi oczami. Zatęskniłem do tego Marcina, który nie był mi obcy i którego, jak mi się wydawało, znałem na wylot. Zatęskniłem do tej kanibalistycznej wersji miłości, realizującej się w gryzieniu, ssaniu, lizaniu jego całego ciała – centymetr po centymetrze, wzdłuż, wszerz i w głąb, w trójwymiarze i w pięciowymiarze. Pamiętam, że kiedyś kochałem go tak bardzo, że schrupałbym go w całości i trudno mi było się powstrzymać, aby nie okazywać głębi swoich uczuć w tak czasem bolesny dla niego sposób. Eros i Tanatos. On Eros, ja Tanatos. Jego strzała trafiła mnie w samo serce, ale to ja go zabijałem z miłości, a ściślej rzecz ujmując, zabijałem jego potencjalne dzieci, przeżuwając ich ewentualne zalążki, embriony, marnotrawiłem jego przekazywane genomy i uśmiercałem wartościowe DNA, czyniąc go bezpłodnym, skazując jego nasienie na nieurodzaj, trwoniłem je jedynie dla zaspokojenia własnej przyjemności. Jednak trawione w moim przewodzie pokarmowym plemniki nie wzbudzały naszego współczucia; oblizywałem wargi z ochotą na kolejny raz i prędzej czy później przełykiem znowu spływały fale hipotetycznie życiodajnej cieczy. A ostatnio zabijaliśmy się nawzajem, on już nie był Erosem – sperma moja i jego lądowała częściej w kratce ściekowej prysznica niż w otworze pomiędzy pośladkami któregokolwiek z nas. Czy to jest jeszcze możliwe? Taka radość z tego, że jest, że jest dla mnie, że jesteśmy razem, że chcemy być ze sobą, starać się, dbać o siebie, lubić się, kochać się i kochać siebie? Czy możliwe jest, żeby w tym związku znów lubić siebie nawzajem i samych siebie i żeby te radosne anegdoty z przeszłości zamieniły się w teraźniejszość i przyszłość? Dużo się pozmieniało. My się pozmienialiśmy. Wiem, że to frazesy, ale tak jest. Miłość bywa frazesem. Ignorowanym i zapomnianym. I wyczekiwanym.
I właśnie w tej chwili przytulenia, płaczu, łkania nad chorobą mamy, poczułem, jak strasznie byłem opuszczony. Bo kiedyś to on był moim najlepszym przyjacielem, to jego najbardziej lubiłem, to z nim chciałem ciągle przebywać i spędzić całe swoje życie, mówiłem mu wszystko, spowiadałem się, mówiłem o największych tajemnicach. A później to wszystko się jakoś rozeszło, rozmyło, roztrwoniło i zaczęliśmy od siebie uciekać i się omijać. Nauczyłem się nie przejmować tym, że się oddalamy i nie walczyć o nasze, a walczyć jedynie o swoje. Bo ty to to, a ja to tamto – ciągłe licytowanie się o to, kto bardziej zawinił. Zapomniałem, że walka o dobro wspólne jest walką także o siebie samego – chyba że już nie chce się być ze sobą, a ja jakoś ciągle nie chciałem rozstać się definitywnie, ale jednocześnie nie umiałem zrobić nic, aby nasze relacje poprawić. Oddaliliśmy się od siebie, jak powiedziała kiedyś nasza terapeutka, i nie była to przecież żadna odkrywcza myśl. Każdy z nas to wiedział i tego doświadczał, ale żaden nie wiedział, co zrobić, aby temu przeciwdziałać, jak powrócić do dobrych relacji i jak się zbliżyć do siebie na nowo.
I właśnie w tym jakże ludzkim zbliżeniu się w momencie, kiedy jest po prostu źle, zdałem sobie sprawę, jak bardzo daleko od siebie byliśmy. Byliśmy samotni. Wbrew pozorom czasem samotność dzielona na pół potrafi być bardziej bolesna od tej pojedynczej. Przeraziło mnie to nagłe odkrycie, że tak długo marnowałem czas na wieczną złość, pretensje i takie trwanie w irytacji i frustracji, zamiast działania, ruchu choćby w tę lub w tamtą. On był ciągle obok, a ja go ciągle ignorowałem. Jakie to było dziecinne. Byłem infantylny, myśląc, że już od dawna jestem nieodwołalnie dorosły. I nagle odkryłem, że nigdy nie jest się dorosłym, że dorasta się każdego dnia, ale i tak życiu nie dorośnie się do pięt. Nigdy. Rozryczałem się jeszcze bardziej, a Marcin tulił mnie, jak nie tulił mnie od dawna. Czułem się bezpieczny. Czułem, że się odblokowałem. Coś przeskoczyło, zaskoczyło, choć nawet nie wiedziałem dokładnie co. Czy w nim też? Spytałem, czy odwiedzi ze mną mamę. Bez wahania odpowiedział, że tak. I poszliśmy do łóżka i nie mogłem nacieszyć się bliskością jego ciała, które jakby odkrywałem na nowo – zadziwiony, że jest znów moje, że go pragnę, że ono pragnie mnie. Byłem podniecony jak nigdy i pierwszy raz od dawna drżałem z takiego pozytywnego przejęcia, a on tulił mnie i całował po czole, po karku, po udach, aż po orgazm.

Z pójściem do mamy nie czekaliśmy do następnego weekendu. Od razu następnego dnia umówiłem nas na kolację w środku tygodnia. Mama już w drzwiach wyściskała najpierw mnie, a potem Marcina, nie zamykając drzwi przed wzrokiem wścibskiej sąsiadki z naprzeciwka, która chyba ciągle nasłuchiwała domofonu mamy, aby móc przez judasza obserwować, kto przyszedł, z kim, jak się zachowuje, a może i podsłuchać, co mówi, i wywnioskować, kim jest – znajomym, kimś z rodziny, a może kochankiem? Mama wyściskała nas wylewnie, a potem przytuliła obu, obejmując łokciami za szyję. Dopiero potem zamknęła drzwi. Dość ostentacyjnie.
– A niech stara prukwa sobie myśli, co chce – zaśmiała się pod nosem.
Rozbieraliśmy się, gdy ja roześmiany, tłumaczyłem Marcinowi, że ta szopka przed drzwiami, to dlatego, że mamy strasznie wścibskie babsko po drugiej stronie korytarza.
– Gumowe ucho. Kiedyś przyłapałem ją, jak stała na klatce ze szklanką przytkniętą do ściany. Normalnie wszystko musi wiedzieć, babsztyl jeden.
