Rozdział 11

I jak było na początku? Na początku naszego związku był… początek. Było miło jak na początku, a więc nawet te komplikacje z mamą i to całe ukrywanie się – wszystko było do przejścia i szliśmy przez nie razem, ciągle rozmawiając, ciągle dzwoniąc do siebie, ciągle pisząc smsy, ciągle będąc ciekawymi wszystkiego. Notorycznie zakochani. Urodzeni dla siebie. Odkrywcy – blizn po wyrostku obok pępka i nieokiełznanej seksualności ziszczającej więcej niż zdarzało się wyobrażać w dotychczasowych marzeniach. Może dlatego wszystko wydawało się takie bezproblemowe. Wszystko wygładzała ta ciekawość i doznania cielesne – tak nowe i tak kręcące. Studiowałem topografię ciała Marcina i na globusie jego cielesności odkrywałem rzeki, dorzecza, góry, doliny porośnięte lasami, jaskinie i wulkan, który budził się czasem i tryskał gejzerem gorącej lawy, tworzącej jeziora najpierw białe, a po chwili zmieniające się w przezroczyste i wysychające jak dzisiejsze morza. Ziemia i niebo. Kosmos. Galaktyka spełnienia. Nawet przeprowadzka i zamontowanie kilku półek na moje ulubione książki nie zaburzyły naszej miłości, choć już wtedy wiedziałem, że dla Marcina kolekcjonowanie przeczytanych dzieł literatury było niczym więcej jak bezsensownym zagracaniem przestrzeni, którą można by wykorzystać w lepszy sposób, na przykład wypełnić ją życiodajnym i niezbędnym przecież powietrzem. Czułem się u niego dość dobrze. Niezbyt tęskniłem za moimi 9m2. Nie tęskniłem za matką, chociaż niekiedy czułem coś na podobieństwo smutku lub żalu. Ale ogólnie dość płynnie wszedłem w ten nowy dla mnie świat: świat przemieszanych butów w szafce – moich i jego; ciuchów zawieszonych obok siebie – moich i jego; ręczników i szczoteczek do zębów stykających się w łazience bezwstydnie, a raczej nieświadomie – moich i jego; flakonów perfum, które zaczęliśmy stosować wymiennie – moich i jego; kończyn przyjemnie przygniatających drugie ciało – moich i jego; wreszcie zadziwiających nawyków i cierpliwych ugryzień w język – moich i jego. Już było za nami kilka pierwszych razów: nasz pocałunek, pierwszy seks, pierwsze picie ze wspólnego kubka, wspólne się karmienie, dojadanie po sobie posiłków, zakupy, wychodzenie na miasto, małe sprzeczki, pierwsze poranne ściąganie sobie kołder, gryzienie pośladków, strzelanie fochów. Ale czekały mnie kolejne pierwsze razy: składanie jego wyschniętej bielizny, pranie naszej pościeli, wspólne masaże, mycie naszej podłogi, rozstawianie wspólnych zdjęć, próba opanowania bałaganienia, które miałem we krwi, zapraszanie do nas moich przyjaciół, poznawanie jego znajomych, uczestniczenie w paradach, mówienie o jego domu, że jest też moim, mierzenie się ze wzrokiem sąsiadów, którzy zastanawiali się, kim jestem dla tego lokatora, który do tej pory mieszkał całkiem sam lub jedynie z dziewczynami. Było mi z tym wszystkim dobrze. Nawet niezbyt tęskniłem za matką, z czasu tylko odbębniając telefon wykonany bardziej z musu niż z głębokiej potrzeby. Jeśli już czegoś mi naprawdę brakowało w tym cudownym nowym świecie, to wanny, bo czasem lubiłem czytać zanurzony w gorącej wodzie z pianą, a u Marcina był tylko szybki prysznic bez szans na choćby krztynę literatury. Ale nie można mieć wszystkiego. Miałem i tak więcej niż bym się spodziewał. Miałem faceta. W końcu. Dużo czasu spędzaliśmy razem, chodziliśmy na spacery na Stare Miasto, wzdłuż Wisły i do Łazienek; jedliśmy w knajpach lub ja coś pichciłem (frittaty, quiche, boeufy bourguignony), a wieczorami oglądaliśmy wspólnie pedalskie filmy. Będąc poza domem, chcieliśmy wykrzyczeć wszystkim, że się kochamy, ale oczywiście tego nie robiliśmy, zachowując się najwyżej z wylewnością charakteryzującą dobrych przyjaciół. Jedynie z rzadka próbowaliśmy pierwszych nieśmiałych i zlęknionych trzymań się pod rękę, całusów w policzki i publicznych przytuleń. Ale i tak ostrożnie. Nie umieliśmy się po prostu powstrzymać; mimo lęku i mimo tej bolesnej świadomości gdzieś w tyle głowy, że to, że nasza miłość może być dla innych tak niestrawna jest niesamowicie smutne. Ale staraliśmy się o tym nie myśleć. Odpychaliśmy wszystko to, co złe. Nie wracaliśmy do tematu tych dresów z tramwaju. Może z powodu tej naszej bliskości dość szybko przestałem się bać czyichś kroków w ciemności, dresiarskich mord gdzieś na podwórku, jakby myśląc, że Marcin mnie obroni, nie zostawi w potrzebie, skoczy w ogień. Też bym skoczył. I w sumie to nawet niemal wcale nie potrzebowaliśmy towarzystwa innych ludzi, żeby coś wspólnie robić; byliśmy samowystarczalni i zakochani, cierpliwi i wyrozumiali. Sami dla siebie. Jakby jedyni na świecie. Jakby – bo zawsze czaiło się to niebezpieczeństwo, że inni nas nie zaakceptują, jednak nie chcieliśmy o tym myśleć. Po co…?
Zdarzało się, że gdy nie było w domu mojej matki, jechaliśmy do niej po jakieś potrzebne mi rzeczy i nie mogąc się powstrzymać, uprawialiśmy seks w różnych miejscach: na stole w kuchni, na moim byłym łóżku, w łazience, na jej fotelu – zupełnie jakbyśmy chcieli zaznaczyć teren. Było dla mnie podniecające, że w domu moim i mojej matki robię takie rzeczy z mężczyzną; spełniło się, przecież tyle lat o nich marzyłem. I poza ciągłym uprawianiem miłości ciągle rozmawialiśmy, wracaliśmy do przeszłości, wybiegaliśmy w przyszłość, ufni, że będzie cudownie.
I co z tego początku się ostało? Rozmowy? Tak. Teraz też rozmawiamy, ale inaczej. Rozmawiamy, milcząc, lecz nie dlatego, że się tak świetnie znamy. Staliśmy się dla siebie nieznośni. Kiedyś była pełna symbioza – jego coś bolało, to i ja niemal odczuwałem fizyczny ból, cierpiałem. A teraz? Boli? A dobrze ci tak – masz za swoje! Do pewnego momentu jeszcze do siebie mówiliśmy, ale teraz? – po co coś mówić, gdy wiemy, że nie jesteśmy słuchani. Jak grochem o ścianę. Wiem, że Marcin po prostu zakładał, że plotę trzy po trzy i z tej mojej paplaniny wyłapywał zapewne nawet o połowę mniej niż piąte przez dziesiąte, czyli można powiedzieć, że to, co słyszał, wpuszczał jednym i natychmiast wypuszczał drugim uchem. Mówiłem niby po polsku, lecz jakby obcym językiem albo jakoś matematycznie lub może niczym prawniczym bełkotem ustaw i jakichś tam przepisów. Nie rozumiał. I vice versa, odpłacałem pięknym za nadobne, głuchotą za głuchotę.

