Rozdział 1

Drzwi zamknęły się za mną z trzaskiem. Kilkunastu płatkom śniegu udało się wkraść do środka i opadając, zaczęły natychmiast się roztapiać. Ale dobrze im tak. Nienawidzę zimna, zimy i płatków śniegu też nienawidzę. Przede mną stały tylko dwie osoby. W oczekiwaniu patrzyłem na dobrze znany mi napis znajdujący się nad drzwiami kanciapy, z której ciuchy pewnie świetnie nadawałyby się do mojego ulubionego ciucholandu. To była szatnia, a napis przypominał: „za zgubiony numerek grozi opłata 50zł”. Normalnie strach się bać! Zresztą pięć dych piechotą nie chodzi. Obok była jeszcze jedna kartka, że „kobiety wchodzą powyżej 25 lat”. Biedne. Długo muszą czekać, aby tak bardzo się rozczarować – to nie jest dla nich dobre miejsce. Oddałem kurtkę do szatni. I szalik, i czapkę, i skórzane rękawiczki. Słuchawki do iPhone’a też, wetknięte do wewnętrznej kieszeni kurtki. Oby mi ich nie gwizdnęli. Wkurwiłbym się. W końcu za wjazd zapłaciłem 15 zeta, więc niech strzegą jak oka w głowie.

Klatka schodowa była bardzo obskurna. Pamiętała na pewno czasy PRL-u. Zresztą ona nie tylko pamiętała – ona była PRL-em w stanie czystym, zastygłym w tej scenografii jak sprzed kilkudziesięciu już lat. Lastrykowe pouszczerbiane stopnie schodów; pomalowane na olejno lamperie, z których poodpryskiwały fragmenty farby, uwidaczniając przeszłość, która miała podobnie smutne kolory, co tutejsza teraźniejszość; lampa, której klosz nosił z centymetr kurzu, a malarz, który go przypadkiem maznął, nie przypadkiem zapomniał go umyć, zostawiając ten ślad niczym swój artystyczny autograf.

Wkraczałem w obszar, na którym zagejszczenie przekraczało dopuszczalne normy w tym kraju, bo Polska jest tylko dla Polaków aż tak bardzo, że Polak-pedał, Polak-Żyd lub czarny Polak (niczym czarny Chrystus w teledysku Madonny) brzmią tu jak okrutne oksymorony chcące tylko podburzyć do świętego oburzenia. Jezus też nie był Żydem, tylko królem Polski! To przecież jasne tak samo jak nasza biała skóra lub aureola nad głowami świętych. I jeśli Polak, to jedynie prawdziwy, stuprocentowy, a nie żaden tam mieszaniec czy imitator, bo my, ostatni sprawiedliwi, ciągle stoimy na straży cywilizacji białego człowieka, a mesjanizm u nas ciągle żywy… Zgodnie z przekonaniem, że tak być powinno, nasz kraj to miejsce, w którym wszelkich innych nadal się bije, bezkarnie opluwa śliną lub słowem, a w najlepszym razie wskazuje palcem. Tutaj jak jesteś inny, to patrzą na ciebie i już w tym patrzeniu profilaktycznie mieszają cię z błotem lub z prochem, lub z popiołem, lub czymś innym na „p”… Piachem? Do piachu, ścierwo jedne pierdolone! Paranoja. Smutna paranoja, bo tu ciągle trzeba informować, że homoseksualizm to nie choroba, a czarni i Żydzi to nie podludzie! Gdzie jak gdzie, ale tu to ciotom trudno patrzeć na świat przez różowe okulary, chociażby strasznie tego chciały. Prawdziwy Polak już by im pokazał ich miejsce. Ale co zrobić? Ci prawdziwi tak już mają – po prostu: co kraj, to obyczaj…

Dzięki Bogu – lub lepiej w to Boga nie mieszać, bo znów będzie święte oburzenie, że pedał i dosyć, że najpierw Jezusa, to teraz jeszcze Boga Ojca wspomina – mamy gdzieniegdzie w miarę bezpieczne azyle. Na przykład tutaj, w tych ciemnych i gorących zakamarkach, niczym w jakimś piekle, a na pewno przynajmniej w czyśćcu. Czujemy się tu dość dobrze – może dlatego, że tradycyjna polskość, tak jak i światło dzienne, dociera tu z mniejszym natężeniem. Tu jedynie sami dla siebie możemy być katami i ofiarami, a to też bardzo lubimy. Ale mimo wszystko jest tu nasz paradajs – do wyboru, do koloru i każda potwora znajdzie swego amatora. Tu jesteśmy pod ochroną. Pod ścisłą ochroną. Chronią nas bramkarze i ochrona w bluzach z zaskakującym napisem „ochrona”. To trochę jak taki rezerwat lub park narodowy. Albo getto, w którym sami siebie zamykamy z wielka radością, ale i bez wyjścia. I tak co piątek i co sobotę, bo hulanki i swawole uskuteczniamy najczęściej także weekendowo – tak samo jak ta niby bardziej normalna część ludzkości. I dlatego tak samo jak oni nienawidzimy poniedziałków. Poniedziałek także powinien być dniem wolnym – żeby odpocząć po niedzieli. Wtedy nienawidzilibyśmy wtorków.

Na górze dudniła głośna muzyka, jeśli w ogóle to, co tam leciało można było nazwać muzyką. Nie miało to nic wspólnego – i bardzo dobrze, bo miejsce nieodpowiednie – z Vivaldim, z Musorgskim ani choćby z Depeche Mode, ale było to dalekie nawet Soulwax, Robyn czy dobrym remixom Rihanny lub Beyoncé – tylko umcy-umcy, sieczka, łupanka albo inne toporne house’y lub dance’y. Ale czego właściwie miałbym się spodziewać? Przecież to pedalska remiza, więc prosta przyśpiewka miesza się z pompatycznym kiczem jak w Malowanym dzbanku Vondrackovej. I choć podobno God is a DJ, to tutaj DJ był jedynie boskonieporadny, zwłaszcza gdy w przerwach pomiędzy utworami krzyczał niczym kiepski wodzirej, że to najlepsza imprezka w mieście, że piwo w barze kosztuje dziś tylko 8 zeta i że już dziś zaprasza na jutro, bo jutro zagra DJ jakiś tam i będzie wyrąbiście. Wiedziałem, że przed klubem czekają taksówki i miałem świadomość, że w każdej sekundzie mogę bez problemu opuścić ten padół taniej rozrywki, ale mimo mnóstwa zastrzeżeń chciałem jednak zostać. Czułem się tu swojsko i obco zarazem – rządziły mną sprzeczne uczucia – ale chciałem czekać na rozwój wypadków. To miejsce wytwarzało dziwne pole magnetyczne – przyciągało i odpychało zarazem. Jak życie w całej swej złożoności.

Znałem tę głośną górę na pamięć, tak samo jak te schody prowadzące w dół do części „tylko dla mężczyzn, gdzie był bar, kilka stolików i kanap oraz mały podest na występy drag queen lub striptiz męski. Obok znajdowała się jeszcze toaleta. Jednak dla wielu te bary i kible to były tylko preteksty – bo oni nie schodzili tam po prostu na drinka, odlać się lub z kimś pogadać, zasiadając przy małych okrągłych stolikach. Dla nich ważniejsze były inne krągłości. Tych pośladków, które można było wymacać w ciemności. Tych bicepsów, które napierały na ciebie, przygniatając cię do ściany. Tych wyobrażeń, których kanty wygładzone były naiwnością marzenia. Tych dziurek, przez które można było coś przełożyć, coś podejrzeć, coś złapać. Glory holes – tak na nie mówi się w pedalskich pornosach. A właściwie to w pornosach niemal się nie mówi, więc glory holes można w nich jedynie zobaczyć, a nie o nich usłyszeć, i dlatego wnioskuję, że nazwę tę znam chyba z tytułów filmów porno albo z netu. A te chwalebne i wspaniałe dziurki są nieodłączną częścią wszystkich darkroomów. Tego tutaj – o!, glorio na wysokościach! – także. Wszyscy wiedzieli, że one tam są, nawet gdy tam wcale nie wchodzili, bo nie mieli odwagi, mając za to wielkie chęci. Ale kto by się bał i czego? – niemal wszyscy szli tam jak do siebie i jak po swoje. I co?! O materdeja! O panienko przenajświętsza! Normalnie Sodomia i Gomoria! Te krągłości w rozporkach prostowały się na samą myśl, co tam może się dziać w tych ciemnościach.

