Rozdział 10

Na początku to on nawet czytał jakieś książki. Czytał choćby tego Hollinghursta, którego mu poleciłem, przeczytał też Lubiewo i zaczął Zbrodnię i… Nasierowskiego. Oglądał ze mną filmy, śmiał się na Ślicznotkach i nawet prawie wzruszył na Godzinach, ale nie chciał już ich oglądać po raz drugi. A ja wypytywałem go o jego pracę, o te różne unijne przepisy i dopłaty. Słuchałem tego wszystkiego, jakby było to fascynującą historią o życiu i śmierci. No tak – „początek miłości to czas udawania”, jak śpiewa Nosowska w jednej ze swoich piosenek. Ale tu nawet nie chodziło o udawanie. Te jego dotacje i granty nie interesowały mnie w ogóle, lecz interesował mnie on i wszystko, co z nim było związane, więc i nawet te granty były fascynujące. Uwielbiałem spędzać z nim czas. Gotowałem dla niego, on chwalił moje pomysły, ale i tak najbardziej uwielbiałem, gdy to on przyrządzał poranną jajecznicę, stojąc przy kuchence w samym podkoszulku, który nie całkiem przykrywał jego zgrabne mechate pośladki, a ja pijąc kawę pragnąłem go całym sobą – twardym na samą myśl o nim. Czytałem mu swoje wiersze, on mówił, że są piękne. Pokazał mi, co to znaczy się kochać, bo wcześniej to kilka razy uprawiałem szczeniacki seks – czasami dziki i zwierzęcy, ale tylko seks, a częściej to nawet nie był to żaden seks, tylko nieśmieszna i koszmarna komedia (jak z Robertem) albo śmiechu warty dramat (jak z tym gościem, którego imienia nie chcę wypowiadać). Z Marcinem to było coś więcej. Na początku tylko on był pasywny – chciał spróbować, a ja jakoś bałem się przełamać po pierwszym bolesnym i dość przemocowym seksie analnym. Facet po prostu mnie zgwałcił i nie było to przyjemne. Brudna i śmierdząca sprawa. Niefajne wspomnienia i uraz, pewnie stąd wzięła się ta blokada na penetrację mojej dziurki, która aż do czasu Marcina była całkowicie nietykalna i gdyby, nie licząc tego jednego jedynego razu, o którym, gdybym mógł, chciałbym zapomnieć, to nadal byłaby dziewicza i nietknięta. I to z powodu tej blokady Marcin oddawał mi się, a ja chętnie na to przystawałem, chociaż to on był bardziej wyposażony (a to ci z większymi atrybutami są zazwyczaj aktywami), a i to on w ogóle nie miał wcześniej doświadczeń w seksie analnym w roli pasywa. Aktywnie uprawiał taki seks z kilkoma kobietami, ale przede mną dupy nie dał nigdy i nikomu. Robiliśmy to w gumce. Podobało mu się. Ja dość szybko dochodziłem, mimo że starałem się być delikatny. Obiecaliśmy sobie, że zrobimy sobie badania na HIV, a potem może spróbujemy bez prezerwatywy. On to zaproponował, co mi się spodobało, bo mimo całego zakochania i szaleństwa myślał o naszym wspólnym bezpieczeństwie.

Zbliżały się święta. Wiedziałem, że pragnę spędzić je właśnie z nim. I sylwestra też. Z mamą było coraz gorzej – ciągle mnie kontrolowała, pytała gdzie i z kim byłem, a ja byłem zły, że w ogóle pyta, bo czułem, że muszę kłamać. Na święta nigdy nie byliśmy sami: dopóki matka mamy żyła to albo my jeździliśmy do babci, albo babcia z ciocią i resztą rodziny przyjeżdżali do nas, a wtedy dołączała do nas moja warszawska babcia Ania – matka ojca. Nie lubiłem nigdy tego czasu – pewnie przez te życzenia nie dla mnie, i te oczekiwania, stare gadki i zgrane śpiewki, że kiedy dziewczyna, kiedy ślub i że jak tak dalej pójdzie, to babcia jedna z drugą się nie doczekają wnuka. Głupia, irytująca paplanina… Miałem o to ciche pretensje i zbyt mało silnej woli, aby wyznać, że mój plan na życie jest nieco inny, więc tylko kiwałem głową, myśląc, że ci wszyscy oni – mama, babcie, ciotki i wujkowie oraz kuzyni, których jakoś najbardziej bym się wstydził – że wszyscy oni tego nie zaakceptują. Właściwie to już raz ich posłuchałem, idąc na studia, o których nie marzyłem i tym samym rezygnując z wymarzonej polonistyki. Tak patrząc z perspektywy, to może i lepiej, że tam nie poszedłem. Mówi się, że ci, co idą studiować psychologię, idą tam leczyć samych siebie. Nie wiem, czy leczą się skutecznie i czy w ogóle to prawda, ale spora część z nich na studiach leczy się z chęci pracy w tym zawodzie. Może ja też gdybym poszedł na polonistykę, to skutecznie wyleczyłbym się z miłości do literatury? A może stałbym się sfrustrowanym Adasiem Miauczyńskim? Hu nołs?

Wymyśliliśmy z Marcinem, że – choćby nie wiadomo co – święta spędzimy razem. Tylko co powiem rodzinie? Mama, babcia Ania, ciotki i wujkowie, którzy na święta się do nas w tamtym roku mieli zjechać, będą pytać i węszyć. Myślałem i myślałem, co powiedzieć aż wymyśliłem, że może ściemnię, że jedziemy z ludźmi z mojej grupy studenckiej na narty, że będzie tanio, bo rodzice jednego kolesia mają w górach dom i że nas zapraszają na całe święta aż do 1 stycznia. Napomknąłem o tym mamie. I od razu afera, że to nie byle co, a święta i że ważne jest być wtedy z rodziną. Dodała, że ona nie chce być wtedy sama, bo to dla niej zawsze trudny czas bez ojca, a tym razem byłby i beze mnie. I że to nic, że będą ciotki i babcia, że to co innego i w ogóle nie ma mowy. Ale wytrwale prosiłem i błagałem. Wytłumaczyłem, że jedzie jeszcze trzech chłopaków i cztery dziewczyny. Nazmyślałem tyle, że aż mnie samego zdziwiło, że jestem w tym taki dobry. W końcu powiedziała, że musi porozmawiać z rodzicem od tego domu. Poprosiłem Marcina, aby to załatwił, mówiąc, że to jedyna szansa, żeby ją przekonać. Zgodził się i napomknął nawet, że świetnie jeździ na nartach, więc kiedyś, jakbyśmy tylko chcieli, to naprawdę moglibyśmy wybrać się w góry do jego ulubionego Szczyrku, a tam rzeczywiście nauczyłby mnie jeździć. Podobało mi się, że zakłada miedzy nami jakąś dalszą przyszłość, ale ja także ją zakładając, odparłem, że na narty chętnie, ale może w przyszłm roku. Zadzwonił więc i udało się. Był wystarczająco przekonujący, opowiadając o miejscowości, o tym, że on z żoną też tam będzie, że będzie zawsze pod telefonem, że nic przecież nam nie grozi i że już w sumie jesteśmy dorośli. I że wszystko niemal za darmo – bo jedynie jedzenie i wypożyczenie nart, jeśli ktoś nie ma. Zgodziła się. Nawet dodała, że był dość czarujący i że chyba to całkiem miły człowiek. Na pewno też nie bez znaczenia była ta promocja, że tak tanio to wszystko wyjdzie – zawsze lubiła jeden produkt gratis, 20% taniej lub wyprzedaże, dające jej wrażenie, że złapała pana Boga za nogi. A tutaj – pół darmo!
– No, ale kto to słyszał, aby w święta wyjeżdżać? – marudziła ciągle trochę oburzona.
– Coraz więcej ludzi wyjeżdża w góry. W końcu jest zima.
– I są święta! Bożego Narodzenia! A nie jakieś tam byle co! – niemal krzyknęła, po czym smutno dodała: – Ale niestety… Coraz mniej ludzi wierzy i coraz mniej ludzi trzyma się z rodziną. – Powiedziała to, jakby ona sama była świetlistym przykładem dla wszystkich tych, którzy odeszli od Kościoła i usunęli się w bok albo właściwie uciekli przed swoją bliską rodziną.
– Mamo. To taka okazja – zacząłem przekonywać jeszcze raz. –  Jak za darmo. No naprawdę. A w ferie oni ten dom wynajmują, więc ta okazja może się już nie powtórzyć… Zresztą nauczę się jeździć na nartach… I zbliżę się z ludźmi z grupy… – dodałem.
Chyba to ostatecznie ją przekonało. Chciała, żebym zbliżył się z jakąś dziewczyną. Ja bardzo chciałem się zbliżyć, ale z Marcinem.
– Dobra. Jedź! – powiedziała, ale zaraz pogroziła: – Tylko mi się tam nie połam! I nie myśl sobie, że będzie tak co rok – dodała ostrzegawczo.
Uściskałem ją dość wylewnie i z gracją przegiętej cioteczki, ale ona chyba tego nie zauważyła – zresztą jak zwykle.
A więc plan się powiódł. Zostawiłem prezenty dla rodziny pod choinką i spakowany pojechałem do Marcina. W telewizji słyszałem kiedyś, że – chyba Włosi – robią sobie wakacje, mówiąc całej rodzinie i wszystkim znajomym, że wyjeżdżają gdzieś daleko na drogą wycieczkę, a tymczasem z zapasami w lodówce siedzą w domu przed telewizorem i robią, co tylko chcą, nie musząc nawet wychodzić z domu. Stwierdziliśmy, że zrobimy tak samo. Pojechaliśmy na wielkie zakupy do Carrefoura. Ja przygotowałem listę produktów, które będą nam potrzebne na cały tydzień śniadań, obiadów i romantycznych kolacji. On dopisał do listy kilka drobiazgów: między innymi żel K-Y lub jakiś inny lubrykant oraz oczywiście chupa chupsy. Z żelu się ucieszyłem, bo była to zapowiedź tego, że na pewno nie będzie grzecznie i nudno, a gdy spytałem, czy te lizaki, w liczbie 30, po których papierki codziennie lądowały w koszu na śmieci, to nie jakiś żart, odparł, żebym nie żartował sobie z jego najdłużej trwającej platonicznej miłości i się jakby złowieszczo zaśmiał.
– Nie zamierzałem żartować, tylko boję się o stan twojego uzębienia – skwitowałem jego prośbę z łagodnym uśmiechem.
– Właśnie! Pastę trzeba kupić! – skwitował sygnalizowaną przez mnie obawę.
Po zakupach obładowani wróciliśmy do domu, a Marcin pokazał mi kilka filmów, które dla nas wypożyczył. Nie powiem, postarał się, bo przecież wiedziałem już, że wcale nie przepadał jakoś specjalnie za filmami i żeby go docenić nie kręciłem nawet nosem na fakt, że większość z tych wybranych przez niego już widziałem. Tak czy siak z przyjemnością obejrzałem je ponownie, ale jakby pierwszy raz – bo z nim.
I zamknięci nadrabialiśmy te wszystkie noce i dnie, kiedy nie mogliśmy być razem. Marcin, buszując rano w kuchni całkiem nago lub jedynie w przykrótkim białym podkoszulku i tradycyjnie z chupa chupsem w buzi, parzył kawę i smażył jajecznicę, a ja znów mogłem napawać się widokiem jego owłosionych pośladków i drażnić delikatnym dotykiem jego niewinnie wiszący członek w oczekiwaniu aż okaże mi znów swoją wielkość i gotowość do wypełnienia moich ust sobą, zanim doświadczą one smaku śniadania. Odkrywałem w sobie nieznane mi dotąd pokłady zboczoności i odwagi w inicjowaniu tego, co miało choćby na chwilę dać upust moim niespożytym żądzom albo być zapowiedzią i potwierdzeniem tego, że jestem cały zwarty i gotowy do zaspokojenia żądz Marcina.
Byliśmy odcięci od świata, ale odcięliśmy się od niego na własne życzenie, bo po wigilii to nawet telefonów nie odbieraliśmy. Wyjątek zrobiłem dla Anki, Kaśki i Agi, które wypytywały o szczegóły, a ja zbywałem je, mówiąc, że opowiem później, i dla Roberta, który nalegał, abyśmy poszli w parach na sylwestra do któregoś z branżowych klubów, bo udało mu się wyrwać jakiegoś kolesia, a i sam chciałby nareszcie poznać Marcina. Nic z tego. Obaj z Marcinem chcieliśmy być tylko dla siebie, więc spotkanie i owszem, ale innym razem. Dzwoniłem też co jakiś czas do mamy, sprzedając jej wersję, że z ludźmi jest fajnie, że pilnie uczę się jazdy na nartach i nawet potrafię już jeździć pługiem, a nawet skręcam. Wyglądało na to, że we wszystko wierzyła. I zamiast triumfalnego przybicia dziesiątki, zabieraliśmy się z Marcinem do gry wstępnej w pozycji 69, bo ciągle było nam mało – eskalacja seksu, jakiej nigdy dotąd nie doświadczałem.
W sylwestra stwierdziłem, że może nareszcie się przełamię i dam Marcinowi to, czego on chciał, choć wcale o tym nie mówił, nie nalegał. Kochaliśmy się już od jakiegoś czasu bez prezerwatyw, bo wyniki naszych badań były negatywne i ufaliśmy sobie, że żaden z nas nic na boku nie świruje. (Nie byłoby nawet na to czasu). Bez gumki było lepiej – nam obu. Tak jakoś przyjemniej, nic nie obcierało i nie uwierało. No więc postanowione. Zjedliśmy przygotowaną przeze mnie kolację, popijaliśmy drineczki, szampan się chłodził. Oglądaliśmy w telewizji sylwestra transmitowanego z któregoś z polskich miast, a chwilę po 23 uznałem, że to już najwyższy czas i wymknąłem się do łazienki. W konspiracji przygotowałem się do penetracji tak jak polecano w internecie – małą gruszką do przemywania nosa niemowląt, którą już sporo wcześniej zakupiłem w aptece. Chciałem go zaskoczyć, ale samemu czuć się przygotowany. Rzuciłem się na niego głodny jak nigdy. Przyciągnąłem go do kanapy, usiadłem i rozpiąłem mu rozporek. Niemal zdarłem z niego dżinsy i od razu zająłem się jego małym. Gdy lekko stanął, odepchnął mnie na chwilę, zrobił malutki krok w tył i swoim na wpół twardym prąciem zaczął machać niczym pies ogonem. Bujał nim na boki, ja przybliżyłem twarz, on uderzał fiutem o moje policzki. Spojrzałem mu w oczy: uśmiech jest, pożar w oczach jest, wzwód rośnie w mojej buzi. Kazałem mu usiąść. Zdziwił się, gdy po tej grze wstępnej, wysmarowałem żelem nie jego dziurkę, a jego stojący członek i powoli na nim usiadłem. Chciał coś powiedzieć, ale zamknąłem mu usta pocałunkiem. Miałem ochotę go gryźć, bo bolało. Syczałem i ciągle go całowałem. Nie wytrzymałem bólu – czułem, że mnie rozerwie – i dlatego wyjąłem jego twardego członka, pozwalając na chwilę odpocząć moim zwieraczom. Może pomógłby poppers – tak przynajmniej pisali w sieci – ale nie mieliśmy, bo Marcin nie używał. Gdy poczułem, że ból już niemal ustąpił i że znów jestem gotowy, ponownie wprowadziłem nażelowanego penisa wewnątrz siebie. Dziurka trochę się buntowała – początkowo wcale nie było łatwo ją szturmować, ale w końcu pod naporem moich własnych palców, a potem napierającego penisa Marcina nie miała wyjścia i skapitulowała. Marcin był podniecony jak nigdy przedtem – aż odchylał do tyłu głowę, syczał i zamykał oczy. Powoli poruszałem się w dół i w górę, ale ciągle bolało – jak wtedy za tym moim pierwszym razem nie z nim, kiedy to pomyślałem sobie, że nigdy więcej dawania dupy. Ale tym razem nie chciałem się wycofać. Przecież na tych wszystkich pornosach ci kolesie dający dupy tak cudownie jęczą z rozkoszy, a grube fiuty lub dilda wchodzą w ich ciasne szparki dosłownie jak w masło. Czytałem, że największy problem może stanowić psychiczny lęk przed kałem w odbycie i nieumiejętność rozluźniania się. Chciałem tego wszystkiego się nauczyć – mimo koszmarnego bólu i mimo tego wcześniejszego postanowienia, że nigdy więcej. Chciałem.