A jak jest teraz? Teraz prawie nie używamy słów. Zawiesiliśmy zdolność mówienia, gryziemy się w język. Choć nie tak znowu zawsze i nieodwołalnie. Czasem byle gówno wyprowadza nas z równowagi – i nie jest byle gównem, skoro potrafi na nas tak wpłynąć – i właśnie wtedy okazuje się, że umiejętność mówienia nam nadal pozostała i przejawia się podniesionym tonem, właściwie krzykiem, nawet darciem mordy. Bo jak można przypieprzyć, to czemu nie! Słowo „przepraszam” nie przechodzi przez gardło. Zniknęło też wymawiane i słyszane kiedyś często „kocham cię” – żeby nie nadużywać tego zwrotu, nie wypowiadamy go niemal wcale. Kierat udawanych uśmiechów i małych albo częściej dużych złośliwości. Do tego notoryczne pretensje, obrażanie się i wypowiadane od niechcenia, a nawet z jakimś zirytowaniem, odpowiedzi na głupie pytania, bo z tej frustracji wszystkie zwykłe pytania: „co robisz?”, „gdzie idziesz?”, „kiedy wrócisz?”, są głupie i nie do zniesienia. Albo wyrzuty typu: „mogłeś powiedzieć!”, na co odpowiedź pada oczywiście iście elokwentna: „mogłeś zapytać!”. Na pewnym etapie relacji i tak zwanej miłości – a ogólnie rzecz ujmując, gdy się osiągnie pewien stopień zbliżenia i pewności siebie – okazuje się, że jest za blisko na używanie najprostszych słów: dziękuję, przepraszam i proszę. Te wyuczone w wieku przedszkolnym słowa okazują się najtrudniejsze. Są śmieszne, nie przechodzą przez gardło, stają w poprzek, nie chcą być słyszalne. Ta bliskość nas oddala i dzieli, a pewność sama siebie pozbawia pewności, gdy mamy się przyznać do błędu, okazać człowiekiem lub przyznać do słabości. Jesteśmy jak tykające bomby, chodzimy na ciągłym wkurwie, dobija nas ciągłe zniechęcenie i nie wiemy, jak temu zapobiec. Tak naprawdę to nawet o tym nie rozmawiamy – nie szukamy sposobów wyjścia z tego kryzysu, którego obaj przecież doświadczamy, a którego także obaj nie nazywamy aż tak jednoznacznie kryzysem. Kiedyś wodziliśmy za sobą wzrokiem pełnym uczucia, całowaliśmy się nieustannie, a jak się długo nie widzieliśmy, to przynajmniej wysyłaliśmy sobie wiadomości pełne głupich wyznań miłości: on z „love”, ja z „mon amour” albo z „je t’aime” i uśmieszkiem na końcu. Potem zniknęły te całusy, te smsy także, a teraz jeśli już coś do siebie ślemy, to na końcu jest jedynie kropka okrągła jak nabój – dobijająca kropka, dojmująca, choć po częstokroć zupełnie niezauważalna. Kiedyś nasze ciała były dla nas zagadkami, odkrywaliśmy je, śledziliśmy każdy nowy włos, każdą mimiczną zmarszczkę, każdy zakamarek wydawał się nam fascynujący i nieśmiało, walcząc z naszą powściągliwością, anektowaliśmy go, pokrywając odbiciami naszych linii papilarnych. Teraz rzadko doświadczam tego zachwytu nad jego cielesnością – jakbym był napełniony po brzegi świadomością i wiedzą, że nic mnie już nie zaskoczy, że każdy centymetr kwadratowy jego ciała jest mi znany, że to jest już zdobyte terytorium pokryte po tysiąckroć odciskami moich palców, ust i innych części ciała albo jego wydzielinami. Kiedyś przynajmniej próbowaliśmy zasypiać w przytuleniu i nawet jeśli okazywało się to niewygodne, to stykaliśmy się choćby biodrami, pośladkami, zarzucaliśmy na siebie ręce lub pod kołdrą ściskaliśmy kontrolnie za mechate półdupki. Teraz ciągle śpimy razem, ale nie dotykamy się ciałami, jakby porośnięte one były piekącymi parzydełkami, jakby porastały nas kolce lub oddzielał nas drut kolczasty. Kiedyś tęskniliśmy do siebie. Nie znosiłem rozłąk, rozstań, jego pracowych wyjazdów. Teraz wydaje mi się to śmieszne, ale odczuwałem je niemal jako fizyczny ból. Pamiętam, jak wyjeżdżał pierwszy raz na dłuższy czas na szkolenia, a ja, stojąc w oknie, odprowadzałem go wzrokiem i płakałem. Opatulony wełnianym szalikiem szedł tym swoim nonszalanckim piłkarskim krokiem – jak określiła go Aga, gdy poznała Marcina – wzdłuż nieregularnie rosnącego żywopłotu bez ani jednego liścia, a ja prosiłem go w duchu, aby się odwrócił choć na chwilkę i mi zamachał. Nie odwrócił się, nie zamachał, nie posłał żadnego buziaka. Zniknął między blokami, na podwórko podjechała śmieciarka, ale choć na to patrzyłem, to tego nie widziałem, bo skupiłem się na sobie i odczuciu jakiegoś lęku, panicznego strachu, że już go nie zobaczę – strachu, który sam sobie spreparowałem na własne nie życzenie, a własną głupią obawę. Ocknąłem się, gdy spoglądałem w dal, gdzie maszyny budowlane wyglądające jak jakieś przerośnięte zwierzęta górowały nad wyrwą w tkance miejskiej i mimo że łączyły swe siły w zgodzie z hasłem „Polski w budowie”, to wyglądały jak walczące elektropotwory: pterokingkongi, mechażyrafy, monstergodżille, dinopająkozaury. Świat jest potworny. Do odtwarzacza płyt CD włożyłem krążek Colour the small one, odtwarzacz połknął go, na wyświetlaczu pokazując 11 numerków, pierwszy mrygający. Naciskam PLAY i Sia zaczęła śpiewać swoje melancholijne piosenki. Odpowiadał mi ten jej liryczny smutek, którego mogłem się tylko domyślać, bo nie wsłuchiwałem się z uwagą w teksty piosenek. Wyglądając ciągle przez okno, wypatrzyłem nagą parę w oknie w kamienicy naprzeciwko i nawet nie zdołałem pomyśleć (co zdarzało mi się zazwyczaj w takich sytuacjach), że jaka szkoda, że nie mam na podorędziu jakiejś lornetki. Chłopak, wypinając się, zaglądał do lodówki, a dziewczyna stała obok przodem do okna i coś robiła przy blacie. Po chwili prozaicznego krzątania się, w której nawet nie zdołałem dojrzeć ich genitaliów, oboje zniknęli w głębi mieszkania, a ja powróciłem do ronienia łez, martwiąc się, że mój facet bez żadnego gestu zniknął pomiędzy blokami, ale za chwilę uspokoiłem się, bo przyszedł od niego kojący sms, w którym zapewniał, że mnie kocha i już tęskni. Z radości ucałowałem telefon. Jak zupełny wariat. Tak było kiedyś. Wariacko. Intensywnie. Dobrze. Kiedyś. Dawno temu. I nieprawda. Powtórzę, że wtedy bardzo dużo mówiliśmy, rozmawialiśmy i chociaż w sumie powoli opanowywaliśmy już do perfekcji porozumiewanie się bez słów, to radość sprawiała nam wymiana zdań, bo kochanie znaczyło dla nas nie tylko czucie, ale i wzajemne siebie słyszenie. Wtedy czytaliśmy siebie nawzajem jak coś, co nas ruszało: mnie – powieści psychologiczne z wątkami homoerotycznymi, a jego – gazety i tygodniki, a w nich artykuły o sprawach społeczno-politycznych. Może to i śmieszne, jakoś infantylne, ale tak było. Fascynowaliśmy się sobą, byliśmy swoimi hobby. Teraz jesteśmy dla siebie jak instrukcje obsługi jakichś sprzętów: jemu nie chce się ich w ogóle czytać, a ja ich języka kompletnie nie kumam. I rzeczywiście mówimy do siebie jakby innymi językami, a tak jak stwierdzili bohaterowie Scen z życia małżeńskiego Bergmana, wspólny język w związku jest najważniejszy. My go już nie mamy, przestał być zrozumiały i teraz wspólne jest dla nas tylko niezrozumienie. Znamy się tyle lat, a zupełnie jakbyśmy się nie znali, jakbyśmy byli sobie całkiem obcymi ludźmi. Nic nas nie łączy poza wspólnym mieszkaniem, które coraz trudniej jest wspólnie dzielić. Można powiedzieć, że łączy nas nić nieporozumienia. Nawet nie wiem, czy z tego powodu odczuwamy jakiś smutek.

Nie jest łatwo przerwać ten ciąg obustronnych pretensji. Bo ty to to, a ja to tamto. I może nawet jeden z nas w końcu daje za wygraną i próbuje sprawę załagodzić, ale drugiego dalej ten wkurw trzyma, nie dając się po prostu zignorować przytuleniem czy uśmiechem, bo wszelka bliskość sprawę jeszcze bardziej zaognia, komplikuje, eskalując konflikt. I żadne zwykłe życzenia „miłego dnia” nie wchodzą w grę – nie przeszłoby przez gardło nic podobnego, co przecież jest jedynie funkcją fatyczną języka i utartym zwrotem grzecznościowym, który jednak w tej sytuacji mógłby zabrzmieć jak zdanie płynące z głębi serca i wyrażające troskę i miłość. A przecież nikt tego nie chce – nie chcemy życzyć sobie serdecznie ani dobrze – po cichu ani na głos. My nie mamy serc. Przynajmniej nie mamy ich dla siebie. Bo z innymi to jest mnóstwo pozytywnych emocji, pełno szczerego uśmiechu i radości. I innym mamy tyle do powiedzenia, a przy tym rozgadaniu jest tyle cierpliwości i zrozumienia. A z Marcinem? Lepiej nie mówić! Lepiej w ogóle się nie odzywać. Najbardziej to widać, porównując nasze rozmowy przez telefon: z innymi miło, ciepło i zabawnie, a między sobą? – ciągły jad, foch i obraza majestatu. Gdyby tylko ton głosu mógł podrzynać gardła, to pewnie już dawno byśmy mieli je poderżnięte i krew lałaby się strumieniami. I od samego rana, od otwarcia oczu, od pierwszego świadomego oddechu i od wstania lewą czy prawą nogą są te nerwy, irytacja i złość. Właściwie na wszystko i na nic: że on jest i że zaraz wyjdzie, że nie spytał albo głupio spytał, czy zrobić kawę (przecież zawsze rano piję kawę, więc po co pyta!), że nie wiadomo czemu przyniósł mi do łóżka telefon (chyba żebym niezwłocznie mógł odpalić facebooka, ściągnąć aktualizacje i zrobić sobie update z tego kto-co-gdzie-i-kiedy, tylko że kogo obchodzą najświeższe posty o czyichś śniadaniach, urodzinach, nieprzespanych nocach czy jakichś kacach zaraz po otwarciu oka, a jeszcze przed poranną coranną kawą?) i że wyszedł obrażony, i nawet nie powiedział, o której wróci, choć w sumie wcale go o to nie spytałem. I właściwie to dobrze mu tak, bo mi jest tak samo źle jak jemu.

I teraz to nawet on częściej strzelał takie fochy: że siedzę w domu, a nawet nie posprzątałem prania z suszarki i że w zlewie naczynia zalegają od przedwczoraj, że z psem nie wyszedłem na spacer i że w ogóle tak trudno mi ruszyć dupsko, bo nawet złamanej piętki chleba w domu nie ma, a mnie nic to nie obchodzi. Ale co zrobić, skoro ja na przykład tych naczyń w zlewie jakby nie zauważam, a on czasami zauważa tylko to i nic więcej? Tak już mam, że nie widzę, jak on to mówi, walających się po podłodze ubrań, że nie przeszkadzają mi wysypujące się z kosza śmiecie, że nie zawsze pomyślę o tym, aby po wypiciu mineralki lub po zjedzeniu jogurtu odłożyć puste opakowanie do siatki na segregowane odpady. I naprawdę nie widzę, że podłoga się klei i nie zobaczę też dopóki w szafce będą czyste kubki na kolejną kawę, że trzeba pozmywać wspomnianą już stertę naczyń. I nie przeszkadza mi niezakręcona tubka po paście do zębów i ten zostawiony wśród perfum i kremów kartonikowy środek po zużytej rolce papieru toaletowego. Co takiego się, kurwa, stanie w związku z niedomkniętym szamponem? O głupią nakrętkę się tak rzucać i awantury robić…?! Czasami się domyślę i nerwowo zacznę uganiać się za tym burdelem, którego sam w większej mierze jestem sprawcą, aby zdążyć przed jego powrotem, lecz czasami przyłapie mnie dopiero w połowie sprzątania i znów skwituje to zdaniem, że brudem bym zarósł, gdyby nie on i że NIGDY nie sprzątam, NIGDY nie zmywam i że ZAWSZE byłem i ZAWSZE będę brudasem. No skoro to wie, to czemu się czepia? No czemu!?