– To prawda. Nudzi jej się. Ciekawskie to takie, że nie wiem. Ale nie myślcie sobie, że te przytulenia to takie tylko na pokaz. Naprawdę cieszę się, że jesteście tu razem. Nareszcie! – zarechotała i przytuliła nas jeszcze raz, obu jednocześnie ściskając za szyję, po czym radośnie dodała: – Wchodźcie, wchodźcie! – zapraszając nas ręką do dużego pokoju, który teraz czasem nazywała salonem.
Na kolację podała talerz wędlin i serów, talerzyk z pokrojonymi pomidorami i ogórkami oraz koszyk z razowym chlebem. Zapomniała kupić masła, ale kanapki wystarczająco dobrze smakowały z majonezem. Trochę mi się przypomniały czasy licealne, kiedy to zacząłem eksperymentować z jakimiś pizzami i zapiekankami, bo znudziły mi się te kolacyjne kanapki każdego wieczora. To były początki mojego gotowania.
– Dobre, mam nadzieję? – spytała się Marcina, aby nawiązać kontakt, bo widziała, że jest nieco spięty. Widzieli się co prawda kilka razy, ale nigdy zbyt długo i zawsze traktowała go trochę z dystansu.
– Bardzo dobre, dziękuję – odpowiedział, wycierając serwetką kąciki ust i pomyślałem, że chyba pierwszy raz widzę go wykonującego taki gest w tak filmowy sposób.
– Oj, daj spokój. Przecież żartuję. Wiem, że to nic specjalnego. Nigdy nie potrafiłam gotować. Nie sprawiało mi to żadnej przyjemności i nadal nie sprawia. Nie to co tobie, nie? – spojrzała w moją stronę. – Moje popisowe danie to kanapki lub ewentualnie schabowy z ziemniakami i marchewką z jabłkiem. Ale to tylko w niedziele i od święta. Bo jakie męczące to wszystko zrobić… Komu by się chciało? Dlatego w inne dni – tylko kanapki.
– Faktycznie. Mama najlepsza jest w kanapkach – przyznałem rozbawiony.
– A co masz do mojego schabowego, co? – powiedziała niby groźnie, zbierając puste talerzyki.
– Nic nie mam, mamo. Skądże! To istne mistrzostwo świata. Świata i okolic.
– No, mam nadzieję, bo jeśli nie, to następnym razem wy mnie zapraszacie do siebie.
– A to bardzo dobry pomysł. Pani syn gotuje niesamowicie.
Spojrzałem na Marcina z uśmiechem, bo od dawna nie słyszałem z jego ust komplementu dotyczącego mojego gotowania, jakby nie zauważał, że te sałatki, zimne przekąski, ciasta i pieczone mięsa same się nie robią.
– To może przyszłabym z Krzysztofem?
– To ten facet z sympatii? Nie wiem, czy mówiłem ci – powiedziałem, spoglądając w stronę Marcina – że mama spotyka się na seks bez zobowiązań?
– Oj, przestań, bo sobie chłopak pomyśli, że stara baba, a…
– Nic sobie nie pomyśli – wszedłem jej w słowo. – Co najwyżej, że jesteś nowoczesną kobietą. I że co nieco mam po tobie – powiedziałem zadziornie.
– Dobra, dobra. Nie wkraczajmy na grząski i żenujący grunt. Nie przy kolacji – poleciła, lekko się rumieniąc. – To mogę z Krzysztofem?
– Pewnie, że tak.
Powypytywałem o niego. Okazało się, że jest rozwiedziony, nie ma dzieci i pracuje jako kierowca autokaru. Jeździ na trasach europejskich. Bliski emerytury, a więc jest starszy od mamy. Ponoć jest przystojny. Wie, że jestem gejem i nie ma nic przeciwko. No tylko by spróbował, pomyślałem, to raczej obiadków byśmy wspólnie nie jadali. Umówiliśmy się na za dwa tygodnie, bo we wcześniejszy weekend Marcin miał zaplanowane szkolenia. Potem mama nalała nam białego wina – tego niemieckiego z Matką Boską na etykiecie (mmm… półsłodkie, trochę jak szampan, takie tanie, a pycha…) – i zaczęła wypytywać Marcina o jego rodzinę. Powiedział, że nie ma z rodzicami bliskich kontaktów, że dopóki był w związku z kobietą żyli dość blisko, ale odkąd powiedział im, że jest gejem, żyją na dystans, nie wtrącają się, o nic nie pytają. Z siostrą nie ma niemal kontaktu; mieszka w Anglii, przyjeżdża tylko czasem na święta. W sumie to niemal zapomniałem, że on ma siostrę. Nigdy o niej nie mówi, nigdy do niej nie dzwoni… Mama spytała, czy nie brakuje mu kontaktu z rodziną. Powiedział, że nie, bo nigdy nie umiał i nadal nie umie z nimi rozmawiać – zwłaszcza teraz, gdy jego seksualność ich jeszcze bardziej usztywnia.
– Wiecie? Tak sobie myślę, że chyba źle zrobiłam, że nic wam nie powiedziałam o tym moim raku, bo wasza miłość i tak by przetrwała, a nasze relacje byłyby teraz o wiele głębsze, znalibyśmy się dużo lepiej. Ty – powiedziała, zwracając się do mnie – byś nie myślał, że się ciebie wyparłam i cię odrzuciłam. Ale wtedy wydawało mi się, że tak będzie lepiej.
– Mamo, już jest dobrze. Co się stało, to się nie odstanie. – Widziałem, jak zaszkliły się jej oczy.
– Ale straciliśmy niepotrzebnie tyle czasu – rzekła gorzko, jakby z poczuciem niepowetowanej straty.
– Nadrobimy, nie martw się. I przestań się obwiniać!
– Obiecajcie mi – złapała nas obu za ręce – że będziecie walczyć o wasz związek. Ja nie walczyłam. Nie robiłam nic i skończyło się, jak się skończyło – mówiła, patrząc w nasze oczy, raz moje, raz Marcina. – Mogło być inaczej, gdybym tylko uczciwie porozmawiała z ojcem, ale zajęta byłam tylko zazdrością i złością, gdy on próbował się do mnie zbliżyć. – Po chwili milczenia jeszcze bardziej przeszywająco spojrzała na mnie, a potem na Marcina. – Wy musicie się postarać. Słyszycie? Wiem, że nie jest łatwo. Ale dacie sobie radę. Chcieć to móc. A wy chcecie, tak? Chcecie!?
