Zanim zaczniesz czytać

Potencjalnie miało być inaczej. Książka Pierwsze słyszę miała być opublikowana szybko, sprawnie i bez problemów. Tak widziałem to ja, ale tak widziało to również wielu moich znajomych, którzy czytali jej pierwsze wersje – dopingowali, aby robić to natychmiast, bo temat aktualny, a do tego nośny, dodawali, że powieść jest ciekawie napisana, więc wydawca przecież szybko się znajdzie. W sumie: homoseksualizm, związki partnerskie, społeczna i polityczna dyskusja wokół praw mniejszości seksualnych, polskie piekiełko… Również mi wydawało się, że nie będzie z tym problemu.

Wyszło jednak inaczej. Mógłbym wiele napisać na temat polityki wydawnictw, które 1) nie odpisują na mejle, 2) ewidentnie nie czytają tekstu, ale odmawiają, 3) każą sobie płacić za wydanie, wiedząc, że wielu autorów, głównie debiutantów, jest w stanie opłacić swój wyimaginowany przyszły sukces albo 4) proponują publikację książki bez redakcji tekstu, z samą korektą, na co mi trudno było się zgodzić. Solidarność środowiska LGBT też jest raczej przereklamowana, a homolobby (jeśli takie istnieje) okazuje się niezbyt silne – wszyscy rozkładają ręce. Ale nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym miał do kogokolwiek pretensje. Wiem, że przy problemach z finansowaniem i największe chęci nie wystarczą. Próbowałem – nie wyszło – tyle.

Oczywiście, że marzyłem – tak jak chyba większość autorów, zwłaszcza debiutantów – że moja książka będzie dostępna w papierowej wersji w największych sieciach księgarskich. Niestety nic na siłę i za wszelka cenę. Może nie jest tak dobra jak twierdzili niektórzy; może tylko wydaje mi się, że mówi o rzeczach istotnych; a może nie umiem być sam sobie skutecznym PR-owcem i managerem. Na pewno nie jest tak dobrze napisana jak myślałem kiedyś – z perspektywy czasu tym bardziej umiem ocenić jej minusy: zbytnie zagmatwanie i liczne zapętlenia, wielość dygresji i wstawki metatekstualne, zawiłą konstrukcję i niespójną narrację oraz charakterystyczną dla wielu debiutantów chęć upchnięcia w tekście wszystkiego. Mając świadomość swoich niedostatków, zawsze wiedziałem, że potrzebny jest temu tekstowi dobry redaktor, który pomoże tę obfitą całość okiełznać, ułożyć, powykreślać powtórzenia i irytujące łopatologiczne wstawki publicystyczne, pewnie także co nieco poprzestawiać. Nie udało się. Nie jest to już ważne. Nie chcąc, aby moja prawie dwuletnia praca zalegała jedynie na moim twardym dysku, zdecydowałem się oddać ją Wam w formie tej strony. Powieść ukończyłem na początku 2013 roku i uznałem, że przyszedł już czas, aby nie czekać w nieskończoność i obyć się bez pomocy osób trzecich. Wiem, że rynek księgarski jest rynkiem trudnym – wydaje się sporo, ale ogromna jest również luka pomiędzy książkami, które z góry wiadomo, że będą bestsellerami a tymi, które wkrótce po premierze lądują w koszach z wyprzedawaną tanią książką, bo miały być spełnieniem czyichś marzeń albo projektem jedynie dla garstki odbiorców. Wydawcy nie chcą ryzykować – to, co potencjalnie jest kontrowersyjne ze względu na te kontrowersje może się sprzedać bardzo dobrze lub nie sprzedać wcale. Do tego z czytelnictwem jest u nas krucho – niektórzy drwią, że w Polsce więcej się pisze niż czyta, a sami autorzy nie czytają niczego poza własnymi tekstami. Zapewne jest to po części prawda, ale wierzę, że w przepastnym internecie jest miejsce na powieść Pierwsze słyszę i że znajdzie ona swoich odbiorców. Na nieszczęście dla grup mniejszościowych, a na szczęście dla samego tekstu, jeśli chodzi o prawa mniejszości niezbyt wiele w naszym kraju się przez ostatnie lata zmieniło, więc prorokuję, że wiele z opisanych w powieści problemów środowiska homoseksualnego będzie pewnie nadal aktualnych niestety przez kilka kolejnych lat. Co więcej, ostatnio sprawa poszerzania swobód obywatelskich dramatycznie zmierza raczej w odwrotnym kierunku i fakt ten sprawia, że powieść Pierwsze słyszę jest tym bardziej teraźniejsza w wymowie – proces walki o związki partnerskie lub jednopłciowe małżeństwa nie ma swojego końca – tak więc obecny moment jest ciągle idealny, aby wkładać kij w mrowisko, bo trochę właśnie tym jest ten tekst pełen przerysowań i próby walki ze stereotypami. I dlatego może dobrze się stało, że nie poszedłem na żaden układ z wydawnictwem, które „opiekuje się” debiutantami. Lepiej chyba nie wiązać się umowami, z których profity czerpać będzie tylko jedna strona, a autor ma się cieszyć, że ktoś go (za pieniądze) „zauważył” i „docenił”. Pomysł udostępnienia książki za darmo w formie quasi-bloga wydaje mi się tym bardziej atrakcyjny, że nigdy nie traktowałem publikacji tej powieści jako opcji zarobku – zawsze najistotniejsza była dla mnie możliwość dotarcia do zainteresowanych odbiorców i podzielenia się z nimi spostrzeżeniami na temat części środowiska homoseksualnego oraz reszty społeczeństwa, która w dużej mierze niestety ciągle wydaje się być niereformowalna i homofobiczna. Może i nawet lepiej, że książka ujrzy światło dzienne w sieci – dzięki temu więcej osób będzie mogło do niej zajrzeć, a jedynym ograniczeniem będzie posiadanie łącza internetowego.