No i czasami brak konsekwencji popłaca, bo ból stopniowo ustępował i robiło się coraz bardziej podniecająco, a w końcu i megaprzyjemnie. Brał mnie, jak chciał. Pozwalałem mu, żeby sobie pozwalał na co chce, folgował, bo to jego folgowanie robiło mi dobrze, folgowało mi i folgowałem sobie tym jego folgowaniem. Pozycje zmienialiśmy kilkakrotnie, miejsca też. Pierwszy raz robiłem to na stole, na krześle, oparty o okno balkonowe i przy lustrze. Czułem go głęboko wewnątrz. Czułem, że to jest tysiąc razy lepsze niż być aktywnym – nie tylko dlatego, że w roli pasywa odkryłem w sobie długodystansowca, którym jako aktyw nigdy nie byłem. Strzeliliśmy równo o północy, gdy za oknem wystrzeliwały petardy, rozświetlając pokój feerią błysków. Zaczęliśmy się śmiać, bo że jesteśmy wprawieni w symultanicznych orgazmach, wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu, ale żeby synchronicznie strzelać z fajerwerkami, w jednym i tym samym momencie razem z całą szerokością geograficzną, to o tym jeszcze nie słyszeliśmy. Kto wie? – może jakaś inna gejowska para gdzieś w Pradze, Budapeszcie lub Atenach strzeliła razem z nami? Oj, jak było cudownie! Szepnął mi do ucha: „kocham cię”, a ja odpowiedziałem radosnym uniesieniem policzków i słowami: „ja ciebie też”. Dopiero chwilę po północy otworzyliśmy idealnie schłodzone russkoje igristoje, które choć z Szampanii nie pochodziło, to za sprawą Jelcyna na terenie Rosji mogło być nazywane szampanem. Może i nasz szampan prawdziwy wcale nie był, ale już nasz toast za wspólną długą przyszłość i dobry rok był jak najbardziej prawdziwy, tak jak prawdziwe były musujące w kieliszkach bąbelki i buzujące w nas podniecenie i szczęście.

I był to najpiękniejszy okres w moim życiu, choć może głupio to brzmi, bo za wcześnie było na takie podsumowania, skoro miałem tak niewiele lat, a i przeżyłem pewnie jeszcze nawet nie jedną trzecią tego, co chciałbym w ogóle przeżyć. Ale tak to czułem i zapamiętałem – nawet mimo faktu, że dopiero co na prezydenta RP zaprzysiężono Lecha Kaczyńskiego. Ten bezszyjny buc, gdy był jeszcze prezydentem Warszawy wsławił się nie tylko aroganckim i chamskim „spieprzaj, dziadu”, ale także homofobicznymi wypowiedziami i blokadą Parady Równości. Spodziewano się, że gdy obejmie prezydenturę całego kraju będzie jeszcze gorzej. Nie znosiłem tej jego zawziętej gęby tak często pokazywanej w telewizji i niestety bardziej kojarzącej się ze smutną albo wręcz przerażającą Paradą Normalności firmowaną przez Młodzież Wszechpolską niż z demokracją i wolnością, o które podobno sam kiedyś walczył. A może to była właściwie facjata jego brata sobowtóra…? Właściwie to jeden pies. Nieważne. Mimo wszystko czułem, że jestem coraz bardziej wolny i że – jakby na przekór nieprzychylnej opinii publicznej i wbrew spsiałej klasie politycznej – mam coraz więcej siły, aby zawalczyć o swoje. Choćby i nawet dwie Kaczki pełniły najwyższe funkcje państwowe w tym zaściankowym kraju, który najpierw walczył solidarnie o wolność dla wszystkich, a potem znajdował i wskazywał palcem tych, którzy na pełnię tej wolności i solidarności do końca nie zasługują, to ja czułem, że mam coraz większą odwagę być sobą. Na wiec na Placu Bankowym w 2005 roku nie poszedłem. Robert nie mógł, a ja bałem się iść sam. Oglądałem jedynie relacje w serwisach informacyjnych, zazdroszcząc tej kolorowej pedalskiej partyzantce odwagi w wypowiedzeniu nieposłuszeństwa miastu w imię walki o tolerancję i równość. Niektórzy nawet nie bali się wypowiadać wprost do kamery, co w tamtym czasie wydawało mi się w równej mierze heroiczne, co nierozsądne, bo chuligańskie zapowiedzi obicia mordy czerwonej hołocie już wtedy nie były wcale taką rzadkością. I jeszcze nawet nie myślałem, że już za rok nie tylko będę odważniejszy, ale i że będę miał z kim pójść zademonstrować swoje prawo do bycia razem nie tylko w sferze prywatnej, ale i publicznej. Czy to przez to, że czułem w sobie plemniki innego mężczyzny?, że jest on? i że wreszcie nie jestem sam? Ach! W miłości jest siła! Siła i swego rodzaju bezwstyd.

Trochę wybiegłem w przyszłość. W dwa dni po sylwestrze musiałem wrócić do domu i od razu tęskniłem za Marcinem: do  wspólnych kolacji i śniadań, do oglądania telewizji w przytuleniu, do widoku jego zgrabnej pupy, do jego całego ciała na wyciągnięcie ręki i wreszcie do tych chwil, gdy swoimi nogami oplatam go tak jak winorośl oplata dom – tych chwil, gdy on jest moim domem, a ja zagarniam go, zagarniam do siebie i trzymając go za biodra, dopinguję do szybszego tempa – i tak nawet kilka razy dziennie i nocnie, i kilkanaście, a w marzeniach to może i kilkadziesiąt razy na tydzień. O raju, jak tęsknię do niego i jego domu… Na sugestie matki, że może pokazałbym jakieś zdjęcia z wyjazdu, odpowiedziałem kłamstwem, że zgubiłem aparat. A aparat miałem, a w nim pełno zdjęć mnie i Marcina: w kuchni, w wannie, w łóżku, w lustrze, w trakcie striptizu i całkiem nago. Robiliśmy sobie różne sesje i nawet jeden filmik, jak się kochamy – nie w sylwestra – wtedy nikt o tym niestety nie pomyślał. Było tak cudownie być z nim ciurkiem tyle dni. Lecz niestety musiało się to skończyć, bo nie byłem jeszcze gotów powiedzieć mamie prawdy i się przeprowadzić. I tak było na to raczej za wcześnie.
Musiałem więc wrócić do swojego pokoiku, w którym teraz czułem się samotny jak nigdy przedtem. Tęskniłem bardzo, więc niemal w ogóle nie było mnie w domu – przesiadywałem u Marcina. Któregoś razu, gdy matka zdenerwowała mnie ciągłymi pretensjami, powiedziałem jej, że zakochałem się podczas tego wyjazdu. Zatkało ją, ale widziałem, że się ucieszyła. Podpytywała, ale zbywałem ją, a w końcu oświadczyłem, że i tak nic więcej na razie nie powiem. I trochę wyluzowała, myśląc pewnie o jednej z tych czterech dziewczyn, których imiona były zmyślone jak i one same. Do Marcina jeździłem tramwajem. Miałem kilka bezpośrednich ze swojego Żoliborza do niego na Wolę. Słuchałem głośno muzyki, jednocześnie czytając książki. Trochę bałem się, że dopadnie mnie ten słuchawkowy terrorysta, o którym przeczytałem notkę w gazecie. Facet w środkach komunikacji miejskiej pasażerom zbyt głośno słuchającym muzyki przecinał kabelki od słuchawek. Szczyt, nie nie?! Robił to z zemsty, że zakłócają mu spokojny przejazd w ciszy z punktu A do punktu B. Jakiej ciszy?, zastanawiałem się, skoro tramwaj potrafił i tak dość głośno świszczeć i łomotać swoimi kołami po szynach. Mimo wiedzy o szalejącym frustracie, nie lubiłem puszczać muzyki ciszej niż na fulla, a słuchając nowych płyt ciągle nadrabiałem zaległości z tzw. literatury gejowskiej – nie zastanawiając się nawet, czy taka literatura w ogóle istnieje i czym ona właściwie jest. Dla mnie były to książki z wątkami quasierotyczno-miłosnymi facet-facet, a więc: Baldwin, White, Collard, Bresson, Wilde, Cunningham czy Genet. Lista była dość długa, choć z dostępnością niektórych pozycji było ciężko. I nareszcie zaczęły pojawiać się jakieś pedalskie książki polskich autorów – zrobił się taki pedalski literacki boom. Tak naprawdę niewiele wcześniej wynalazłem też tego Hollinghursta, przypadkiem wygrzebując go w bibliotece wśród nowości. Nagroda Bookera, autor „uważany za najwybitniejszego przedstawiciela literatury gejowskiej”, przeczytałem na okładce Linii piękna i, choć książka była gruba, to dosłownie pochłonąłem ją w kilku podejściach. Zachwycony natychmiast poleciłem ją Marcinowi – zaczął, ale nie wiem czy skończył. Nie szło mu czytanie książek. Wolał gazety, tygodniki, strony internetowe. Chyba nie potrzebował żadnych fabuł – za filmami też nie tęsknił. A ja musiałem to wszystko czytać. Pochłaniałem, będąc głodnym tych opowieści, tych historii, tych doświadczeń, tych opisów – niektórych chciałem sam doświadczyć, innych chciałem uniknąć. Czytałem w domu, w środkach komunikacji, w parku, w okienkach między zajęciami, w każdej wolnej chwili. Oczywiście Lubiewo już miałem za sobą i był to pełen zachwyt. A jakoś wtedy, gdy zdarzyło się to, co chcę teraz opowiedzieć, przyszedł czas na Żurawieckiego – Trzech panów w łóżku, nie licząc kota. Zapamiętam tę książkę do końca życia – niestety nie do końca z pobudek literackich. Miało to być tak dobre jak Witkowski, choć mniej stylizowane, bardziej dla przeciętnego czytelnika. I takie było – przeciętne. Trochę taki niesztampowy, ale jednak, harlequin dla pedałów z dość ciekawymi wątkami trójkątnymi – trochę taka geometria uczuć lub raczej podniet, bo to przecież „seksy od pierwszego wejrzenia”, jak sam ujmował to autor. I może nastawiłem się na coś więcej, a to było jednak coś mniej, więc entuzjazm towarzyszący czytaniu ze strony na stronę powoli opadał, bo Lubiewo to to niestety nie było. Ale czytałem, bo nie zwykłem nie doczytywać książek do końca. I, żeby być uczciwym, to nawet dobrze się tych Trzech panów czytało – tak jakby przezroczyście, bez językowych zaskoczeń i eksperymentów, ale dzięki temu z łatwością przyswajało się to gejowskie wielkomiejskie czytadło. Wciągnęło mnie to na tyle, że raz przejechałem przystanek za daleko. I właśnie następnego dnia, znów jadąc tramwajem i znów czytając ciągle niedoczytanych do końca Trzech panów, zdarzyło się coś, co wywróciło moje życie do góry nogami. Jak już wspomniałem, nie była to ta książka sama w sobie – w sensie to nie ona sama jako fabuła, treść i przedstawieni w niej bohaterowie dostarczyli mi takich przeżyć, które zafundowały tornado mojemu dość spokojnemu dotąd żywotowi. Ale to z powodu niejako tylko jej fizycznego zaistnienia właśnie w moich rękach i właśnie w tramwaju moje życie nie było już takim samym jak przedtem. Ale przechodzę do rzeczy, a raczej do zapowiedzianych już wydarzeń.
Siedzę w tylnej części wagonu. W discmanie muzyka – nie pamiętam jaka, ale możliwe, że było to jakieś Editors lub Bloc Party, bo miałem wtedy dłuższy etap namiętnego słuchania świeżego brytyjskiego rocka, o którym mówiono indie. Jest dość zimno, na pewno na minusie, ale nie umiem przewracać stron w rękawiczkach, więc trzymam książkę w skostniałych i czerwonych od mrozu dłoniach. Tramwaj zatrzymuje się na przystanku już całkiem niedaleko Marcina. Spoglądam na tak dobrze znany mi z tej trasy kościół i wiem, że zaraz będę musiał się zbierać. Jeszcze zdążę doczytać do końca strony, myślę, i nie będę musiał doczytywać, przechodząc przez pasy, jak zdarza mi się to czynić mimo czyhających niebezpieczeństw. Wracając wzrokiem do książki, spostrzegam, że na przystanku tuż obok tramwaju, tak na wysokości mojego okna stoi na chodniku dwóch gości. Jeden jakby jakoś wymachuje rękami w stronę motorniczego lub kogoś stojącego gdzieś z przodu. Coś na pewno krzyczy, ale niczego nie słyszę i nie odczytuję z ruchu warg. Gestykulując, łapie się za krocze. Pokierowany ruchem jego ręki, patrzę najpierw chwilę na jego ściskającą zawartość spodni dłoń, a potem spoglądam na jego twarz, której oczy patrzą już prosto na mnie. Gdyby nie ścisnął się w kroczu, to i tak pewnie całkiem machinalnie i tak automatycznie zawędrowałbym tam wzrokiem, bo zawsze mnie ciągnie w te okolice – sama potencjalność ładnie odznaczających się genitaliów jest wystarczająco nęcąca. Namiocik się odznaczał. Namiocik z suwaczkiem. Oczy same szły w tym kierunku. Nie było siły, żeby nie spojrzeć. Przez ułamek sekundy chyba przyłapał mnie na patrzeniu właśnie tam. Szybko wracam wzrokiem do drukowanych liter, które były tylko literami, bo nie układały się w żaden sens – zupełnie nie wiem, co czytam, bo poczułem się złapany jakby na gorącym uczynku. Dreszcz. Ciarki.