A tak serio, to może i prawda, że nie jestem jakimś tam porządnisiem, ale bez przesady. Nigdy nie byłem pedantyczny, co przeszkadza mi niejednokrotnie w kuchni, ale mieszczę się chyba w normie bałaganiarzy zwyczajnych i nie jakoś nadzwyczajnie ekstremalnych. To dopiero przy jego pedantycznym i minimalistycznym nastawieniu do życia mój artystyczny nieład nabiera cech syfu i nieładu niezbyt artystycznego. Wiem, że to żadne usprawiedliwienie, ale matka wyręczała mnie zawsze w sprzątaniu nawet mojego własnego pokoju, więc dbanie o czystość i porządek nigdy nie weszło mi w nawyk. Naprawdę trudno myśleć o czymś, co dla ciebie nie ma znaczenia i nie jest w tym momencie, a właściwie w żadnym momencie, priorytetem. Trudno myśleć o otwieraniu okna i wietrzeniu mieszkania, gdy wciągnęła cię książka Wysłuchane modlitwy Trumana Capote (szkoda, że nieukończona). I niełatwo pamiętać, że wstawiło się wodę na herbatę i w ogóle że chciało się tej herbarty, gdy czajnik elektryczny, sam – cyk pstryk – się wyłączył i nawet nie gwizdnął, aby przypomnieć, że woda już wrząca. Trudno też pamiętać, właśnie wtedy gdy nadrabia się zaległości z Buñuela, że wcześniej nastawiło się pranie, minął już jakiś czas, w którym pralka je wyprała i nawet odwirowała, więc pozostaje je teraz jedynie wyjąć i rozwiesić. Jakie to wszystko kurewsko proste, prawda? Ale: jak ja nie zaprzątałem sobie głowy sprzątaniem, tak on zaprzątał sobie nim głowę tak bardzo, że małe koty kurzu pod łóżkiem i kaloryferem działały na niego niczym nagły atak świerzbu, jakiejś agresywnej alergii, zajmującej mu gardło, nozdrza, nerwy i puls – irytującej, duszącej, podnoszącej ciśnienie, niepozwalającej zasnąć, trzymającej w złości przez kilka godzin. Jedyny lek – elektrolux polskiej marki Zelmer; wciąga także wszechobecne kłaki naszej psiny – a kto wie? – może ratuje także przed rękoczynami. Ach, te nerwy! Kto to słyszał, żeby trochę kurzu lub brudne okna tak człowieka z równowagi wyprowadzały! Przecież to jakaś choroba! To trzeba leczyć! Są przecież ważniejsze od sprzątania rzeczy, jak na przykład nowe wydanie Rudolfa Mariana Pankowskiego lub zdobyty gdzieś na allegro Pocałunek kobiety-pająka Manuela Puiga, choć dla mojego Marcina niedopuszczalne i kompletnie nieuzasadnione było takie roztargnienie, które kazało wyprane ciuchy co najmniej jeszcze raz wypłukać z pachnącym płynem, bo znalazło je się zapomniane i już lekko zaśmiardłe w bębnie pralki dzień albo nawet dwa dni po zakończonym praniu. On był mister perfect, a mi jakoś ciężko było zajmować się wiszącą na suszarce od kilku dni bielizną, gdy wiedziałem, że nie starczy mi czasu na obejrzenie wszystkich wartych obejrzenia filmów świata i właśnie próbowałem odhaczyć kolejny, całkiem słabo w Polsce znany, z Elizabeth Taylor i Marlonem Brando, na podstawie powieści W zwierciadle złotego oka Carson McCullers, którą dopiero co przeczytałem i która nawet, nawet mi się podobała. I walają się te dziesiątki książek i płyt na biurku, na półkach, których ciągle za mało, i walają się także gdzieś na podłodze przy łóżku lub nawet w toalecie obok sracza, a jego normalnie kurwica strzela i najchętniej to upchnąłby je wszystkie do szafy, do regalików za szkłem i to koniecznie poukładane jakimś systemem zupełnie nielogicznym i znanym tylko jemu albo zatachałby je do piwnicy lub gdzieś na zabudowany pawlacz, aby nie było ich wcale widać i żeby kurz się na nich nie zbierał, bo od tego kurzu to tylko roztocza, kichanie i alergie, na które miał alergie. A najlepiej by było oddać te wszystkie „wiekopomne dzieła”, jak to on mówił o nich z przekąsem, do jakiejś biblioteki lub wypożyczalni albo rozdać znajomym lub nawet nieznajomym – komukolwiek! – bo przecież skoro już przeczytane i obejrzane, to raczej się do nich ponownie nie wróci.
Oj na pewno! Niedoczekanie jego, żebym tego wszystkiego, co zbierałem latami, tak teraz się pozbył za bezcen! Łatwo mu tak powiedzieć i tak myśleć, gdy jego życie mieści się w sterylnej szafie z Ikei oraz niskiej komodzie, na której stoi jedynie drzewko bonsai w szklanym przezroczystym naczyniu udającym doniczkę. Tam ma wszystkie swoje ubrania, papiery i tych niewiele osobistych rzeczy, które tak naprawdę osobiste w sumie nie są, bo nie jest zbytnio do nich przywiązany. A co ja mogę poradzić na to, że dla mnie osobiste są nie tylko zdjęcia i dokumenty, ale też filmy, płyty i książki? Wiem, że wszystko jest w przepastnym internecie, że wszystko mogę sobie ściągnąć po piracku lub drogą kupna. Wiem, że jest tam i Stevie Wonder, i George Michael, i Nina Simone, i Patrick Wolf, a nawet homoseksualny soulowy wokalista Rahsaan Patterson całkowicie niedostępny w polskich sklepach. Jest też cały Almodóvar, Lynch, Kaurismaki i Edward Nożycoręki Burtona. I są też audiobooki, ebooki i jest także ten nieszczęsny facebook, na którym niektórzy ludzie nie mogą się powstrzymać i upubliczniają swoje fejsbukowe ADHD, publikując wszystko – nawet to, co niewarte jest publikacji. Witają się tam z każdym (wstałem, zjadłem i wszystkim miłego dnia życzę), żegnają się z każdym (RIP Michaelu Jacksonie; Dziękujemy Ci, Wisławo:(((; Rest in peace, Donno Summer; Żegnaj, kochana Whitney!; Goodbye znajomi, których skasowałem ze znajomych), a do tego linkują, jedzą, śpią, nudzą się, wylewają swoją frustrację i samotność, bo w rzeczywistości nie mają komu opowiedzieć o swoim życiu, to chociaż powiedzą o nim wszystkim znajomym na fejsie, z którymi mogą być online, kiedy tylko chcą. (Na szczęście istnieje możliwość blokowania postów znajomych, ale i tak nie przewidzisz, kto następny uraczy cię arcyważnym newsem dnia: że ekologiczna żywność jest lepsza od tej zwykłej; że nowa Madonna to dno i wodorosty; że gwiazdor gejowskiego porno popełnił samobójstwo, bo jego rodzice dowiedzieli się, jak zarabiał na życie; że taka lub siaka restauracja jest najlepsza na świecie; że George Michael wyszedł cało z tego strasznego zapalenia płuc, a jego nowy facet ma apetycznego fiuta i bez problemu możesz to sprawdzić na pewnych stronach; że w tupolewie był trotyl, a Maria Kaczyńska nie miała własnego ciała; że homoseksualizm jest zbawienny dla świata, bo nie powoduje przeludnienia, ale z drugiej strony: kto będzie zarabiał na nasze renty i emerytury?; że ktoś tam choruje, a ktoś inny baluje; aaaaa!!!!! – i tak źle, i tak niedobrze – być online albo nie być online, oto jest pytanie!). Jednak mi minimalizm w postaci pojemnego laptopa nie wystarcza. Ja potrzebuję tych wszystkich rzeczy, a nie tylko tych dokumentów tożsamości, pół tysiąca wirtualnych znajomych z sieci i terabajtów zawartości w kompie, na dyskach przenośnych i na youtubie. Potrzebuję tych tysięcy książek, bo należę jeszcze do tego wymierającego gatunku ludzi, którzy nadal czytają książki, a nie tylko śledzą ten bełkot na ścianach facebooka. Mam też mnóstwo swoich notatek, pisarskich prób i wydrukowanych dawno temu wierszy, które teraz czytam z zażenowaniem, ale i tak chcę je mieć choćby na pamiątkę. Do tego jakieś wycinki z gazet o ulubionych pisarzach, ulubionych książkach, które może i są gdzieś w sieci, ale patrzenie na nie w monitorze nie równa się przyjemności czytania ich na papierze. Ja wiem, że lepiej niby być niż mieć (Fromm), ale nieodparta jest ta pokusa posiadania. I muszę posiadać niezmiennie – dlatego dziwię się Marcinowi, że przestał musieć posiadać mnie i dzielił się mną z innymi. Tak bez mrugnięcia okiem, tak bez jakiegokolwiek problemu, tak jakby zadowalało go to, że zadowalają mnie inni. Przynajmniej w przenośni. Uciekam od tego w książki. Czytam. Tam szukam siebie. Piszę też coś swojego. Potrzebuję pisania – jedynie tam jestem całkowicie wolny, tam istnieję na nieco innych zasadach niż w życiu realnym – tam mogę właściwie wszystko, choć uzależniony od rzeczywistości i silnie w niej zakorzeniony nie uciekam w zbytnie bajanie. No cóż – jestem przygwożdżony do życia jak lustro wiszące na ścianie.