Pierwsze słyszę będę publikował na tej stronie – zapewne dość obszerny fragment mniej więcej raz w tygodniu – i będzie to à la blog, jednak niestandardowy, bo z wyłączoną opcją komentarzy. Niektórzy zarzucą mi pewnie tchórzostwo – ich prawo – ale powód jest zgoła inny: fala hejtu, jaka na tę publikację mogłaby spaść, jest dla mnie dość oczywista, a ja jako autor nie chcę wchodzić w niepotrzebne dyskusje, mając tym bardziej wrażenie, że tekst tej powieści-hybrydy ze swoim zacięciem publicystycznym i wstawkami metatekstualnymi już sam siebie wystarczająco komentuje. Nie chciałbym też, aby strona, która w założeniu ma promować tolerancję, równość i walkę na rzecz związków partnerskich/małżeństw jednopłciowych stała się miejscem homofobicznych wywodów i języka nienawiści – na innych stronach takich treści mamy dostatek. Chcących wyrazić krytykę zachęcam do pisania na adres mejlowy: grzesiek@lepianka.waw.pl.

I na końcu zaznaczę, że w rezultacie książka nie była redagowana, a więc wszystkie jej wady dostajecie z dobrodziejstwem inwentarza. Niestety, jak już wspominałem, ma ona sporo mankamentów, z przegadaniem, dygresyjnością i skokami chronologiczno-narracyjnymi na czele. Być może za dużo w niej również publicystyki, ale wydaje mi się, że trudno od niej uciec, mierząc się z tematem związków partnerskich w polskiej rzeczywistości, gdzie dla środowiska LGBT każdy dzień to walka o lepsze jutro, a tematy dotyczące równouprawnienia i/lub dyskryminacji pojawiają się niemal codziennie w rozmowach każdego przedstawiciela/przedstawicielki akronimu LGBT. W związku z tym, że tekst nie był redagowany, jest on dość chropowaty i „z kantami”. Przyznaję, że mój własny stosunek do niego rozciąga się pomiędzy miłością i nienawiścią, bo niektóre fragmenty cenię, a inne bym wykreślił w całości. Najbardziej irytuję się na narrację, ale może to był szczyt tego, co mogłem dać z siebie w momencie pisania i najzwyczajniej w świecie na mniejszy bałagan nie było mnie stać. Dodam jeszcze, że Pierwsze słyszę ma wymiar fikcyjny, chociaż nie można niektórym wątkom odmówić podobieństwa do sytuacji zaistniałych w życiu moim i mojego partnera, Krzysztofa. Tak – jesteśmy długodystansową parą. Tak – chodziliśmy na wspólną terapię. Tak – angażujemy się w inicjatywy równościowe i walkę o takie regulacje prawne, które dadzą nam poczucie bezpieczeństwa i godności. Jednak Szymon i Marcin to nie Grzegorz i Krzysztof. Czytając, pamiętajcie o tym. Gorąco zapraszam do lektury.

Z pozdrowieniami i nadzieją, że książka Wam się spodoba,

Grzegorz Lepianka