Ruszyliśmy. Uff. Obejrzałem się, ale ich już nie widziałem. Wróciłem do tekstu, szukając ostatniego momentu, jaki kojarzyłem. Znalazłem go i czytałem dalej, ale moje myśli przypominały sobie jeszcze ten wulgarny, ale jednak jakoś podniecający moment chwycenia dłonią krocza, w którym, jak się zdaje, było co miętosić – tak przynajmniej to wyglądało. I poczułem, że ktoś napiera na moje ramię, jakby ktoś za tym kimś się przepychał. Czytałem dalej. Jeszcze raz poczułem napór w tym samym miejscu, tym razem jakby celowe ocieranie się, spojrzałem lekko w bok i zobaczyłem rękę ściskającą rozporek spodni o takim samym dżinsowym kolorze jak tego gościa z przystanku. Spojrzałem w górę. To on. Niby się uśmiechał i coś mówił, ale postanowiłem nie reagować. Dalej słuchałem muzyki i dalej miałem wzrok utkwiony w książce – tak przynajmniej miało to wyglądać. Zobaczyłem kątem oka, jak palcami chwyta kabelek moich słuchawek i nagle w lewym uchu usłyszałem:
– …wystrojony sobie siedzi i czyta.
Spojrzałem znów w górę, wyjmując z ucha drugą słuchawkę.
– Słucham? – spytałem i cichutko odchrząknąłem, bo w gardle poczułem małą chrypkę.
– Co: słucham? – wymamrotał jakby specjalnie obniżonym groźnie głosem. – Taki ładny pedałek grzecznie czyta sobie książkę, to ciężko go nie zaczepić – powiedział i wyłupiając oczy, zrobił minę, jakby mnie chciał przedrzeźnić.
Mogłem się postawić, mogłem stanąć niczym chłop jak dąb i także niskim basem powiedzieć: „Masz jakieś wąty, dresie w dresie?” lub warknąć: „Morda w kubeł, nie bulgotać!”. Ale nie byłem ani jak chłop, ani jak dąb – jedynie jak chłopaczek całkiem zwyczajny, może młody mężczyzna, ale nic ponadto. On też miał tylko dresową bluzę, a jego spodnie, jak już pisałem, były dżinsowe, więc był półdresem – nie wiem, czy w związku z tym był także półczłowiekiem albo półgłówkiem oraz czy te funkcje się uzupełniają lub wzajemnie znoszą. I zabrakło mi języka na elokwentne, a nawet mniej elokwentne wypowiedzi, a w tej chwili, gdy ja zatkany nic nie mówiłem, to ten drugi koleś, który jak się okazało stał tuż obok tego pierwszego, wyrwał mi książkę z rąk i zaczął głośno czytać z okładki, nawet nie dukając:
– Bartosz Żurawiecki. Trzech panów w łóżku, nie licząc kota. Romans pasywny. O! Kolega jest pasywny! A więc dupy daje! – elokwentnie wydedukował i zaśmiał się prostacko.
– No mówiłem, że ciota! Cwela to widać na kilometr! – mówił ten pierwszy z takim obrzydzeniem, jakby chciał na mnie splunąć.
– E, no! Słuchaj, co tu pisze: „Żurawiecki opisuje środowisko gejów inteligentów”.
Wstałem, bo tramwaj dojeżdżał do mojego przystanku. Byłem może ich wzrostu, ale taki trochę szczypiorek przy tych wypracowanych karkach, wyszkolonych pewnie w waleniu swych ofiar prosto z czachy.
– Gdzie się pedałek inteligent wybiera? – zapytał ten od tego trzymania się za krocze. – Gdzie idziesz, ty pedofilu? Tak bez lania się nie obejdzie!
Chwycił mnie rękoma, a właściwie skoro to prostak, to chwycił mnie swoimi rękami, za ramiona i niemal w tym samym momencie poczułem jego kolano w podbrzuszu aż się zgiąłem w pół i z zatkanego mentalnie zatkałem się także fizycznie. Zaraz potem jeden z nich – już nawet nie wiem który – chwycił mnie za włosy i pociągając za nie, walnął moim czołem raz, drugi i nie wiem ile jeszcze razy o pionową metalową poręcz. Na pewno mocno, skoro straciłem przytomność. Ocknąłem się dopiero w karetce. Z maską na twarzy. Darmowa tlenoterapia. Nawet nie słyszałem sygnału.
Nie ukradli niczego. Poza książką nic mi nie zginęło, ale może wcale nie oni ją zwinęli – po co by im była pedalska książka pedalskiego autora, którą czytał jakiś tam pedałek, a którym oni tak po męsku i po polsku gardzili i któremu w związku z tą pogardą tak po męsku i po chrześcijańsku – bo w Biblii wiadomo, co o tym się sądzi – spuścili łomot, żeby zapamiętał sobie po wsze czasy, że łomot do pedała całkiem serio i literalnie pasuje jak heterycka pięść do pedalskiego oka? Co do tej Biblii, to nawet mniej więcej w tym samym czasie czytywałem jej sporo w poszukiwaniu tej jawnej nienawiści, piętnowania i zakazów tego, co nazywano wprost obrzydliwością: że kobieta sama na sama z kobietą, a mężczyzna sam na sam z mężczyzną – to nie tak jak Pan Bóg chciał, nie tak! I zdarzało się, że tak jak i do Biblii, tak i do innych książek w roli zakładki używałem jakichś świętych obrazków: Matek Boskich i innych Jezu ufam Tobie, które kiedyś dostawałem od księży chodzących po kolędzie, a które w tej Biblii przechowywałem. Co by to było, gdybym wtedy właśnie taką świętą zakładkę miał w tym zboczonym Żurawieckim?! Dostałbym pewnie jeszcze bardziej za to straszne świętokradztwo, że taki obrazek bezczeszczę przez bliskość z tym, co tak obrzydliwe! Dzięki Bogu albo raczej dzięki przypadkowi miałem wtedy inną zakładkę i nie było jeszcze jednego ewidentnego powodu, aby mi wpierdolić.
Tak czy siak książka zniknęła, ale raczej to nie chłopcy-homofobcy ją zabrali, tak więc i nie przeczytali tego jakże, jak na ich własny światopogląd i życiopogląd, liberalnego dzieła i nie mieli okazji dowiedzieć się chociażby tego, że słowa „chuj” nie pisze się przez samo h, bo, jak sądzę, w Trzech panach słowo to musiało paść, skoro tych trzech panów-bohaterów dysponowało tym słowem między swoimi nogami i, jak sądzę, między swoimi myślami i zasobami słów takowoż, nie wspominając już o samych ciągotach i realizowanych w tytułowym łóżku zachowaniach rekreacyjnych, bo przecież nie prokreacyjnych. I chłopcy-homofobcy nie dokształcili się z ortografii i będą nadal gryzmolić na ścianach bloków i kamienic to swoje „hwdp”, życząc w ten sposób chuja z błędem ortograficznym w dupie policji, ale i w dupach wszystkich innych na p, czyli np. polonistom (tym od Polonii Warszawa i tym z uniwerku też, bo co to za kierunek dla prawdziwego faceta), profesorkom (czyli tym wykształciuchom i elegancikom w dupy kopanym), popaprańcom (czyli tym brudasom, hipisom i innym pierdolniętym), a i tym wszystkim wrogom, czyli najprościej mówiąc pedałom, bo jak nazwać wroga, aby mu najbardziej dopiec, jeśli nie pedałem, pedofilem (bo to to samo) i pedrylem jednym, no jak?! W takiej sytuacji dzieło Żurawieckiego musiało zagościć w domu jakiegoś innego szczęśliwego znalazcy. Mam nadzieję, że nie była nim, a raczej nią – znalazczynią, żadna starsza radiomaryjna kobiecina, która dostała zawału, gdy tylko zorientowała się, w jaki sposób owe tytułowe łóżko testują owi tytułowi trzej panowie, a temu wszystkiemu przygląda się także wymieniony w tytule biedny, demoralizowany i deprawowany na siłę kot. Murowany zawał serca! A ja nie chcę mieć na sumieniu biednej babulinki, tak jak na swoim sumieniu znany krytyk filmowy i pisarz Bartosz Żurawiecki ma moje nieszczęście, które ściągnęła na mnie jego powieść. Wyżej wymienionej książki już nigdy zresztą nie doczytałem. Nie tknąłem też żadnej innej pozycji owego autora, choć korcił mnie ten tytuł…, no… coś z 66 w tytule. I nawet ją sobie zakupiłem na jednej z wyprzedaży, które nazywałem złomowiskiem lub wysypiskiem literatury – inflacja dotyczy jednakże nie tylko pieniądza, ale też dzieł literackich i działać może w dwie strony: można kogoś najpierw wywindować i potem sprzedawać za psie pieniądze lub całkowicie na odwrót. Za książkę Żurawieckiego dałem jakieś 7-8 zeta, ale i tak stała tylko na półce, bo zawsze było coś ważniejszego do przeczytania… Nie to, żebym nie wracał do twórczości autora Trzech panów z powodu jakichś przesądów i lęków, że znów na mnie jego pisarstwo jakieś nieszczęście ściągnie, ale muszę przyznać, że już lekko uprzedzony byłem w trakcie czytania tego utworu, bo zbytnio mi się ten sposób pisania nie podobał – jakoś mało porywający, choć przecież poprawny, a i celny. A po tym pobiciu to to wszystko było chyba jednak jak jakaś trauma – autor zdecydowanie źle mi się kojarzył, choć rozumiałem przecież, że nie była to jednoznaczna wina samego pisarza, a zbieg okoliczności i przeświadczenie społeczne, że jak już ktoś czyta coś pedalskiego, to sam pedał – nie ma bata! Nie chciałem jednak kusić losu…

Ale wracając do mojego pobicia, to nie było (czemu mnie to nie dziwi?) żadnych świadków tego zdarzenia poza jedną starowinką 3,1415926…, czyli pi razy oko w wieku jednej z moich babć, która to zmusiła jakiegoś chłopaka do zadzwonienia po pogotowie. Reszta ludzi jakoś szybko się zmyła. Znieczulica kompletna. Takie czasy… Babinka nie umiała opisać sprawców, bo właściwie dopiero miała wchodzić do wagonu, gdy oni z niego wybiegli. Zapamiętała tylko to, że jeden z nich miał czerwony kaptur i szare spodnie od dresu, a drugi niebieskie dżinsy i łysą głowę. A babuleńkę poznałem, bo odwiedziła mnie w szpitalu, mówiąc, że w Toruniu ma wnuka w moim wieku i że życzy mi szybkiego powrotu do zdrowia.
Szpital o pobiciu powiadomił moją mamę – sami chcieli ode mnie numer telefonu, więc i podałem. Do Marcina napisałem smsa, że pobito mnie i że jestem w szpitalu, ale żeby nie przyjeżdżał, bo zaraz będzie tu mama. Oddzwonił, że nic go to nie obchodzi i że za chwilę będzie. Zacząłem się denerwować. Pikawa kompletna. Pierwsza była mama. Strasznie bolała mnie głowa. Stres, że się poznają na pewno nie pomagał. Próbowałem ją zbyć, mówiłem, ze jest ok i żeby poszła do domu, ale nie chciała tego słuchać. Przyglądała mi się dokładnie. Trzęsły jej się ręce. Miałem owinięte bandażem czoło, właściwie całą głowę. Niemal natychmiast zrobiono mi rentgen, aby sprawdzić, czy nie ma żadnego wewnętrznego krwiaka lub złamania kości czaszki. Było jedynie wstrząśnienie mózgu, które jako dziecko, prawdopodobnie tak jak wszyscy małolaci, nazywałem wstrząsem mózgu. Pobiegła porozmawiać z moim lekarzem, wypytać go o wszystko.
Przyszedł policjant. W sumie to tych gości nawet zbytnio nie pamiętałem. Jeden – ten, który złapał się za jaja – miał te niebieskie dżinsy i szarą puchówkę, spod której wystawał czerwony kaptur bluzy zaciągnięty na chyba łysy łeb. Ze znaków szczególnych to pamiętałem jakieś braki w uzębieniu, bo jak się spojrzał na mnie, stojąc za szybą jeszcze tam na przystanku, to tak jakby coś wściekle powiedział i zassał ślinę, aby splunąć, i chyba brakowało mu jedynki albo przynajmniej miał ją uszczerbioną. Tego drugiego to właściwie zapamiętałem jedynie z szerokich szarych spodni dresowych i ze zniszczonych butów Reeboka (z policjantem ustaliliśmy, że te trzy przecinające się paski to znaczek tej właśnie firmy, a nie Nike, bo ja jakoś zawsze miałem problemy z zapamiętaniem, który to który). Gdy zaczęli mnie zaczepiać, wpatrywałem się w te nogi stojące tuż obok tego kolesia, który wyciągnął mi słuchawkę discmana z ucha i wtedy te nogi okazały się nogami tego drugiego gościa. Oprócz obutych nóg miał też – trzeba przyznać, że dość standardowo – ręce. Jedną z nich wyrwał mi książkę, a potem trzymając ją oburącz, przeczytał – o dziwo dość płynnie! – nazwisko autora, tytuł i stwierdził, że daję dupy. A więc nie był analfabetą, a do tego próbował także myślenia logicznego. Nauka nie poszła w las! A skoro głośno czytał, to miał też głos, ale nie pamiętam go jakoś szczególnie. Dość normalny i donośny – przynajmniej na tyle, że współpasażerowie nie mieli pewnie najmniejszej wątpliwości, że nie pobito mnie za niewinność, a za ohydne pedalstwo, czyli całkiem słusznie i zasłużenie – może dlatego nikt nie stanął w mojej obronie, bo mi się najzwyczajniej w świecie należało. Ale jeśli mogę jeszcze coś o tym głosie powiedzieć, to gdybym miał się do niego przyczepić jako nie tak wcale dawny wytrawny szkolny recytator, to musiałbym stwierdzić pewne braki w dykcji. Ale czego tu wymagać od statysty, który, mam nadzieję, nigdy więcej już żadnej roli nie odegra w moim życiu. Nie miałem w sumie okazji dokładnie przyjrzeć się jego twarzy. Zasłaniała mi ją przewracana książka, na której raz po raz widziałem front okładki z dobrze mi znanym czarno-białym portretem trzech kolesi i kota w welonie lub jej tył ze zdjęciem samego autora wpatrującego się chyba w jakiś posąg – jakby obojętnie. Zasłaniał mi ją także mój własny strach, bo przez ten strach nie miałem odwagi dłużej patrzeć w facjaty tych drecholi. Właściwie te momenty, kiedy patrzyłem na nich, to jakieś pojedyncze sekundy. A potem to już tak szybko się to wszystko potoczyło. Rach-ciach, nokaut i szpital. Nie pamiętam nawet wycia ambulansu.

– A czemu pana zaatakowali? – spytał policjant.