Pomysłów na powieści miałem kilka. Kołatało mi się zawsze po głowie to lub tamto. Zazwyczaj wiedziałem, że sam chciałbym coś przeczytać, a tego jakoś nie znajdowałem. Jednym z najśmielszych pomysłów była taka powieść – jakby tu ją nazwać? – co by było, gdyby. Mogłaby nawet mieć właśnie taki tytuł. Bo co by było, gdyby na przykład czarne było białe? A co by było, gdyby prawo było na lewo, a lewo po prawo? A co, jeśli prawem byłoby bezprawie, a bezprawne byłoby prawo? A jeśli zima byłaby wiosną, a lato jesienią? (coś podobnego zresztą już można nawet zauważyć w przyrodzie). A gdyby okrzyknięty najgorszym reżyserem świata Edward Wood Jr. był najlepszy, a weźmy taki Orson Welles najgorszy? A gdyby Janis Joplin nie zaćpała się na śmierć? – czy śpiewałaby teraz nudne piosenki w symfonicznych aranżacjach jak te wszystkie dinozaury rocka, które zdołały przeżyć? A co, gdyby Izrael był Palestyną albo nie byłoby ich nigdy i w ogóle nie byłoby idei Boga i religii – czy bylibyśmy wtedy zwierzętami? A gdyby Polska była Anglią, a Niemcy Rosją, to kto z kim walczyłby w II wojnie światowej i czy w ogóle II wojna byłaby drugą, a nie na przykład trzecią? A co, gdyby po polsku mówili niemal wszyscy na świecie i polski przemysł muzyczny byłby tak gigantyczny jak dzisiaj ten brytyjski? Cały świat mógłby wtedy śpiewać piosenkę Warszawa T.love, bo stolica Polski byłaby wszędzie znana bardziej niż Nowy Jork. Wyobrażacie to sobie? Pieprzony Żoliborz byłby kojarzony bardziej niż Manhattan lub Brooklyn! Żoliborz byłby na ustach całego świata! A co by było, gdyby król Waza nie przeniósł stolicy do Warszawy? Nie powstałaby potem taka jedna piosenka o nieprzenoszeniu stolicy do Krakowa, ale ta o Brackiej zapewne by powstała i zaśpiewałby ją Turnau, gdyby się rzeczywiście urodził i gdyby w Krakowie padał deszcz na tej Brackiej. A czy, gdyby język polski był taki superświatowy jak teraz angielski, to czy ta krakowska Bracka byłaby równie znana jak np. Oxford Street? I czy taka Edyta Górniak zrobiłaby wtedy tę upragnioną światową karierę, bo nie musiałaby silić się na anglojęzyczne albumy? I dajmy na to taka Mariah Carey lub inna Lady Gaga musiałyby uczyć się języka polskiego, aby zrobić światową karierę? Trudno w to uwierzyć, nie? Wiem, ale spróbujcie! I pójdźmy w tych fantazjach jeszcze dalej. Bo co, jeśli Łódź byłaby nie polskim, a ogólnoświatowym Hollywood i to właśnie tu kręciłyby swoje filmy sławy z całego świata. Za to Hollywood, czyli dzielnica Los Angeles, znane byłoby nie jako fabryka snów, ale za to z fabryki czekolady, bo Wedel właśnie tam by mieszkał i produkował słodkie smakołyki? I co gdyby fast foodem, znanym bardziej niż taki McDonald’s lub Burger King, był polski Bar Mleczny? Może wtedy uratowalibyśmy Amerykę i nie tylko Amerykę przed zatrważającym tyciem społeczeństwa przyzwyczajonego do jedzenia szybko i niezdrowo? A co by było, gdyby to Ziemia stała, Słońce krążyło wokół niej, a Kopernik rzeczywiście był kobietą, jak niektórzy twierdzą w filmach, a może i w rzeczywistości? A co musiałoby się stać, aby Hitler z malarza pocztówek stał się sławnym artystą, a nie Hitlerem jakiego poznał cały świat? A jeśli nigdy by nie wynaleziono kasety wideo, to czy kino klasy B i C by się tak rozwinęło? I gdyby nie było lat osiemdziesiątych, tylko po siedemdziesiątych od razu dziewięćdziesiąte? Czy nie byłoby wtedy epidemii AIDS, zamachu na Jana Pawła II, masakry na placu Tiananmen i stylu muzycznego new romantic?
A co by było, gdyby jednak te lata osiemdziesiąte sobie były, gdyby jednak zabito Grzegorza Przemyka, gdyby odbyła się II pielgrzymka naszego kochanego papieża do Polski i gdyby był ten pokojowy Nobel dla Wałęsy. Niech będzie właściwie tak jak było – wszystko niech pozostanie bez zmian. Zmodyfikujmy tylko jeden niby nieistotny dla przebiegu historii powszechnej szczegół. A mianowicie niech ten bohater stojący na czele strajku w Stoczni Gdańskiej nie ma żony Danuty i niech będzie homoseksualistą. Umówmy się, że Danuta nigdy nie istniała, a więc nie narodziło się żadne z ośmiorga dzieci Wałęsów – wiem, że to smutne, ale Maria Wiktoria nie wkroczyła nigdy na salony Warszawy. To, że Lech Wałęsa jest homo, nie okazałoby się tak od razu, ale na przykład na takiej ceremonii w Oslo 10 grudnia 1983 roku, gdzie zamiast żony Danuty pojawiłby się lekko przegięty, ale przeuroczy Zdzisław X. lub inny Marian Y. i z wielkim wzruszeniem i zaangażowaniem podziękowałby za wsparcie tak ważnym odznaczeniem polskiej opozycji w pokojowej walce o wolność w sferze politycznej i publicznej, która jest także walką o wolność w przestrzeni prywatnej, osobistej, a nawet seksualnej. I na koniec swojego emocjonalnego wystąpienia krzyknąłby: „Lechu! I love you! Peace and love for everyone!”. Może trochę to rzewne, ale jakże filmowe, piękne i podnoszące na duchu. Wszystkie poważne i mniej poważne dzienniki na całym świecie by to cytowały na swych pierwszych stronach, wszystkie telewizje mówiłyby o polskim bojowniku o prawa wykluczonych politycznie i prywatnie, no i wszędzie pokazywano by zdjęcia Wałęsy ze Zdziśkiem czy Marianem, którego do tej pory uznawano jedynie za tajemniczego działacza Solidarności, bo tylko najbliżsi przyjaciele Wałęsy wiedzieli, że to jego ukochany.
I załóżmy, że Wałęsa okazałby się takim ciotowskim Dalajlamą, Martinem Lutherem Kingiem, Mahatmą Gandhim, Nelsonem Mandelą, a do tego polskim Harveyem Milkiem – wszyscy ci wielcy ludzie spotkaliby się w jednym Lechu Wałęsie, walczącym nie tylko o prawa homoseksualistów, ale przede wszystkim o prawa całego społeczeństwa. Czy Wałęsa odniósłby wtedy taki sukces polityczny? Czy jako jawny homoseksualista walczący z komunistycznym ustrojem mógłby stać się ikoną walki o wolność w ogóle? Mógłby. Przypuśćmy, że niemal wszyscy by go pokochali i zaakceptowali, że każdy podziwiałby jego hardość ducha i niestereotypowość nawet w wyglądzie, bo dotychczas homoseksualistę prezentowano w przedstawieniach filmowych jedynie przez zniewieściałych podstarzałych elegancików lub zmanierowane nieszczęśliwe cioty, choć właściwie to przecież jedno i to samo. On byłby zaprzeczeniem ciotki fryzjerki lub rozwrzeszczanej przegiętej drama queen. Wałęsa byłby prawdziwie męskim wcieleniem homoseksualisty, który może być prostym robotnikiem i jednocześnie szczerym niezakłamanym facetem, mającym szacunek do każdej odmienności, a także do tzw. normalności. Mówiąc o nim „pederasta” zniknąłby ten podejrzany ton, ten niesmak i lekceważenie, to obrzydzenie, że on ten tego z drugim facetem i to tam, gdzie słońce nie dochodzi. Akcja „Hiacynt” nie byłaby kryptonimem, represyjnym działaniem naznaczającym środowisko homoseksualne pod pozorem jego kryminogenności, a wymyślonym przez samego Wałęsę corocznym świętem przypinania sobie w widocznym miejscu właśnie kwiatu hiacynta, ażeby zaprezentować swoją dumę z bycia osobą homo-, bi-, trans- bądź jakkolwiekseksualną albo aby zademonstrować swoją solidarność z osobami tych przeróżnych orientacji.