Spojrzeliśmy na siebie. Powiedziałem pierwszy:
– No, ja chcę.
– Ja też chcę – powiedział Marcin i złapał mnie za rękę.
– No, to ekstra! Teraz możecie się pocałować! – Ścisnęła nasze dłonie mocniej jakby chcąc dodać na odwagi. – To będzie pierwszy pocałunek mojego dziecka, który zobaczę – powiedziała, śmiejąc się i jednocześnie ocierając łzę. Gdyby mogła, to by zaklaskała, choć przecież właściwie mogła… Co za cyrk!, pomyślałem.
– Oj, mamo, daj spokój.
– Co: daj spokój!? Dawajcie, dawajcie! Całuj swojego przystojnego faceta. Chcę to zobaczyć i chcę usłyszeć, jak sobie obiecujecie, że będziecie o siebie walczyć!
Śmiać mi się chciało, tym bardziej, że Marcin wydawał się z deka przerażony i skrępowany. Ja też się głupio czułem. Odbiło jej zupełnie, myślałem. Ale może rzeczywiście warto skorzystać z lekcji, jaką dawała mi matka po długiej przerwie całkowitego nieingerowania w moje życie? Tutaj chyba akurat miała rację. Może można się czegoś nauczyć na jej własnych błędach, zwłaszcza, że ja akurat na swoich własnych uczyć się zbytnio nie umiałem.
– Obiecuję, że się postaram – powiedziałem, całując Marcina prosto w usta.
– Ja też – odpowiedział krótko i niewyraźnie, bo trudno mu było mówić, gdy ja przyciskałem usta do jego ust. Ale zabrzmiał szczerze, bo znów zobaczyłem radość w jego oczach, jakiej dawno nie miałem okazji widywać.
Wzięło mnie trochę to winko, mamę też, tylko Marcin był nadal lekko usztywniony, ale w sumie rozumiem – też bym taki był u jego matki, za którą zresztą zbytnio nie przepadam. Byliśmy raz u nich w Boże Narodzenie. Cały czas unikała mojego wzroku, było sztywno do granic możliwości. Dla wszystkich była to udręka. W ramach życzeń składanych przy opłatku, usłyszałem, że życzy mi zdrowia, szczęścia, a w przyszłości żony i dzieci. Ojciec Marcina pożyczył mi standardowego „wszystkiego najlepszego” i zamiast ułamać opłatek ode mnie, zjadł swój, nie podając mi nawet dłoni. Chyba paraliżował ich strach, że pod jemiołą, która uczepiona była żyrandola pocałujemy się i pożyczymy sobie słodkiego, miłego życia w zdrowiu, szczęściu i pomyślności, bo gdzież to tak łamać heteroseksualną tradycję i pod jemiołą facet z facetem się całować, gdzie wiadomo, ze tradycja jest nieco inna. Ale tak to już jest, że w tradycyjnych rodzinach tradycyjne muszą być życzenia, zachowania nie mogą odbiegać od tradycyjnych norm, a i tradycyjna musi być złość, gdy ktoś w jakikolwiek sposób tej tradycji próbuje się sprzeciwić. Na kolejne święta Marcin wpadał już beze mnie – i chyba wszyscy za każdym razem mogli odetchnąć z ulgą. Nie lubiłem jego rodziny. Raczej nie było szans, aby się to zmieniło, choć kto to wie po tym, co się okazało z moją matką? Może u nich też można by tę całą relację jakimś cudem oczyścić?

Wieczór u matki był cudny. Super było się znów poczuć u niej jak u siebie i wiedzieć, że jest przy mnie ten ktoś, na kim mi tak bardzo zależy, a kogo ona akceptuje, lubi, i stara się go bliżej poznać. Przed wyjściem poprosiłem ją o teczkę jej badań, chciałem tak po prostu na to wszystko popatrzeć. Nie chciała mi dać, ale w końcu ją uprosiłem. W domu, w ramach wieczornej modlitwy, otworzyliśmy jeszcze jedną Matkę Boską, ja włączyłem jakąś spokojną muzykę i położyliśmy się na kanapie. Marcin włożył rękę pod moją koszulę i gładził mnie po brzuchu i torsie. Rozmawialiśmy o tym, że wkrótce znów czeka nas terapia i że obaj jesteśmy już nią zmęczeni, ale że może warto jeszcze się przemęczyć i nie zachłystywać krótkotrwałym, jak na razie, polepszeniem naszych relacji. Pociągając wino, Marcin ciągle buszował ręką pod moją koszulą.
– No, nie przy Matce Boskiej, zbereźniku! – zażartowałem.
– Wiesz gdzie ją mam? O tu! – i wychylił kieliszek do końca. Że niby w gardle?, zdziwiłem się. – A teraz daj mi swojego kutaska – napierał. – Stęskniłem się za nim.
Odstawił kieliszek na podłogę i zaczął rozpinać mi guziki rozporka. Gryzł mi sutki, lizał brzuch, wwiercał się w pępek, jednocześnie zsuwając moje spodnie. Z języka wydłubał sobie bawełniany kłębek, który tym jego niespodziewanym szturmem został pozbawiony swojego świeżo wybudowanego domu wśród gąszczu moich włosów wewnątrz pępka. A potem, schodząc niżej, powiedział zadziornie:
– To co? Do dzieła?
– Chyba do działa! – zaśmiałem się, cytując samego siebie sprzed lat, kiedy to raz tak zażartowałem w sytuacji erotycznej, że moja armata zaraz wystrzeli, więc żeby Marcin wziął się do działa, i takie tam pośmiechujki i radość pełna gębą.
Ciąg dalszy nastąpił. I choć działa strzelały, to ofiar nie było. Dzieło za to dokonało się piękne i skończone, choć obaj chcieliśmy, żeby trwało nieustannie niczym perpetuum mobile. Chciałbym włączyć opcję REPEAT, gdyby taka była – zapętliłbym ten nasz piękny akt, aby był nieskończony – ale niestety takiej opcji nie było. Ale za to przed snem powiedziałem mu kilka razy to, co kiedyś było dniem, słowem i chlebem powszednim, a teraz paradoksalnie było wyjątkiem potwierdzającym regułę. Karmiliśmy się kiedyś taką miłością, a teraz znów poczułem ten głód dobitnie, więc musiałem go natychmiast zaspokoić.