I co miałem mu odpowiedzieć? W pokoju przecież nie jestem sam. Chociaż w sumie jeden koleś wyszedł na korytarz, ale za to drugi, tak około sześćdziesiątki, tylko udawał, że coś czyta, leżąc w pasiastej piżamie na swoi przykrytym kocem materacu. Mam mu powiedzieć, że zobaczyli we mnie pedała, tak jak ja od razu zobaczyłem w nich dresów? A w sumie to skąd oni wiedzieli zanim jeszcze wypatrzyli, jaką książkę czytam? Czy te książki z gejowskimi wątkami są tylko dla gejów? Ja na przykład czytam także i te heteryckie. A może i jednak są tylko dla nas – przede wszystkim dla nas – bo kto inny chciałby czytać o zboczeniach zboczonych zboczeńców? Ale przecież choćby moje znajome ze studiów czytały Lubiewo i zaśmiewały się ponoć do bólu brzuchów, znaczy się – podobało im się. A heteryczki z nich, można powiedzieć, zawzięte i przebranżawiać się nie zamierzają. No i nie należę też raczej chyba do tej grupy przegiętych i wypacykowanych kolesi, którzy wyglądają jak chodząca obraza katolickiej moralności lub chodzący zamach na polską obyczajność i nie muszą się nawet odzywać, aby wiedziało się, że to jakieś homo-nie-wiadomo. A nawet jak się odezwę, to raczej nie jestem aż tak oczywisty. Wtedy to nawet nie miałem za bardzo szansy się odezwać zanim mnie wyzwali od pedałów. Siedziałem sobie grzeczniutki, spokojnie sobie czytający, ze słuchawkami w uszach i torbą na ramię spoczywającą na kolanach, którą co poniektórzy pisarze (na przykład na G i na W) nazwaliby torebką. Na niej grzecznie opierałem cienką dość książeczkę już grubo w ponad połowie przeczytaną i główkę lekko miałem pochyloną, by czytać sobie wygodnie. I nikomu nic złego nie robiłem: nie promowałem homoseksualizmu; nie eksponowałem publicznie dwuznacznej, albo właściwie jednoznacznej, okładki książki; nie domagałem się związków partnerskich, ani, nie daj boże!, homomałżeństw i prawa do adopcji; nie narażałem nawet małoletnich ani nikogo innego na żadne wulgarne treści 18+; nie walczyłem – choć to słuszna idea – o zniesienie kary śmierci dla homoseksualistów gdzieś w Afryce lub Azji; i nie molestowałem nikogo mową, uczynkiem i zadbaniem o to, aby zbulwersować, zaszokować i obrazić ludzi wierzących ślepo w jedynie słuszną drogę ku zbawieniu. Wydawało mi się, że nie przechodziłem ludzkiego pojęcia o byciu zwykłym pasażerem, który z miejsca A chce się dostać do miejsca B – cało i zdrowo. A jednak – przeszedłem ludzkie pojęcie i dowiedziałem się na własnej skórze, że człowiek człowiekowi wilkiem, a nawet człowiek człowiekowi agresją i pięścią. I dlaczego? Bo zbyt grzecznie sobie siedziałem? Za cichutko i nie robiąc nikomu krzywdy, przewracałem kartki? A może to przez tę głośną muzykę, chociaż przecież nic o tym nawet nie wspomnieli… Nie siedziałem też na miejscu dla ludzi starszych albo matek z dziećmi i choć może i byłoby komu ustąpić miejsca, to przecież jasne jest to jak zachodzące wtedy słońce, że oni nie stanęli w obronie tych starszych ludzi, co to czasy wojny ciągle pamiętają ani tej Matki Polki Zawsze Zmęczonej – oni nie walczyli o miejsce dla nich, nie chcieli siłą wymusić kultury i dobrego wychowania. A może dostałem, dlatego że popatrzyłem w to jego krocze? Może zauważył, że spojrzałem tam z pewnym zainteresowaniem? Albo może nawet nieświadomie oblizałem spierzchnięte wargi, bo przecież zdarzało się już wcześniej, że podobali mi się niektórzy tak zwani luje i dresiarze? A może ten „pedałek” skierowany do mnie to była po prostu taka obelga jak każda inna? Bo przecież w statystycznych badaniach na temat najczęściej używanych wyzwisk wobec mężczyzn i mowy nienawiści słowo „pedał”, jeśli nie jest na miejscu pierwszym, to na pewno gdzieś na niechlubnym podium obok „żyda” lub „czarnucha”. No więc jest niewykluczone, że wyzwali mnie od pedała, a dopiero później, gdy zobaczyli książkę Żurawieckiego, okazało się, że to, że tym pedałem rzeczywiście jestem, jest nie tylko wysoce prawdopodobne, ale nawet pewne jak w banku, bo niby kto normalny czyta takie książki? Godne to wszystko Sherlocka Holmesa – chłopcy potrafili łączyć fakty jak nikt inny. W ten oto sposób poniekąd to właśnie autor książki o trzech panach w łóżku zrobił mi publiczny coming out w warszawskim środku komunikacji i doprowadził mnie do wstrząśnienia mózgu. Tu też jedno wynika jasno z drugiego – logika pokrzywdzonego potrafi być tak samo zadziwiająco prosta jak logika ogarniętych nienawiścią ludzi.
Ach… To był wstrząs w moim życiu. Tak naprawdę to może powinienem autorowi tej feralnie trzymanej wtedy przeze mnie książki jednak podziękować i zostać jego psychofanem, bo to dzięki niemu doszło do tak szybkiego coming outu przed moją mamą i jej poznania się z Marcinem? Nie zaplanowałem tego. To był zbieg okoliczności, z którego chciałem zbiec – chciałem być zbiegiem z tych okoliczności. Do tamtego feralnego momentu prawie zawsze robiłem niemal wszystko, aby uniknąć choćby przypadkowego skojarzenia mnie z osobą homoseksualną w sytuacjach publicznych. Bałem się tej łatki, tego piętna, tej etykietki. Starałem się ukrywać fakt, że niektórzy zauważyli coś, co w tym konkretnym przypadku może i było prawdą – a właściwie nie może, tylko na pewno nią było – ale przecież nikt nie miał prawa, aby z tego powodu mnie publicznie dyskryminować i wyzywać.
Więc w trakcie tej rozmowy z policjantem pomyślałem, że to stróż prawa i można mu zaufać. Logika to tyleż wyczekiwana, co zaskakująco zwodnicza i, jak się okazuje, irracjonalna.
– Nie wiem… – Powiedzieć, nie powiedzieć, zastanawiałem się. Serce zaczęło mi mocniej walić, jakbym dopiero co przepłynął z dziesięć basenów kraulem. – Wyzwali mnie od pedałów… – rzuciłem cicho…
– A… – Spojrzał podejrzliwie, a może i drwiąco. – A jest pan tym… no…? – szukał słowa i jakoś tak nie wiem czemu, ale od razu zbrzydł w moich oczach, choć do tej pory nawet wydawał mi się dość przystojny. Z tym pytaniem nieco przesadził. Chyba trochę mnie zamurowało i zrobiłem się czerwony, ale po krótkiej chwili odpowiedziałem rzeczowo:
– A co to ma właściwie do rzeczy? Zostałem pobity.
– No może ich pan sprowokował? – odpalił natychmiast. A to stróż jebany!, przemknęło mi przez głowę.
– Słucham? – powiedziałem, a „chwdp” pomyślałem i zacząłem się trząść ze złości.
– Chciałem powiedzieć, że… – trochę się zmieszał, może nawet zrozumiał, że palnął coś głupiego. – Po prostu chodzi mi o ustalenie przyczyn.
– Ustalenie przyczyn… Dobre sobie… – burknąłem wzburzony. – To taka sama logika jak z tymi zgwałconymi kobietami, które prowokują przykrótką mini i wyzywającym makijażem. A może niektórzy biją po prostu dla przyjemności lub z nudów. I nie trzeba ich niczym prowokować! – nieomal krzyknąłem. – A to, że jestem gejem, wcale nie znaczy… – i zawiesiłem głos, bo właśnie do sali weszła moja mama.
Zatkało mnie. Policjant spojrzał na nią, a potem jeszcze raz na mnie, mówiąc, że wróci za chwilę. Nie wiem, jakim cudem zorientował się, że lepiej zostawić nas samych. Mama usiadła na brzegu łóżka i delikatnie dotknęła mojej ręki, przypatrując się mojemu czołu. Jak gdyby nigdy nic, jakby nie usłyszała tego mojego wyznania sprzed chwili, którego nie usłyszeć nie mogła. Wpatrywała się w moją głowę, unikając jednak spotkania naszych spojrzeń. Niewiele było widać pod opatrunkiem, choć na pewno napuchnięty łuk brwiowy i lekko podbite oko nie robiły dobrego wrażenia. Zbierało mi się na płacz. Nie wiem, czy dlatego, że matka się dowiedziała prawdy o mnie, czy z powodu lęku, że ich znów gdzieś spotkam i że tym następnym razem to mnie pewnie zabiją, a nie tylko pobiją. Łzy stanęły mi w oczach i zaraz po tym zacząłem beczeć i wtuliłem się w matkę. Przytuliła mnie ramieniem. Bez słów. I po chwili chwyciła mnie za barki, odsunęła i zaszklonym wzrokiem znów zaczęła przyglądać się mojemu oku. Pierwszy raz w życiu miałem limo – wcześniej nigdy z nikim się nie biłem, a jeśli już, to raczej byłem bity. Zdarzyło się kilka razy, że w szkole dostałem od chłopaków – tak za niewinność, a raczej za inność. Nie lubili mnie, bo byłem za bardzo lubiany i faworyzowany przez nauczycielki. Dodatkowo lubiły mnie także wszystkie koleżanki z klasy. Chłopcy przyczepiali mi więc kartki do pleców z napisem „ciota” lub „cwel”, bo jakoś wyczuwali moją inność. Nie wiem, czy mama domyślała się, czemu chłopcy mi dokuczali i dlaczego mnie wiecznie zaczepiali. Nigdy jej nie powiedziałem o tych karteczkach, o tym, że wielokrotnie syczeli za mną „pedał”, po czym często robili mi kocówę, a raz nawet kręcenie wora. Straszne. Może wiedziała coś od wychowawczyni, ale nigdy o nic nie spytała. Siniaki widziała na stówę, ale bez słowa przyjmowała moje tłumaczenia, że się znów pobiłem z chłopakami o byle gówno. W którymś momencie przestała nawet pytać, czemu znów dostałem. Miałem wrażenie, że machnęła na mnie ręką, jakby przyzwyczajona do faktu, że jestem ofiarą losu, słabym ogniwem i że jestem łagodny jak dziewczynka.

Będąc małym chłopcem, niemal zawsze bawiłem się z samymi dziewczynkami. Raczej wolałem gumę i skakankę niż granie w scyzoryk lub kapsle. Była na podwórku taka jedna chłopczyca Ela, która śmiało mogłaby zająć moje chłopięce miejsce, a ja chętnie wskoczyłbym na jej dziewczęce. Z chęcią przeprowadziłbym się do jej pokoju pełnego lalek. Ona ich nie znosiła, a lubiła za to wspinać się z chłopakami na drzewa, biegać po garażach, strzelać pistoletami na kapiszony, a do tego miała całkiem niezłą smykałkę do przeklinania. Czasami puszczała takie wiązanki, że uszy więdły. Nie wiem czemu, ale mnie lubiła i zdarzało się, że stawała w mojej obronie, gdy inni chłopcy traktowali mnie jak popychadło. Zapraszała mnie nawet do swojego domu, ale warunkiem miało być zawsze to, że przyniosę ze sobą samochody i żołnierzyki. W jej pokoju lalki barbie zawsze zastawałem w rogu pod parapetem: skłębione, rozebrane, z powyginanymi nogami i czasem odkręconymi rękami. Niektóre z nich miały poprzekręcane lub wgniecione w główkę oczy, a ich różowe ciała były całe pomazane flamastrami. Teraz mogę powiedzieć, że widok tych zmaltretowanych lalek przypominał ciała rzucone do zbiorowej mogiły niczym ofiary holocaustu w jakimś Auschwitz lub Dachau i choć wtedy tego jeszcze nie wiedziałem, to chciałem je uratować – nastawiałem im szyje, czyściłem skórę, ubierałem, potem rozczesywałem ich splątane włosy i naprawiałem im oczy. Najbardziej podobał mi się ken – jego szeroka żuchwa i rozbudowana klatka piersiowa. Jego gumowa skóra miała odcień brązowawy, a nie różowy, tak jak w przypadku reszty lalek. Tylko szkoda, że w miejscu krocza miał takie jakieś nibymajtki, jednak i tak byłem przyjemnie podekscytowany i wręcz pobudzony, gdy dotykałem tego miejsca, gdzie powinien być siusiak. Czasami udawało mi się wybłagać Elkę, aby w zamian za pożyczenie samochodów dawała mi na noc którąś lalkę i kena. Zgadzała się i do domu przemycałem je wetknięte za pasek od spodni. W nocy zamiast spać, bawiłem się nimi, marząc o ich cichej adopcji lub wymianie z Elką – tak na zawsze – bo wcale nie pragnąłem powrotu swoich bezdusznych samochodów. W końcu Elka pozwoliła zatrzymać mi jedną barbie, najbardziej pokrzywdzoną przez los albo raczej jej dotychczasową właścicielkę. Lalka miała całkiem wydłubane oko, ale dla mnie była piękna niczym miss świata, którą w rzeczywistości niewiele wcześniej została Polka, Aneta Kręglicka, też długowłosa blondynka.
Od tamtej pory czułem, że mam przyjaciółkę – nie mówię oczywiście o Elce, ale o jej lalce – rozmawiałem z nią, zwierzałem się jej, opowiadając o chłopcach, którzy nie wiedzieć czemu mi się coraz bardziej podobali, choć się ich bałem i zupełnie ich nie rozumiałem. Bo niby dlaczego oni tylko i wyłącznie z nudów i zupełnie bez sensu łamali gałęzie lub niszczyli ogródki pełne irysów, aksamitek i bratków. Szkoda mi było tej zieleni, więc najpierw stawałem w obronie tych biednych krzewów i kwiatów, które wierzyłem, że cierpią tak samo jak istoty ludzkie i zwierzęta (a może nawet i lalki), a potem wyzwany na solówę uciekałem, ale i tak prędzej czy później złapany dostawałem bęcki, słysząc w dodatku znów pogardliwe wyzwiska jak „babiarz” czy „pedał”. I może nawet chciałbym z tymi chłopakami spędzać czas, rozrabiać i tworzyć bandę przeciwko dzieciakom z innego podwórka, ale w sumie to się ich krępowałem, a przede wszystkim bałem. Oni też nie przepadali za moim towarzystwem, jakby się mnie wstydząc przed starszymi chłopakami. W większej grupie to normalnie nie dawali mi spokoju, ciągle się ze mnie naśmiewając i mi dokuczając, ale gdy tylko byłem z którymś z nich sam na sam, to on nawet nie tyle mnie tolerował, co może i nawet lubił i traktował jak równego sobie. Teraz wiem, że po prostu nie było po co mi dowalać, gdy nie było żadnego audytorium, gdy nie mógł się popisać i pokazać innym, że to on jest górą. Wtedy nie rozumiałem, dlaczego raz jeden i ten sam chłopak potrafi być dla mnie miły, a innym razem staje się taki podły. Marzyłem o tym, że któryś z nich mnie kiedyś polubi tak naprawdę. Ale tak się nie stawało.