I nawet papież Jan Paweł II w trakcie trzeciej pielgrzymki do Polski w roku 1987 spotkałby się z naszym laureatem Pokojowej Nagrody Nobla i z jego partnerem Zdziśkiem lub Marianem w ich domu w Gdańsku i parze wręczyłby piękny bukiet różowych i fioletowych hiacyntów. A po tym spotkaniu, ukontentowany głębią i szczerością uczucia dwóch mężczyzn, wszędzie na świecie – na początku nieśmiało, ale jednak – nawoływałby do poszanowania godności każdego człowieka, której nieodłączną częścią jest również jego orientacja seksualna. Nakłaniałby do zerwania z zakłamaniem w tych kwestiach czyniącym więcej zła niż dobra i będącym swoistą ślepą uliczką, a właściwie zamkniętym kołem udręczenia nie tylko siebie, ale i niewinnych dzieci i małżonków, a jego postępowe poglądy spowodowałyby niemałe zamieszanie w Watykanie, które jednak przycichłoby z powodu rozliczeń wszelkich afer pedofilskich w całym Kościele Katolickim. Na fali tej poniekąd apoteozy homoseksualizmu i realizowania własnej seksualności w granicach poszanowania godności drugiego człowieka, Lech Wałęsa zdobywałby coraz większe poparcie społeczne, a Jaruzelski i Moskwa coraz bardziej musieliby liczyć się z powstaniem realnej politycznej siły. Po jakimś czasie wyszłoby na jaw, że prywatnie Wałęsa i jego partner, na wzór koleżanki Lecha, Henryki Krzywonos, przy swoim domowym okrągłym stole spożywali śniadania, obiady i kolacje z gromadką osieroconych dzieci, a Zdzisiek czy Marian nie miałby nigdy żadnego powodu, aby pisać szczerą biografię ujawniającą kilka niechlubnych szczegółów z życia swojego partnera Lecha, do którego osierocone dzieci krzyczały „tato”, choć on w rzeczywistości nigdy ich biologicznym ojcem nie był. Ale cóż to była za więź! – taki patriarchat nie miał w sobie żadnego negatywnego ciężaru, a za to miał coś równie pięknego i głębokiego jak macierzyństwo. I czy Wałęsa zostałby wtedy prezydentem 40–milionowego kraju? Czy jako nieukrywający swojej orientacji pedał mógłby zostać obdarzony zaufaniem heteronormatywnego społeczeństwa? A przypuśćmy, że właśnie tak by się stało, bo Polacy podziwialiby Lecha i jego partnera tak samo jak angielskie społeczeństwo podziwiało księcia Karola i księżnę Dianę. I że Polska byłaby wtedy taką postępową Szwecją lub Danią i zaraz po tych krajach, bo już w 1996 roku, w polskim parlamencie uchwalono by ustawy o zakazie stosowania mowy nienawiści, wprowadzono by związki partnerskie z możliwością adopcji dzieci, i nikt nie patrzyłby na geja lub lesbijkę jak na zwyrodniałe, zdegenerowane dziwadło. To właśnie Wałęsa wraz ze swoim partnerem Marianem lub Zdziśkiem zawarłby pierwszy, historyczny związek partnerski i nareszcie oficjalnie pozwolono by im adoptować garstkę dzieci, którą i tak opiekowali się już od jakiegoś czasu. Ceremonię zawarcia ich związku transmitowałyby telewizje na całym świecie, bo nigdy nikt na tak wysokim państwowym stanowisku nie był wyoutowanym gejem. Polska para prezydencka stałaby się patronem niemal wszystkich parad równości wszędzie na świecie, a wizerunek Lecha i Mariana lub Zdziśka byłby tak samo rozpoznawalnym znakiem towarowym jak twarze Che Guevary lub Marilyn Monroe, czego dodatkowym potwierdzeniem byłoby odnalezienie gdzieś w amerykańskiej prywatnej kolekcji nieznanego obrazu Andy’ego Warhola, namalowanego jakoś niedługo przed śmiercią króla popartu w 1987 roku, przedstawiającego Lecha Wałęsę w podobny sposób, w jaki Warhol przedstawił wspomnianą Monroe oraz Bardotkę, Elvisa czy Marlona Brando.
Prezydent Wałęsa, korzystając z autorytetu, jakim darzył go cały świat, stałby się mediatorem w stronach konfliktu bałkańskiego, przyczyniając się do niemal bezkrwawego i szybkiego go rozwiązania już w 1992 roku. W kraju prezydent, zawiązując z rządem tzw. Koalicję Rozwagi, zdobyłby jeszcze większe poparcie społeczne i będąc na fali sukcesów gospodarczych i politycznych, w cuglach wygrałby z Aleksandrem Kwaśniewskim wybory w 1995 roku i rządziłby drugą kadencję. FSO wykupione przez koncern General Motors produkowałoby nowoczesne polonezy i polskie fiaty z sukcesami konkurujące z czeską skodą i eksportowane do całej Europy, a nawet dalej. W rządzie powstałoby Ministerstwo Równości ostro reagujące na jakiekolwiek akty dyskryminacji ze względu na płeć, religię, seksualność, kolor skóry, status materialny i pochodzenie. Przepełnione domy dziecka stałyby się niemal puste i przekształcane w świetlice, bo mnóstwo monogamicznych par gejowskich i lesbijskich przejęłoby opiekę nad dziećmi, które z jakichś powodów chciane nie były lub w innych okolicznościach straciły biologicznych rodziców. I to Wałęsa wprowadziłby Polskę do Unii Europejskiej już w 1997 roku, podpisując Traktat Amsterdamski. I nawet Euro 2012 odbyłoby się już w Polsce 12 lat wcześniej.
Ja wiem, że to wszystko to niezłe science-fiction, ale wyobraźmy sobie, że to prawda: że na ulicy można by iść pod rękę z kim się chce; że ksiądz, wiedząc o tobie, kłaniałby się i odpowiadał na twoje „dzień dobry” i „do widzenia”; że stanowiska pełnomocnika rządu do spraw równego traktowania nie objęłaby nigdy taka niekompetentna i dyskryminująca Elżbieta Radziszewska; że sąsiad w czasie słyszalnego zza ściany kryzysu z żoną pytałby ciebie – geja – jak ty to robisz, że tyle lat żyjesz w szczęśliwym związku; że dla dzieci i dorosłych naturalne i normalne byłoby to, że można mieć dwóch wujków lub dwie ciocie, a nawet dwie mamusie lub dwóch tatusiów; że orientacja seksualna nie stałaby na przeszkodzie twojej karierze; że na romantycznej lub nawet nieromantycznej, a zwyczajnie zwykłej kolacji w restauracji nie trzeba by się zastanawiać, czy jak się złapiemy za ręce i – nie daj boże! – pocałujemy, to dostaniemy od kogoś w ryja lub wzbudzimy niepotrzebne zainteresowanie; i że jak przy sklepowej kasie jeden do drugiego powie: „misiu, weźmy jeszcze to”, to nie będzie to żadna tam demonstracja, afiszowanie się, promocja homoseksualizmu ani żaden akt niesamowitej odwagi. A Lech Wałęsa ze swoją Matką Boską Częstochowską wpiętą w klapie i ze swoją pierwszą damą Marianem czy Zdziśkiem byliby ciągle na okładkach poczytnych magazynów, wygrywaliby plebiscyty jako para roku, staliby się ikonami stylu, wypowiadaliby się na tematy poważne i mniej poważne, ale każdy liczyłby się z ich zdaniem, a dzięki nim Polska – nareszcie zasłużenie – byłaby ostoją tolerancji i przykładem dla innych krajów, bo z powodu bliskich, zażyłych i bardzo serdecznych kontaktów z prezydentem Wałęsą i z powodu sympatii naszego Papieża nawet nasz Kościół Katolicki, jako jeden z pierwszych na świecie, nie wtrącałby się w związki seksualne swoich wiernych, a zajmowałby się jedynie ich wiarą.
Na politycznej emeryturze Lech Wałęsa kontynuowałby swoją pacyfistyczną misję mediacji w konfliktach na Bliskim Wschodzie i w Afryce oraz nareszcie miałby czas, aby uczęszczać na zajęcia z gender studies, a na Wydziale Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Gdańskiego prowadzić zajęcia z pokojowych technik negocjacji. Na świecie na równi z gejowską tęczową flagą symbolem homoseksualistów stałyby się słynne wałęsowe wąsy, których urok przekabaciłby nawet zaciekłą i jakże do pewnego momentu nieprzejednaną w swoim stosunku do par jednopłciowych instytucję kościelną. W 2003 roku Wałęsa jako światowej sławy pacyfista, propagator praw człowieka i bojownik o wolność, na łamach tygodnika Time wyznałby, że niestety Nobel kojarzył mu się za bardzo z twórcą i wynalazcą laski dynamitu i w związku z tym po cichu wnioskował do Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk i do Norweskiego Komitetu Noblowskiego o zmianę nazwy nagrody – zwłaszcza tej pokojowej przyznawanej w Oslo. Odrzucenie tego pomysłu sam uznał za słuszne posunięcie ze strony gremiów, przyznając się do swojej małostkowości i zbytniego idealizmu, niemającego niestety przełożenia na faktyczny stan biegu rzeczy, zaznaczając zresztą, iż Alfred Nobel ufundował nagrodę jakby z powodu wyrzutów sumienia za to, że wynaleziony przez niego dynamit przyczynił się do śmierci tak wielu osób i w ten sposób chciał jakoś zadośćuczynić swojemu feralnemu wynalazkowi. Wałęsa przyznałby się do swojej niewiedzy na ten temat i przeprosiłby za nią. Dodatkowo opowiedziałby dziennikarzowi o zawiązującej się koalicji państw, na której czele stoi on sam, na rzecz mediacji w Korei Północnej z Kim Dzong Ilem. Zachwytów nie byłoby końca, że ten Wałęsa to taki prawdziwy obywatel świata. Korea wkrótce otworzyłaby granice, a na szczycie G15 Wałęsa wywalczyłby wielkie dotacje wspomagające rozwój biednego koreańskiego społeczeństwa. I to dzięki naszemu prezydentowi ludzie zewsząd mówiliby o postępowym polskim społeczeństwie, a homoseksualiści traktowaliby nasz kraj jako raj i osiedlaliby się tu lub pielgrzymowali do nas niczym do ziemi obiecanej, a jakiś zdolny polski pisarz napisałby od razu po polsku i angielsku epopeję Ziemia obiecana 2 i zgarnąłby Nike, Paszport Polityki, Nobla, Bookera, Pulitzera i wszystkie pomniejsze literackie nagrody. W roku 2008 były już prezydent Wałęsa wydałby autobiografię pod tytułem Droga do prawdy, której dużą część poświęciłby na opisanie drogi do samoświadomości i samoakceptacji: jak odkrył swoją orientację seksualną, jakie były jego pierwsze poszukiwania osób podobnych do niego; jak wyglądały pikiety Gdańska i Warszawy; jak na jego homoseksualizm reagowali koledzy, środowisko pracownicze i polityczne oraz rodzina; a także jak Wałęsa poznał swojego partnera. Jeden z rozdziałów byłby także o trudnej z pozoru do pogodzenia z jego orientacją wierze chrześcijańskiej. Ale tylko z pozoru, bo Wałęsa niczym anglikański biskup Desmond Tutu, przeciwnik apartheidu i aktywny działacz na rzecz zrównania praw hetero- i homoseksualistów, zresztą także laureat pokojowego Nobla, nie widziałby problemu w pogodzeniu tych niby sprzecznych porządków.