Chciałem najpierw zejść na dół. Po pierwsze do toalety, po drugie dostać się bez problemu do baru po drina, bo tu przy barze zawsze mniej tłoczno niż na górze. No na pewno! Sam pisał o pretekstach, a teraz się za nimi chowa, pomyślicie. Schodzi tam do tej jebalni, żeby czym prędzej sobie zaruchać! No skoro tak mówicie… Ja się kłócić nie zamierzam. Tylko że jeśli już, to ja akurat wolę dawać, więc jeśli ktoś będzie ruchać, to na pewno – no dobra: raczej – nie będę to ja.

Zanim zrobiłem pierwszy krok, kierując się w dół, usłyszałem niskie mruknięcie opasłego wąsatego bramkarza. Jak zawsze stał przy schodach w asyście jeszcze jednego dość mocno przykoksowanego karka z ochrony, niezmiennie w tej swojej czarnej ramonesce. Niczym niewzruszony Terminator nie witał nikogo uśmiechem, zupełnie jakby mu ktoś zabronił okazywania ludzkich odruchów – od razu wiadomo, że heteryk patrzący na wchodzące panienki trochę jak na bombki z choinki urwane lub gwiazdunie ze spalonego teatru. No tak – zapomniałem o pieczątce. Chwila moment – wyjąłem z kieszeni bilecik w kolorze odblaskowego różu (no a jakżeby inaczej – w końcu to ciotoland) i niemal natychmiast na wewnętrznej stronie mojej lewej ręki zagościł niewidoczny w zwykłym świetle znaczek mówiący, że jestem tu legalnie, że kupiłem bilet, że jestem wypłacalny – przynajmniej na tyle, aby stać mnie było na wjazd – ile mi jeszcze zostało w kieszeniach nikt nie sprawdzał.

Zszedłem szybko do kibla, no i zaskok! Trochę tu jakby odpicowali. Coś tu jest nowego – może lustro, a może automat do suszenia rąk? Albo ten dystrybutor z prezerwatywami przeciwdziałającymi dystrybucji HIVa i innych chorób przenoszonych drogą płciową? Szybki, lecz bezpieczny seks? Czemu nie? Może się przytrafi. No całkiem tu ładnie i cywilizowanie, trzeba przyznać, ale jakieś pijane szmaty i tak zdążyły już zepsuć jeden pisuar, który zasłonięty foliowym workiem dusił się z braku tlenu. Staję przy innym, jeszcze działającym, bo trzy toalety zamknięte na cztery spusty. Co się w nich dzieje? Nie wiem i nie chcę snuć domysłów – możliwości tysiące, a co najmniej tyle, ile pozycji w Kamasutrze, odejmując od tego seks waginalny, a dodając pejcze, skóry, koks i poliamorię. Oby mnie nie molestowała żadna wstrętna pedalica, tak jak wtedy, gdy taka jedna, kompletnie zapijaczona, bez pytania chwyciła mnie za kutasa w trakcie sikania. Nienormalna jakaś! Złapała za mój interes jakby to był jej interes, bezczelna!
– Co tam, koteńku? – wybełkotała, próbując patrzeć mi w oczy i uśmiechając się.
– Nie twój interes – syknąłem i najpierw zdzieliłem ją po łapie, a potem ostentacyjnie schowałem swoje klejnoty w majtkach. Apeluję: niech się do mnie nie zbliża żadna podobna pasjonatka macania, bo wystrzelam po łapach albo i po mordzie! Takie czasy nastały, że człowiek już nigdzie nie może czuć się bezpieczny, a już zwłaszcza w pedalskim przybytku… Psi, psi, psi. No jazda, dawaj! Czasami nie mogę się wysikać. Sam nie wiem, czemu – niby mi się chce, a nie mogę. Teraz nikt nie sika tuż przy mnie, ale normalnie jak ktoś jest obok, a ty nie możesz, to siara – zwłaszcza w miejscu publicznym – w kinie czy innym teatrze. Bo niby przyszedłeś tu sobie niewinnie pomachać zwiędniętą paróweczką czy może czekasz na okazję, że trafi się jakieś wspólne walonko z kimś sikającym z boku, perwersie ty, zboku jeden? No dawaj, mały. Pliz! Nie rób mi tego, bo zaraz ktoś się zjawi i będzie siara! Tutaj to może i wszystko mi jedno, co sobie pomyśli. I być może nawet miałbym ochotę na chwileczkę zapomnienia, zależy kogo by przyniosło, ale… Najpierw drin – to jest pierwszy punkt programu. Psi, psi, psi, malutki, psi, psi, psi. Dobra – leci. Uff. Już nie mogę doczekać się wódy z colą. Suszy mnie. I czuję, że już dawno ze mnie uleciało to, co lekko przygłuszyło mnie w domu. Przed wyjściem wypiłem sobie cztery driny z wyborowej i hoop coli. Nie lubię coca coli – wszędzie tylko ona, a ja wolę taniej, a jak dla mnie, niemal tak samo i dlatego hoop cola jest idealna. Pepsi też może być – ma lepszy smak i jakoś mniej kojarzy mi się z tym żałosnym Jingle bells i wielkim czerwonym tirem, że niby coca cola to taki rarytas na święta dla dzieci całego świata. I nie to, że niby ze mnie taki patriota, bo hoop colę wybieram – co to to nie! Nie wiem nawet czy jest polska. A jeszcze co do mojego nacjonalizmu – odkąd patriotyzm mi się kojarzy z tymi wymachującymi polską flagą katolickimi narodowcami, to jakoś wstyd mi być patriotą. Naiwne dzieci to jeszcze mogą dumnie recytować Katechizm polskiego dziecka (pamiętacie to?: „Kto ty jesteś? Polak mały. Jaki znak twój? Orzeł biały”), ale potem, gdy się widzi te agresywne mordy ze zrytą psyche, to przychodzi chyba czas na opamiętanie się i sięgnięcie pamięcią do historii ogłupiającego Heil Hitler i wszelkich temu podobnych aryjskich debilizmów. Niestety niektóre spotworniałe formy polskości mają wiele z faszyzmu i kompletnie tego nie kumam, jak można marzyć o Wielkiej Polsce Katolickiej, podpierając się ideologią, która niemal zrównała nasz kraj z ziemią?! Niepojęte, ale Polak potrafi! Na domiar złego moralne skarłowacenie próbuje się przykryć biciem rekordów à la świebodziński Chrystus. Na jakimś blogu przeczytałem, że ten Dżizus Krajst to wyjebany jest w kosmos jak chuj. Mówię to ze smutkiem, ale coś w tym jest – to pornografia sztuki budowlanej, eskalacja bigoterii i pychy – i nic dziwnego, że przekleństwa same na język przychodzą. Biedny Świebodzin. To takie ładne miasteczko, a stało się symbolem zwycięstwa dewocji nad zdrowym rozsądkiem i poczuciem dobrego smaku. Przecież to nie chodzi o religię, ale o zwykłe poczucie estetyki, a u nas z tym kiepsko od dawien dawna. Może dlatego wybieram laicyzm i europejskość, bo katolicyzm i patriotyzm niosą ze sobą niemiłe mi ekstremistyczne skojarzenia. Jestem niczym obywatel świata. Nie chcę się wyprowadzać. Jestem Polakiem. Jest mi tu dobrze, co nie znaczy, że się nie wstydzę. Małą ojczyznę noszę w sercu, nie na sztandarach. W sumie to nie wiem, skąd u tych narodowców taka duma narodowa każąca im wykrzykiwać brednie o white power – może jakby na przekór tej przepowiedni zapisanej w języku angielskim, że „polish people will polish your shoes”, która zaprojektowała nasz polski los na saksach i na dorobku – wiecznie z odzieżą roboczą w plecakach. Zresztą czyścimy nie tylko buty, a także kible, podłogi, ulice i naczynia. Zlewozmywak był i jest Polakom i Polkom pisany – język angielski zaklina polską rzeczywistość niczym determinanta, od której nie ma ucieczki. I jak polish, to polish (nieważne ponoć różne akcenty) i nie ma przebacz.