W szkole nawet w moje imieniny (6 lutego) czy urodziny (11 stycznia), gdy rozdawałem w klasie cukierki, to chłopcy byli w stanie głośno i oficjalnie powiedzieć „wszystkiego najlepszego” i z podłym uśmiechem syknąć „pedale” na tyle cicho, aby nie usłyszała tego wychowawczyni. Ciągle się ich bałem, stresowałem się, gdy byli obok. Coś nie dawało mi spokoju w ich towarzystwie – i to nie tylko ten jakiś lęk, że któryś z nich mnie obrazi, bo zobaczy, że jestem zbyt delikatny i słaby, ale też ten onieśmielający mnie ich dotyk, którego tak się bałem i którego jednocześnie tak bardzo pragnąłem. Oni dotykali się bez problemu: ocierali nogami, nawet tego nie zauważając, wskakiwali sobie na barana, klepali się po plecach. Ja też tak chciałem, ale nie potrafiłem. Nie umiałem nie zwracać na to uwagi. Paraliżowała mnie sama myśl, że któryś z nich dotknie mnie tak po koleżeńsku, a nie agresywnie pchnie lub walnie po ramieniu. Nie umiałem z nimi nie tylko rozmawiać, ale i w ogóle przebywać – krępowałem się samego siebie przy nich i krępowałem się ich przy mnie. I może dlatego koledzy mnie wykolegowali ze swojej bandy albo nawet ja sam się z niej wykolegowałem, ale za to z koleżankami potrafiłem się zakoleżankować bez najmniejszego problemu. Tak – koleżanek miałem zawsze multum. Byłem przez nie lubiany, bo im nie dokuczałem. Marcin opowiadał, że nigdy tak nie miał. Dogryzał dziewczynom tak samo jak inni chłopcy, a będąc z nimi (chłopakami oczywiście) nie wyczuwał żadnego skrępowania. Skakał z kolegami po drzewach, grał w piłkę, a w okresie dojrzewania nawet kilkakrotnie się grupowo onanizował. I nie pamiętał, aby myślał wtedy o dotknięciu któregoś z kolegów. Oglądali po prostu zdjęcia gołych panienek w jakimś pisemku. I tyle. Trudno mi było sobie wyobrazić tę jego obojętność wobec widoku gołych kutasów, bo przecież ja od zawsze miałem świadomość, że jestem jakiś inny i dodatkowo odkąd wiedziałem, co nieco o seksie, marzyłem właśnie o takiej sytuacji wspólnej masturbacji, chciałem, aby kiedyś tak się stało, ale nawet nie miałem grupki kolegów, z którymi byłoby to możliwe. A gdyby tak się stało, to chyba oszalałbym z podniecenia i nie wiedziałbym, gdzie oczy podziać. A Marcin, będąc teraz gejem – dla mnie to też dziwne, bo gejem czułem się zawsze, nawet zanim poznałem te wszystkie określenia – pamięta takie wspólne walenia i twierdzi, że wtedy nie myślał o sobie jako o homo i niczego właściwie nie podejrzewał, więc nie podniecały go jakoś szczególnie te stojące penisy kolegów, a jedynie raczej samo robienie czegoś poniekąd zakazanego i zboczonego. Mówił, że myślał wtedy o cipkach ze zdjęć, jarał się nimi i napalał na to, że jakąś niedługo zaliczy i nie będzie już prawiczkiem. I wkrótce rzeczywiście zaliczył. Ponoć mu się całkiem podobało – jakaś dziewczyna z klasy w ogólniaku. Tylko że pachniała tak dziwnie i to go odrzucało. O co chodzi z tym zapachem?
A ja za to nigdy nie miałem seksu z kobietą. Jak prawdziwa ciota, jak pedał z krwi i kości nieskażony żadnym heteryckim seksem nie zaznałem tego mitycznego smrodu waginy, o którym niekiedy wspominano w literaturze, w przedstawieniach filmowych lub po prostu wulgarnych kawałach. Nigdy nie ciągnęło mnie, aby chociaż tego spróbować z kobietą. Niektórzy twierdzą, że skoro się nie spróbowało, to skąd się wie, że się jest homo? Zalecam w takim razie wszystkim spróbować seksu z przedstawicielem lub przedstawicielką swojej płci – zwłaszcza tym hetero, którzy tak bardzo brzydzą się homoseksualistów. Niech spróbują – tak dla odhaczenia. A nuż okaże się, że nie wiedzieli, kim byli przez tyle lat prób i – jak się może okazać – błędów. Badania psychologiczne pokazują, że najczęściej ci najbardziej zajadle i homofobicznie nastawieni ludzie są jednostkami niepewnymi swojej seksualności i swoich pragnień, więc może byłoby to dla nich odkrywcze i zarówno oczyszczające doświadczenie. A w sumie to czemu tak nas gejów nienawidzą? Dlatego że pukamy się od tylca? I co z tego? Przecież oni też tak lubią, bo ponoć ciaśniej. Niech lepiej pomyślą, że dzięki nam rośnie im liczba adoratorów przy równoczesnym spadku liczby potencjalnych konkurentów, więc raczej dla nich to dobrze, co? W końcu więcej lasek do wyrywania dla nich zostaje. Ale te zakute łby tego nie kumają i nas nienawidzą zamiast być wdzięcznymi. Chyba się boją, że jakiś facet może na nich popatrzeć jak na obiekt seksualny, a już samo takie spojrzenie kala przecież ród męski. Bo to prawda, że wiele razy dziennie, zdarza mi się zachwycać w myślach mijanymi kolesiami, odwracać się za nimi, pożerać ich wzrokiem, a tak naprawdę liczyć na więcej, wyobrażać sobie, że ich dotykam, oblizywać się na ich widok, czuć, że aż zasycha mi w gardle z podniecenia. Po prostu jestem wzrokowcem. Ale czy to, że obiektami moich westchnień, niemych jęków i zachwytów są mężczyźni czyni mnie niegodnym bycia mężczyzną lub, ba!, Polakiem? A czym to się różni od tych obleśnych spojrzeń kolesi oblizujących się na widok atrybutów kobiecości? Oni tak mogą, tak? Bo to jest normalne? A jak! Facet z metką made in Poland musi mieć polską tożsamość seksualną (wiadomo jaką), a oprócz tego polską cerę w odpowiednim kolorze (innych opcji nie ma), polską przynależność religijną (innych opcji też nie ma), nawet polski brud pod paznokciami (opcjonalnie brytyjski, ale z obczyzny ma wrócić do ojczyzny, gdy podreperuje swój budżet), ale za to niemiecką (opcjonalnie rosyjską) krew na rękach. Prawdziwi Polacy…Śmiech na sali! Albo raczej płacz… I zgroza!

A co do tego seksu z kobietą, to ja niczego nie wykluczam – może i ja kiedyś będę miał taką potrzebę odhaczenia i sprawdzenia, jak to jest z tą płcią piękną, która dla mnie zawsze była mniej atrakcyjna i mniej pociągająca od tej płci mojej własnej, tak często – zupełnie nie wiem czemu – nazywanej brzydszą połową ludzkości. A nuż mi się spodoba?, choć sam chyba nie wierzę w to, co mówię. Ale nigdy nie mów nigdy czy jakoś tak. Muszę jednak przyznać, że fakt niespróbowania czegokolwiek z żadną dziewczyną nie oznacza, że nie miałem powodzenia. Wiem, że mnóstwo kobiet patrzyło na mnie i nadal patrzy, tak jak ja patrzyłem zawsze i nadal patrzę tylko na mężczyzn. Co poniektórzy faceci też się za mną oglądają. Ogólnie podobam się obu płciom i całkiem mi się to podoba. Tylko czasem te dziewczyny są takie nachalne i zdesperowane… Wtedy lubię – jeśli sytuacja pozwala i nie czuję zagrożenia – tak bez pardonu powiedzieć coś o moim facecie i od razu jest cisza lub co gorsza zachwyty, że taki jestem normalny, że aż dziw bierze, że no gej i że taki nawet nieprzegięty albo śmieszące mnie lamenty, że szkoda takiego faceta i że trzeba by mnie przekabacić na drugą stronę, bo nie wiem, co tracę, no i znów, że no jak to?, bo przecież w ogóle po mnie nie widać, normalnie nic a nic, jakby zestawem obowiązkowym geja miały być: zwichnięty nadgarstek; modna asymetryczna fryzura; na twarzy profesjonalny, aczkolwiek delikatny, make-up; ubiór na czasie; a do tego wszystkiego wymodulowany na kobiecy piskliwy alt lub nawet sopran w towarzystwie trzepoczących rzęs. No pardon, ale to wszystko akurat nie u mnie. Ja jestem taki dość pospolity i dość nieprzystający do społecznych i kulturowych wyobrażeń, a z tego całego pakietu stereotypowych wyznaczników i znaków szczególnych to cechuje mnie jedynie zamiłowanie do kultury i dość dobre wyczucie modowych trendów, ale i tak raczej bez odchyłów i przegięć w pedalskie ekstrema. Z góry przepraszam wszystkich niezadowolonych z tego powodu, że kiepsko wpisuję się w zbiór podpisany „cioteczki”. Nie jest to jednak celowy sposób kamuflażu lub wtopienia się w tło – taki już jestem niepozorny i w sumie to lubię, bo sam lubię, gdy pozory mylą. Jestem, jaki jestem – nie stosuję cenzury własnych pragnień w żadnym wymiarze. Zostałem stworzony na podobieństwo heteroseksualnego mężczyzny – właściwie taki się stałem jako dorastający mężczyzna, bo w dzieciństwie raczej troszkę odstawałem na tle kolegów – a tu zonk, bo będąc zupełnie męskim i raczej bez skojarzeń, lubię obciągać, być posuwanym i mam te chore skojarzenia – brzydkie i wulgarne, a do tego jakże częste i nieposkromione. Ale to nie znaczy, że czuję się lepszy od tych, co w historii kinematografii zostali utrwaleni jako ci nadwrażliwi, histeryczni, śmieszni lub zaburzeni. A niech się przebierają i przeginają, bo domyślam się przez co przeszli, żeby być sobą i żeby móc się przegiąć, ale nie nagiąć do tych społecznych oczekiwań, że powinni się mieścić w normie i ani centymetr poza margines. I chwała im za to, że są, jacy są. I niech im bozia (jeśli wierzą) to wszystko w miłości lub chociaż w rewelacyjnym bzykanku wynagrodzi, i niech znajdą sobie kogo tylko szukają – inne przegięte cioteczki, jakąś queerową miss świata i okolic, a może obleśnych lujów, normalsów z ulicy albo hipermęskich kolesi w typie gwiazdorów porno. Niech znajdą kogo sobie tylko wymarzą. I koniec kropka. A w tych ostatnich – nie wszystkich, ale tych niektórych gwiazdorach porno – to i nawet ja gustuję. Dajmy na to taki Colton Ford. Niby starzejący się, a jednak ciacho do schrupania. I w dodatku taki męski mięśniak, a dupy daje jak się patrzy – tak pod prąd stereotypowi, a co poniektórzy sądzą, że i pod prąd męskiej naturze. On widać, że ze swej natury zadowolony. Spójrzcie na niego – toż to chłop na schwał, a stęka z rozkoszy, gdy jakiś inny facet stymuluje mu prostatę przez odbyt. Ale niestety – tak jak się mówi, że wszystko, co dobre się kiedyś kończy, tak i on rzucił cały ten pornobiznes, choć należał do ekstraklasy i czołówki tej całej rozrastającej się branży. Pozostał w rozrywce, ale zmienił branżę – zaczął śpiewać, choć akurat w tym biznesie na pierwszą ligę liczyć niestety nie może. Ale niech mu się wiedzie – jemu i jego facetowi Blake’owi Harperowi. Ten też też małego ma niezłego i jest, a raczej był niezły w te klocki i nieźle dawał, bo tak samo jak Colton odszedł z filmu i wrócił do bycia pielęgniarzem. Co za strata…
Ale co tu marzyć o tych kolesiach z filmu. Na ulicy również sporo jest tych takich męskich facetów, których miałoby się ochotę złapać za krocze i przejechać policzkiem po ich jedno- lub dwudniowym zaroście, którego faktura jest tak miła oku, a jeszcze bardziej przyjemna w dotyku. I najbardziej podniecające jest to, że oni to pewnie nie są homo, ale mimo to stają się obiektem fantazji, której nawet nie podejrzewają. A może są homo albo bi? Albo może mogliby się nimi stać choć na chwilę zgodnie z coraz częstszym poglądem, że nasza seksualność stwarza się z chwilą potrzeby i impulsu? Oj, pomarzyć zawsze można… Marzenia są jeszcze za darmo…
No dobrze – więc nigdy nie spałem z dziewczyną i jak już wiadomo jestem gejem, ale moja mama o tym nie wie. Przynajmniej nie usłyszała tego ode mnie ani prawdopodobnie także od nikogo innego do tego momentu wejścia na salę, gdzie w rozmowie z policjantem mówię, że tym gejem jestem. A może…?, dopada mnie wątpliwość. Może jednak wiedziała wcześniej, może się domyślała? Może nawet z kimś o tym rozmawiała, mówiła o swoich podejrzeniach i obawach? Ponoć matki to jakoś wyczuwają. Może tak jest rzeczywiście. Ale u nas nigdy to nie zostało powiedziane wprost, a przecież to, co niewyartykułowane po prostu nie istnieje, prawda? U nas nawet nigdy nie pojawił się ten temat, bo gdy w telewizji pokazywano parady, leciały jakieś filmy z wątkami lub tokszoły z zaproszonymi w roli gości homoseksualistami albo mówiono w jakichś Kulisach sławy czy czymś podobnym o coming outach Raczka, Poniedziałka lub Piróga, to jakoś żadne z nas tego nie komentowało. I to przemilczenie było dość wygodne, ale i dość bolesne zarazem.