I wtedy na pewno również i inni politycy (pójdźmy już po bandzie w tej political-fiction) wyszliby z szafy i nie trzeba by było czekać tyle lat na żaden ruch ze strony Janusza Palikota, który dopiero w 2011 roku do sejmu wprowadził pierwszego otwartego geja Roberta Biedronia oraz pierwszą transseksualną Annę Grodzką, która zresztą po korekcie płci nie jest już transseksualna, a jest po prostu kobietą, o czym wielu z nas zapomina. Gdyby tak było, to oni nie byliby pierwsi, bo za prezydentem Wałęsą ze swoim wyznaniem poszedłby na przykład taki Jarosław Kaczyński albo Radosław Sikorski lub inny polityk ich pokroju i już nigdy nie musieliby mieszkać tylko z mamą i kotem lub ukrywać się dla niepoznaki pod przykrywką w postaci żony i szczęśliwej gromadki dzieci, jak przystało na moralnych obywateli katolickiej Polski. I wtedy ani taki Jarosław, ani jego brat bliźniak Lech, nie skłóciliby się z prezydentem Wałęsą i nigdy nie pojawiłby się samozwańczy Jarosław okrzyknięty przez tłum swych wyznawców Jarosław Polskęzbaw; i w Polsce – o zgrozo! i o Matko-Bosko-czemu-nas-od-tego-nie-chronisz! – odbywałyby się największe marsze równości w Europie; i nigdy nie byłoby ponownej wielkiej emigracji na zachód, za to byłaby wielka imigracja; i moher byłby jedynie przyjemnym w dotyku rodzajem wełny i nie stałby się żadnym symbolem, a już na pewno niczyich politycznych przekonań; i w ogóle nie byłoby potrzeby budowania IV Rzeczypospolitej, bo III radziłaby sobie świetnie zgodnie z powiedzeniem, że do trzech razy sztuka. A Roman Giertych, Antoni Macierewicz i Zbigniew Ziobro zawsze poruszaliby się jedynie na marginesie polityki i nikt nawet nie wiedziałby, że Andrzej Lepper zmarł w tajemniczych okolicznościach, tak samo jak nikt poza jego bliskimi by nie wiedział, że kiedykolwiek się urodził w okolicznościach całkowicie niewybiegających poza schemat.
Mało tego – po prezydencie Wałęsie na najwyższy urząd w państwie wybrany by został jego bliski przyjaciel Lech Kaczyński – oaza spokoju i życzliwości – i kontynuowałby jego politykę równowagi, rozwagi i poszanowania dla każdego obywatela. A jeśliby nie było tych wszystkich awantur, wrogości i politycznych „przystawek” udowadniających, że w polityce nie ma mowy o żadnym honorze, a jest jedynie układ, to i nie byłoby katastrofy w Smoleńsku, nie byłoby tak wielkich różnic pomiędzy pierwszą Solidarnością i Solidarnymi 2010 i wszyscy żyliby długo i szczęśliwie, choć w historii każdego, nawet najbardziej otwartego i spokojnego państwa, może się zdarzyć wyspa Utoya i ksenofob terrorysta podobny do Andersa Breivika, który z dnia na dzień zapisuje się w historii świata i ma swoją stronę w Wikipedii, choć nie osiągnął niczego godnego podziwu, a wręcz przeciwnie, więc, prosimy cię, strzeż nas Panie Wszechmogący lub Inna Siło, od takiego szaleńca! I wysłuchaj nas, Panie! Amen!
I gdyby było tak cudownie i tolerancyjnie, to Jarosław Kaczyński nawet jako prawicowiec i nacjonalista, prezentowałby wyższy poziom w dyskusji o innych i obcych i nie poprzedziłoby tego żadne cudowne wyrośnięcie gruszek na żadnej przydrożnej wierzbie obiegające cały świat z prędkością telewizyjnego newsa. Chociaż niektórym trudno w to uwierzyć, to jest sporo prawicowych gejów katolików, więc i sam Kaczyński nadal mógłby być – zresztą jak jego przyjaciel Wałęsa – katolikiem wierzącym, że bycie gejem to nie żadna kara, a po prostu tak nas stwarza sam Bóg w Trójcy jedyny i prawdziwy i nawet z czysto statystycznych powodów geje muszą znajdować się także wśród polityków i katolików. Byłby zmuszony również twierdzić, że gejowskie związki nie zagrażają w żaden sposób tradycyjnej rodzinie, bo w niby w jaki, skoro do homoseksualności nikogo zmusić nie można. A taki Korwin-Mikke nie mógłby bezkarnie bredzić tych swoich bredni i jawnie nawoływać do nienawiści, bo już dawno działałaby ustawa penalizująca takie czyny w sposób zdecydowany, więc swoje chore farmazony miałby szansę wykrzykiwać tylko do garstki ludzi sfrustrowanych tak jak on, robiąc to w trakcie zamkniętych mitingów gdzieś w wynajętych salkach na przedmieściach miast. Potem zresztą zostałby schwytany w udaremnionym ataku na eksprezydenta Wałęsę, otwierającego jako honorowy gość wielką paradę Europride w 2010 roku w Warszawie. Mikke skończyłby w więzieniu, odsiadując dożywocie, choć jego nienawiść kwalifikowałaby się dla wielu na zamknięty psychiatryk, bo takie chorobliwe i toksyczno-niszczycielskie uczucie, które po imieniu trzeba nazwać terroryzmem, trudno nieraz zakwalifikować jako poczytalność.
I jeśli Solidarność byłaby ruchem walczącym także o wolność seksualną, to na pewno wcześniej nastąpiłby wykwit kulturalny w postaci bezkompromisowych i bezpruderyjnych książek, filmów, przedstawień teatralnych. Może wtedy o wiele wcześniej profesor Michał Głowiński i profesor Maria Janion przyznaliby się, że są homoseksualni i także o wiele wcześniej powstałoby takie Lubiewo, a jego autor, czyli nasza Michaśka, stałby się takim celebrytą i wieszczem narodowym, że tańczyłby już w pierwszej edycji Tańca z gwiazdami z samym Rafałem Maserakiem, albo lepiej: Cezarym Olszewskim, i nie musiałby podgrzewać atmosfery wokół własnej osoby śmiesznym poniekąd i zmyślonym romansem z Tomaszem Jacykowem (aka Pajacyków), który być może nie byłby nawet nikim znanym na tle tych wszystkich jeszcze bardziej ekstrawaganckich i wyszczekanych ciotek stylistek. I w ogóle więcej byłoby takich Musiałów, Pankowskich i Nasierowskich, a później Szczygielskich i Żurawieckich, i byliby bardziej doceniani, poczytni oraz medialni, choć w sumie kto to wie, którzy z nich osiągnęliby sukces, skoro byłaby też większa konkurencja. Niestety wielość autorów musiałaby skutkować większą ilością takich koszmarnych Mikołajów Milcke (koszmar nr 1, czyli Gej w wielkim mieście) i Dariuszów Chęcińskich (koszmar nr 2 jeszcze koszmarniejszy od nru 1, czyli jakże pruderyjna wbrew tytułowi Bezpruderyjna pogoń za miłością), ale co zrobić? – takie są prawa wolnego rynku w czasach konsumpcyjnych, że nawet gniot może odnieść sukces. I pewnie już dawno przetłumaczono by na polski tych mnóstwo powieści, które póki co do dostania są tylko gdzieś na amazonie lub eBay’u i w dodatku tylko w obcych językach – a nie każdy przecież jest poliglotą, nawet wśród tak wykształconych obywateli jak geje-ciotki-pederastki. Może społeczeństwo zaczytywałoby się wtedy Reinaldo Arenasem, Hervé’m Guibertem, Jeanem Cocteau, Gerardem Revem lub Larrym Kramerem, a Zuch Edmunda White’a byłby nawet obowiązkową lekturą szkolną już dla gimnazjalistów. I być może w ramach reformy oświaty dość szybko, już w podstawówce i gimnazjum, wprowadzono by lekcje wychowania seksualnego, tłumacząc wszystkim uczniom, że orientacji psychoseksualnej się nie wybiera i nie jest ona niczym złym, choćby i odbiegała od tej większościowej. Może powieści Tadeusza Olszewskiego Zatoka ostów i Witolda Jabłońskiego Kochanek Czerwonej Gwiazdy wyszłyby w druku z jakieś 20 lat wcześniej, choć nie wiadomo, czy przebiłyby się na rynku księgarskim, gdzie pedalskich książek byłoby w brud. I wreszcie może i polskie kino byłoby pełne gejowskich i lesbijskich wątków (nie tylko takich, że w jakiejś scenie biją lub naśmiewają się z pedała), a nawet prezentowałoby homoseksualnych głównych bohaterów. Może mielibyśmy swojego Almodóvara, Ozpetka lub Van Santa sławnego na całą Europę i świat, bo zgarniającego Oscary i inne Złote Lwy. I kto wie? – może nawet heteroseksualni reżyserzy kręciliby arcydzieła na miarę Brokeback Mountain, a niedługo po otrzymaniu honorowego Oscara za całokształt twórczości Andrzej Wajda zrobiłby film na podstawie scenariusza napisanego wraz z Agnieszką Holland o Wałęsie i odniósłby on większy sukces na świecie niż Obywatel Milk Gusa Van Santa. Sam Wajda dostałby nareszcie – całkowicie zasłużenie – Oscara nie za całokształt, a za najlepszy film nieanglojęzyczny. To byłoby coś…
A wśród gwiazd muzycznej sceny mielibyśmy też głośne coming-outy – na przykład ktoś pokroju Artura Rojka z Myslovitz powiedziałby niczym Michael Stipe z R.E.M., że jest w związku z mężczyzną, a na przykład taka Kayah wyznałaby, że kiedyś zakochała się w kobiecie i była z nią w trzyletniej relacji, choć obecnie jest w związku z mężczyzną i jest megaszczęśliwa. I nie byłyby to żadne wielkie wyznania i przyznania się jak do jakiejś winy. I każdy wiedziałby, że jego sąsiad, kolega ze szkolnej ławki, nauczyciel biologii, mechanik lub sprzedawca w sklepie spożywczym są gejami, a instruktorka jogi, fryzjerka, pani w mięsnym, znana polityczka lub dziennikarka albo własna córka są lesbijkami. I nikt nie odwracałby się od nikogo po wyznaniu tej strasznej prawdy, bo nie byłoby to żadną straszną prawdą, tak jak żadną straszną prawdą nie jest bycie heteroseksualistą, do czego zresztą przyznawać się nie trzeba, bo to się zakłada tak po prostu z założenia. I żadna matka nie wstydziłaby się powiedzieć, że jej syn lub córka jest homo. I byłoby tak dobrze, że aż trochę nudno. Geje i lesbijki mieliby nad polskim morzem swoje własne miasteczko Sitges, a w Warszawie i innych miastach mieliby swoje dzielnice Castro lub Soho, ale poza nimi też czuliby się bezpiecznie i w pełni akceptowalni. No i żyć nie umierać, bo życie jak w Madrycie.