– Kocham cię, kocham cię, kocham cię! – od szeptu przechodziłem do niemal krzyku i śmiałem się przy tym jak dziecko, bo te niby proste słowa odblokowały mnie, wyzwoliły z jakiegoś usztywnienia, ale i zawstydziły jak nigdy dotąd. Bo te słowa ostatnimi czasy nie miały prawa przejść mi przez gardło, a teraz przeszły zaskakująco bezboleśnie. I przeszły słyszalne. Dla niego i dla mnie także. Czerwieniłem się. I cieszyłem jak głupi do sera.

Gdy się obudziłem następnego dnia, Marcina już nie było. Zrobiłem sobie kawę i na spokojnie zajrzałem do tych badań mamy. Carcinoma ductale in situ. Taka była łacińska nazwa tego raka. Ładnie brzmi – w ogóle nie czuć, że to coś strasznego. W papierach z teczki dużo było jakichś szczegółowych odczytów poziomu czegoś tam i nazw, które nic mi nie mówiły, ale bez wątpienia można było zauważyć, że badania się poprawiały – przynajmniej w opisach wraz z trwaniem leczenia było coraz więcej pozytywnych informacji. Zajrzałem też do internetu. Rak nieinwazyjny przewodowy sutka. Niewykryty odpowiednio wcześnie może rozwinąć się w złośliwy. Ulżyło mi. Odłożyłem teczkę na stół i wstawiłem wodę na kolejną kawę. Gdy spojrzałem tak jakoś mimochodem na teczkę leżącą na stole, to pod światło zauważyłem, że są na niej jakieś odbite jakby ciągi liter. Na początku nie mogłem się niczego doczytać, ale gdy wziąłem teczkę pod światło, przeczytałem zdania, które natychmiast wywołały niekontrolowaną falę łez. Zapisane charakterem pisma mojej matki „Nie dawać się chorobie” przecinało się napisanym większymi drukowanymi literami „BĘDZIE DOBRZE”. I znów pisane pod innym kątem „Nie dawać się chorobie”, a pod nim skierowane jakby do kogoś innego z rozkazem i wykrzyknikiem na końcu: „Uwierz, że wygrasz!” i bezokolicznikowe, ale krzyczące, drukowane, jakby rozkazujące „MYŚLEĆ POZYTYWNIE!”. Nie mogłem się opanować. Wyobraziłem sobie samotność mojej matki, gdy to pisała. Widziałem, jak siedzi, płacze i pisze te zdania jak jakaś nawiedzona wariatka, aby samą siebie przekonać, że z tego wyjdzie, pokona tego raka. Nie potrafiłem sobie wyobrazić jej przerażenia, ale to, co sobie byłem w stanie wyobrazić przerażało mnie wystarczająco bardzo, żeby znów się rozryczeć. Nie było mnie przy niej wtedy, myślałem z poczuciem winy, i dobijała mnie ta świadomość, że zajęty wtedy byłem tylko sobą. I mogłem właściwie nigdy się o tym nie dowiedzieć. Rozwaliło mnie to kompletnie. Zadzwoniłem do Marcina i ryczałem mu w słuchawkę, jak jakiś oszalały. Na początku przez ten płacz nie mógł w ogóle zrozumieć, co mówię, bo nie mogłem się opanować, ale po chwili się trochę uspokoiłem i byłem w stanie jakoś się wysłowić. Wysłuchał mnie, a potem zapewnił, że przecież wszystko się układa, a i moja mama jest w dobrej formie, więc żebym przestał się zadręczać, bo wszystko będzie dobrze. Musi być!, dodał. Wiem, że trzeba tak myśleć. Ale przestraszyłem się tej przeszłości, o której niemal nic nie wiedziałem, a która mogła się inaczej potoczyć i skończyć o wiele tragiczniej. Ale ta przeszłość miała swoją kontynuację w postaci teraźniejszości, która w sumie układała się tak zaskakująco pozytywnie – mogło być przecież o wiele gorzej. Ostatnie badania lekarskie mamy są bardzo dobre. Gdy Marcin wrócił do domu, pokazałem mu te odbite na teczce napisy i znów rozryczałem mu się w ramię, ale po chwili jego przytulenia sam zacząłem się z siebie śmiać, że głupi jestem, bo przecież wiem, że już po sprawie i powinienem się cieszyć, że jest jak jest, a jest dobrze. Zadzwoniłem do mamy, aby z nią chwilę porozmawiać. Mało brakowało, a bym się znów rozkleił, ale powstrzymałem się, uznając, że nie ma sensu przez telefon nakręcać jakiejś psychodramy. Marcin patrzył na mnie z taką miłością, dodawał otuchy, krzepił pocałunkami i zapewnieniami, że wszystko będzie dobrze.

Było wprost cudownie. Jakby wstąpiło w nas coś na podobieństwo tego, co było na samym początku. Zaczęliśmy bez wysiłku i zmuszania siebie nawzajem ze sobą rozmawiać, wypytywać o wszystko, odpowiadać na pytania bez złości. Czy to możliwe, że rozmawiamy ze sobą pierwszy raz? Że słuchamy się, mamy cierpliwość i wzajemną ciekawość? Czy to możliwe, że można ze sobą być i zapomnieć, że tak być powinno, że powinniśmy mówić, pytać i odpowiadać? Przypomniało mi się, że kiedyś napisałem wiersz, w którym dwa wersy brzmiały tak:

                       na śmierć zapomniałem
                      że kiedyś kochałem cię nad życie.