No właśnie – przemilczenie, ukrycie albo pominięcie. Gra, tzn. odgrywanie roli. Kim jestem? Kim jest bohater? Jak go napisać? Odkąd tak na serio zacząłem myśleć o napisaniu powieści, zacząłem także zastanawiać się nad jej ewentualną formą. Ciekawiło mnie, czy na filologii polskiej są zajęcia z praktycznego pisania utworów literackich. Czy ktoś tego w ogóle uczy, czy może pisarze to w większości samoucy uczący się na doświadczeniach historii literatury lub zapisujący słowotok brzmiący w ich głowach? Kiedyś, gdy pisałem sobie tak jedynie do szuflady, to forma jakoś zupełnie bezrefleksyjnie wybierała się jakby sama; po prostu podążałem za zdaniami, które kłębiły mi się w głowie. Sęk w tym, że wszystkie zdania przelatujące wewnątrz czaszki nie muszą, a nawet nie mogą mieć literackiego potencjału. Nawet strumień świadomości jest jakimś konstruktem podlegającym pewnym ograniczeniom i nakazom charakterystycznym dla czasu, w którym powstaje. Więc jak pisać? Jak wybrać odpowiednią narrację? Czytałem, że jest auktorialna i personalna, że ta druga na fali mody na indywidualne relacje i pamiętniki, zwłaszcza w dobie postmodernizmu wyparła tzw. narratora wszechwiedzącego. Byłem pewien, że nie mam co udawać obiektywizmu. Nie chciałem zachowywać się jak wszechwiedzący mądrala, zapominający, że świat to nie tylko wiedza i mędrca szkiełko i oko. Patrzę swoimi oczami, choć czasem uogólniam – jak każdy. Ale jak napisać siebie lub napisać swojego bohatera – niezależnie od tego czy to to samo – żeby niekonsekwencje i nielogiczności postaci przedstawić konsekwentnie i logicznie dla czytelnika? Zobaczmy tak na moim przykładzie: ukrywałem się przed własną matką, a przecież spędziłem z nią najwięcej czasu w moim dotychczasowym życiu. Udawałem, milczałem, czasami zgrywałem kogoś, kim nie jestem. Jak jakiś aktor. Czy naszą relację można określić, streścić jednym zdaniem jak zwykli robić ludzie i pisarze, którzy pozjadali wszystkie rozumy? Czy moja matka może powiedzieć, że mnie zna? I czy ja ją znam? Nie wiem przecież, jak nazywał się jej pierwszy facet. Nie wiem, czy kiedykolwiek przeszła – dajmy na to – różyczkę i kto nauczył ją pływać, bo pływa świetnie. Nie wiem, czy poznała kiedykolwiek jakąś osobę homoseksualną i nie wiem, z kim straciła dziewictwo, kiedy domyśliła się zdrad ojca i czy komukolwiek o nich powiedziała? Wielu rzeczy nie wiem. Nawet nie wiem, gdzie dokładnie urodziła się moja babcia, jej matka? Może mi kiedyś o tym mówiono, ale zapomniałem. Nie wiem, czy mama jako mała dziewczynka miała swoje ulubione zabawki i czy sama pamięta, w co ja najbardziej lubiłem się bawić? I nie wiem też, ile miała przyjaciółek i w kim się kochała jako dorastająca dziewczyna? I czy lubiła się ze swoim ojcem, a on czy był dla niej surowy? I jak blisko była kiedyś z matką, bo teraz ich więzi są raczej niezbyt mocne i dość sporadyczne? Nie wiem naprawdę wielu rzeczy. No to znamy się czy nie? Może gdybym wiedział to wszystko i jeszcze więcej, to czasami jej zachowanie byłoby dla mnie bardziej logiczne i zrozumiałe? Może umiałbym zrozumieć, czemu tak rzadko kontaktuje się ze swoją matką i rodzeństwem, no i dlaczego ma mało przyjaciół?
A jeśli chodzi o pisanie, to czy umiem pisać tak, żeby czytelnik podążył za mną i mnie zrozumiał, załapał mój punkt widzenia, stał się moim sojusznikiem, czy może ze zniecierpliwienia rzuci książkę w kąt, stwierdzając: „ale brednie, przecież to się kupy nie trzyma!”? A czy to w sumie jest konieczne, żeby się kupy trzymało i aby odbiorca stał po mojej stronie? Bo co jest ważne dla czytelnika? Co powinno być w tzw. ekspozycji, aby czytelnik odnalazł się w książce albo przynajmniej odnalazł bohaterów, których jakoś rozumie lub chociaż próbuje ich zrozumieć. I czy to powinno być już na początku, aby ułatwić mu zrozumienie? I co trzeba zawrzeć, aby bohater był logicznym konstruktem, któremu nie można zarzucić, że to jakiś niewiarygodny składak i zlepek różnych postaci, że tak ludzie się nie zachowują i że to musi być kłamstwo?
Czy ważny jest wiek bohatera? (podałem). Czy ważne jest jego nazwisko? (właściwie to po co, ale i tak podałem). A nazwisko rodowe jego matki? (co miałoby ono powiedzieć?, ale podam wszystko dokładnie: Barbara Flisiuk z domu Trybała). A może ważne jest imię ojca? (Jan, ale co z tego?). A może ważny jest kolor jego skóry? (czy zakładacie w ogóle inny niż swój, bo ja złapałem się na tym pierwszy raz, gdy czytałem Gdyby ulica Beale umiała mówić Jamesa Baldwina, że jakoś mimochodem i z automatu wyobrażałem sobie narratora jako białoskórego, bo sam taki jestem). Albo może istotny jest zawód ojca? (drukarz) i czy lubił czytać? (nie wiem, ale pracował w drukarni, więc pewnie tak, chociaż czy to musi być takie jednoznaczne?). I jakie choroby przebył, i czy w ogóle cierpiał na jakieś choroby przewlekłe i dziedziczne? (też nie wiem – wiem jedynie, że nosił okulary i miał zawał serca). A czy główny bohater jako małe dziecko był za granicą? (nie byłem), czy kiedykolwiek dostał lanie od ojca? (od matki wiem, że dostałem, ale tego nie pamiętam i nie wiem za co), czy pamięta pogrzeb ojca? (chyba samego pogrzebu nie pamiętam, a to, co pamiętam, to raczej tylko zdjęcia ze stypy w albumie). A czy bohater ma rodzeństwo? (nie mam, ale matka przed moimi narodzinami raz poroniła). I czy kiedyś marzył o założeniu rodziny? (a kto choć raz o tym nie marzył?) lub czy jak pierwszy raz jadł brzoskwinię, to mu smakowała? (nie, nie smakowała – tak przynajmniej twierdzi ciocia Krysia). A banan? (banan był ok). I czy skradł kiedyś pocałunek jakiejś dziewczynie? (a jest jakiś chłopiec, który nie skradł podsycany zachwyconymi okrzykami ciotek?) A co najbardziej lubił jeść, będąc u babci? (domowe frytki i wszystkie gęste zupy, w których od gęstości aż łyżka stała). I czy coś zaważyło na jego życiu bardziej niż śmierć ojca? (a czy ona w ogóle tak strasznie zaważyła?, bo skąd mam wiedzieć, co by było, gdyby nie jego śmierć?) I czy jest za lustracją? (trudno powiedzieć), zalegalizowaniem marihuany? (no pewnie!), wycofaniem polskich wojsk z Bliskiego Wschodu? (tak). I właściwie czemu jest homoseksualny? (…)
To co ujawnić, a co ukryć, aby było logicznie i konsekwentnie, aby dobrze się czytało i aby czytelnik nie zarzucił, że autor nieźle tu poszarżował? Bo najlepiej, żeby wszystko się składało i pasowało idealnie niczym puzzle z 500 elementów, w których każdy element został dobrze przypasowany do swojego miejsca i żaden się nie zgubił. A przecież nie wszystko o wszystkich wiemy – co gorsza nie wszystko wiemy o sobie samych, choć wydaje nam się, że kogo jak kogo, ale siebie znamy bardzo dobrze. I tak naprawdę to niewiele wiemy też o naszych przyjaciołach i bliskich, z którymi, jak to się mówi, zjedliśmy beczkę soli. Wydawało ci się, że ta przyjaźń to do końca życia, a potem się jakoś rozmywa, przestaje być potrzebna, choć wcześniej zarzekaliście się, że to coś wyjątkowego. I w ten sposób część twoich rzeczy, którymi chciałeś go/ją zarazić – różne filmy, książki, płyty – chcąc nie chcąc zmieniają właściciela, bo pewnie się już nie odezwiecie do siebie i już ich nie odzyskasz – utkną już na stałe, a może powędrują gdzieś dalej do kogoś innego. Czemu tak się dzieje i to, co miało trwać, się urywa? Bo coś zaczyna cię denerwować – coś, o czym niby już wiedziałeś, nie daje ci spokoju i staje się to przeszkodą nie do przeskoczenia. Albo nagle dowiadujesz się czegoś, co rozwala konstrukcję, którą misternie budowałeś przez lata lub która sama się wybudowała bez niczyjego pytania. I to coś nie pasuje do reszty albo zadziwia, przeraża i wprawia w dysonans. Bo ludzie są nie tylko z krwi i kości, ale i z marzeń i instynktów, z doświadczeń i nastrojów, z poczucia humoru i z chwil, gdy zaskakują samych siebie. I tacy powinni być też bohaterowie literaccy. I nawet wszechwiedzący narrator by tego nie zrozumiał, nie pojął i nie ogarnął odpowiednimi słowami. Ale milczałby, niczego nie tłumacząc, jak (niby) wszechwiedzący Bóg.
I gdzie ta konsekwencja? Bo na przykład wykształcony profesor słucha disco polo i wygląda zupełnie jak szmaciarz. No halo? – wydawałoby się – coś tu nie gra! Albo jakiś chłopak wygląda jak kompletna fajtłapa, a w łóżku budzi się w nim bestia, jest istnym ogierem, natomiast inny w typie macho zabiera się do rzeczy od dupy strony i jakoś tak ślamazarnie. A ten niepozorny grubasek – niewiarygodne – ale w tańcu kręci tyłeczkiem seksowniej niż Ricky Martin. I spójrzcie na tego – niby porządny człowiek, a potrafi zachować się jak kompletny burak: 1) pracuje w oświacie, a ciemnogród straszny albo 2) robi w kulturze, a kultury za grosz…. A te łyse pały i dresy, co to są homo (tak tak – są też tacy!), a wśród nich może zdarzyć się nawet cichy miłośnik opery i powieści Dickensa. A tamten chłopak, mimo że ciota, to zagorzały kibic Legii Warszawa i dres od stóp (adiki) do głów (czapeczka z daszkiem na łysej pale). Zdarzają się też geje lubiący motoryzację, bardzo techniczni, znający się na elektronice i interesujący się najnowszymi gadżetami technologicznymi. Są też księża szalikowcy, którzy zawzięcie kibicują swoim ulubionym klubom. No i na przykład taki Knut Hamsun – świetny pisarz, autor genialnego Głodu, wydawałoby się wrażliwy intelektualista, humanista, a dał uwieść się faszyzmowi – i to nie był przecież odosobniony przypadek. Malaparte też, ale w porę się opanował. Albo ci zawzięci hetero, których już wspominałem, co tak bardzo brzydzą się tych wszystkich ciot „posuwających się w kakao”, a mimo to nie brzydzą się dymać w dupsko swoich lub nie swoich panien i robią to z taką perwersyjną przyjemnością, że spuszczają się już niemal w przedbiegach. I pewnie dlatego nienawidzą ciot, bo w głowie mają stereotyp, że to facet musi być górą, że seks to kwestia władzy, a dawanie dupy jest takie poniżające, że facet dający facetowi – nomen omen – kala męski ród i już facetem nie jest, więc… „pedały do gazu!” a „chłopak i dziewczyna to normalna rodzina!”. Badania pokazują, że niektórzy z nich po cichu proszą swoje partnerki, żeby wkładały im palec w odbyt w trakcie seksu i żeby o tym nikomu nie mówiły, bo to takie niemęskie czuć przyjemność z powodu czegokolwiek – nawet małego niewinnego paluszka – wkładanego do męskiej heteryckiej dupy, aby pogmerać przy prostacie, która jest czuła na takie miłe gmerania nawet u heteryków. No więc cichosza i morda w kubeł! A w dupala ruchać jest super i normalnie zajebiście, tylko powtórzę, że nie facetów – od męskich odbytów to wara! – te są tylko do defekacji, czyli, mówiąc kolokwialnie, do srania. Dupy facetów to dupy jednokierunkowe! – i koniec kropka!
A tak zupełnie z innej beczki i z góry przepraszam panią prezydentową za takie analne i pedalskie sąsiedztwo, bo wiem, że to może ją urazić, ale gdy myślę o oczywistych sprzecznościach, to takie skojarzenie samo się szybko nasuwa. Ale do rzeczy, bo ktoś pomyśli, że mówię od rzeczy, tak jak sama Wałęsowa! A więc myślałem, że kurwica nie z tej ziemi mnie strzeli, jak o tym w prasie przeczytałem. Nasza była pani prezydentowa Danuta Wałęsa postanowiła w autobiografii wyznać całą prawdę o swoim mało prezydenckim życiu z prezydentem Wałęsą (pomijam fakt, kto tę „auto”-biografię napisał, bo chyba nie sama-„auto” pani prezydentowa; musiał być jakiś ghost writer), no i niech kobiecina pisze, chwała jej za to!, myślałem sobie. Każdy ma przecież jakieś marzenia i tajemnice i każdy ma prawo o nich mówić. Tylko że zaraz po wydaniu tej swojej książki pani prezydentowa wszędzie pytana, co sądzi niemal na każdy temat (może Mariusz Szczygieł właśnie z nią jako jedynym gościem co tydzień powinien reaktywować swój polsatowski tokszoł sprzed lat), została zapytana także o związki partnerskie i wyznała coś w ten deseń: że życzy gejom dobrze, lecz jednak niech tak nie afiszują się ze swoją seksualnością i zostawią ją tylko dla siebie (cytat niedokładny, w sumie parafraza cytatu). No i aż mną zatrzęsło! Normalnie megawkurw człowieka bierze, gdy ktoś promując swoją prawdę, zmusza innych do życia w zakłamaniu! Widać według niektórych tylko niektórzy mogą mieć monopol na prawdziwe wyznania i odkrywanie swoich tajemnic, a reszta niech się schowa (najlepiej do szafy) ze swoimi niewygodnymi i obrzydliwymi prawdami. Pani prezydentowej mówię głośno: „wypchaj się ze swoją książką, którą – zanim uświadczyłem tych twoich mądrości na każdy temat – nawet chciałem przeczytać, ale teraz to zjeżdżaj mi z tą swoją prawdą, która jakoś przestała mnie interesować!”. Albo coś w ten deseń. Żem się zdenerwował, mówię wam…
Jestem cały w nerwach, ale oddycham głęboko, liczę do trzech: raz-dwa-trzy, i zmieniam temat na bardziej neutralny. Wracam do konsekwencji albo raczej niekonsekwencji, a jej przykładów nie trzeba szukać jakoś specjalnie daleko – gdzieś u byłej pani prezydentowej i całkowicie poza samym sobą. Przecież bohater tej książki, czyli ja we własnej pierwszoosobowej osobie, chociaż nigdy nie narzekał na brak kasy, wprost uwielbia ciucholandy. Czyż to nie dziwne? Przecież stać by go było na markowe ciuchy z markowych butików, a woli te „kolekcje” za 52 złote za kg, gdzie Zara pomieszana z H&M, a Lacoste z Armanim i Primarkiem lub innym nołnejmem. I na przykład, mimo że jest pacyfistą, a w związku z tym jest przeciwny utożsamianiu męskości jedynie z facetami bawiącymi się w wojnę gdzieś w Afganistanach czy innych Irakach, to lubi mundury i jakąś do pewnego stopnia przemoc, bo swego rodzaju dominacja jest dla niego jak fetysz i pociąga go nie tylko w pornosach, ale i jego własnym łóżku – żołnierza z wyrka by nie wyrzucił. Przynajmniej takim chojrakiem jest w marzeniach. Aby dopełnić obrazu niekonsekwencji, bohater konsekwentnie też odmawia jakiejkolwiek wiary w jakiegokolwiek boga i równie konsekwentnie woła go nadaremno: o Boże!, o Jezu!, na rany Chrystusa!, mimowolnie zostając w obszarze zawołań judeo-chrześcijańskich. Jak widać konsekwencja plus konsekwencja daje niekonsekwencję. I co Bóg (jeśli istnieje) na to, że mój bohater go tak bardzo bagatelizuje i nadaremnie wzywa? No więc gdzie ta konsekwencja? Może jej nie ma, skoro nie wszystkie części układanki do siebie pasują? Ale spokojnie – ktoś i tak to zauważy, wytknie i obśmieje, bo my wszyscy czujemy się upoważnieni, aby wszystko komentować, zająć jakieś stanowisko, wypowiedzieć się, zaznaczając, że coś tutaj nie gra i coś się nie składa. Ale tak w sumie jest – każdy poszukuje jakiegoś porządku, a inne porządki lubi burzyć, lecz na własnych warunkach. I każdy ma inne poczucie konsekwencji lub jej braku. Każdy innym rzeczom lub sprawom oddaje się we władanie i każdym rządzą inne żądze i marzenia. Jedni oddają się nagiej łydce lub ponętnym pośladkom, inni – bogactwu, którego szczyt jest wiecznie nieosiągalny, kolejni szukają zauroczenia, które nie przestanie być zauroczeniem, a jeszcze inni zawierzają wierze, że wiara jest najważniejsza. I honor, i Bóg, i ojczyzna, i seksualność, i inne perspektywy czasami się wykluczające. Przecież są geje chrześcijanie; są hardrockowcy, których wzruszają rzewne melodie Michaela Jacksona; są narodowcy, którzy wierzą w ideologię, która zniszczyła ich kraj; są żydzi, którzy są skinami i czarnoskórzy, którzy są rasistami. I jakoś im się to składa i nie wyklucza. To tylko z zewnątrz budzi zdziwienie, bo przecież to jedynie z założenia jest niemożliwe. To tak jak te wszystkie usłyszane tysiąc razy w telewizji wspomnienia ludzi o dzieciach, które popełniły samobójstwo lub kogoś pobiły albo nawet zabiły. „Bo to zawsze było takie dobre i uczynne dziecko”. „Przecież on w życiu muchy by nie skrzywdził”, a z niej to „taka dobra uczennica była, same piątki do domu przynosiła”. I mogło tak być. I pewnie nawet tak było. Ale nie było tylko tak i było o wiele więcej niż pomieści jedno zdanie i jedna interpretacja jednej osoby. Bo nikt nie jest jednym zdaniem. A na przykład ten do bólu zwykły chłopak nie był tak kompletnie zwykły, bo ból rozwalał go od środka, chciał umrzeć i w końcu umarł, a śmierci już cofnąć nie można, choćby bardzo się chciało. I koniec. Było w nim o wiele więcej niż ta zwykłość i ten ból. I kropka.