Ale koniec z tą pesymistyczną dygresją – może nie jest aż tak źle, może jest jakiś sposób na wyrwanie się z tego chocholego tańca. Wódka? Ona niestety na dłuższą metę pogarsza sprawę, bo przeciąga w nieskończoność tę polską tradycję chlania na umór („prawdziwego mężczyznę zabija alkohol”, konstatuje polski superbohater As w Hydrozagadce) – chlania na umór, żeby zapomnieć i żeby uciec, ale dajmy już spokój – teraz nie chce mi się zastanawiać nad innymi perspektywami wyjścia z zaklętego kręgu językowych predestynacji. A skoro o wódce mowa, to ta wyborowa to także nie był mój wybór – to tylko dlatego, że jedynie ją miałem w lodówce. Została po jakiejś domowej imprezce – ktoś przytaszczył ją, sam bym jej przecież nie kupił. Zawsze szkodzi mi na żołądek, mimo tego że – tak jak Chopin, Wałęsa i, jak to się mówi z angielska, Dżon Pol De Sekend lub Karol Wojtila – ta sławna wyborowa jest naszym dobrem narodowym znanym na całym świecie. No ale żyć mi ona nie daje po spożyciu – centralnie uwzięła się na mnie i ścierwa nie znoszę. Nie miałem jednak wyjścia. Tylko ona i ja. Więc przed wyjściem z domu – bo taxi korporacja już nawet przysłała smsa, że „taxi oczekuje pod wskazanym adresem” – tak na odchodne i aby bardziej się zrobić, walnąłem jeszcze trzy lufki. Tak na rozchodnika, musiałem sobie powtórzyć, aby przekonać samego siebie do trzeciej. Zabolało. Strasznie! Wykrzywiło mnie całego, zrobiło ze mnie buldoga na kilka sekund, ale zniosłem to dzielnie. Żadnego haftowania!, obiecałem sobie, brachu, jesteś miszcz nad miszcze!, a potem pomyślałem, że to by było na tyle szocików tej nocy, starczy!, i to kategorycznie!, trzeba tylko jeszcze kulturalnie pożegnać się z domownikami. Nikogo co prawda nie było, ale miałem ich wszystkich w pamięci. Żegnajcie kochani. Wrócę rano! O ile wyborowa mi pozwoli, to nawet nieobrzygany. Do ust wziąłem sobie gumę orbit spearmint (ach, ta nazwa i ach, te zbereźne skojarzenia i zdrożne myśli), no i w drogę! Hej, przygodo! Zakręciło mną, że nawet za bardzo nie pamiętam drogi do klubu, ale te kilkanaście metrów przebytych na mrozie po wyjściu z taksówki wywiało ze mnie całe te procenty i promile, które wcześniej sobie zapodałem. Chce mi się pić. Suszy mnie! Do baru! Do barmana wybawiciela!

Przepchnąłem się przez salę, w której najjaśniejszymi miejscami były banery świecące na ścianie za barem. Pall malle i burn. Palenie rzuciłem, a tych energetyków to nie lubię – żadnych. Tych red bulli i xl’ów zwłaszcza. Smakuje to jak bateria i nawet kopa nie daje, jak niby powinno. Taka sztuka dla sztuki, a właściwie sztuczność dla sztuczności. Stanąłem przy barze. Wódka z colą, wódka z colą. Barman, szykując komuś drinka, przyklęknął na ziemi, bo ze znajdującej się nisko lodówki musiał wyciągnąć dużą butelkę coca coli. Widziałem jego rowek. Apetyczny. A zaraz potem odwrócił się i się uśmiechając, powiedział do mnie:
– Co dla ciebie?
Się zawiesiłem się. Miał ładne zęby. W ogóle niezła z niego dupa, pomyślałem.
Wódka z colą.
Do niskiej szklanki wsypał kilka kostek lodu, dolał miarkę wódki (niestety znów wyborowej) i zalał niedużą ilością coli (niestety coca) z butelki, którą dopiero co wyciągał, ukazując odrobinę swych apetycznych czeluści. Ale nic to! Wypije się! Bąbelki, ach, bąbelki. A właściwie piana, ach, piana, która zaraz znalazła się na moich wargach. 12 złotych. W domu takiego mocnego bym raczej nie pił, no ale jestem przecież nie u siebie. Co za ulga! Susza oblana lekką bryzą chłodnego przyjemnego deszczyku. Aż dziw bierze, że na zewnątrz zima stulecia niemalże, a tutaj taki gorąc i ukrop, że prawie pot ciurkiem po tyłku cieknie. Ale mam ochotę się dzisiaj schlać! Tylko nie chcę skończyć jak ostatnio – nad echem swoich własnych wycharchiwanych wnętrzności odbijających się drugim echem tego poprzedniego, pierwszego echa w obejmowanej przeze mnie ceramicznej muszli, do której wcześniej zapewne sikały, srały i rzygały tuziny obcych mi ludzi, tzn. mężczyzn, bo kobiety tu przecież wstępu nie miały. Kto wie? – może i któryś z nich się do niej dopiero co spuścił…? Albo może wisiała nad nią w pozycji na Małysza jakaś ciotka celebrytka? – takie przecież tu też przychodzą, niektóre jeszcze publicznie niewyoutowane. Może nawet jedna z nich przez banknot o odpowiednio wysokim nominale wciągała z tej deski działkę koki lub czegoś tam innego, co się zwyczajowo wciąga na amerykańskich filmach z klozetowych desek, uprzednio oczywiście przygotowując ten biały pasek proszku kartą kredytową. I zakręcona od tej działki w nosie, i już dobrze zrobiona może nawet spoczęła na tym tronie siadem pełnym i nieprzejmującym się zupełnie wilgocią owej wspomnianej już deski klozetowej, mokrej, jak jeszcze nie wspomniałem, zapewne od rozbryzgu moczu czy innych płynów przez większość uznawanych – przynajmniej oficjalnie – za obrzydliwe, bo jacyś amatorzy nawet i tych płynnych obrzydliwości się przecież bankowo znajdą – jak to mówią: dla chcącego nic trudnego i szukajcie, a znajdziecie. Ale mnie – żywemu trupowi, zombie, który w tamtej chwili to nawet i bez charakteryzacji mógłby zagrać w remake’u sławnego filmu reżysera Romero – zupełnie to nie przeszkadzało. Mogli sobie ci wszyscy robić, co chcieli. Ja za potrzebą, a właściwie za musem, a mus to mus i nie ma przebacz, choć akurat w takiego typu objęcia to ja wpadać nie lubię. Oj, źle mi się zrobiło na samo wspomnienie tego, co czułem wtedy, wyrzygując żółć, bo nic więcej już w sobie nie miałem. Dziś nie chcę tak skończyć, pomyślałem, i miała to być nie tylko myśl, ale i postanowienie. Słowo dane samemu sobie.

Wziąłem sobie słomkę, bo tak zachęcająco stały w szklance i jakby krzyczały: bierzcie i pijcie przez nas wszyscy! Zresztą słyszałem, że sącząc alkohol przez słomkę, szybciej się człowiek upija, nie wspominając już o tym, że w niektórych przypadkach to tak ponętnie i zachęcająco wygląda. Och, bierzcie mnie i pijcie ze mnie wszyscy, to jest bowiem ciało moje. Duszno mi, wręcz upalnie i jestem jak kotka na gorącym, blaszanym dachu, mimo tych mrozów trzaskających na zewnątrz i tej całej śniegowej aury. I rozpinając górny – trzeci już – guzik mojej czarnej koszuli, oparłem się łokciami o blat baru i rozkosznie rozsiadając się w ponętnym rozkroku, zacząłem przypatrywać się przybyłym, pragnąc troszkę, żeby i oni patrzyli na mnie. Eksponuję się i niemal eksploduję z tej podniety samym sobą. Narcyz przy mnie to zwiędły kwiatek – ja jestem niczym róża, która zadziornie kłuje samą siebie. No i kogóż to moje piękne oczy widzą? Znajome twarze, a właściwie nikogo znajomego. Który to z jaśnie przybyłych gości świeci najjaśniej? Który jest najprzystojniejszy, skoro jeden przystojniejszy od drugiego? Gwiazdy, gwiazdeczki, gwiazdunie. Casting się rozpoczyna.