A wtedy, gdy to pisałem było między nami dobrze. To była tylko taka licentia poetica – gra słów i znaczeń niemająca właściwie związku z moim ówczesnym życiem, myśleniem o Marcinie i naszym związku. Prorocze to były słowa. Bo to ostatnimi czasy zapomniałem, kto jest dla mnie najistotniejszy. Nie tylko Marcin, ale i matka. To oni są mi najbliżsi. Powiedziałem o tym na terapii. Terapeutka spytała, co się właściwie stało, że nastąpiła taka zmiana. Ostatnim razem przekonywałem przecież, że skoro to Marcin nauczył mnie szastania moją dupą na prawo i lewo, to nie zamierzam z tego rezygnować. Mówiłem, że jeszcze się nie wybawiłem, a każdy w młodości chce się troszkę wyszaleć, wyszumieć, bo jak nie w młodości, to niby kiedy? Oświadczyłem, że lubię flirtowanie z innymi, że przyjemność daje mi być adorowanym, podrywanym przez innych, że nie chcę mieć trójkątów z Marcinem, ale chcę się czuć na tyle wolny, aby spotykać się z kim chcę i kiedy chcę. W celach różnych – także czysto seksualnych, jeśli oczywiście dam radę. Widziałem, że Marcin zgłupiał, ale nic mnie nie zatrzymywało. Niosła mnie złość, miałem gdzieś to, czy go ranię. I czy dam radę mieć te seksy, o których sam przecież mówiłem. Chciałem, żeby myślał, że tak. Koloryzowałem i przesadzałem. Gadałem tak dla gadania. Pustosłowie. Gołosłowie. Głośnosłowie. Cudzysłowie. To ja tak mówię? Tak, to ja. Jadę z koksem. Nawet gdy się niemal rozpłakał, mówiąc, że już chyba nie widzi dla nas ratunku, to ja patrzyłem na niego, uśmiechałem się pod nosem, nie ruszało mnie to. Byłem totalnie niewzruszony, miałem go gdzieś, nie czułem powagi sytuacji i ciężaru wypowiadanych słów. Zwisało mi wszystko, że się tak wyrażę, kalafiorem – ponoć tak się kiedyś mówiło: gwara, związek frazeologiczny nieco już zapomniany, a warzywo ciągle popularne należące do włoszczyzny. Patrzyłem z politowaniem. Oczywiście na niego. Miałem ochotę się zaśmiać. Sardonicznym śmiechem – jakżeby innym?! Nie wiem, co jest straszniejsze: litość czy brak litości. Ja patrzyłem z politowaniem, ale litości nie miałem. Ale wszystko się zmieniło. Sam w sumie nie wiem czemu. Może przez to, że wrócił do sytuacji, w której kiedyś krzyknąłem do niego w kłótni, że rzygać mi się chce, jak na niego patrzę. Pamiętam to. Do pewnego momentu miałem o nim zdanie, które tylko wdrukowało mi się w głowie i nie chciało zwerbalizować, wypowiedzieć głosem słyszalnym także dla niego. Ale to do czasu, gdy przyszła w końcu kryska na Matyska i nie było zmiłuj. Wylało się to ze mnie i wybrzmiało nadzwyczaj dźwięcznie: histerycznie, afektywnie, bezlitośnie. Zamknął się i nie odzywał się do mnie przez dłuższy czas. A jak wspomniał o tym na terapii, to się rozpłakał. Płakał dziwnym płaczem. Jakby udawał. Może to z braku wprawy. Chciało mi się śmiać. Niektórzy śmiesznie płaczą, inni dramatycznie się śmieją. On należał do tej pierwszej grupy. Zrobiło mi się go nawet trochę szkoda, bo wiem, że on nie potrafił płakać, zawsze przecież udawał, że jego oczy nie potrafią produkować łez. Wiem, że przesadziłem z tą gadką, ale nie było żadnego REW, słowo się rzekło, a mi trudno było przyznać się przed nim do błędu i pewnej przesady spowodowanej złością i frustracją. Czasami chce się coś powiedzieć, mimo świadomości, że to nie do końca prawda, że być może gdy to wybrzmi, będzie się żałować. Powiedziałem, ulżyło mi, ale czy żałowałem? Gdy mówił o tym na nowo – już w domu – to też płakał. Powiedział, że poczuł się jak gówno, jak wielkie nic, jakby nic dla mnie nie znaczył. Otworzyłem szeroko oczy. Osłupiałem. Przeraziłem się swoją podłością i okrucieństwem, które wcześniej mnie nawet śmieszyło. Też zacząłem ryczeć. Nie chciałem go stracić. Zacząłem przepraszać, że to nie tak, że to były tylko emocje, że sam nie wiedziałem, co mówię, bo przecież go kocham i chcę, byśmy z tego wyszli. Starałem się zatrzeć te słowa, ale wiedziałem, że nie ma takiej opcji i że tego tak po prostu się nie wytnie ani nie wymaże.

I zaczęliśmy rozmawiać. Widać było zadowolenie terapeutki z tej przemiany. Przestaliśmy się licytować, czyja jest większa wina, że tu trafiliśmy. Po tak wielu sesjach, na których trwała ciągła przepychanka i każdy każdego chciał przekonać, kto jest bardziej winny i o co nam w ogóle chodzi, nastąpił jakiś przełom. Skończyła się ta nieznośna dziecinada. Już nie powtarzaliśmy tych bzdetów i dyrdymałów, że ty to to, a ja to tamto, poruszaliśmy za to wiele istotnych kwestii. Znów porozmawialiśmy o naszych rodzinach. Dokończyliśmy kiedyś poruszony tylko incydentalnie temat, czy czysto hipotetycznie chcielibyśmy adoptować lub w jakiś inny sposób postarać się o dziecko. Kiedyś Marcin mówił, że chciałby być ojcem. Wtedy wiedziałby, że wszystko to, co ma, mógłby komuś zostawić – mogłoby się to komuś przydać, byłoby czyjeś. Mi też się wydawało, że chciałbym i że tak w ogóle mógłbym być dobrym ojcem, tak jak jestem dobrym i kontaktowym wujkiem, gdy czasem widzę dzieci znajomych lub braci ciotecznych z rodziny ze strony matki, i tylko zadziwiam się, gdy ponownie muszę zrewidować utrwalony dawno temu pogląd o swoich zdolnościach manualnych, bo okazuje się, że czasy, kiedy ładnie rysowałem, robiłem ludziki z kasztanów, składałem samoloty z kartki papieru i lepiłem figurki z plasteliny to już dawno przeszłość i nieprawda – minęły prawdopodobnie bezpowrotnie jakby jako dowód na twierdzenie, że talent nieszlifowany zanika. Ale cóż. Niektóre rzeczy przemijają – pragnienia również. Teraz dość zgodnie stwierdziliśmy, że nam się trochę pozmieniało. Ja uznałem, że chęć posiadania dziecka przez gejów jest chyba motywowana lękiem przed samotnością i potrzebą posiadania jakiegoś dodatkowego spoiwa dla swoich relacji z partnerem – takiej wspólnej odpowiedzialności za kogoś. A chyba zacząłem inaczej patrzeć na sens swojego życia. Może dlatego tak wielu homoseksualistów zostaje artystami, że chcą po sobie zostawić coś trwałego, nadać swojemu życiu jakiś sens. Uciekają w sztukę, bo w ogóle mają czas na twórczość – czas, który tradycyjnie poświęcany jest dzieciom i rodzinie. Czy chciałbym to zmienić? I czy naprawdę muszę mieć kogoś, dla kogo będzie to wszystko moje – te książki, płyty, mieszkanie i nie wiem co jeszcze? Chyba nie. Chyba wolę – jak to wielu by uznało – swój egoistyczny żywot. Przynajmniej na razie. Chcę mieć Marcina i pisać. Owoce żywota mojego – miłość i powieść. Ale nie