Ale w tej mojej utopii nie zatraciłyby się proporcje – nie chodzi mi o to, aby społeczeństwo na siłę zgejowić, spedalić, zlesbijczyć i squeerować. To zrobił już Anthony Burgees (ten od Mechanicznej pomarańczy) w swoim Rozpustnym nasieniu, pokazując, jakim jest homofobem, bo swoje „co by było, gdyby” wyposażył w przerażające znamiona niebezpiecznej groteski oraz obraźliwego i krzywdzącego wyolbrzymienia. On odwrócił proporcje, co już samo w sobie było niebezpiecznie fantastyczne, aby nie powiedzieć głupie. Chciał ostrzec przed światem zmierzającym niebezpiecznie w kierunku pełnej tolerancji dla odmienności seksualnej. Mi bardziej chodziłoby jedynie o danie historii – i szczególnie Polsce – impulsu do zmiany patrzenia na innego reprezentowanego przez bohatera geja, do oswojenia inności poprzez przybliżenie jej w taki ludzki sposób – że nie jesteś jakimś tam typowym czy stereotypowym przedstawicielem grupy: nie jesteś zakompleksionym czarnym charakterem z problemami psychicznymi; nie jesteś godnym współczucia i pożałowania człowieczkiem, którego bozia pokarała chorym pociągiem do przedstawiciela tej samej płci; nie jesteś śmiechu wartym pośmiewiskiem, niedojdą, chodzącym qui pro quo, co to ma połamane nadgarstki; i nie jesteś puszczalskim, chorym w dodatku na AIDS i zasłużenie leżącym na łożu śmierci. To znaczy możesz taki być, możesz być kim chcesz, ale skoro tak, to możesz być także szczęśliwym człowiekiem, spełnionym, zadowolonym z siebie, możesz mieć przyjaciół, być podziwiany, żyć, nikomu nie wadząc tylko dlatego, że nie realizujesz się w modelu tradycyjnej rodziny jak przystało na prawdziwego Polaka katolika. I w tym moim świecie taki stereotyp nieszczęśliwego i zboczonego pederasty powoli odchodzi do lamusa. Dokładnie tak jak wszyscy hetero możesz być szczęśliwy lub nie. W moim Co by było, gdyby nie chodziłoby o wywrócenie świata do góry nogami, nie wzrosłaby faktyczna liczba homoseksualistów, a jedynie ilość tych, którzy otwarcie o tym mówią, bo nie byłoby się czego obawiać. Najważniejsze byłoby nakreślenie takiej sytuacji, w której Polska poszłaby w nieco innym kierunku i to za sprawą orientacji seksualnej jednej jedynej osoby – niby nieistotny szczegół, a jakże jednak potrafiący wpłynąć na bieg historii. To byłby taki impuls. Bo bohater narodowy ma faceta, bo pokazuje się z nim na politycznych wiecach, bo to, co prywatne może być publiczne, bo jest męski mimo swojego pedalstwa, a jego partner, mimo zgięcia nadgarstków i obcisłej koszulki i w ogóle kiczowatego entourage’u, nie wzbudza uśmiechu ani zażenowania, bo solidarność oznacza też walkę o wolność bycia sobą. I wreszcie – bo Lechu&Zdziś-albo-Marian mogą być sobą i się nie ukrywać. Bo są forpocztą – a wraz z nimi cała Polska w skali światowej – walki o szeroko rozumiane równość i wolność. Jakże to piękne i wzruszające.
No i zacząłem nawet to pisać, i pierwsze zdanie brzmiało: „Godzinami wałęsał się, zastanawiając się, co zrobić”. Pisało się łatwo i jakże przyjemnie, bo aż gęba sama się cieszyła do tych zmyślonych wydarzeń, którym tak niewiarygodnie daleko było do tego rzeczywistego jadu, który z telewizora i nie tylko wylewał się każdego dnia od rana do wieczora. W międzyczasie pisania oczywiście czytałem te coraz częściej pojawiające się gejowskie książki, z których tylko niektóre miały coś sensownego do przekazania. Zaraz po premierze zacząłem czytać New romantic Michała Zygmunta, bo naczytałem się gdzieś w gazetach i internecie, że to taka polityczna, groteskowa i futurystyczna fikcja na temat proletariacko-gejowskiej walki zbrojnej o równouprawnienie w Polsce. Gdy dotarłem do 118. strony, a dotarłem po ponad godzinie, bo czytało się niezwykle przyjemnie, to aż zadrżało mi serce. Zobaczyłem wycapslockowany tytuł: „GEJOWSKI WAŁĘSA”. Nie! Tylko nie to!, pomyślałem. Ktoś już to wymyślił i napisał przede mną – ten straszny Michał, i w dodatku jeszcze straszniejszy Zygmunt, który jakby chce ukryć gdzieś swoje nazwisko, podając jedynie dwa imiona. Może dlatego, że wie, że popełnił plagiat moich myśli!? Złodziej jeden, chce się ukryć, zakamuflować! Gdzie jesteś, Zygmuncie Michale, gdzie się ukrywasz, złodzieju moich pomysłów? Wyzywam cię na pojedynek! Właściwie to już tuż przed przewróceniem kartki na tę 118. stronę miałem książkę odłożyć do jutra, bo było już późno, spać się chciało, a Marcin słodko chrapał tuż obok, zachęcając do wtulenia się w jego przyjemnie ciepłe, chociaż rozkryte, ciało, ale gdy zobaczyłem ten krzyczący śródtytuł, nie było nawet mowy, abym przestał czytać. Dość szybko wyjaśniło się, że w pomyśle dwuimiennego autora bez nazwiska Wałęsa gejem nie był, a jedynie miał swój gejowski odpowiednik wśród opozycjonistów działających w Solidarności. Uff, odetchnąłem z ulgą. I czytałem dalej, w myślach przepraszając pana Michała Zygmunta za złe myśli, za brzydkie podejrzenia, za czepianie się nazwiska, które jest imieniem, przypominając sobie, że przecież sam znam dziewczynę, która na imię ma Marta, a na nazwisko Magda albo jakoś na odwrót, więc takie nazwiska imienne się po prostu zdarzają.
Książkę Zygmunta – ha ha, trochę to jednak śmieszne, panie Michale, bo przecież po nazwisku to po pysku, a tu pana nazwisko, panie Zygmunt, to imię – a więc tę książkę doczytałem następnego dnia, jadąc tramwajem w pozycji na bluszcz oplatający pionową poręcz niczym drzewo, a w trakcie czytania jedna ze współpasażerek, patrząc na okładkę, na której jeden z Kaczyńskich był na celowniku (nie wiem, który, bo nigdy nie potrafiłem ich rozróżnić), syknęła: „A ta dzisiejsza młodzież to dopiero! Co to za książki czyta zamiast Bogarodzicy i Roty?”, a na dokładkę posłała mi wymowne spojrzenie, wyglądające niemal jak splunięcie, a mówiące na domiar coś w ten deseń: „A niech cię Bozia pokara za tą nienawiść do naszego prezesa” (mówi się „tę”, pomyślałem) albo „Jak dojdziemy do władzy, to pójdziesz siedzieć, inteligenciku, za ten swój bez powodu uśmieszek na tej parszywej gębie, za to nieprzejmowanie się losami ojczyzny wyprzedawanej za bezcen, kłaniającej się w pas tej całej unii i Moskwie oraz za te wszystkie…, no, te wszystkie, no…, za to wszystko w ogóle, bo ty Boga nie masz w sercu, ty mierzysz do naszego wodza, ty zakało polskiego narodu, pedale jeden, ty, ty, żydzie niemyty!” (i czarnuchu, zapomniałaś dodać, pomyślałem, aby twój wróg był w trójcy jedyny i prawdziwy). I w tamtej właśnie chwili uświadomiłem sobie, że ta kobiecina byłaby świadkiem, a jako kobieta to właściwie świadkową, tego, co w świecie przedstawionym mojej książki byłoby dla niej pewnie rzeczywistością kompletnie, całkowicie, zdecydowanie, zupełnie, dokumentnie i absolutnie nie-do-za-a-kce-pto-wa-nia. I jako świadkowa – nie, ona jako świadek, bo broniąc tradycyjnego porządku, wzbraniałaby się pewnie przed tymi żeńskimi formami wprowadzanymi przez feministyczną propagandę – a więc ona jako świadek tych przemian nie dałaby tak łatwo za wygraną, rozbiłaby namiot pod sejmem lub pod Ministerstwem Obrony Narodowej, bo to przecież zagrożenie dla zdrowia narodu (może więc pod Ministerstwem Zdrowia?), aby tacy niemoralni i nienormalni popaprańcy zdobywali tyle przywilejów im się za nic w świecie nienależących. Zwyrodniali, wyrodni w stosunku do tego, po co ich urodzono! Wynaturzeni, bo natura nie bez powodu wymyśliła prokreację! Za Chiny Ludowe!; tam też nie mają żadnych praw i jakoś żyją! I to w jakim zagęszczeniu! Ona nie przełknęłaby tak lekko geja Wałęsy, bo ona teraz przecież pewnie przełącza telewizor na sam widok Poniedziałka czy innego Piróga, a ci to przecież nawet nie reprezentują jej nigdzie wewnątrz ani na zewnątrz kraju, a takie negatywne emocje w niej wzbudzają, żeby użyć środka stylistycznego zwanego eufemizmem, bo gdyby chciało się zacytować jej własne myśli, to trzeba by napisać, że kurwica ją strzela na sam widok tych zboków i nóż w kieszeni się otwiera, którego chciałaby użyć natychmiast i poderżnąć im gardła na chwałę Polski Słusznie Pedalskiej Hegemonii Przyłbicę Stawiającej i stawiającej też opór tej mafii zwanej Homoseksualiści Wszystkich Krajów, Łączcie Się! Ona nie zagłosowałaby na tego pedała Wałęsę, tego pederastę, a tfu!, któremu te dzieci trzeba odebrać, bo przecież wszyscy pederaści to pedofile i jeden pies! Ona mierzyłaby do niego pomidorem, farbą, jakimś sprayem, przeterminowanym muchozolem zakupionym na zapas jeszcze w PRL-u – i to mierzyłaby prosto w oczy, a gdyby miała pozwolenie na broń palną lub miotającą, to i takimi by mierzyła, a nie tylko tą bronią tzw. białą prosto z blatu kuchennego wziętą. I nie tylko by mierzyła – ona nie zawahałaby się jej użyć, a jej myśl, aby zabić byłaby czysta i nieskalana żadnym zwątpieniem. No może troszkę przesadzam. Ale Boga i Szatana na nas by nasyłała – na nas bo my, pedały, to jesteśmy jedno wielkie zło i zakała tego świata. Bo „a niech ich wszystkie diabły, jeśli Bóg ich uzdrowić nie może”. I ku obronie ojczyzny i Boga, i ludzkiej przyzwoitości – modlitwa różańcowa za grzech sodomii wynagradzająca: I Ojcze nasz, i Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, i Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu! I strzeż mnie Panie Boże Wszechmogący ode złego! Amen!!!