Ale do rzeczy. Jak zwykle sporo jest lanserskich niewolników mody ze skłonnością do przesady i swoistej barokowości, żeby nie powiedzieć rokokowości. Noszą na przykład powyciągane t-shirty z wielkimi dekoltami, a do tego luźne spodnie dresowe z krokiem tak nisko jakby w nie dopiero co narobili albo kartofle w nich dźwigali. Tak przynajmniej złośliwie komentują ci, co twierdzą, że sami ubierają się ekstra, choć bez zbędnych ekstrawagancji. Wszędzie wokół brzydkie lanserki i piękne bezguścia – tak bywa bardzo często, bo oliwa musi być sprawiedliwa, choć szczerze mówiąc często wcale nie jest. A ci wystajlowani i wypindrzeni – mają ci oni szyje okutane wielkimi szalami, okulary – tzw. kujonki – na pół twarzy, koszulki choć nowe, to już podarte, do tego obowiązkowo spodnie rurki, a na twarzy często zero zarostu, aby było tak bardziej unisex. Niektórzy są niewolnikami metek – ubrani w kratkę Burberry albo paski Paula Smitha – swoje punkty G mają w markowych sklepach w centrach handlowych. Pewnie wiedzą, do czego jest podkład, a do czego baza, puder, fluid czy inny korektor. Idealni, wymuskani, modelowi, nieskazitelni. Fiu fiu! Tacy wy-fio-ko-wa-ni! Wcale nie tak z rzadka to z nich bułkę-przez-bibułkę-arystokratyczni-wykwintnisie. Oni nie jedzą serka wiejskiego, bo to wsią zajeżdża i śmierdzącym krowim plackiem – oni konsumują cottage cheese – prawda, że od razu brzmi i smakuje dużo lepiej i bardziej światowo? Z podrobów to też jedynie foie gras, choć sami zamiast serc i mózgów mają podroby niezdolne do wyższych uczuć, a ekspercko zdolne jedynie do ostentacyjnych scen. Z wątrobą u nich też pewnie nienajlepiej. Zepsuci od stóp do głów lub na takich tylko wyglądają. Halo!? Czy jest ktoś niecierpiący na zadartonosizm?, ktoś wolny od bycia trendi, si lub dżezi za wszelką cenę? Spokojnie – są tu i tacy. Rzucają się w oczy jakby nieco później, bo są opóźnieni w nadążaniu za trendami i modami. Niektórzy zatrzymali się nawet w czasie, gdy modne były buty z blachami na koturnach lub (jeszcze gorzej) te buty typu borsuk z takim zadartym noskiem w szpic. Inni mają szerokie spodnie z krokiem w kolanach i do tego majtki na wierzchu. Są też tacy ubrani à la Las Vegas – wiecie: wieś śpiewa i tańczy – do tego te kocie ruchy, pełna gracja i pełne szaleństwo w jednym. A co niektórzy mają na łbach?! Tlenione blond balejaże i takie tapiry niczym końskie grzywy. Matko święta! A jakby tego było mało, noszą takie szerokie obrączki na kciukach. Wszystko to jakiś pedalski oldskul, Powrót do przyszłości 7 – pomieszanie z poplątaniem i vice versa. Może czekają aż moda koło zatoczy albo chcą być jej kreatorkami, odnowicielkami renesansu lub czegoś z przedrostkiem neo-. Cioty znane są z poczucia dobrego lub złego, wręcz koszmarnego, smaku. Tak – tu to widać jak na dłoni. Są też tacy, co mają gdzieś, jak wyglądają i co sobie inni pomyślą. Niekoniecznie to luje, bo gdzie w takim miejscu luje – ci, jeśli się jeszcze gdzieś ostali, siedzą na parkowych ławkach, piją pod sklepikami swoje alpażki, przeczesują brudnymi łapskami swoje tłuste włosy i w bezwietrznej aurze chodzą w walecznej pozycji jakby w huraganie, slalomem omijając niewidzialnych przechodniów i wszelkie inne przeszkody, a czasami powaleni siłą grawitacji i innych przeciwności losu słuchają płyt chodnikowych lub całą noc w pozycji leżącej czekają śniadania na trawie, które nigdy się nie odbędzie, bo nie dla nich Edward Manet się tak bardzo starał. Ale teraz i tak mróz trzaskający, więc zapomnijmy o zielonej trawie i tym bardziej śniadaniu na trawie. Oby w ten mroźny czas bezlitosnej zimy ci luje znaleźli swój ciepły azyl przed staniem się inkluzją w bryle lodu niczym owady zastygłe w bursztynach. Ich pijane serca by tego nie wytrzymały…

Ale wróćmy do bywalców i bywalczyń klubu. Sporo tu też takich, co z twarzy podobni zupełnie do nikogo, a i w ubiorze też jakby totalnie przezroczyści. I niby to zupełnie nie pasuje do, jak niektórzy sądzą, pedalskiej normy i te wysokogatunkowe, zblazowane, foszaste i rozkapryszone cioty będą przewracały oczami, mówiąc z obrzydzeniem: „O bosze! Patrz no, kochana!”, wskazując na delikwenta wyszydzającym palcem, ale trzeba przyznać, że wśród ciot zdarzają się też mężczyźni najbanalniejsi z banalnych, po prostu brzydcy, czasem zaniedbani i choćby na przykład – choć wiem, że to dla niektórych szczyt nad szczyty – bez kompletu uzębienia. I ci brzydcy kalają królewski ród ciotowski, ale w sumie to może i lepiej, bo gdyby wszystkie cioty były jedynie piękne, to która tak naprawdę byłaby najpiękniejsza? A więc paleta możliwości jest wręcz przeogromna – archipelag różnorodności zaludniony jest po brzegi. Są ciotki tancerki, ciotki połykaczki, ciotki dupodajki i ciotki poliglotki. Ciotki emerytki, ciotki erudytki, ciotki supermenki i ciotki nimfomanki. Ciotki dziadówki, ciotki arystokratki, ciotki dziennikarki i ciotki kulturystki. Ciotki kelnerki, ciotki fryzjerki, ciotki stylistki i ciotki celebrytki. Ciotki polityczki, ciotki aktywistki, ciotki pasywistki i ciotki pacyfistki. A do tego: wojowniczki, ogrodniczki, kwiaciarki, kucharki oraz pisarki, bajkopisarski i dramatopisarki, zwane z angielska drama queen. Oraz: pszczelarki, wieśniaczki, mitomaki, melomanki, burżujki, strojnisie i mieszczki. A także: męczennice, robotnice, matrony, modliszki, transetki i naturystki. No i ciotki kłamczuchy! Oszustek jest wprost na pęczki! One, jeśli się nie pomylą, to prawdy nie powiedzą. I do tego są jeszcze: schizofreniczki, gwiazdorki, hipochondryczki, bankierki, nauczycielki, psycholożki, psycholki, stare panny oraz złodziejki serc i rzeczy bardziej przyziemnych. No i jeszcze: ekspedientki, pedantki, terrorystki, policjantki, dresiary, kociary, kokietki, alkoholiczki i stewki. I lamenciary, panikary, flirciary, obciągary, zazdrośnice, kowbojki, żydówki, islamistki i cnotki niewydymki oraz wydymki niecnotki. I – jakżebym mógł zapomnieć! – anglistki! Tak! – anglistek co niemiara i wszystkie marzą o polskim Soho, bo były, widziały i naprawdę było tam great, a nawet awesome! No i: dyktatorki, dyrektorki, ale i asystentki dyrektorek, sekretarki, a nawet babcie klozetowe. Oraz: konfidentki, wiochmenki, kasjerki, hipsterki, hejterki, anarchistki, rasistki i nawet homofobki – tak, tak, tych też jest całkiem sporo. No i lekarki – różne: anestezjolożki, psycholożki, dermatolożki, etc. – niektóre powyjeżdżały daleko w pizdu zagranicę, choć to określenie „w pizdu” chyba tutaj nieodpowiednie i wiele ciotek by się skrzywiło na samą myśl o tym kobiecym organie (swoją drogą, czy zdarzają się ciotki ginekolożki?) i wolałyby, żeby powiedzieć, że pojechały w chuj daleko. Ale kochane! Na przyszłość nie bądźcie takie dosłowne i przestańcie ciągle te miny stroić! Wszystko nie tak, wiecznie foch i niezadowolenie – o każdej porze dnia, nocy, a nawet roku. To dopiero malkontentki – tych to jest na pęczki! A do tego: dewotki, słonice, aktorki, dziadówki, królowe, damy i karierowiczki. Oprócz nich prostaczki, mimozy, jawno- i skrytogrzesznice, i – nie można zapomnieć o podgatunku nad wyraz silnie reprezentowanym w wyobrażeniach, ale i w rzeczywistości – ciotki księżniczki, czyli te, co: 1) księżniczkami się czują; 2) księcia z bajki szukają lub; 3) na co dzień są księżmi, a pośród ściany tego przybytku przychodzą zupełnie incognito i bez koloratki.