Ja nie jestem tylko synem mojej matki, choć dla niej może jestem przede wszystkim jej dzieckiem. Dla Marcina jestem przede wszystkim jego facetem. Może niedługo będę jego eks. Dla sąsiadki jesteśmy pewnie zboczeńcami, bo kiedyś przyuważyła, jak się całowaliśmy przed wyjściem z windy i od tej pory się do nas nie odzywa. Na moje „dzień dobry, pani” odpowiada zgrzytaniem zębów, drżeniem policzków, a i pewnie popuszczaniem w pampersa. Gdyby miała portki, to by w nie narobiła, ale że nosi sukienki, to robi w sukienki. Wszystko z nerwów, z obrzydzenia i ze strachu, że zarażę ją HIVem, którego nie mam, ona pewnie też jeszcze nie i nie chce mieć. A przecież zanim nas przyuważyła, darzyła mnie jakąś sympatią, skoro niewiele wcześniej tak dowcipnie mi powiedziała, przepuszczając mnie w drzwiach: „Proszę. Panu się spieszy, a mnie już nie”. Teraz obrażona na cały świat. Spieszy się jej, gdy nas widzi. Ucieka. Pewnie żegna się w myślach. Odżegnuje od zboczeńców i ich zboczeństw. Tacy jesteśmy dla niej. To cali my – nasza orientacja i parszywy związek. Kim jestem dla innych? Dla mojej dalekiej ciotki znającej mnie raczej tylko z opowieści babci, która znów w tej chwili też zna mnie raczej jedynie z opowieści telefonicznych mojej mamy, jestem pewnie samotnym chłopakiem szukającym dziewczyny na stałe. A ten wujek, stryjeczny brat mojej mamy, który kiedyś wpadł do nas przejazdem – czy on albo ktoś inny w rodzinie zwrócił uwagę na ten dyskretny – ale jednak – kolczyk w moim prawym – a nie jednak lewym – uchu? Czy oni w ogóle wiedzą, co zwykło się myśleć o tych chłopakach z dziurką w tylko prawym uchu, bo ja tę dziurkę w prawym uchu zrobiłem sobie z pełną premedytacją? Może ktoś jednak to zauważył i pomyślał sobie, że jestem pedziem? A może myślą, że ten znak-sygnał już dawno wyszedł z mody i już niekoniecznie znaczy to, co kiedyś znaczył (swoją drogą, kto mi powie, czemu właściwie prawe ucho, skoro na homoseksualistów często mówi się, że są „lewi”?). A być może to przez tę dziurkę zaczepili mnie ci dresiarze w tramwaju? Może to był proces myślowy: kolczyk w prawym uchu – pedał – trzeba spuścić mu wpierdol – Legia – względnie Polonia – pedały do gazu!!! W sumie mogli ten kolczyk zobaczyć z przystanku. Nigdy się tego nie dowiem. Mogę jedynie się domyślać, a łatwiej jest układać to w jakąś stereotypową historię – wtedy podtrzymuję przecież podziały i granice, a tak jak ci dresiarze ze mną, tak samo ja z nimi, nie chcę mieć nic wspólnego. Chyba że w perwersyjnych imaginacjach.
A wracając do tych niekonsekwencji, to trzeba zaznaczyć, że i w nas samych zachodzą zmiany. Taka metamorfoza bohatera rozegrana w czasie i w kontakcie z innymi to ponoć podstawa dobrej książki lub dobrego filmu. Dojrzewamy, zmieniamy się, uczymy – jak to się optymistycznie mówi: człowiek uczy się każdego dnia. Niektórzy co dwa, trzy lub nawet więcej, należałoby dodać, ale przyjmijmy tę bardziej optymistyczną wersję i niech będzie, że uczymy się każdego dnia. I potrafimy sami sobie się dziwić, że kiedyś zrobiliśmy to lub tamto, że teraz to już inna historia, bo my już całkiem inni, jakby odmienieni.
A więc niełatwo o konsekwencję, o całkowicie zgrany obraz, bo każdy zwróci uwagę na coś innego, każdy coś innego zapamięta i każdy nieco inne wnioski wyciągnie z tego samego. I to wszystko nie zgra się ze sobą, nie ułoży w ciąg jasny jak alfabet i prosty jak 2+2. I będzie niezgoda i nie będzie idealnie, bo ten świat nie jest idealny. Dlaczego? Każdy znajdzie sobie inny powód i zwali odpowiedzialność na coś lub kogoś. Dla jednych to przez złą karmę, a dla drugich przez bezstresowe wychowywanie dzieci, przez Szatana, przez wszelkie ekstremizmy, przez rozwarstwienie społeczne, przez postępującą laicyzację lub radykalizację postaw, przez konsumpcjonizm lub relatywizm moralny, przez internet, przemoc w telewizji albo przez glutaminian sodu, syrop glukozowo-fruktozowy i aromat identyczny z naturalnym. Albo przez hormony wzrostu, przez testosteron, przez zespół napięcia przedmiesiączkowego, przez nieporadność ministerstwa gospodarki lub zaburzoną gospodarkę hormonalną (powołajmy Ministra Gospodarki Hormonalnej!). Albo przez ocieplenie klimatu, freony i dziurę ozonową, przez Żydów, pedałów, Stalina i Donalda Tuska. Tak to wszystko w sumie to Tuska wina. To przez niego świat nie jest idealny. To przez niego faceci z piękną klatą mogą mieć jakąś skazę: obrzydliwe śpiochy lub zajady, zeza, zrogowaciały paznokieć, nieapetyczne żylaki, rozstępy, ręce grubsze od nóg albo uda, które uda tylko udają. No i z rzeczy bardziej istotnych, bo mówiących o życiu i śmierci, to na przykład to też Tuska wina, że na raka chorują nawet Bogu ducha winne małe dzieci, a na świecie codziennie z głodu umierają setki, jeśli nie tysiące, ludzi. I jakiś szaleniec może niespodziewanie zastrzelić cię na ulicy lub gdziekolwiek indziej, a ty przecież miałeś tyle planów na przyszłość, wszystko było jeszcze przed tobą. A jeszcze z takich bardziej trywialnych kwestii, to zawsze znajdzie się ktoś, kto z wózkiem wtarabani się na ścieżkę rowerową; ktoś, kto nie posprząta po swoim psie i ktoś drugi, kto wdepnie w ten nieposprzątany syf i zaklnie „do kurwy nędzy!” lub wezwie „Jezu Chryste!” Pana Boga na daremno, choć jedno z przykazań stanowczo każe, aby tak nie robić. Albo w tym zagłębieniu pomiędzy nosem a policzkiem urośnie ci megawielki biały pryszcz, a ty rano w przelotnym spojrzeniu w lustro go nie zauważysz i dopiero wieczorem okaże się, że cały dzień paradowałeś z tym obrzydlistwem i na pewno niejedna osoba myślała sobie: „ale oblecha, co za koleś!”. I może zdarzyć się, że jak na złość właśnie wtedy gdy pojechałeś na przykład do Mediolanu, to cała słynna katedra Duomo jest w rusztowaniach – przykryta, że nic nie widać, bo remont na całego. Albo może zdarzyć się też ktoś tuż przed tobą, i to w dodatku gdy się strasznie spieszysz, zablokuje kolejkę w kasie w supermarkecie i już nie będzie wcale tak super, dzień nie będzie już taki dobry, choć dosłownie przed chwilą dwoje sąsiadów, widząc cię na schodach klatki, życzyło ci go ze wzajemnością, bo przez tę kolejkę ucieknie ci autobus i spóźnisz się na ważne spotkanie, i ogólnie będziesz miał przesrane. W ogóle ten cały splot zbiegów okoliczności i przypadków można podsumować w ten sposób: że zdarza się coś lub pojawia ktoś w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie, tak jak na przykład matka, która przypadkiem nieprzygotowana zjawia się i dowiaduje, że jej syn jest gejem nieprzygotowanym na to, aby to wyznać swojej matce. Przypadki chodzą po ludziach, a ludzie muszą dawać sobie z nimi radę. Przypadkiem może stać się tak wiele – można na przykład tak jak Kolumb odkryć Amerykę. Można też zostać światowej sławy modelką – bo czy taka Kate Moss byłaby tą właśnie Kate Moss, gdyby nie ten zbieg okoliczności, że w tłumie osób kręcących się na lotnisku JFK w Nowym Jorku wypatrzyła ją jakaś kobieta z agencji modelek, gdy 14-letnia Kate wracała z rodzicami z Wysp Bahama? A może to było przeznaczenie? Może to przeznaczenia chodzą po ludziach? A czy przeznaczenie i przypadek to czasem nie to samo? Może to, że matka dowiaduje się przypadkiem, że jej syn jest gejem to właśnie przeznaczenie?

Tak chyba miało być: zjawiła się i dowiedziała. Weszła akurat w tym konkretnym momencie niczym deus ex machina. Usłyszała, jak sam mówię do policjanta, że jestem gejem. Nie było już co zaprzeczać, tym bardziej że i tak chciałem jej to kiedyś powiedzieć. A pewnie miała co do mnie inne plany i marzenia. Może chciała widzieć, jak prowadzę swoją wybrankę przed ołtarz, a potem jak w rytm marsza Mendelssohna wkraczamy w życie małżeńskie. Pewnie chciała witać mnie i moją żonę chlebem i wódką w progu domu, tańczyć na moim weselu i na pewno nie miała w głowie tych związków partnerskich, które często nazywają w mediach małżeństwami, a które może i kiedyś w Polsce zostaną wprowadzone w ramach słusznej idei równości i tolerancji – ona i tak wolałaby normalniej. Pewnie myślała też o wnukach i może nawet prawnukach, ale raczej nie chodziło jej o dzieci adoptowane lub zamawiane nielegalnie u surykatek, o czym mówi się coraz częściej w różnego rodzaju środkach masowego przekazu. Widziałem, jak patrzyła na dzieci córek i synów naszych sąsiadek, jak się do nich garnęła, jak zazdrościła swoim siostrom i kuzynkom, że zostały już babciami. Wiedziałem, że marzyła o tych małych stópkach, śliniącej się buźce, śmiejących się oczkach. Nie straszne jej były nawet głośny płacz, zafajdana pupa, tony prania i sprzątanie zabawek. Ona by się w tym odnalazła, udowodniłaby, że potrafi być perfekcyjną babcią. Poświęciłaby się nawet, stojąc przy garach, gotując kaszki i milupy. I to wszystko – te płacze, te kupy w pieluchach, te brudne śliniaki i ten cały cud nad cudy – nie będą dla niej, nie uczynią z niej pełnoprawnej babci. Nie będzie „a gugu” i „koci łapci”, nie będzie upragnionego „powiedz: ba-ba!” – przynajmniej na razie tego nie będzie… Przepraszam cię mamo za ten świat, który cię tak podle i perfidnie oszukał, dając ci nadzieję na to, że będzie normalnie i że wszystkie kobiety muszą kiedyś zostać babciami. Tak – ten świat nie jest idealny i co i rusz zaskakuje, i wybija z rytmu, do którego zdążymy się przyzwyczaić. I dobrze jest mieć plany, ale dobrze jest w nie wpisać dużą tolerancję nie tyle błędu, ile przypadku, na który przecież nie mamy wpływu. Wielokrotnie układałem sobie w głowie, jak jej to powiem. Gdy byłem sam – jeszcze przed Marcinem – to były momenty, że już właściwie miałem jej to wyznać, ale wtedy, gdy już prawie wydobywał się ze mnie głos – pierwsze słowa: „mamo, wiesz…” – zaczynały się wątpliwości, bałem się, że zapyta o to, czy kogoś mam, a ja powiem, że nie i że poczuję, że mogłem to zrobić, gdy ten ktoś już jest i gdy jestem jego i naszego związku pewien – że to dałoby mi taką siłę i potwierdziło, że nie zmyślam, że to nie żadna chwilowa moda ani żadna decyzja, a po prostu fakt nienegocjowalny, a jeśli już, to decyzją jest jedynie ukrywanie lub nieukrywanie tego faktu. Trochę szukałem jakichś pretekstów, aby jednak nie mówić, jeszcze nie czas, myślałem… Lęk był zbyt duży. A potem, gdy już byłem w związku z Marcinem, to były chwile, że byłem już o milimetr lub raczej o sekundę od przyznania się, do kogo tak niemal codziennie jeżdżę, z kim się ciągle widuję, u kogo czasem nocuję i kto jest dla mnie najważniejszy, ale zaraz znów pojawiały się obawy i lęk, i niemal delirka, i pocenie się, że ona tego nie zrozumie, że przecież Bóg to coś tam i że mnie wyzwie od najgorszych, a ja poczuję się jak jakiś przestępca, bo w końcu powiedzieć, że jest się homo to jak przyznać się, a przyznawanie się to powiedzenie czegoś, co było tajemnicą, niechlubnym sekretem, utajonym felerem, grzechem, złem lub zamaskowaną zbrodnią przeciwko ludzkości, religii, rodzinie, społeczeństwu i matce, która w marzeniach staje się babcią prędzej niż w rzeczywistości. I wraz z wyznaniem nie musi być lepiej – może spotkać cię kara, a kamień z serca może przygnieść cię jeszcze bardziej do ziemi niż wtedy, gdy był ukryty głęboko i pozostawał dla wszystkich niewidoczny. No i tchórzyłem, ciągle myśląc, że przyjdzie lepszy moment na takie wyznanie. Moment przyszedł sam – niepytany i chyba nie lepszy, ale przyszedł.