wykluczam, że to się zmieni. To wszystko zresztą to hipotezy, bo temat trudny, zwłaszcza w Polsce. U nas ciągle pokutuje przeświadczenie, że jak kochamy się od dupy strony, to rodzicami też byśmy byli do dupy. I że jak dajemy się ruchać w łóżku, to można nas ruchać także pozałóżkowo. Marcin mnie poparł, ale zaznaczył, że nie jesteśmy przeciwni adopcji i wychowywaniu dzieci przez homoseksualistów, choć w naszym katolickim kraju nie będzie to na pewno przez dłuższy czas łatwe. Rozmawialiśmy o tym kiedyś i mieliśmy podobne zdanie – że nie może to wpływać na seksualność dziecka, bo jakoś na nas nie wpłynęła heteroseksualność naszych rodziców, więc jak geje czy lesbijki mieliby wychowywać nowe pokolenia homoseksualistów? No istna bzdura. Zresztą poznaliśmy kiedyś na imprezie u znajomych parę gejowską, która wychowywała dwójkę dzieci z wcześniejszego heteroseksualnego związku jednego z nich i wyglądało na to, że ich niemal dorosłe już wtedy dzieci zadawały kłam tej głupiej tezie, że pedały wychowają kolejne generacje pedałów i lesb. Oni byli „normalni” i wyglądało na to, że są szczęśliwi. Złośliwi powiedzieliby, że to wyjątek, a wyjątek potwierdza przecież regułę. Oj, niedowiarki, którzy często wierzycie w zwiastowanie Maryi i inne cuda, jesteście ludźmi małej wiary.
Rozmawialiśmy też o tym, co sądzimy o paradach równości, czy mamy potrzebę nieukrywania się ze swoją seksualnością w sytuacjach publicznych – tak na co dzień, w sklepie, na spacerze, w kinie, załatwiając sprawy w banku. Dość skomplikowany temat. Bo niby się nie wstydzimy, chodzimy na parady i nie mamy na pewno takiego podejścia jak niektórzy homo, że z tych parad trzeba wyeliminować tych obleśnych przebierańców i tych wszystkich roznegliżowanych, bo oni nam tylko sprawę utrudniają, naruszają poczucie estetyki i społeczeństwo przeciwko nam zwracają i w ogóle psują wizerunek w mediach, które tylko ich pokażą i nimi będą straszyć, że niedługo jak w Amsterdamie lub innym Berlinie, normalnie Sodoma i Gomora!, będą demoralizować dzieci i nie tylko dzieci nawet w biały dzień! Armagedon jakiś! Ale my nie boimy się tego. Chcemy wolności także dla tych, co mają ochotę paradować w przebraniu i to nie tylko w dzień parady. Ale czy trzymamy się za ręce na spacerze? (nie), czy mówimy do siebie „misiu” lub „kochanie” przy sklepowej kasie? (nie), czy pijąc drineczki w basenie podczas wycieczki do Egiptu, bezwstydnie się całujemy? (nie), czy tak jak ludzie w długoletnich heteryckich związkach zapominamy się i publicznie wyciskamy sobie pryszcze? (nie, i może to akurat lepiej), czy siadamy sobie na kolanach na parkowej ławce? (nie), czy zdarzało nam się udawać braci lub jedynie przyjaciół, aby nie narażać się na nieprzyjemności? (tak). Jesteśmy wytresowani i wyćwiczeni na tyle, że nawet zapominamy o złości na to, że chcielibyśmy sobie dać publicznie buziaka, ale tego nie robimy. Nie dajemy się zwariować – czasem ten szybki buziak się zdarza, ale to jednak rzadkość – nieświadomie znak stop stawiamy sobie o wiele wcześniej niż ludzie hetero. Może dlatego, że nie chcemy tego chorego zainteresowania, tego wzroku pod tytułem „patrz! cioty!”, tego niesmaku i przyglądania się na to zjawisko, że tacy bezwstydni, a powinni się przecież wstydzić. Chyba nie chcemy się stać pośmiewiskiem lub dostać w gębę, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś urażony i zniesmaczony potraktuje nas czymś bardziej bolesnym fizycznie niż pogardliwy wzrok. A potem powiedzą, że prowokowaliśmy, więc po co się narażać? Można się przyzwyczaić do takiej cenzury pewnych zachowań – one już po jakimś czasie są we krwi i nawet nie bolą, a jedynie wkurwiają, że takie pranie mózgu robimy sami sobie pod presją jedynie hipotetycznego lęku, że stanie się najgorsze: jakieś pobicie, publiczne zmieszanie z błotem i nikt nie stanie w obronie – tak jak na filmach, w książkach, zasłyszanych historiach lub… własnych doświadczeniach. Wiele tracimy, zastanawiając się, co pomyślą inni, ale nauka lęku nie poszła w las – on siedzi w naszych głowach, ocenzurowanych gestach i słowach. Więc to zwykłe tchórzostwo? A może chęć przetrwania i niekonfrontowania się ciągle z tym, że dla wielu, gdy jestem inny, to znaczy gorszy? Wiemy, że ktoś musi być pierwszy, że ludzie nie mogą przyzwyczaić się do czegoś, czego nie ma. Skoro nie istniejemy w przestrzeni publicznej, to jak akceptować coś, czego nie ma? Skoro istniejemy tylko w telewizorze, to ci zaciekle przeciwni stróże moralności sobie myślą: spierdalajcie do telewizora ze swymi zboczonymi zachowaniami, a ja jakby co wyzwę was od pedałów i przełączę kanał na bardziej normalny. Ale gdybyśmy się odważyli pokazać na ulicy, to może nie byłoby takiego wskazywania palcem, wyzywania i w ogóle zainteresowania? Może ci, co tak mówią, że czysto hipotetycznie by takim dwóm pedałom z chęcią wpierdolili, w realu, w sytuacji twarzą w twarz nie mieliby takiej śmiałości. Wiemy, że powinniśmy przestać się bać i wstydzić, ale niestety łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Tych udanych rozgadanych terapii było kilka z rzędu. Część tematów poruszaliśmy już po raz któryś, dopowiadaliśmy czy coś się zmieniło. I niby znaliśmy nasze zdania na jakiś temat, ale okazywało się, że tak nam się jedynie wydawało, bo dotąd rozmawialiśmy jedynie ogródkami, po łebkach i że może nikt z nas nie zadawał nigdy najprostszych pytań i z góry zakładaliśmy, że od odpowiedzi na nie nic w ogóle nie zależy. Terapeutka znów spytała, czy będziemy chcieli zawrzeć związek partnerski, jeśli to będzie w Polsce możliwe. Jasne, że tak. O plusach samej możliwości zawierania takich związków długo by mówić, ale mnie w jej pytaniu uderzyło co innego. Tryb tego pytania. Zauważyłem, że terapeutka zrezygnowała z trybu przypuszczającego na rzecz pytania jawnie sugerującego pozytywny obrót spraw w przyszłości, jeśli chodzi o przetrwanie naszego związku. Już wcześniej tak bywało, ale tym razem jakoś silniej to do mnie dotarło. Kiedyś pytając nas o dzieci, powiedziała: „A dzieci? Chcecie je mieć?”, a nie „Chcielibyście?”. Teraz pytała, czy zawrzemy związek partnerski,  jeśli przejdzie taka ustawa, a nie czy zawrzemy go, jeśli przetrwa nasz związek. Może to taki jej trick, aby podświadomie dawać nam sygnał, że jesteśmy na dobrej drodze – że ona wierzy, że jest szansa i że właśnie w taki sposób należy mówić i myśleć o przyszłości.