Ciotek klotek co niemiara – typów, gatunków i podgatunków w tej rodzinie wprost zatrzęsienie – niektóre pełnią nawet kilka ról naraz lub płynnie przechodzą z jednej w drugą i w zależności od okoliczności zmieniają się jak kameleony. Tworzą się: szeregi, gromady, rodziny, stada. Są: ssaki, gady, płazy, ptaki, a nawet dinozaury i ufoludki. Samice (cioty) to to, a samce (pedały) to tamto. Wszyscy – bez wyjątków – to drapieżcy albo ofiary. Do opisu ich oraz ich zachowań najlepiej pasowałby głos Krystyny Czubówny (znak towarowy zastrzeżony), ale pomysł to już lekko zwietrzały i wyeksploatowany, aczkolwiek niewątpliwie w naszym kraju nadal nośny i aż nadto czytelny. Niektóre są niczym zwierzęta stadne, inne prowadzą żywot samotniczy. Jedne są wszędobylskie, inne – niezbyt labilne, wręcz stacjonarne. Duża część to cudzołożnice, wiele też nie poznało jeszcze swojej prawdziwej natury, tłumią ją w sobie lub jedynie udają kryptociotki, bo niby same nic z tego wszystkiego nie rozumieją. Niektóre są tak same z siebie wycofane, że nigdy ciotkami by się nie nazwały. Ich jest chyba najwięcej. Oj! Jest tych ciot wszystkich od czorta! A o ilu na pewno zapomniałem?! I ile z nich trudno tak z żeńska nazwać, bo język polski – wiadomo – jest antykobiecy, więc i antyciotowski. Bo jak na przykład taką ciotkę à la Pudzian nazwać? Pudzianka? A może pudziara? A te, co na bramkach stoją lub w ochronie pracują? Bramkarki? Ochroniarki? No sami widzicie, że trudno coś sensownie brzmiącego wymyślić. A cioty są wszędzie i pod każdą postacią – bardzo często dla niepoznaki z wyglądu podszywają się pod heteroseksualnego faceta. A gdy się pojedzie na zachód – gdzieś… ja wiem?… do Londynu, Berlina, Madrytu albo Brukseli – to okazuje się, że urodzaj różnorodności tam jeszcze większy i dopiero z dalekiej perspektywy widać, jak bardzo nasze polskie społeczeństwo choruje na normalność – tam ludzie mają więcej fantazji, doceniają wolność, indywidualizm i oryginalność, a u nas nawet cioty, z natury przecież bardziej ekscentryczne, są w większości jakieś takie poskromione, w ryzach się trzymające i za wszelką cenę normalne. Sformatowane do obowiązującego trendu, uszyte na miarę, wszystkie takie do siebie podobne, siostrzane, jakby bliźniacze, homogeniczne lub nawet homogenizowane niczym serki na białą gładką masę. Po prostu tak mamy, że podoba nam się ta hipernormalność odznaczająca się wysokim stopniem niewidzialności w tłumie, niewzbudzająca przyspieszonych uderzeń serca, podwyższonego ciśnienia tętniczego, napadowego uciekania w obżarstwo, alkohol, nerwowe zaciskanie pięści lub przysłowiowe otwieranie się noża w kieszeni, chęci ostatecznego rozwiązania, czystek lub inne fanatyzmów i ekstremizmów. Smutne to, że się tak powściągają i ograniczają, a właściwie, że się tak powściągamy i ograniczamy, bo sam wiem, że ja też niejednokrotnie zerkam od stóp do głów, mierzę wzrokiem z niesmakiem i komentuję – jeśli nie głośno, to choćby pod nosem coś sobie mlaskam lub zwyczajnie parskam, robiąc zażenowaną minę. To takie polskie czepiać się obcego, spluwać na innego, psioczyć na sąsiada. Kogoś obsmarować, obgadać, obrobić komuś dupę. I może dlatego my, polskie cioty, jesteśmy podwójnie nietolerancyjne: przez nasze pedalstwo i przez polskość naszą wyssaną z mlekiem Matki Polki i przekazaną wraz z genem Ojca Polaka, co z dziada pradziada hoduje w sobie parszywość i nieufność wobec obcego. Bokiem to nam kiedyś wyjdzie lub wylezie to z nas z podwójną siłą, zobaczycie! A do tego jeszcze ten dyskryminujący język polski, ciągle chcący kogoś wykluczyć, wyprzeć, wyrzucić poza nawias, wyeksmitować. Ponoć najtrudniejszy język świata ciągle niestosujący się do zasad równouprawnienia.

Więc jakie właściwie są te cioty? Najkrócej mówiąc – różne różniste: mądre i głupie, piękne i brzydkie, śmierdzące i wypachnione, stare i młode, zmarnowane i zmanierowane, wytworne i potworne, choć w wielu przypadkach to całkiem to samo. A do tego: w oczy się rzucające i niewidoczne, ciche i krzykliwe, wyprasowane i wymiętolone, męskie i kobiece, a także i te kompletnie z jakiejkolwiek płci sobie kpiące. Są też te, co się akceptują i te, co nigdy w życiu oraz takie, co już wiedzą, że nimi są i te, przed którymi jeszcze to odkrycie nad odkrycia. Z góry przepraszam te wszystkie pominięte i niedocenione obecnością w tym minikatalogu, ale z fabułą trzeba iść dalej, a wiadomo, że tak o nas to można w nieskończoność. Na koniec dodam jeszcze, że słyszałem też o takiej ciotce, co to turystką nie z tej ziemi była. Nie można jej mylić z podróżniczką – ona nigdzie nie podróżowała, była zupełnie stacjonarna, warszawska, polska i kompletnie swojska. Jej myk polegał na tym, że uwielbiała gościć u siebie – a mówiąc precyzyjniej: w sobie – typów z zagranicy, turystów z najdalszych zakątków świata. Nie chciała z nimi rozmawiać (choć dobrze znała angielski, niemiecki i hiszpański), nie chciała nigdzie wyjeżdżać i świata zwiedzać – chciała jedynie, żeby to oni ją zwiedzali od tyłu, aby to ci przybysze zewsząd na niej jeździli i ją zajeżdżali. Chciała mieć cały świat w swoich pojemnych-i-zawsze-wypiętych-czterech-literach – taka z niej była ciotka turystka, można powiedzieć obieżyświat à rebours. Dumna była sama z siebie, że taka doświadczona, przechodzona, żeby nie powiedzieć secondhandowa. Na cudzoziemców czatowała w internecie i zapraszała ich do siebie do domu, a czasem od wielkiego dzwonu, z braku laku lub z przemożnej chęci zasmakowania rodaka i ażeby zaznać nieco urozmaicenia od tych seksów domowych i nieplenerowych, wychodziła czatować na pobliskiej pikiecie przy Centrum Olimpijskim na Żoliborzu, w krzaczorach zaraz przy Wiśle. Ponoć mawiała, że duże fiuty są przereklamowane, że tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodzi. Ich właściciele, tłumaczyła, są często jeszcze większymi zadufanymi w sobie chujami i nie potrafią porządnie zaspokoić, a tylko leżą jak kłody podnieceni swoim pytongiem, który z racji rozmiaru nigdy nie staje się twardą maczugą. I po tych spotkaniach skrzętnie notatki robiła, że ta nacja to to, a tamten Azjata to tamto. Do tego na globusiku stojącym na półce zaznaczała czerwone kleksy – to tam była, choć nigdzie nawet się ze swojego kraju nie ruszyła, nosa nawet za granicę Polski nie wychyliła – taka z niej patriotka i taka z niej globtroterka zarazem. Trochę opacznie rozumiejąc turystykę, międzynarodowy dzień seksu miała niemal codziennie. Jakie to oszczędne tak świat zwiedzać i jednocześnie badania interkulturowe, etnograficzne i antropologiczne robić. Magistra stosunków międzynarodowych jej dać zaocznie albo lepiej od razu doktora honoris causa lub nawet doktora rehabilitowanego, jak to mój znajomy kiedyś w towarzystwie zabłysnął. Oj, galeria typów w tych klubach jak na polskie smutne, bo homogenizowane realia niby przeogromna – makolągwy mieszają się z innymi kwiat(k)ami – ale wszyscy jakby toną w bagnie pijackiego spojrzenia.