No i takie buty! Taka reprezentantka narodu nie jest odosobniona w swojej zawiści. Trzeba powiedzieć nawet, że ona jest zwielokrotniona! I te kilkanaście lat temu jej świadomość miała podobne ograniczenia – nie zidiociała przecież na stare lata, a po prostu nosiła w sobie zawsze to zamiłowanie do spiskowej teorii dziejów, tę ciągłą frustrację, tę nienawiść do myślących inaczej (nie wspominając już o tych kochających inaczej) i to ślepe zamiłowanie do tradycji ponad wszystko, w której tradycyjnie nienawidzi się pedała, żyda, żółtka, ruska i czarnucha. I ona nie byłaby osamotniona w tej swojej zdecydowanej niezgodzie na tę całą chorą homoseksualną tęczową czy tam wałęsową rewolucję. Ona i jej podobni nie pozwoliliby na tę promocję homoseksualizmu; na ten wpływ homoseksualnego lobby na edukację; na ograniczenie wpływów Kościoła, który nie poddałby się za nic tej obrzydliwej skłonności; na ten bezwstydny przemarsz poglądów i zachowań, które nawet w czterech ścianach powinny być palone piekielnym ogniem, a co dopiero mówić o przemarszu publicznym, ulicznym i dumnym; na te szarganie świętości, jakimi jest związek kobiety i mężczyzny i służalczy stosunek tej pierwszej wobec tego drugiego, choć głośno i oficjalnie tego nie potwierdzą. Taka Polska Rzeczpospolita Choć Odrobinę Gejowska, Ciotowska, Pedalska, Homoseksualna, Transseksualna lub Genderowa byłaby niemożliwa i boleśnie, ale jakże prawdziwie jedynie fantastyczna, nigdy niewykonalna, nierealna, nieosiągalna, nieewentualna i całkowicie wykluczona, i nawet potencjalnie zawierająca tylko mały, wręcz malutki albo i maluteńki lub malusieńki potencjał – taki tyci tyci potencjalik – aby ten projekt hipotetyczny był zawsze tylko dopuszczalny i niezmiennie jedynie w trybie przypuszczającym i nigdy przenigdy się nie ziścił, na wieki wieków, znów amen.
I dopadł mnie smutek, bo ta pani to nie była żadna tam moherówa, nie widać było jej wiernopoddańczego stosunku do jedynego słusznego przyszłego przywódcy tego państwa, którego partia jakoś zawsze ze swoim około trzydziestoprocentowym poparciem ma możliwość burzenia, deptania, zawłaszczania, opluwania, stawiania krzyży, wskazywania palcem, kto jest z ZOMO, wykrzykiwania „hańba!” i promowania swojej własnej wersji historii i jedynej drogi do wiecznego zbawienia. Ona wyglądała całkiem zwyczajnie i może nawet byłaby skłonna do uśmiechu, gdybym sam nie podkręcił atmosfery tym Kaczyniakiem na celowniku na okładce tej trzymanej w mojej dłoni parszywej książki. To dlatego wyszła z niej pisowianka jak malowana – to ja ją do tego wyjścia zachęciłem i sprowokowałem. Gdyby nie ja, pewnie pojechałaby do domu, nie ujawniając swoich politycznych preferencji. I aż strach pomyśleć, ale takich samych jak ona jest o wiele wiele więcej – mają silną reprezentację w parlamencie. Na pierwszy rzut oka nie zdradzają się ze swoimi sympatiami i swoją frustracją, ale jak wybuchną, to pole rażenia jest horrendalne.
Ale zresztą ci niby bardziej światli i wyedukowani też nie są dużo lepsi. Może po prostu mają mniejszą śmiałość do mówienia rzeczy, które gdzie indziej już dawno są niepopularne i nawet zakazane lub po prostu nie do głoszenia publicznie – rzeczy niby nie do pomyślenia, które u nas chlapie się ozorem bez opamiętania. Oni tak naprawdę myślą tak samo, co widać w sejmowych głosowaniach i w ciągłym omijaniu szerokim łukiem niewygodnych spraw światopoglądowych. Bo aborcja?, in vitro?, związki partnerskie?, legalizacja miękkich narkotyków? Po co to wszystko? Po co drażnić Kościół, który tak często ma twarz ojca Rydzyka lub jemu podobnych, a Watykan nie chce ukrócić tej mowy nienawiści płynącej z Radia Maryja w stronę Bogu ducha winnych innych niemieszczących się w nawiasie maryjno-kaczyńsko-ślepo-oddanych? Ręka rękę myje. Może przesadzę, ale od niektórych zjawisk w KK jest bardzo blisko do KKK – chyba wiadomo, co chcę przez to powiedzieć. A ci z tego nibycentrum oglądają się tylko w prawą stronę, gdy trzeba zrobić coś naprawdę odważnego. Tam grożą palcem i ostrzegają przed rychłym upadkiem cywilizacji judeochrześcijańskiej, na bazie której zbudowano najbardziej zakłamany religijny system świata – katolicyzm w odmianie ultrapolokatolo, więc demagogicznie pogadamy, że niby się z nimi nie zgadzamy, ale głosowania w sejmie i tak mówią same za siebie. I jak tu się z tą mafią w czarnych habitach nie liczyć, jeśli to ona tej wiernopoddańczej ciemnocie wciska kity, kiedy dostąpi się zbawienia, a kiedy nie? Skrytykujmy Lemańskiego, Bonieckiemu zakażmy mówienia, ale Rydzyk niech sobie hula, bo piekła nie ma, a co! W końcu to on nakręca ten młyn nienawiści, na którym wielu hierarchom tak strasznie zależy.
I niewiarygodne, że mimo zlaicyzowania społeczeństwa ich wpływ jest nadal tak ogromny, bo trzymające władzę partie oddają ją, ot tak, Kościołowi, udając tylko, że to wcale nie o Kościół chodzi, a o dobro obywateli, bo w nazwie przecież partia jest jak najbardziej obywatelska. Srały muchy, będzie wiosna. Obywateli to ta partia ma w głębokim analnym poważaniu, ale to taki analny gwałt, więc nawet gejom się nie podoba, no chyba że jakimś masochistom. To taka platforma zakłamania, bo udajemy, że jesteśmy inni niż te oszołomy spod krzyża, bo wypowiadamy się bardziej ąę, mniej tupiemy nóżką, jesteśmy bardziej cywilizowani i w ogóle mamy trochę więcej kultury i zachodu, więc chyba słoma z buta mniej widoczna. Dzięki temu nasze „spierdalaj” będzie takim kulturalnie brzmiącym, obcym słowem, najlepiej francuskim, którego nikt nie zrozumie, ale wszyscy będą podziwiać i zazdrościć tej wiedzy, oczytania i poliglotyzmu. To będzie takie: „Va te faire foutre, salope!” wypowiedziane z takim cudownym uśmiechem. Pięknie brzmi, prawda? Zwłaszcza, gdy ktoś potrafi odczytać to francuskie r tak po [fhrąsusku], tak [hromąticznie], jak nasz polski Francuz, czyli Pascal Brodnicki. To będzie taka demokracja konstytucyjnie zakazująca niektórym szczęścia w sprawach, jej zdaniem, niekonstytucyjnych, ale za to zakazująca jakże ładnie i gustownie – bułkę przez bibułkę i w ogóle Francja elegancja.
Moje Co by było, gdyby miało być taką wariacją na temat Imagine Johna Lennona, takim marzeniem sennym lub nawet niesennym jakby na wzór przemówienia I have a dream Martina Luthera Kinga, tyle że to marzenie uparcie dotyczyło przeszłości, jakby na poprawianie przyszłości było już za późno albo nie było szans. Pesymistyczna to wizja – takie stanie w miejscu w głębokich okopach podziałów pomiędzy przeszłością i przyszłością, wschodem i zachodem, prawicą i lewicą, chadecją i socjalizmem, endecją i komuną, liberalizmem i konserwatyzmem, dobrem i złem. Przydałby się ponowny okrągły stół, ale ten stół niestety kanty ma nieścieralne. Gruszki na wierzbie, obiecanki cacanki i nadzieja matką głupich i umarła przedostatnia. Bo nie będzie pedał pluł nam w twarz i dzieci nam pedalił. I jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy! A więc tak nam dopomóż Bóg, pedała zwalić z nóg! Le-gia!
A co na to by powiedział nasz wolnościowy działacz Wałęsa? Sąd widzę wielki, aferę na świat cały i pozew o podłe zniesławienie. Gdzież tam czcigodny Wałęsa, żarliwie wierzący syn boży gejem? – toć to nawet w snach niemożliwe! Na taką sytuację to i surrealizm zbyt ciasny!