I już za późno. Nie mogę nacisnąć REW. Co się stało, to się nie odstanie.

– … To, że jestem gejem wcale nie znaczy… – i zawiesiłem się, bo właśnie weszła moja mama.
Zatkało mnie. Policjant spojrzał na nią, a potem jeszcze raz na mnie, mówiąc, że wróci za chwilę. Nie wiem, jakim cudem ten bystrzak zorientował się, że lepiej zostawić nas samych. Wyszedł. Zacząłem odczuwać lęk. Że się mnie wyrzeknie, że zechce mnie leczyć lub że mnie wyrzuci z domu. Takie właśnie myśli przeleciały mi przez głowę. A przecież to, że jestem gejem wcale nie znaczy, że matka mnie od razu odrzuci, to nie znaczy, że jestem gorszy, choć przywykłem, tak jak i zresztą ona, do tych słyszanych w telewizji bredni, że nie jestem pełnowartościowym obywatelem, a jedynie bezproduktywnym jałowym pasożytem, bo na starość będę darmozjadem żyjącym na garnuszku państwa. To tak jakby automatycznie zakładano, że wszyscy hetero muszą mieć dzieci i jeśli już je mają, to tylko je kochają ponad miarę, wychowują na dobrych obywateli, zapewniają im cudowną przyszłość i w ogóle nigdy nie jest źle, bo hetero są tacy odpowiedzialni, dobrzy, uczciwi, zawsze moralni i ze wszech miar nieskazitelni. To skąd te przepełnione domy dziecka, ja się pytam? Skąd te wszystkie historie z zakopanymi, utopionymi, zgwałconymi, ukiszonymi i poćwiartowanymi noworodkami lub niemowlakami ukrytymi gdzieś w beczkach, w ogrodach i w słoikach na weki? No, ale ja jestem gejem, więc co ja tam w ogóle wiem, prawda? Przecież jestem tylko obywatelem drugiej kategorii, więc powinienem siedzieć i cieszyć się, że nie ma przymusowego leczenia tej mojej dewiacji. Dzieci i homo głosu nie mają! Bo tak – chcę czy nie, to na pewno jestem zboczony i na 100% skrywam mnóstwo perwersyjnych i chorych zachowań. Tak prawdę mówiąc, to może coś w tym jest, ale myślę, że skrywam nie więcej tych wstydliwych tajemnic niż przeciętny hetero. To, że jestem gejem nie znaczy, że muszą podobać mi się pończochy, makijaże i buty na wysokich obcasach, tak jak nie każdy hetero musi z automatu interesować się motoryzacją. Nie muszę być sadomaso ani sikać na partnerów seksualnych i nie muszę być poniżany, aby osiągnąć zadowolenie. Nie muszę też nienawidzić kobiet ani dzieci, ani – wręcz odwrotnie – kochać dzieci miłością niedozwoloną i słusznie karaną. A jeśli nawet bym lubił makijaż i damskie fatałaszki, to co z tego? Czy musiałbym od razu być za to opluty i czy taka przebieranka od razu oznaczałaby proszenie się o wpierdol i prowokowanie? To znów tak samo jak z tym twierdzeniem, że dziewczyna była wymalowana i w mini, więc sama prosiła się o gwałt. Pedał też się sam o to prosi – w końcu jest pedałem, a to jest jasne jak słońce, że pedał to jest pośmiewisko do wyśmiewania i worek treningowy do bicia. Czy o tym wszystkim myślała wtedy moja matka? Że w tym tramwaju dostałem za bycie gejem? Czy zastanawiała się, jak bardzo ją samą brzydzi pocałunek dwóch facetów? I czy wyobrażała sobie, że lubię się przebierać albo mówić o sobie z żeńskimi końcówkami koniugacyjnymi? A może myślała, że jej syn musiał się ukrywać przez tyle lat i że w takim społeczeństwie nigdy nie będzie mógł być całkowicie sobą? Może bała się, że przecież ta wszechogarniająca homofobia zagraża mi każdego dnia. Jaki ja jawiłem się w jej głowie? Kogo widziała, myśląc o mnie? Zboczeńca? Biednego skrzywdzonego chłopca? Zaburzonego psychola? Czy serce jej pękało na pół, gdy myślała, że moje nasienie niczego nie zasieje, że nie będzie plonów w postaci tradycyjnej rodziny pasującej do M3, większego nowoczesnego apartamentu albo i willi z ogródkiem? Co sobie myślała? Czy nadal byłem jej dzieckiem – jej synusiem ukochanym, maminsynkiem? Rozbeczałem się, przytuliła mnie, a potem przyglądała się mojej posiniaczonej twarzy.
Patrzyłem na nią, obserwowałem jej minę. Patrzyła na moją twarz, nie na mnie. Uciekała wzrokiem od mojego wzroku. Grymas bez grymasu. Kamień. Skała. Spojrzała na moje zakrwawione ciuchy, które leżały na ziemi w siatce przy łóżku. Potem znów, jak gdyby nigdy nic, zaczęła przyglądać się mojej zabandażowanej głowie, złapała mnie za rękę. Po chwili spytała, jak się czuję i nie czekając na odpowiedź, zapytała, czy nie jestem głodny. Powiedziałem, że nie i poczułem nieprzyjemną suchość w gardle. Potem zaczęła grzebać w torbie i wyjęła jogurt. Powiedziała, że tak na szybko wzięła go z lodówki i że jak zgłodnieję, to żebym zjadł, a że potem przyniesie coś bardziej treściwego i przywiezie mi czyste ciuchy. Leżałem w szpitalnej piżamie, twardej, zapewne wykrochmalonej. Nie umiała spojrzeć mi w oczy. Widziałem, że jej się zaszkliły. Nie wiem, czy unikała mojego wzroku, czy tylko tak to wyglądało. Nie wiem, czy była zdenerwowana pobiciem, czy tym, że usłyszała w końcu to, nad czym być może zdarzało jej się zastanawiać. Chwilę milczeliśmy. Wciąż patrzyła, czy nie mam obrażeń nigdzie indziej. Drżącym głosem powiedziałem, że boli mnie trochę brzuch, bo chyba mnie skopali. Nie spytała, czemu mnie zaatakowali. Pociągnęła nosem i powiedziała, że zaraz pójdzie do sklepiku, ale nie wiedzieć czemu najpierw podeszła do okna i wyglądała, patrząc nie wiem gdzie. Chciałem zapytać, czy może chce porozmawiać o tym, co usłyszała, wchodząc do sali. Chciałem jej powiedzieć, że Marcin to dobry chłopak, serio, taki do rany przyłóż, że nie musi się niczym martwić. Byłem bliski palpitacji serca, choć wcale nie wiem, jak czuje się człowiek, kiedy jest tego bliski, bo nigdy ich nie miałem. Widziałem, że sąsiad z łóżka obok tylko udaje, że czyta gazetę, a tak naprawdę czeka na to, jak się sprawa rozwinie. W końcu to wszystko było niemal jak reality show – i to live. Miałem nadzieję, że nie będzie z tego żaden Jerry Springer. Denerwowałem się niemiłosiernie. I już miałem powiedzieć, że…, gdy wszedł Marcin.
– O rany, jak ty wyglądasz? – krzyknął zaniepokojony i pełen troski. – Co oni ci zrobili? Kto to był? – Podszedł do mnie i usiadł na metalowym stołku przy łóżku, na którym jeszcze chwilę temu siedziała moja mama, i złapał mnie za rękę. Ruchem głowy wskazałem mu kobietę przy oknie. Patrzyła na nas. – O! – Spojrzał na mnie i wstając, rzekł trochę zmieszany: – Pani jest pewnie mamą Szymona. – Podszedł do niej, wyciągając rękę. Stał się jakiś taki potulny. – Jestem Marcin. Przyjaciel Szymka – powiedział. Uścisnęła mu dłoń, ale tak odruchowo. – Przykro mi, że poznajemy się w takich okolicznościach – dodał nieśmiało. – Myśleliśmy…
– Dobrze, chłopcy, a właściwie panowie – wtrąciła mama, nie czekając aż Marcin skończy mówić. Wytarła nos, a chusteczkę wcisnęła do torebki. –  Zostawiam was samych i idę porozmawiać z lekarzem.
I wyszła, a my, nie zważając na faceta z łóżka obok, pocałowaliśmy się i rozplątał mi się język. Opowiedziałem Marcinowi, że mama usłyszała, jak krzyknąłem policjantowi, że jestem gejem, a powiedziałem mu to, bo przecież oni dlatego mnie pobili, bo powtarzali przecież, że jestem pedałkiem, choć nie wiem skąd właściwie to wiedzieli, bo dopiero potem przeczytali na okładce książki, że czytam coś pedalskiego, więc to tylko potwierdziło ich przypuszczenia, które mieli już wcześniej, i że policjant stwierdził, że może ich prowokowałem. Rany! Co niby miałbym robić? Kopulować z książką, podwalać się do pasażerów lub puszczać do nich oko albo może wysyłać zalotnego buziaka? I że jak to mówiłem – to, że i owszem i że jestem tym gejem – to właśnie wtedy do sali weszła mama. I właściwie nic nie powiedziała na ten temat, nie zareagowała, nie skomentowała, a zdenerwowała się może samym pobiciem. A może jest w szoku? Może trzeba z nią pomówić? Trochę byłem zły, że Marcin przyszedł, ale w sumie kiedyś powinni się poznać, więc czemu nie teraz? Bolała mnie głowa. Moja niepęknięta do tej pory czaszka pękała mi wręcz w szwach. Marcin pocałował mnie delikatnie w czoło, a właściwie w bandaż na nim, i stwierdził, że porozmawia z mamą, jednak gdy przyszła z zakupami – wodą mineralną, jabłkami i kanapką – to tylko szybko i dosyć oschle poinformowała, że zaraz, tak dla dokładnego sprawdzenia, będę miał tomografię komputerową głowy, od której zależeć będzie, czy zrobią mi potem trepanację czaszki, bo gdyby w opisie tomografii były jakieś krwiaki lub guzy, nie byłoby innego wyjścia. I rzeczywiście za chwilę mnie zabrano. Potem dowiedziałem się, że mama i Marcin nawet ze sobą nie rozmawiali w oczekiwaniu na wyniki i na mnie, bo poza pytaniem mamy, czy Marcin może poczęstować ją papierosem, nie padło żadne inne pełne zdanie złożone składające się z podmiotu, orzeczenia i dopełnienia, nie wspominając już o przydawkach i okolicznikach. Orzeczenie dopełniało jedynie dopełnienie. „Masz papierosa?” znaczyło w jej głowie „Jesteś facetem Szymka?” i okraszone było świdrującym spojrzeniem spode łba, niezbyt miłym, w relacji Marcina srogim. Nie miał fajek, więc poszedł kupić do kiosku i, chociaż jedno i drugie dawno rzuciło, zapalili wspólnie, zamieniając między sobą tylko „proszę”, „dziękuję” i inne głupie uśmieszki i śmieszne głupie uprzejmości. Ale ten wspólny papieros to raczej nie była fajka pokoju, a jedynie fajka nerwowego milczenia. A gdy wróciłem do sali i okazało się, że wszystko jest dobrze, zniknęli mi niemal natychmiast z oczu w jakimś zamazanym obrazie rozjeżdżającym się po ścianach. Nie wiem, czy to było zwykłe zmęczenie, czy dostałem w żyłę jakiś senny narkotyk. Tak czy siak – odjechałem na prawie trzynaście godzin.
Gdy się obudziłem, mama siedziała przy mnie. Przyniosła mi czyste ciuchy. Powiedziała, że chcą mnie jeszcze chwilę zostawić na obserwacji, a więc że ze szpitala najprawdopodobniej wypiszą mnie jutro i że jak chcę, to mogę przenieść się do Marcina. Wszystko jednym ciągiem: obserwacja, wypis jutro, wyprowadzka. Była dziwnie szorstka i jakby zła, że jest tak, jak jest. Nie wiedziałem, co mogę powiedzieć i co zrobić, bo właściwie ta przeprowadzka, o której wspomniała, to było coś, o czym przecież marzyłem i od jakiegoś czasu rozmawiałem o niej z Marcinem – zwłaszcza po wspólnym świątecznym oszustwie, które okazało się niemal bajką. Nie wiedzieliśmy, jak to zrobić najdelikatniej – jak jej to powiedzieć albo jakie kłamstwo wymyślić. A tutaj zbiegi okoliczności nas wyręczyły, a właściwie mama nas wyręczyła, proponując to, co zaproponowała, a ponadto mówiąc tylko, że nie chce na razie słyszeć o żadnych szczegółach, że musi najpierw to wszystko przetrawić, ochłonąć i może nawet lepiej będzie, jak przez jakiś czas będziemy mieszkać osobno. Było to takie szczęście w nieszczęściu, taka ponadwymiarowa i spóźniona w czasie gwiazdka z nieba, bo przecież było już trochę po wigilii, a w prezencie od mamy dostałem – jak zwykle odkąd mam zarost – piankę do golenia, wodę aftershave oraz książkę, którą sobie sam wcześniej wybrałem – tamtym razem Nieznośną lekkość bytu Milana Kundery, którą przeczytałem natychmiast. Może nie było mi miło, że nie chciała nic wiedzieć, ale w sumie nic na siłę. Najważniejsze, że mogłem być z Marcinem. Dobrze, że nie było krzyków, lamentów i wysyłania do psychologa ani psychiatry. Dobrze to wróżyło, więc myślałem, że wkrótce sytuacja zostanie zaakceptowana.