To kogo my tu dziś mamy? O! Jest ten obkolczykowany. Ma przekute uszy, przekuty nos, przekutą wargę i przekute brwi. Jeśli prawdą jest to, że piercing i tatuaże uzależniają, to pewnie przekute ma też sutki, a może nawet członka i ten wyczuwalny pod palcami szew pomiędzy moszną i odbytem – widziałem takie cuda w filmach, chyba wiadomo, że nie w dramatach psychologicznych. Patrzę dalej. Ten w miarę przystojny, ale z gayromeo pamiętam, że lubi pissing i klimaty sado-maso (szuka pana), czyli coś nie dla mnie, choć tak naprawdę niezły z niego bysior i brałabym lub raczej dałabym się brać, ojjj, dałabym… Na szyi ma gruby łańcuch jak dres i raczej nikt nie powiedziałby, że lubi być zgnojony i zdominowany przez innych facetów, a tu zaskok – ten typ tak ma, że lubi. Jest nawet jakiś krawaciarz wyelegantowany jak na jakieś weselicho lub firmowe spotkanie z przełożonymi – może zwiał z jakiejś nudnej imprezy korporacyjnej, bo właśnie luzuje krępujące go więzy krawata i zapięcia na ostatni guzik. Nawet ładny z niego chłopak, tylko taki niziutki – za niziutki, trochę jak przebrany gimnazjalista. Tamtemu znów się przyfarciło i przybył z jakimś kolejnym przystojnym fagasem. Co tydzień nowa zdobycz i pewnie mógłby powiedzieć, że każdy tu już był jego byłym – tu ex, tam ex – brzmi to poniekąd jak jakaś łacińska maxyma, w której podtekście jest sex, sex i jeszcze raz sex. Oj, wszędzie tylko te XXX. Spójrzmy dalej. Jest ten wielkolud Nowak, smakosz gastronomii i chłopięcych ust – z daleka można go poznać po tym artystycznym fiubździu na głowie i szerokim uśmiechu à la Joker. Ten ledwo wbił się w średnio już modny sweterek w romby i w serek i dla przełamania tej nudnej i przewidywalnej geometrii okasał się torebką pedałką, w której pewnie trzyma najpotrzebniejszy asortyment ciotki modnisi, a więc puder, błyszczyk, jednorazowe chusteczki, miniperfumki, a może i małe otwierane lustereczko-powiedz-przecie. W małej kieszonce torebuni na pewno jest też prezerwatywa, a może i żelik poślizgowy, bo kto wie, kiedy szczęście przyjdzie do człowieka?! No i obowiązkowo jest także paczusia eleganckich papierosków slimów, zwanych potocznie pedałkami, a ich właściciel zapewne pali je sobie dystyngowanie w pozie pani z obrazów Tamary de Lempickiej. Kontynuuję przyglądanie się. Tamte ciacho dość regularnie tu przychodzi, ale wszyscy wiedzą, że to kryptociota, że to tzw. niepraktykujący heteroseksualista, bo w normalnym świecie żyje w totalnej konspirze i wymaga kontaktów tylko z tymi niewzbudzającymi podejrzeń, dyskretnymi i najlepiej spoza (co za absurd!?) środowiska. On tylko tu i na tych anonimowych portalach, gdzie ukrywa się pod zmyślonymi nickami, może być sobą, bo na co dzień wstydzi się przyznać, kim jest, ale jak się odpowiednio mocno schleje, to wstydu nie ma i idzie na całość – sobą jest tylko na melanżu i tylko w konkretnych miejscach, gdzie sobie na bycie sobą może pozwolić. Na co dzień boi się tego geja w sobie, zabija go, kastruje. Szeroki jak szafa, a boi się wyjść z szafy, zamyka się w niej na cztery spusty, dając upust swojej orientacji jedynie sporadycznie, pod osłoną pozorów i pod ciężarem innego mężczyzny. Ależ ja mu współczuję… Dla odmiany tamta megaprzegięta ciotuchna nie ma problemu sama ze sobą. Nawet gdyby chciała grać hetero, to skończyłoby się to zdobyciem Złotej Maliny wszechczasów albo przynajmniej sceną paralelną do tej z odgrywaniem Johna Wayne’a w Klatce szaleńców. Nasza przeurocza gwiazda wiecznie stoi w pozie lekko pękatego imbryka wypełnionego nie herbatą, a alkoholem i pewną ilością napojów gazowanych, i nawet gdy uchlana – a uchlana obowiązkowo zawsze przed północą – to trzyma się w pionie, ale z ręką koniecznie w uchwyt zgiętą. Podziwiam, może nawet zazdraszszam, ale nie: dziękuję. Do tego ta śmieszna buzia w dzióbek zwinięta, jakby przygotowana na niespodziewany atak paparazzi. Chyba śni – jedyny atak, na jaki może liczyć, to atak śmiechu. Już sam proces zwijania tego dzióbka, odbywający się jakby w slow motion, przyprawia mnie o niepohamowany napad chichotu, który jednak próbuję pohamować, bo głupio tak się śmiać do samego siebie. Ale śmieszna to ona jest i, trzeba przyznać, ma gadane, gdy jest w formie – kiedyś słyszałem, jak zaczepiała chłoptasia przy barze mniej więcej tymi słowy: „Zrobię ci taki ice cream i tak rów mariański wyliżę, że normalnie matko i córko, i wszyscy święci!”. I jak tu się nie uśmiechnąć, jak nie spojrzeć na ten dzióbek przeuroczy? Nie da się! Normalnie się nie da!

Obok imbryka stoją jak zwykle te dwie rozegzaltowane pedalice, co to zawsze rękami wymachują z ekscytacją i mówią do siebie per: laleczko, ladacznico, lafiryndo, lampucero. Mówią tak i mrugają powiekami niczym koliber skrzydłami, a święte oburzenie przechodzące w megachichranie i bicie dłońmi w kolana rozpoczyna się, gdy jedna z nich drugą nazwie lesbą. Olala! Lalunie moje, fiksacji na punkcie litery „l” nie ma końca. Ryczą ze śmiechu jak zwariowane, a ja sobie myślę: siostry kochane wypindrzone jak ta lala, spokojnie! Bo zawału dostaniecie z tego przegięcia i przegnie was na amen! Albo spocicie się zanadto i cały makijaż chuj strzeli – spłynie bez pytania i będzie po ptokach – nikt przecież nie da ptaka do gęby takiej rozmazanej gębie. Słodkie są te koleżanki, a dla wielu zupełnie nie do zniesienia – bo ta solarka to uderzyła im do głowy, bo lambadziary i w ogóle. A ja mam poczucie humoru i lambadę też lubię – mam nawet opanowane te ruchy pupą i nóżkami – i jak ja to robię, kochanieńcy! Gdyby tylko puścili, to zaraz bym w tan poleciała… Zakochać się można w tym tańcu albo przynajmniej uśmiać po pachy! Ha ha ha!

W pobliżu tych zadartonosych okazów stoi jeszcze kilka innych egzemplarzy, jakby spokojniejszych w gestach, ale nie mniej gwiazdorskich w mniemaniu o sobie. Bawią się w głuchy telefon, przechylają się ku sobie, coś szepcząc na ucho, by potem wybuchnąć gwarną radością. Brecht, ach, ten brecht! Śmiech, bo przecież nie Bertolt. One nawet nie wiedzą, kim był ten pacyfista, autor Matki Courage i jej dzieci; one lubią wojny, najbardziej te podjazdowe, skierowane przeciwko tym wszystkim choćby potencjalnie odbierającym im audytorium, wstępującym na ich miejsce – chcą zabić ich śmiechem, brechtem wyszydzającym. Takie już są. Torowiczki pełną gębą. Ale no ba! – przecież one zawsze tu są, co sobotę, od zarania torowych dziejów torują drogę z parkietu do baru i nazat, i do samego rana piją i tańcują, tańcują i piją. To jest ich miejsce i nikogo innego; one tu rządzą – są to rządy miękkich rąk i zgiętych nadgarstków. I wszystkie wystrojone, wypindrzone i na 100% wypachnione, że ho ho! Normalnie śmietanka, że palce lizać – bezy przy tych ciastkach to nie mają ani grama cukru.