I pod koniec jednej z sesji padły niby nieistotne pytania. Czy siebie lubimy, a jeśli nie, to czego w sobie nie lubimy? I za co siebie nie lubiliśmy w tym czasie, kiedy było źle? I jeszcze gdzie teraz upatrujemy początku naszego kryzysu? Wiedziałem, że nie ma już czasu na rozpoczynanie wątku – zegar jasno pokazywał, że już jesteśmy dwie minuty po czasie – i że te pytania to raczej rzucone tematy do rozmyślań na kolejny tydzień, ale szybko odpowiedziałem, że moim zdaniem to seks. Terapeutka powiedziała, żebyśmy przemyśleli temat na kolejne spotkanie. I wyszliśmy.

W drodze do domu Marcin zapytał czemu powiedziałem o tym seksie. Jego zdaniem chodziło raczej o problem komunikacyjny, brak rozmów, oddalenie się od siebie. No pewnie, że tak, ale myślę, że seks był podłożem wszystkiego.
– Pamiętasz jak było na początku? – spytałem.
– Ale co?
– No jak się kochaliśmy?
Popatrzył nam mnie pytająco.
– Nie wiem o co ci chodzi. Pytasz o seks czy o nasze relacje?
– Jedno i drugie – odparłem. – Potrafiliśmy bzykać się godzinami jak króliki, nigdy nie mając dosyć. Obmacywaliśmy się w miejscach publicznych i to było takie fajne. Jak byliśmy daleko to nawet zdarzał się nam seks przez telefon, pamiętasz? Nie wiem, czy wiesz, ale w kalendarzu zaznaczałem sobie dni, kiedy się kochaliśmy. Wcześniej nie miałem z nikim regularnego seksu i się tym podniecałem, że teraz nareszcie nadrabiam tę średnią miesięczną wcześniej tak bardzo zaniżaną, a wtedy nagle tak zawyżaną. A po każdym bzykanku było mnóstwo przytuleń, mnóstwo rozmów o tym, czego chcielibyśmy jeszcze doświadczyć, jak się kochać, jakie mamy fantazje. Były zabawki erotyczne, nagie sesje fotograficzne, wspólne oglądanie pornosów, wspólne czatowanie, szukanie znajomych. Jakiś czas temat trójkąta był tylko wirtualnym pomysłem, hipotezą zawieszoną w powietrzu jako tylko opcja.
– Ale się przecież zgodziłeś.
– No właśnie, zgodziłem się. Ty zacząłeś mnie do tego przekonywać i ja…
– Tak, oczywiście! Wszystko to moja wina.
–  Ja nie mówię o winie! Tylko o tym, że dałem się przekonać, bo sam miałem też takie fantazje, że z tobą i innymi facetami naraz może być fajnie, tylko nie miałem takiej śmiałości, żeby…
– I zaraz powiesz, jak cię bardzo skrzywdziłem, bo namawiałem cię dalej, mimo że tobie się niezbyt podobało – rzucił trochę poirytowany.
– Oj, daj spokój z tą krzywdą. Jasne, że namawiałeś, ale sam też byłem ciekawy. I nie zawsze było tak fatalnie. Na przykład z tym biseksem harleyowcem było całkiem nieźle i przecież nawet spotkaliśmy się z nim kilka razy. W sumie to wiesz przecież – mówiąc to, postanowiłem być całkiem szczery i zadziornie ścisnąłem go za udo – że czasem lubiłem być w takim jakby klinczu pomiędzy młotem w mojej buzi a kowadłem w mojej dupie. – Marszcząc brwi i krzywo się uśmiechając, szybko spojrzał mi prosto w oczy. Podobała mu się moja wulgarność. – Czułem się wtedy taki unieruchomiony, taki ubezwłasnowolniony, taki wzięty szturmem… – Ścisnąłem go mocno w kroczu. – To potrafi być czasem kręcące…
– Oj, przestań, bo zaraz spowoduję wypadek! – wrzasnął i odtrącił moją dłoń.
– Nie spowodujesz – powiedziałem kokietującym tonem.
– No dobra, ale o co ci właściwie chodzi z tym początkiem?
– O to, że w pewnym momencie minęła między nami jakaś chemia i pojawiała się tylko wtedy, gdy był ktoś jeszcze. Jakoś przestało ci się chcieć angażować w erotyczne sytuacje tylko ze mną. Stałeś się przy mnie taki leniwy.
– No może i tak – przyznał. – Chyba potrzebowałem jakichś udziwnień, czegoś nowego. Ale co z tego? Przecież byłem z tym fair, mówiłem ci o tym.
– Jak to co z tego? To właśnie wtedy przestaliśmy rozmawiać. Mówiłeś mi tylko o seksie z innymi. Sypialiśmy ze sobą, ale już nie było rano głupiego: ”Cześć, misiu. Jak się spało?”.