No ale dość o słodkościach, o tej ciastkarni pełnej ciastek, bo nie wszystko jest takie słodkie, piękne i śmieszne, jakby się wydawało. Nie wszyscy są piękni, młodzi i bogaci. Na przykład ten koleś przede mną ma takie nieziemsko wielkie zakola, które podkreślają jego jakby nietypowy i nienaturalnie wydłużony kształt czaszki; pod tym kątem wygląda zupełnie jakby był ufoludkiem. Ma za to coś nieziemsko sympatycznego w oczach, a być może nieziemsko sympatyczne są też inne części jego ciała, myślę sobie, wizualizuję, nie wiem po co, mam nadzieję. Może ma tam kosmiczne jaja?, zaśmiałem się sam do siebie, to by były dopiero jaja jak berety! Nie widziałem jeszcze żadnego ufoludka nago… Ale no nie! Ratuj się kto może! Ten siedzący sam przy stoliku koleś kiedyś zaczepiał mnie na fellow, popisaliśmy trochę, właściwie to on ciągnął za język i rozpisywał się ze swoimi niebotycznymi bredniami. Gdybym chciał pobierać nauki w zakresie grafomanii, to on byłby idealnym nauczycielem. Koleś totalnie nie w moim typie. Na profilu same cytaty i mądrości w stylu Paulo Coelho – Pielgrzym i Alchemik w jednym, taki the best of – a nad tym wszystkim, niczym nad jakąś tam rzeką, siedziała cioturzyca i płakała, do tego na domiar złego nie postanowiła umrzeć – z przejęcia i z podniecenia głębią tych pięknych słów chciała żyć i zamęczać tymi słowami innych. Na dokładkę do tego mistycyzmu i głęęęboookiej głęęębiiii swoich przemyśleń okrasiła swój profil kilkoma nagimi fotkami pokazującymi co nieco z tego ciała, którego też było tylko co nieco, bo topless i bottomless to z tego gościa suchotnik był nie z tej ziemi. On – choć sam ciała miał jak na lekarstwo, raczej sama skóra i kości – był ucieleśnieniem tego typu faceta, którego można by nazwać „przerost treści nad formą”. To tak w kontraście do tych wszystkich, co wizualnie robią sobą dużo zamieszania i nie sposób opisać tego jednym zdaniem, nawet pełnym przecinków i wielokrotnie złożonym. On wizualnie był jedynie takim przecinkiem, który skrywał w sobie skarbnicę mądrości i nieposkromienia w słowie i w myśli sięgającym swoją głębią dna rozpaczy i jednego wielkiego nieporozumienia na poziomie sensów, jak i składni oraz – olaboga! – ortografii. Treści było dosłownie w nim tyle, że nie chciało się czytać i – nie dopuść do tego panie Boże, jeśli istniejesz – słuchać. Oby mnie nie poznał, bo żyć nie da – znam ten typ: „Pisałem do ciebie! Nie odpisałeś! A mam wrażenie, że tyle nas łączy…”. Matko i córko, zlitujcie się nade mną grzesznym! Żałuję za grzechy i obiecuję poprawę!

Odwracam się i widzę. Ten światek jest mały, dlatego każdy świeży kąsek przyciąga uwagę bywalców i bywalczyń, co to mają już swoją ulubioną pozę, minę nr 8., swoją miejscówkę przy ścianie lub w miarę stałe kółko wzajemnej adoracji. Dziś świeżakiem jest jakiś wystajlowany małolat żyjący według coraz bardziej modnej zasady „wyglądam, więc jestem”. Jak dla mnie chłopak furora to to nie jest, ale widzę, że jestem w mniejszości. Dla większości jest tyleż samo atrakcyjny, co abstrakcyjny, ale chyba starają się tego nie zauważać. Mogą sobie jedynie pomarzyć, że on i oni to coś tam, ten tego… No cóż… Nie ten i nie tego. Nie on. Nie z nimi. On jest tylko dla wybrańców, on się ceni. On ma gust i on ma styl. I tylko on i jemu podobni wiedzą, ile pomyślunku wymaga założenie rozciągniętej lub podartej tak, a nie inaczej koszulki i spodni w żarówiastym kolorze oraz dobranie do tego butów na nie za wysokim obcasie (jeśli lato, to modnych espadryli), nie zapominając oczywiście o ułożeniu odpowiednio ułożonej albo odpowiednio ułożonej na potarganie fryzury. I myślę, że nawet Kartezjusza rozpierałaby duma, że ten chłopak tak to przemyślał, wymyślił, obmyślił i tak się ubrał, że normalnie nie może go nie być – skoro wymyślił, to musi być i już, bo jak można by nie być, kiedy się obmyśliło, aby TAK wyglądać – no jak? Ale ba! Kartezjusza nie tylko rozpierałaby duma – Kartezjuszowi to pewnie na rozporek napierałaby także jego pulsująca z podniecenia męskość, bo jak można się nie podniecić takim bytem – no, powiedzcie sami: jak? Ten nowicjusz w tym podziemnym świecie, to chłopięcię (bo zarostu i ciała niemal wcale; pierwszy włos zapewne niedawno sypnął się pod pachą, a już został wydepilowany) to pewnie model lub aspirujący do bycia stylistą trendsetter – znów chuchro totalnie nie w moim guście. Ale – trzeba mu przyznać – chłopaczyna wchodzi na salony triumfalnie, bez najmniejszej tremy, pewny swego i w rezultacie ma wejście w wielkim stylu – tzw. entrée de la star, bo przecież nie wejście smoka – smokiem to on z pewnością nie jest, chociaż pewnie całkiem niedawno przestał ssać tego smoka od butelki z mlekiem. Patrzcie go! – siuśmajtek od razu przerzucił się na ssanie czego innego!, mały smok, znaczy się: zbok. Łojezu, co za czasy… Ależ te dzieci teraz szybko dorastają!

No więc jest i niemal każdy łapczywym lub przynajmniej ciekawskim okiem spogląda w stronę chłopaczka-nówki-sztuki-nie-wiadomo-czy-nieśmiganej, niektórzy z chęcią stanęliby w konkury. Nie musi się nawet podobać, ale jest na językach prawie wszystkich, a i znaleźliby się tacy, co chcieliby zanurzyć swoje języki w różnych otworach jego cielesności. Ten gość z telewizji też nim zainteresowany – ten dziennikarzyna od siedmiu boleści. A zresztą – niech mu tam będzie – jest, jaki jest i pracę ma, jaką ma. Nie może być taki zły, skoro zawsze pojawia się w otoczeniu wiernie mu oddanej świty celebrującej towarzystwo celebryty i rozdającej na lewo i prawo, a potem na prawo i lewo dumne i zarozumiałe spojrzenia o treści: ja go znam, to mój przyjaciel, mój ci on!, nie muszę go prosić o żaden autograf, właściwie to ja mogę rozdawać autografy, zazdrośćcie mi, podziwiajcie, rączki całujcie – to ja jestem pierwszy w kolejce do włażenia mu w dupę, to ja, wasza samozwańcza gwiazda, kochajcie mnie, lajkujcie zdjęcia na fejsiku!

Wśród tej grupki rozdającej na około błyski wybielonych zębów był zawsze taki chyba ponad pięćdziesięciolatek, ale jaki elegancki, jaki zrobiony, jaki wymuskany i zadbany. Taki odtuningowany, ale jak jakieś ferrari lub lamborghini! Patrząc na niego, niemal zawsze z nowym młodym pedalątkiem u boku, wpatrzonym w niego jak w obrazek, aż chciało się zrobić błąd ortograficzny w tytule znanego opowiadania Hemingwaya, a właściwie zmienić jego znaczenie i wydźwięk, bo ten gość to był gość i wszystkie młodsze, ale już przerażone perspektywą niechybnej starości ciotki napawał optymizmem, że stary człowiek i może – i że wystarczy tylko dbać o siebie, wklepywać rano i wieczorem przeciwzmarszczkowe kremy, ćwiczyć jakieś jogi lub inne fitnessy, chodzić do kosmetyczki i manikiurzystki na manicure, ale i pedicure, a wtedy da się zakonserwować, oszukać czas, zachować urok młodości niczym sam Dorian Gray. Ale zresztą kto go tam wie, co on stosuje i czemu nadal może mimo swych lat? Może to tak genetycznie po ojcu lub matce albo to lifting i botoks na całego za miliony tryliony euro, kto wie? Jedno jest pewne – chciałbym tak wyglądać w tym wieku, którego po nim nie widać. Zamarynowany pierwsza klasa. Nieruszony znakiem czasu niczym grzybki w occie sprzed kilku lat.