– Ty zacząłeś wychodzić ciągle z Robertem. Stroiłeś się, choć wcale nie dla mnie, przeglądałeś się w lustrze, a potem trzaskałeś drzwiami, szlajałeś się z nim po klubach, chodziłeś do kina, do sauny, na kawki i obiadki w Między nami. Jakoś nie było widać chęci rozmowy.
– Jasne, że tak. Ja nie twierdzę, że to ty nie chciałeś gadać, tylko że obaj tego nie robiliśmy. Nie obwiniam tutaj ciebie.
– Dobrze, że chociaż tyle… Ostatnio jeszcze uznawałeś, że to wszystko moja wina, bo to ja zmusiłem ciebie do seksu z innymi i, jak ty to mówisz?, zacząłem rozdysponowywać, tak?, twoją dupą. – Zdenerwował się, ale nie chodziło mi o to, aby znów się kłócić.
– Chcesz się nadal licytować, kto bardziej komu zrobił na złość albo kto komu zrobił większe świństwo? Dobra, ale znowu nie dojdziemy do żadnego porozumienia. Chyba nie o to tu powinno chodzić – oznajmiłem lekko podminowany.
– Dobrze. Nie chcę. – Pogłaskał mnie po policzku. – Ale też nie chcę, aby odpowiedzialność za to wszystko została znów zrzucona tylko na mnie.
– Przecież misiu!, ja już nie zrzucam na ciebie żadnej odpowiedzialności. Zapomniałeś chyba, że ja też nie jestem święty. Mówiąc, że seks jest początkiem naszych problemów miałem na myśli to, że każdy z nas ma inne granice, inaczej działa. Ty jesteś śmiały – może dlatego, że twój fiut i w ogóle męskość dodają ci pewności siebie i zdecydowania…
– A ty znów o tym fiucie – wtrącił, uśmiechając się – Co ty masz do swojego fiuta?
– No ogólnie nie mam nic, ale przy tobie wymiękam. Mogę jedynie wystawić dupy, co zresztą robię…
– I robisz to świetnie – zaśmiał się i złapał mnie za kolano.
– Dzięki – uśmiechnąłem się sam do siebie. – Szkoda, że tak rzadko z tego korzystasz…
Spojrzał się na mnie i zauważył ten wyrzut, który chyba pierwszy raz od dawna nie był wyrażony tylko mimicznym gestem i fochem, ale słowami. Miała być to szpila i chyba trochę go to zakłuło.
– Nadrobimy dziś, co? – zaproponował i zauważyłem w jego spojrzeniu autentyczną chęć. Dotknął dłonią mojego rozporka i zaczął szperać w poszukiwaniu guzików.
– Dawno mi tego nie mówiłeś, wiesz? – Rozchyliłem bardziej uda i wypiąłem się do przodu, aby ułatwić mu dostęp.
– Czego? – Zaczął rozpinać guziki, patrząc przemiennie na jezdnię i na moje krocze.
– Że jestem dobry w łóżku – powiedziałem zadziornie.
– No przecież to oczywiste! – Popatrzył na mnie, wyszczerzył się i zaczął wciskać palce wewnątrz mojego rozpiętego już rozporka.
– No nie bardzo… –  Odsunąłem jego rękę i usiadłem znowu jakby głębiej w fotelu, zapinając guziki.
– No czemu? Przecież czuję, że ci staje – celnie zauważył.
– Dokończymy w domu – oznajmiłem i kiwnąłem na autobus, który za chwilę mieliśmy zacząć wyprzedzać. Tak naprawdę to nawet kręciła mnie myśl, że ktoś z autobusu mógłby zobaczyć taką scenę, że kierowca pasażerowi gmera w rozpiętym rozporku.
– Oj tam, na pewno by nikt nie zauważył.
– Nie martw się, zaraz mnie wyruchasz. – Przechyliłem się w jego stronę i ugryzłem go w ucho.
– Auć! – syknął i spojrzał na mnie niby złowieszczo.
– Ale wiesz? – chciałem jeszcze powrócić do rozważań o początku kryzysu. – Chodzi mi właściwie o to, że dla ciebie seks to tylko seks, a dla mnie to jakaś relacja, coś nie tak prostego jak dla ciebie. Oczywiście zdarza się, że świetnie się bawiłem z obcymi, ale zazwyczaj to był jednak stres, że nie będę umiał się rozluźnić, że nie będzie wcale fajnie. A w trakcie to często jakbym totalnie nic nie czuł. Nawet swojego fiuta wtedy nie czuję, nie umiem nad nim zapanować. Wiesz przecież, że czasem mi nawet nie stoi. Jakbym się blokował na doznania.
– Bo się stresujesz niepotrzebnie…
– Ale ja chyba nie umiem inaczej, wiesz? Może i bym chciał, ale nie wychodzi. Jakbym miał za mało seksów tak tylko po prostu dla seksu – zacząłem uskuteczniać autoanalizę. – Może dlatego z tobą jest inaczej. Gdybyś tylko chciał, to nawet nie musisz się zbytnio starać…
– A z tym swoim kochasiem? – wyparował, jakby ignorując, że moje wypowiedziane dopiero co słowa były tak naprawdę wyznaniem miłości.
– Oj, weź, daj spokój. Mówiłem ci tyle razy, że nawet do niczego niemal nie doszło.
– Dobra, dobra. Niemal nie doszło… – odegrał ten zwrot niemal aktorsko. – Wiem swoje. Ruchaliście się pewnie aż wióry leciały, skoro jesteś taki zakochany. – Powiedział to jakby bez złośliwości i chyba bez zazdrości, a nawet z taką jakby erotyczną zadziornością, ale bez pretensji.
– No weź przestań, dobrze? – uderzyłem go lekko w ramię, a on popatrzył na mnie figlarnie. – Zresztą ja cię przekonywać nie będę…
Spojrzałem za okno niby obrażony, ale uśmiechałem się sam do siebie. Byliśmy już prawie pod domem.
– No ale co z tym seksem? – odezwał się Marcin po chwili.
– Nie wiem. Może nigdy tak tego nie nazywaliśmy i zarzekaliśmy się, że nie, ale może my chcemy związku otwartego? Teraz taka moda…?
Nic nie odpowiedział. Tylko spojrzał. Weszliśmy po schodach na to nasze czwarte piętro. W ciszy. Czy rzeczywiście takie chodzenie zamiast jeżdżenia windą pozwoli uszczuplić tych kilka centymetrów, które nie wiadomo kiedy narosły wokół talii każdemu z nas?