Ale już dość o nim, bo obok tych wszystkich pięknych ludzi, którzy mogliby grać główne role – i właściwie robią to tutaj co tydzień – w pedalskiej wersji serialu Moda na sukces (podtytuł: W Toro niemal każdy może być gwiazdą) – przewija się zawsze też spora grupa statystów pretendujących do tytułu największej polewki, największego obciachu, największej żenady lub największej przemiany – z kopciuszka w pięknego łabędzia, aby być postmodernistycznym i połączyć te różne baśnie właściwie o tym samym. Tak – wierz lub nie, mój drogi czytelniku, ale tutaj mogą spełnić się twoje marzenia, a jeśli nie, to możesz być po prostu zauważony i… wyśmiany – nie ma przecież bardziej nietolerancyjnych ludzi niż niektóre cioty, które nawet swego są w stanie wprost zadeptać. One niby w większości to humanistki, ale przychodzi co do czego i okazuje się, że ich horyzont równiutko cyrklem jest odmierzony i trudno go przesunąć choćby o milimetr, nawet w imię słusznej idei tolerancji, której same pragną i wymagają. I dlatego wiedz, że na ich oceniające spojrzenia z góry możesz zawsze liczyć – nigdy cię nie zawiodą – wszak kto jak kto, ale cioty muszą mieć swoje zdanie i muszą mu dać wyraz – ostentacyjnie, wyraziście i z wysoka. Lubują się wręcz we wspieraniu swoich tym wzrokiem pełnym politowania – zwłaszcza tych zagubionych i niedoświadczonych jeszcze myszek, którym wąsik dopiero co i jakby nieśmiało sypnął się pod kształtnymi noskami. One ochronią ich swoimi niby macierzyńskimi skrzydłami, aby tym boleśniej zadać własny cios, o!, perfidne i bezlitosne cioturzyce! To taka bezlitosna szkoła życia, przez którą same przecież przeszły, więc teraz oddają pięknym za nadobne, oddają z nawiązką.

I dosyć już o nich wszystkich, bo na horyzoncie pojawił się Adam. Nie chce mi się z nim gadać. Znów będzie pierdzielił o swoich rozjazdach, o polityce, o tym wszystkim, na czym akurat tutaj nie chcę i nie potrzebuję się znać. Nie teraz. Odwróciłem się w stronę baru – akcja pt. słomka w dziób. Spode łba podglądam – po prawej ciągły ruch – to tam jest ten szatański padół perwersji, instynktowności i zwierzęcości. Zresztą, nie obrażajmy zwierząt – w tej ciemności człowiek pokazuje jedną z najczarniejszych prawd o sobie, ale nie ma ona żadnego związku z żadnym ze zwierząt, jakie znam. A na pewno nie z naszą kochaną psinką. Szkoda, że tam na wejściu w te ciemne labirynty, gdzie nici Ariadny ze świecą by szukać, nie kasują dodatkowego biletu – może wtedy wchodziliby tylko zdecydowani, a nie krążą jak jakieś sępy z chorym pęcherzem, kursują, węszą, podglądają i wszyscy wiedzą, że cnotki niewydymki, a i tak lezą w zaparte i sztuczny tłok robią. Marzą o łajdaczeniu, łajdaczki jedne, marzycielki. Komu, komu, bo idę do domu!? Nie krzyczą tak co prawda, ale krzyczałyby, gdyby tylko się nie wstydziły. I krążą jak jakieś krążowniki i krążowniczki (w zależności od przyjmowanej roli w seksie nie zawsze pokrywającej się ze stopniem zgięcia nadgarstka) i niemal wywieszają jęzory, ślinią się, wlampiają, jakby chcąc prześwietlić. Ale niektórzy mówią, że to ponoć o to właśnie chodzi: o ten cruising, o ocieranie, o podglądactwo – bo choć niemal nic nie widać, to wytrzeszczasz oczy w poszukiwaniu upragnionego i szukasz szczęścia. To chodzi o ten tłok dla tłoku, z którego wyjdzie się, a może jednak nie wyjdzie się, o suchym pysku, bo może skapnie upragniona odrobina białej cieczy – tej ambrozji, która w stosunkach hetero daje czasem życie, a w tym przypadku może dać jedynie przyjemność, chociaż dla niektórych przyjemność to całe ich życie. Nieliczni w tych ciemnościach to mają swoją miejscówkę zaklepaną, swoją ścianę, swoją dziurkę w sklejce, przy której wyczekują z rozwartymi otworami, stoją na posterunku, rozwarci i gotowi. Na przykład prowadzą po cichu jednoosobowe spółki z ograniczoną odpowiedzialnością – takie małe, hmm…, lodziarnie, bo nie ma to jak porządnego loda opędzlować, co nie? To są honorowi dawcy dupy i honorowi biorcy do ust – tam wprawiają w ruch swoje wary obciągary i rozdają przyjemność sobie i innym za totalne friko i kompletną darmoszkę! To jest ich prywatny warsztat blacharski pracujący pełną parą całą calutką noc. To się nazywają usta pełne roboty… Niestety za swój wkład w szczęście narodu nie są odznaczeni żadnym medalem ani nawet malutką przypinką, ale za to są naznaczeni ciężką pracą warg i rozjechanych zwieraczy. Naznaczeni są też pogardą społeczeństwa, bo w podziękowaniu za swoje poświęcenia słyszą tylko, że są dupodajkami, blacharami, lachociągami i że w ogóle cwele i już! Ja tam wolę myśleć, że to swego rodzaju misja, a one – te dupodajki i kutasobiorki – to misjonarki, siostry dobro czyniące i niemal święte – to Ciotki Tereski z Kalkuty czy innej mieściny! Matka Teresa trędowatym myła nogi, a te Ciotki Tereski pedałom, których wielu traktuje jak trędowatych, robiły laski lub oddawały swe tyły. Podobieństwo widać gołym okiem, choć może nie w darkroomie, bo tutaj ciemno. A co jak co, ale cioteczki mają marzenia. Bo skoro nic nie widać, to mogą pomarzyć, że ciągną na przykład takiemu Keanu Reeves’owi czy Bradowi Pittowi albo bierze je od tylca nowe wcielenie Jamesa Deana lub odwiedzający właśnie Warszawę incognito i w tajemnicy przed swoją zimną (może w łóżku nie taką znów oziębłą?) Victorią David Beckham. Oj, to jest dopiero wiktoria i zwycięstwo, bo co tam się dzieje w tych dusznych ciemnościach, że akurat tam ta fantazja potrafi tak fantastycznie hulać bez ograniczeń! I to właśnie o ten brak ograniczeń niektórym chodzi. Aby na oślep, na chybił trafił, w darkroomie, gdzie w zalewie mroku nic prawie nie widać – aby tam stracić powierzchowność, zyskując wyobrażenia. Nawet ten starszawy, niezbyt apetyczny pan, którego kijem by nie chciało się tknąć, ma szansę objawić się jako młody bóg, przed którym klękają miliony. I ktoś brzydki jak noc, zupełny karakan, może zyskać niesamowity urok, tak jak piękne i urokliwe bywają niektóre noce. Takie tu cuda się wydarzają. Znikają twarze wycięte z obrazów Bosha i w zamian nich malują się w wyobraźni bardziej reprezentatywne i ponętne. I cóż! Ja to wszystko rozumiem – tę podniecającą niepewność i tę tajemniczość – ale i tak wolę trochę powietrza. Wiem, może jakiś dziwny jestem, bo z tego ruchu jak na Marszałkowskiej wnioskuję, że taki sposób bytności w pedalskim klubie ma jak najbardziej wzięcie i ci znikający w tych czeluściach biorą się i biorą, ruchawice jedne, szepcząc sobie do uszu: „weź mnie, weź mnie: od tyłu, od przodu”, a co poniektóre potem dodają: „i weź mnie do domu”, ale mimo tej popularności tego miejsca, ja dziękuję, postoję.